Rozdział VII. Amelki „Dolina upokorzenia”
— Ten chłopiec to prawdziwy cyklop43, nieprawda? — rzekła Amelka pewnego dnia, gdy Artur pędził na koniu, wywijając szpicrutą.
— Jak śmiesz to mówić, kiedy ma oczy, i w dodatku bardzo ładne! — zawołała Ludwisia, drażliwa na najmniejszą uwagę o swym przyjacielu.
— Nie mówię o jego oczach i nie wiem, czemu się unosisz, gdy chwalę, że dobrze jeździ konno.
— Ach, Boże, ta gąska chciała powiedzieć centaur44, a nazwała go cyklopem! — wykrzyknęła Ludka, parskając śmiechem.
— Nie potrzebujesz być taka przykra, to tylko „lapse lingy”45, jak mówi pan Davis — odrzekła Amelka, rozśmieszając jeszcze bardziej tą łaciną. — Chciałabym mieć trochę tych pieniędzy, które Artur wydał na konia — dodała jakby do siebie, ale w nadziei, że siostra ją usłyszy.
— Dlaczego? — zapytała przyjaźnie Małgosia, bo Ludkę wypędził drugi wybuch śmiechu po tej powtórnej pomyłce Amelki.
— Są mi potrzebne! Jestem strasznie zadłużona, a dopiero za miesiąc otrzymam pieniądze na drobne wydatki.
— Zadłużona jesteś, Amelko? Co to znaczy? — spytała surowo Małgosia.
— Jestem winnam przynajmniej tudzin marynowanych cytryn, a nie mogę się za nie odwdzięczyć, póki nie będę miała pieniędzy, bo mama zakazała brać na kredyt w sklepie.
— Powiedz mi wszystko, czy teraz są w modzie marynowane cytryny? Dawniej była modna guma na piłki? — spytała Małgosia, powstrzymując się od śmiechu z poważnej, urzędowej miny Amelki.
— Panienki zawsze kupują sobie coś do jedzenia i trzeba robić jak one, bo inaczej posądzają o skąpstwo. Teraz są w zwyczaju marynowane cytryny, ssą je w czasie lekcji, chowając głowę pod ławkę, i wymieniają je w kąciku za ołówki, pierścionki ze szklanym oczkiem, papierowe lalki i tym podobne rzeczy. Jak panienka lubi koleżankę, to daje jej marynowaną cytrynę, jeżeli jest na którąś pogniewana, zjada sama w jej oczach i nie pozwala jej nawet oblizać. Wszystkie częstują się kolejno i mnie dawały już tyle razy, a nie mogłam się odwzajemnić, chociaż koniecznie wypada, bo jak wiesz, to są długi honorowe.
— Ile ci trzeba na kupienie cytrynek i odzyskanie dobrej opinii? — zapytała Małgosia, wyjmując woreczek.
— Ćwierć dolara wystarczy aż nadto i zostanie jeszcze kilka centów na poczęstowanie ciebie. Czy lubisz cytrynki?
— Nie bardzo, możesz zachować dla siebie moją cząstkę. Masz tu pieniądze, ale je oszczędzaj, bo to niezbyt wielka suma, jak widzisz.
— Dziękuję ci! Jak miło musi być mieć pieniądze na drobne wydatki! Będzie to dla mnie wielka uczta, bo w tym tygodniu nawet nie skosztowałam cytrynki. Przykro mi było przyjmować, nie mogąc się odwdzięczyć, a doprawdy, że już mi tęskno.
