Oczyma Anglosasa
Wyrocznią stał się gruby Amerykanin z Hearsta, imieniem Jonathan. To Jonathan przepowiedział, że Madrytu nie wezmą i że Gran Via będzie zbombardowana. Dziwiło to wszystkich, zwłaszcza pierwsze, bo Jonathan uchodził za sprzyjającego faszystom. Ale to tylko madryccy kandydaci na prokuratorów w przyszłym trockistowskim procesie, tym razem w Hiszpanii, mogli tak upraszczać: Jonathan nie cierpi faszystów. Nie cierpi w ogóle „totalniaków”. W zasadzie kocha jakąś demokrację egalitarną, prostą bardzo i możliwie zamożną. Dla Europy jest monarchistą; właśnie najpiękniejszym wykwitem europejskiej demokracji byłoby istnienie królów, fotografowanych do każdego niedzielnego dodatku pism, jak podają rękę pucybutom i w tłumie aut czekają posłusznie na sygnał policjanta kierującego ruchem ulicznym. Z królową, możliwie ładną, którą fotografowano by, jak prowadzi wózek dziecinny po bulwarze, obok innych wózeczków, prowadzonych przez żony zecerów, aptekarzowe. Wyznaje, że wtedy to i on, Jonathan, chciałby mieć takie baby439 i prowadzić je na spacer w wózku, obok setek innych baby, z owym monarszym baby. Ale naprawdę to Jonathan lubi rewolucję, bezrząd i nic. Ktoś opowiadał, że w katedrze prymasowskiej w Toledo podczas oblegania Alkazaru zasiadł na tronie prymasów hiszpańskich i że zastano go później przy biurku Largo Caballero w ministerstwie wojny, piszącego kartki do swych znajomych, w rodzaju „Dear old Tommy440, piszę do Ciebie z madryckiego ministerstwa wojny, które było pałacem duque de la Paz441. Siedzę przy biurku, gdzie jeszcze wczoraj urzędował ten poczciwy Caballero, który teraz jest w Walencji, a ja tu myślę właśnie o tobie, dear boy442!”. To wszystko może nieprawda, ale przypomina to bardzo Jonathana. Jonathan lubi te rzadkie wypadki, gdy walą się ustalone autorytety, a nie zrodziły się nowe. Człowiek-Jonathan naśmiewa się wówczas ze skruszałych potęg: „O wa443, mówi, trwaliście wieki, gięliście karki i zmieniali historię, ale ja was przetrwałem!”. A potem, gdy rodzi się nowa władza, gdy stawia niezgrabne pierwsze kroki, gdy nowi prezydenci prostują po raz pierwszy swe biusty przed aparatem fotoreportera, Jonathan znowu lubi się zjawić. — „Hi, hi, hi — śmieje się krótkim, urywanym śmiechem — gdzie to wynieśli tego pętaka? Więc po to tyle napsuli prochu i krwi, po to poburzyli odwieczne potęgi, żeby tę niedojdę w męże stanu wyprowadzić?” I Jonathan odjeżdża wtedy szybko. Może dlatego, że widział już to, co lubi widzieć, może dlatego, że nowa władza nie lubi tych kpiących, pamiętających niedawne, oczu. Teraz okazuje się, że wyjeżdża z Madrytu. Jak to, dlaczego?
— Widzicie — mówi Jonathan — wszystko skończone.
— Skończone? — dziwimy się.
— Nie bierzcie tego w odniesieniu do szans wojny — mówi Jonathan — mnie wojna nie obchodzi. Ja nie jestem kawiarnianym znawcą strategii. Nie czuję w sobie poronionego Ludendorffa, niewyżytego Focha444. Mnie obchodzi rewolucja. Otóż teraz pewien etap rewolucji już się skończył. Nawet etap dwóch paralelnie445 do siebie idących rewolucji: nacjonalistycznej i proletariackiej. Rozpoczęła się zaś wojna. Mnie ona nie obchodzi, ale jeśli kogo z Was interesuje jej koniec, to również wyjedźcie ze mną. Tu nic nie zobaczycie...