Nazajutrz Amelka spóźniła się trochę do szkoły, ale nie mogąc oprzeć się pokusie, z dumą łatwą do wybaczenia pokazała wilgotną paczkę z starego papieru, zanim schowała ją w najgłębszym kącie ławki. Przez kilka minut całą gromadkę przebiegała wieść, że Amelka March kupiła dwadzieścia cztery wyborne marynowane cytrynki — zjadła jedną po drodze — i ma zamiar częstować. Ta wiadomość całkiem pochłonęła uwagę jej koleżanek. Kasia Brown zaprosiła ją na następną swoją ucztę, Marynia Kingsley nalegała, żeby używała jej zegarka do wakacji, a Jenny Snow, złośliwa panienka, która jej nieszlachetnie docinała, że nie miewa cytrynek, schowawszy czym prędzej swą broń, oświadczała, że zrobi jej kilka trudnych zadań arytmetycznych. Ale Amelka nie zapomniała jej gryzących uwag o „pewnych osobach, których nosy nie są nadto płaskie, żeby wąchać cudze cytrynki, i które chociaż zadzierają głowę, nie są zbyt dumne, żeby o nie prosić”. Amelka zniweczyła też nadzieję „małej Snow” wzgardliwym telegramem: „Niepotrzebnie zrobiłaś się tak grzeczna, bo nic nie dostaniesz”.
Właśnie tego ranka pewna dostojna osoba zwiedzała szkołę i pochwaliła Amelkę za kolorowaną mapę. Ten zaszczyt rozjątrzył pannę Snow, a wbił w dumę pannę March, która puszyła się jak paw. Ale niestety, niestety, duma kroczy przed upadkiem i mściwa Snow z wielką zręcznością postawiła rzeczy odwrotnie. Gdy gość po zwykłej liczbie komplementów ukłonił się i odszedł, Jenny pod pozorem, że chce zapytać o coś ważnego, zawiadomiła nauczyciela, pana Davis, że Amelka March ma w ławce marynowane cytrynki.
A rzecz miała się tak, że pan Davis, uważając ten przysmak za kontrabandę46, uroczyście przysiągł, że publicznie ukarze uczennicę, która się dopuści tego nadużycia. Ten wytrwały człowiek po długiej i zażartej walce wygnał już gumę, zrobił fajerwerk ze skonfiskowanych romansów, zniósł prywatną pocztę, zakazał wykrzywiania się, przydomków, karykatur — i zrobił to wszystko, co było w mocy pojedynczego człowieka, utrzymywał bowiem kilkadziesiąt dziewcząt w karności. Bóg świadkiem, chłopcy dosyć wystawiają na próbę cierpliwość ludzką, ale dziewczęta daleko bardziej dręczą, zwłaszcza nerwowych mężczyzn. Pan Davis umiał dużo greki, łaciny, algebry i różnych „ologii”, więc był nazywany dobrym nauczycielem, a obejście, moralność, uczucia i przykład nie były uważane za rzeczy wielkiej wagi. Była to najnieszczęśliwsza chwila do oskarżenia Amelki i Jenny to wiedziała. Pan Davis widocznie napił się rano zbyt mocnej kawy, panował wschodni wiatr, wzmagający jego newralgię47, uczennice nie okazywały mu dosyć szacunku i z tych wszystkich powodów, mówiąc dosadnym, choć nieeleganckim językiem pensjonarek, był zły jak czarownica, a mrukliwy jak niedźwiedź. Słowo „cytryny” było jak iskra na beczkę prochu: zapałała mu twarz i z taką siłą uderzył w stół, że Jenny poskoczyła na swoje miejsce z niezwykłą szybkością.
— Panny, bądźcie łaskawe uważać!
Na ten surowy rozkaz ustał szmer i pięćdziesiąt par niebieskich, czarnych, szarych i ciemnych oczu posłusznie wpatrzyło się w jego groźne oblicze.
— Panno March, proszę do mego stołu.
Amelka usłuchała go na pozór spokojnie, lecz w głębi przejęta była trwogą, bo cytrynki ciążyły jej na sumieniu.
— Proszę przynieść cytryny, które są w ławce.
To niespodziane polecenie powstrzymało ją na miejscu.
— Nie bierz wszystkich — szepnęła sąsiadka, obdarzona wielką przytomnością umysłu.
Amelka szybko odłożyła pół tuzina, resztę zaś położyła przed panem Davisem w przekonaniu, że każdy człowiek mający ludzkie serce zmięknie, skoro ta rozkoszna woń uderzy jego nos. Na nieszczęście, pan Davis czuł szczególną nienawiść do modnej marynaty, a ten wstręt wzbudził w nim jeszcze większą złość.