— Ale dlaczego? — pytamy.
— Dlatego — rozumuje Jonathan — że nie jest to wojna hiszpańska. Dlatego — i to jako człowiek uważam za okropne — że o jej losach przestała rozstrzygać ludzka odwaga. Będzie rozstrzygać to, czy jednej lub drugiej stronie — to jest, oczywiście, nie Frankowi czy Walencji, ale państwom faszystowskim względnie Rosji — uda się dostawić odpowiednią ilość tanków i samolotów, czy nie. Czy państwa „wahające się” — Anglia, Francja — ułatwią tę dostawę jednym, czy drugim. Wojna oczywiście potrwa. Potrwa, bo właśnie te państwa które mogą utrudnić pomoc międzynarodową, Paryż i Londyn, nie są naprawdę za żadną ze stron wojujących. Sterują ku jakiejś niezmiernie dziś dalekiej formie liberalnego kompromisu, Londyn monarchicznego nawet, Francja republikańskiego. Nie zechcą tutaj ani komunizmu, ani faszyzmu. Pozwalają, ułatwiają przeciąganie się tej wojny świadomie. Całkiem świadomie. Myślicie, że to przypadkiem w pierwszych dniach, gdy czerwoni zwyciężyli na ulicach i rozgromili wojskowych, dopuszczono do zupełnie swobodnego wspierania Franco z zagranicy? Myślicie, że to przypadkiem pozwolili, gdy podchodził pod Madryt, na te olbrzymie transporty rosyjskie? Myślicie, że to przypadkiem po każdym zwycięstwie czerwonych w tej wojnie nachodzi zwycięstwo białych i odwrotnie? Nie, moi drodzy. Państwa neutralne, państwa „nieinterwencji” prowadzą bardzo systematyczną akcję. Utrudniają pozycję tego, który w danej chwili ma przewagę, i faworyzują tego, który w danej chwili jest słabszy. Dlaczego? Dlaczego? A dlatego, że chcą tu wystrzępić i sojuszników Rosji, i wasali totalistów, zmęczyć kraj wojną, wywołać skłonność do kompromisu, umożliwić jakiś reżym, który byłby „ani rybą, ani mięsem”. Czy im się to uda? Taka gra może się łatwo skończyć przypadkowym fiaskiem. Ale na razie trwa ona blisko pół roku i realizuje jak dotąd zamierzenia neutralnych: nie dać nikomu przewagi pełnej, osłabiać kolejno obie strony, podstawiać nogę chwilowemu zwycięzcy. Otóż, moi drodzy, mnie wojna nie obchodzi. Mnie obchodzi rewolucja. Jeśli kogo z was obchodzi wojna, radzę i jemu wyjechać. Niech ją śledzi na odległość. Z Paryża, Londynu, Genewy. Tam otwierają się i zamykają śluzy dopuszczające do Walencji czy Burgos dopływ tanków, samolotów, armat. Tam reguluje się przewagę na frontach hiszpańskich. Ale mnie nie interesuje to naciskanie gdzieś daleko elektrycznego guzika, który napełnia śmiercią tutejsze elektryczne krzesła. Mnie ciekawi rewolucja. Wyjeżdżam.
— Rewolucja skończyła się, Jonathanie?
— Rewolucja, moi drodzy, przerwała się. Teraz jest antrakt446 wojny. Na razie wiemy jedno. Ze śmiercią Duruttiego zapadł szlaban na jeden z rewolucyjnych torów: w Hiszpanii w każdym razie nie zapanuje Bakunin, „komunizm wolnościowy”, syndykalizm anarchistyczny, FAI. Greenspeen uśmiecha się drwiąco: jest przekonany, że anarchizm był od początku utopią. Powoli, mój mały. To samo mówiono kiedyś o wizji Marksa. Może nawet więcej. Oczywiście to, co zrobiono w Rosji, nie jest komunizmem, ale jest w każdym razie próbą zrealizowania komunizmu. Nie okazało się może, że jest to ustrój lepszy od innych, ale okazało się, że jest on możliwy. Mogłoby tak być z anarchizmem, ale teraz już nie będzie. Nie zdołali wziąć obrony Madrytu w swoje tylko ręce, stracili wodza. A komunizm ma potężnego fora właśnie dlatego, że rewolucja zamieniła się w wojnę, że w wojnie potrzeba tanków, a te tanki dostarczyć może tylko komunistyczna Rosja sowiecka. Nie, moi drodzy. Z czterech gałęzi Frente Popular: republikanów, socjalistów, anarchistów i komunistów dokonała się selekcja sił. Komuniści okazali się najfortunniejsi. Na jak długo? —
Chcecie wiedzieć jeszcze, co na razie skończyło rewolucję? Rewolucję zamknęła śmierć młodego Primo de Rivery. Mam wrażenie, że można go było zawsze wymienić. Niestety, nie byli na to dość inteligentni czerwoni, a byli na to zbyt ostrożni wojskowi. Proszę się nie gorszyć: uważam rozstrzelanie tego chłopca za błąd. Wielki błąd. Usunięto jedynego kontrkandydata do władzy gen. Franco. Odjęto potężny handicap447 falangistom. Falangiści to jedyni współzawodnicy generałów w tamtym obozie. Dziś, gdy nie ma małego Rivery, Franco staje się bardziej niepodzielnym wodzem. Ale też rewolucja tamtejsza z nacjonalistycznej staje się wojskowa, puczowa, generalska. Oto jeszcze skończony etap. Oto jeszcze jedna z możliwości, których odtąd już nie będzie. Widzicie, że z obu stron kandydaci do władzy odpadają kolejno. Anarchizm z Duruttim, nacjonalizm rewolucyjny z Riverą. To tak jak przy wyborach prezydenta: skrutynium448 pierwsze, drugie, trzecie. Może w międzyczasie wyłonią się jacy nowi kandydaci? Ja właśnie wyszedłem po pierwszym akcie. Przyjdę na późniejsze. Goodbye!449
— A kiedy wrócisz, Jonathanie?
— Wrócę, kiedy zacznie się na nowo. Gdy skrystalizuje się jakaś władza, ktoś zwycięży i będzie kraj urządzać. Zobaczę, co zrobi ten ktoś z Hiszpanii. Za Alfonsa Trzynastego mieliśmy tu jakąś Austrię sprzed laty stu, jakieś królestwo Obojga Sycylii, jakieś Państwo Kościelne sprzed „roku tysiąc osiemset czterdziestego ósmego”450. Republika zapowiadała tu współczesną Francję: skończyło się na jednej więcej republice w stylu południowoamerykańskim, z rewolucją raz na dwa lata, puczem co wakacje, półdyktaturami i półrewolucjami. Przez chwilę myślałem, że anarchizm znajdzie tu swe pole doświadczalne, jak je znalazł marksizm nad Newą i Wołgą. Ale nie. Teraz może chodzić o to, czy Hiszpania będzie nowym terenem doświadczalnym faszyzmu czy komunizmu. Anarchizm już odpadł. Wówczas może być ciekawie: będzie chodziło o to, jaki komunizm znajdzie tu swoją realizację. Czy Hiszpania będzie kopią Rosji, Rosji leninowskiej z NEP-em451 czy obecnej? A może jeszcze co innego. Może to być dla świata bardzo ciekawe. Możemy wiele na tym doświadczeniu skorzystać. Ja osobiście nie mam sympatii do Hiszpanii. To nie jest kraj dla mnie. Dlatego wolałbym, żeby się kiedyś przerwały śluzy doprowadzające czy wstrzymujące pomoc obcą: żeby wbrew Anglii, wbrew Francji ktoś tu zwyciężył skrajny, definitywny. Żeby nie przyszedł kompromis. Cóż da kompromis światu? Nic. Hiszpanii może dać spokój, przerwanie bezpłodnego wylewu krwi. Ale świat na tym nic nie skorzysta. A ostatecznie jakieś króliki doświadczalne muszą na świecie istnieć. —
Jonathan rozumuje z cynizmem przykrym, ale logicznym. Dla niego oczywiście to tylko eksperyment. Nie chce, żeby był przerwany, i tyle. A tymczasem powiada:
— Ja zaś jadę do Belgii. Radzę, kto ciekaw, ze mną.