— Czy nie ma więcej?
— Jest jeszcze trochę — wyjąkała Amelka.
— Natychmiast przynieś resztę.
Usłuchała, patrząc rozpaczliwie na paczkę.
— Czy z pewnością nie ma więcej?
— Ja nigdy nie kłamię.
— Przekonuję się. Teraz bierz po dwie sztuki tego szkaradzieństwa i wyrzucaj przez okno.
Wszystkie dziewczęta westchnęły, aż powstał lekki podmuch, gdy zniknęła ostatnia nadzieja i odebrano przysmak ich łaknącym ustom. Amelka, czerwona ze wstydu i złości, szła do okna i wracała dwanaście śmiertelnych razy, a za każdym razem para cytrynek, wyglądających tak pulchnie i soczyście, wypadała na ulicę. Żal panienek był tym większy, że z ich uczty korzystały z okrzykami radości irlandzkie dzieci, ich zawzięci wrogowie. Tego, tego już było za wiele. Wszystkie rzucały zapalczywe lub żałosne spojrzenia na nieubłaganego Davisa, a jedna z nich, namiętna miłośniczka cytrynek, zalała się łzami.
Gdy Amelka wróciła z ostatniej wędrówki, pan Davis chrząknął złowrogo i rzekł z naciskiem:
— Pamiętacie panny, co wam powiedziałem przed tygodniem? Przykro mi, że się to stało, lecz nigdy nie pozwalam przekraczać moich przepisów i nigdy nie łamię danego słowa. Panno March, wyciągnij rękę.
Amelka zadrżała i schowała obie ręce za siebie, zwracając ku niemu błagalne spojrzenie, przemawiające lepiej niż słowa, na które nie mogła się zdobyć. Była ulubienicą Davisa, nazywanego „starym”, i według mego przekonania, byłby złamał słowo, gdyby nie to, że oburzenie jednej krnąbrnej panny objawiło się gwizdnięciem, które, chociaż było ciche, rozjątrzyło gniewliwego jegomościa i przypieczętowało wyrok na winowajczynię.
— Poddaj rękę, panno March! — oto jaką odpowiedź dostała na swą niemą prośbę.
Zbyt dumna, żeby płakać lub uniewinniać się, zacisnęła zęby, wyzywająco odrzuciła w tył głowę i bez jęku wycierpiała dotkliwe plagi w wątłą dłoń. Nie trwało to długo, a uderzenia były niezbyt bolesne, ale pierwszy raz w życiu ktoś ją uderzył i tak się wstydziła, jak gdyby ją rzucił na ziemię.
— Teraz będziesz stała na podeście do przerwy — rzekł pan Davis, chcąc działać stanowczo.
Straszny wyrok! Dosyć już było przykro wrócić na miejsce i widzieć litościwe twarze przyjaciółek, a zadowolone nieprzyjaciółek, których wprawdzie miała niewiele, ale patrzeć na całą szkołę po tej świeżej hańbie zdawało się jej niepodobieństwem i przez chwilę doznawała wrażenia, jak gdyby mogła tylko paść na ziemię z sercem pękającym od płaczu. Gorzkie poczucie doznanej krzywdy i myśl o Jenny Snow dopomagały jej znieść to z pozornym spokojem. Stojąc na hańbiącym miejscu, wlepiła oczy w komin od piecyka, nad którym zdawało jej się, że widzi morze twarzyczek. Była tak nieruchoma i blada, że dziewczętom z trudnością udawało się pracować wobec tej zrozpaczonej osóbki.
Przez kwadrans ta dumna i wrażliwa dziewczynka cierpiała taki wstyd i ból, że nigdy ich nie zapomniała. Innym mogło się to wydawać rzeczą zabawną lub śmieszną, ale dla niej była to ciężka próba, bo przez dwanaście lat swego życia była wychowywana z miłością i nigdy jeszcze nie spotkał jej taki cios. Zapomniała, że pali ją ręka i boli serce, bo ją dręczyła myśl:
„Będę musiała powiedzieć to w domu i będą tak się wstydzić za mnie!”