— Cóż się dzieje w Belgii? — pytamy.
— Wiecie dobrze — powiada Jonathan — walka ta, co w Hiszpanii. Walka z faszyzmem. Ale nie o komunizm zamaskowany demokracją, tylko o demokrację. Nie entuzjazmuje was to, nie ciekawi? Bo może Belgia jest małym państewkiem? Bo nie zabija się tam nikogo, nie trzeszczą karabiny maszynowe na ulicach, nie wywozi się ludzi za miasto, po strzał w ciemię? Bo Van Zeeland452 nie jest Caballerą, nie przybiera póz Lenina? Bo Degrelle453 nie zapowiada, że głowy potoczą się na ziemię? A mnie właśnie to ciekawi! Właśnie to do mnie przemawia. Wielkość eksperymentu nie polega na rozmiarach laboratorium; polega na chemicznej, antyseptycznej czystości, w której jest przeprowadzany. W Belgii jest dyskusja, publiczna, jasna, dyskusja idei, przeprowadzana w równych warunkach, w lojalnej walce wobec opinii, która nie posiada w ogóle analfabetów. Ja lubię dyskusję. Lubię taką właśnie walkę idei, w takich właśnie warunkach. Lubię, gdy jest mecz dwóch prawdziwych gentlemanów, w dodatku młodych. To lepsze niż stare pryki przedwojennego parlamentaryzmu w nowej roli, to lepsze niż niewyżyty generał grający Fuehrera454. Jadę do Belgii!
— Dobrze, Jonathanie — ktoś żartuje — ale co zrobi Hearst? Jedziesz do kraju, gdzie nie ma trupów na ulicach. Opuszczasz kraj, gdzie krew się leje. Co Hearst powie? Kto dostarczy świeżego towaru okropieństw „żółtej prasie”? —
Wszyscy się śmieją, ale Jonathan macha ręką:
— Nic się nie stanie. Ameryka lubi straszności, ale Ameryka lubi jeszcze bardziej relacje z prawdziwego, poprawnego meczu. Anglosasi to sportsmeni. Poprawny mecz zobaczę w Brukseli. O Hiszpanię możecie się nie bać. Technika reporterów sensacyjno-kryminalnych stoi w Bostonie wysoko; dostarczą czytelnikowi beze mnie pożądany serwis trupów i okrucieństw z doskonałą regularnością. Nasi chłopcy umieją pracować. Obawiam się, co prawda, że choć zwykle przesadzają, tym razem mogą łatwo nie dociągnąć: ten kraj więcej krwi przeleje, niż to wyfantazjują wszyscy reporterzy amerykańscy... Ale wy siedzicie w tej wieży Babel. Zobaczycie, jak powoli odbudowuje się władza w Madrycie. To także ciekawe. Ja już zrobiłem z tego swą pracę. Możecie mnie doganiać.
*
Tymczasem odbudowywało się życie w Madrycie. W naszych oczach, tak jak przedtem w naszych oczach uległo rozkładowi. Dzienniki zaczęły wychodzić niemal normalnie. Ruch w mieście zaczął się może jakiś inny, ale też w pewien sposób normalny. Urzędy zaczęły na swój sposób urzędować. Patrolowania nocne poczęły funkcjonować znacznie lepiej niż przedtem. Parokrotnie, wracając późno do domu, było się badanym, przy świetle latarek, z lufami o pierś. Ale strzały nocne przestały się tak powtarzać. Na chodnikach rankiem nie spotykało się plam krwawych. Miało to nawet swoje efekty goyowskie, błysk latarń oświetlających każden fałd ubrania na piersiach, kontur podniesionych rąk, żelazo luf karabinowych, wymierzonych w tę pierś, zarys jakichś postaci żołnierskich już rozpływający się w czarnogranatowym tle nocy455. Niewątpliwie stawał się ład. Czasem, jak w tym wypadku, lepszy niż był. Zawsze prawie inny. Ład obrastał dokoła szczątków dawnego ładu. Poulokowywał swe agendy w opustoszałych lokalach tamtych agend. Szkieletem, wokoło którego mógł obrosnąć, przede wszystkim stała się linia tramwai madryckich. Należy im się wspomnienie. Tramwaje te były — podobno — towarzystwem akcyjnym, w którym spory jakoby pakiet akcji mieli posiadać jezuici. Nie przestały funkcjonować ani na moment. W obronie miasta spełniły także rolę i trudną bardzo, i cenną. Trudną, bo tramwajarz mknący przez miasto nie tylko narażał się na bomby, nie tylko przejeżdżał przez dzielnice narażone na ogień, ale jeszcze był najlepszym świadkiem tego całego bezładu i rozkładu, jakim zaznaczała się na wielkich szlakach miasta ówczesna trwoga władz. Widział, nie jak inni, jeden odcinek, ale widział go zwielokrotniony po stokroć. To był duży wysiłek psychiczny prowadzić tramwaj w listopadowym Madrycie tych dni. Dla morale miasta był to wysiłek kapitalny. Jeżeli ludność spostrzegała, że władze wieją, urzędy znikają, auta mkną do Walencji, to widziała także tramwaje sunące po mieście, koło rozwalonych pociskami domów, mimo pożarów wieczornych, tak jakby się nic nie stało i nie działo. Jeśli u nas w okresie pokoju przestaną chodzić tramwaje, miasto nabiera anormalnego charakteru. Tu krążące tramwaje podtrzymywały załamaną wszędzie indziej normalność życia. Konduktorzy milczący, niedemonstrujący, nachmurzeni, prowadzili swe wozy. Wtedy też właśnie milicjantom kazano płacić za bilety. Dawna republika odeszła z Madrytu. Może była w Walencji i z rządem, może w Barcelonie z prezydentem. Tu władzę obejmowali nowi ludzie. Widziało się w urzędach i przy centrach pracy tych właśnie nowych ludzi opustoszałego miasta.
Nowi ludzie byli to przede wszystkim ludzie młodzi. Następnie komuniści. Wreszcie cudzoziemcy. To ostatnie przyjęliśmy bez sprzeciwów, tak ze względów ogólnych, jak praktycznych. Ostatecznie rewolucja proklamowała od wstępu swój charakter internacjonalny: ci, co ją chcieli, ponosili tylko konsekwencje. Praktycznie mam wrażenie, że dla obrony Madrytu i losów wojny czerwonych było to — przynajmniej tam, gdzie mógł to oglądać dziennikarz — najszczęśliwsze. Był to element znacznie lepszy, technicznie choćby, niż hiszpański. Załatwiano sprawy z szybkością i celowością, która i dla Polski byłaby postępem. Wreszcie okazało się naraz, że we wszystkich urzędach zasiadają teraz moi dobrzy czy dość dobrzy znajomi. Oto wszyscy obcy dziennikarze komuniści, cała wieża Babel z październikowych wieczorów w hallu „Gran Via” wynurzyła się tu naraz z potopu i rozsiadła wygodnie. Gruba Ilza, z której śmieliśmy się trochę, a która pozostała nieustraszenie w Madrycie, teraz rozwinęła wspaniałą działalność. Kierowała radiem. Wraz z moim przyjacielem Anglikiem zastaliśmy ją urzędującą za zwykłym remingtonem456, ale wszechwładną, w pięknej willi — pałacu księcia Nojara — o ile pamiętam. W salach z antykizującą dębową sztulaterią, nie na pewno autentycznymi gobelinami, spała w łóżku duchessy457, pod malowidłem reprezentującym rozłożyste drzewo genealogiczne Nojarów. W tych razach walały się teraz niekiedy puszki od sardynek i mleka kondensowanego, porwane skrypty i strzępy gazet. Ale to samo było w ministerium wojny, i w cenzurze i w drugim radio, i wszędzie. Byli w tym przede wszystkim Niemcy i Żydzi niemieccy. Namuth wrócił z Barcelony, również w oficjalnym charakterze. Byli nawet Szwedzi i Anglicy. W cenzurze siedziała oprócz innych tak zwana „druga Ilza”, też Ilza, nawet kubek w kubek podobna do pierwszej. Była dobrym, ospałym dzieckiem i z niezmąconą odwagą urzędowała w gmachu, który sam jeden dostawał niekiedy po parę pocisków dziennie. My, którzyśmy nie zostali potentatami, zyskaliśmy na tym wszystkim. Raz, że ci obcokrajowcy byli na ogół dla innych obcokrajowców bardziej uczynni niż Hiszpanie, po wtóre, że wśród pozostałych hiszpańskich kadr dał się odczuć podmuch ksenofobii: omijał nas właśnie dlatego, że, jak mi kiedyś powiedział szofer aut prasowych: „Wyście nie przyszli robić tu grandów”.
*
Któregoś dnia dowiedziałem się, że niebawem przyjedzie do cenzury odkomenderowany z Walencji jeden z nowych urzędników ministerstwa stanu (spraw zagr. hisz.) polskiego pochodzenia. Trzeba było ułożyć stosunki z owym niewątpliwym polskim komunistą. Przyszedłem więc w dniu jego przybycia. Towarzysz X... przyjął mnie z początkową nieufnością, nad którą górowała jednak pewna ciekawość. Był to młody chłopak, sprawiający — przynajmniej na mnie — sympatyczne wrażenie. Z pochodzenia Żyd, z okolic, gdzie asymilacja polska najmniej mogła działać, musiał mieć przez wiele lat ciężkie warunki życiowe i wiele zagranicznej tułaczki. Okazało się, że przed mym przyjazdem do Hiszpanii polemizowaliśmy gdzieś ze sobą. Znacznie potem dowiedziałem się o co. Otóż mój obecny cenzor pisał wtedy, że palenie klasztorów i kościołów w Hiszpanii dokonywane było przez samych księży, a to ze względu na polisy ubezpieczeniowe. — „Zapewne — odpowiedziałem wtedy — kler jest tak bardzo chciwy na mamonę, że ubezpiecza się nie tylko od ognia, ale jeszcze i na życie, a potem każe się chytrze zamordować, wszystko, żeby pośmiertnie podjąć grube odszkodowanie”. Jak widzimy wytłumaczenia owego marksisty nie były zbyt imponujące na poziom prasy polskiej. Muszę przyznać, że w Madrycie nie podtrzymywał już owych tez. Przeciwnie, należał niewątpliwie do urzędników rzutkich, przedsiębiorczych, sprytnych i inteligentnych. Bardzo żałowałem niekiedy, że zamiast w walencjańskim nie może służyć w warszawskim ministerstwie spraw zagranicznych i nie jest odkomenderowany od nas właśnie do Madrytu. Sądzę, że odświeżyłby nieco stęchliznę tej samowędzarni.
Rozmawialiśmy często i było w nim wiele pogardy frazesu, a odczucia istotnych racji działania. Mówiliśmy o brygadach międzynarodowych. O licznym w nich udziale elementów słowiańskich, niekoniecznie rosyjskich. Tłumaczył mi to prosto. — Ci ludzie, mówił, nie tylko bronią hiszpańskiej sprawy ludowej. Oni tu zdobywają sobie ojczyznę. Oni tu już zostaną. Ci, co nie zostaną jako zmarli, zostaną później — naturalnie po zwycięstwie rewolucji — jako jej bohaterzy, szermierze, organizatorzy. Niejeden górnik z Lille, który pociągnął do Francji za chlebem, ale i tam był elementem drugiego rzędu, tutaj po tej wojnie wywinduje się na czoło. To będą oficerowie nowej armii. Jej Kościuszkowie, Pułascy i La Fayetty458 — obcy ochotnicy rewolucji hiszpańskiej. Ta rzesza emigrantów niemieckich wymieciona przez Hitlera odnajdzie tu dla siebie, w tym kraju, o który walczy, swoje miejsce. Będzie to i dla niego z pożytkiem. Tow. X żartował czasem z Żydów. „Wie pan, kogo zastałem w kancelarii, oczywiście, no bo jakże by inaczej, kompanii X...? Naszego, polskiego Żydka”. — Nie było to tak zupełnie ścisłe. Spotkałem szereg z nich, którzy się bili, i dobrze, innych, którzy padli.
X... nie rozumiał wielu rzeczy. Mówił to szczerze bardzo. Nie rozumiał np., że jestem katolikiem. — „Nie rozumiem” — powiedział. Kompleks zagadnień religijnych zdawał mu się wydawać obcy, oddalony zupełnie, nieistotny. Marksizm spłycił mu tu inteligencję: dał obraz religii wyłącznie jako „opium” dla ludu459, wyłącznie jako parawanu możnych. Wykluczył istnienie religii w formie i u ludzi, dla których nie tylko nie byłaby takim właśnie narzędziem ucisku czy mydlenia oczu, ale przeciwnie, otwierania ich tym szerzej na sprawy świata. Potem, znacznie potem, dostrzegł, że jednak obcy, ludzie Zachodu, Anglicy i Amerykanie, ci, na których zależało rewolucji, okazują dziwne jak na protestantów zainteresowanie sprawami tej obcej religii, że to, co tu się stało, raczej ich do rewolucji odstręcza. Nie spodziewał się, jak i Hiszpanie się nie spodziewali, że to właśnie może odegrać taką rolę. Rewolucja lekceważyła i religię, i zagranicę. Liczyła, że zwycięży wbrew i bez nich. Tymczasem mimo obrony Madrytu, która tylko zatrzymała nieprzyjaciela w miejscu, ale go nie łamała, stawało się jasne, że zagranica neutralna uzyska coraz większy wpływ na wynik walki. I co dziwiło, to to, że ją spalone kościoły, pomordowani ludzie zrażają, odrażają. Wtenczas w oczach towarzysza X..., i nie jego tylko, religia i opinia religijna Zachodu poczęły stawać się jakimś innym, nieomówionym przez marksizm czynnikiem, który mógł być nawet sojusznikiem, posiadał wpływ i warto go było oszczędzać.
Bez żadnego fałszywego wstydu, z prawie chłopięcą radością, pokazał mi nowy znajomy, jak opierzyła go, najlegalniej zresztą w świecie, rewolucja. Urzędnik ministerstwa spraw zagranicznych miał sobie przydzielone auto, którego zresztą nie służbowo nie używał, posiadał piękny płaszcz Burberry, najnowszy typ Leica460 i nowiuteńką, ze wszystkimi finezjami postępu, maszynę do pisania. Nie chciałbym, by widziano w tym coś oburzającego: ja przynajmniej tego nie widziałem. Po prostu chłopiec inteligentny, który wiele się nabiedował, był od dłuższego czy krótszego czasu partyjnym bojownikiem, oddawał istotne, konkretne usługi sprawie, której się poświęcił, zyskał był tu ubocznie ten początek dobrobytu, który gdzie indziej miewają inni. Cieszył się nim bardzo po prostu i bardzo naturalnie. Myślałem tylko, że w wielu nieuświadamianych nawet pociągach do przemiany leży sporo upodobań do lepszego jakiegoś życia, lepszości wyrażającej się Leicą i Remingtonem Portable, udziałem w czymś, co jest sprawą i władzą. Czyż wszystko to ma być zdrożne? I czy nie byłoby możliwe, żeby bez tej krwi i takiej wojny ten chłopiec i inni chłopcy mieli wiele z tego, co pragną, co mają gdzie indziej inni?