Ten kwadrans wydał się jej godziną, ale nareszcie minął i słowo „przerwa” nigdy jeszcze tak mile jej nie zabrzmiało.
— Możesz odejść, panno March! — powiedział pan Davis, czując sam, że ma zakłopotaną minę.
Nieprędko zapomniał pełne wyrzutu spojrzenie Amelki, gdy nie odzywając się do nikogo, poszła prosto do przedpokoju, wzięła ubranie i opuściła to miejsce z silnym postanowieniem, że już tam nie wróci. Kiedy wróciła do domu, była w smutnym stanie i gdy starsze dziewczęta przybyły trochę później, przejęte oburzeniem, zaczęły się zaraz naradzać. Pani March niewiele mówiła, lecz była zasępiona i pocieszała smutną córeczkę, jak mogła najczulej. Małgosia zmoczyła bolącą rękę gliceryną i łzami, Eliza czuła, że nawet ukochane koty nie byłyby dla niej balsamem na takie zmartwienie, zagniewana Ludka odezwała się z pomysłem, żeby niezwłocznie zaaresztować pana Davisa, Anna zaś wygrażała pięścią „nikczemnikowi” i tak gniotła kartofle na obiad, jak gdyby jego miała pod tłuczkiem.
Prócz koleżanek nikt nie spostrzegł wyjścia Amelki, ale bystrookie dziewczęta zauważyły, iż po południu pan Davis był cichy, łagodny i niezwykle nerwowy. Przed samym końcem lekcji zjawiła się Ludka i z surową twarzą zbliżyła się do stolika, położyła list od matki, zabrała resztę rzeczy Amelki i wyszła, starannie obcierając błoto z obuwia na słomiance leżącej przy drzwiach, jak gdyby strząsała z nóg proch tego miejsca.
— Dobrze, pozwolę ci nie chodzić do szkoły, ale musisz co dzień uczyć się trochę z Elizą — rzekła pani March tego wieczoru. — Nie popieram kar cielesnych, szczególnie dla dziewcząt. Nie podoba mi się też sposób nauczania pana Davisa i towarzystwo, jakie tam miałaś, ale zanim cię poślę do innej szkoły, zapytam ojca o radę.
— To dobrze. Chciałabym, żeby wszystkie uczennice opuściły jego przestarzałą szkołę i obróciły ją w niwecz. Do szału mnie doprowadza myśl o tych doskonałych cytrynach — rzekła Amelka i westchnęła z miną męczennicy.
— Nie żałuję, żeś je straciła, bo przekroczyłaś przepisy i zasłużyłaś na karę za nieposłuszeństwo — surowo powiedziała matka.
Dziewczę, spodziewając się tylko współczucia, zmieszało się na te słowa.
— Czyżbyś była, mamo, zadowolona, że mnie spotkał wstyd wobec całej szkoły? — wykrzyknęła Amelka.
— Nie wybrałabym tej kary — odparła matka — ale kto wie, czy ona nie skuteczniejsza dla ciebie niż łagodna. Robisz się nadto próżna i zarozumiała, moja droga, i czas się poprawić. Masz dużo drobnych zalet i przymiotów, ale nie należy się nimi chełpić, bo chełpliwość psuje najpiękniejszą naturę. Prawdziwy talent lub przymiot nie mogą długo zostawać w ukryciu, a gdyby nawet i tak było, to nas powinna zadowalać świadomość, że je posiadamy i wprowadzamy w czyn. Największym wdziękiem każdej potęgi jest skromność.
— Tak jest — odezwał się Artur, grający w szachy z Ludką — znałem kiedyś dziewczynkę obdarzoną prawdziwym talentem do muzyki, ale nie wiedziała o nim. Nie zgadywała, jak miłe rzeczy komponuje w samotności, i gdyby nawet ktoś jej powiedział, to by nie uwierzyła.
— Chciałabym ją znać, może by mi pomogła, bo jestem tak nieudolna — rzekła Eliza, która stała przy nim, słuchając pilnie.
— Znasz ją i pomaga ci lepiej, niżby zdołał ktoś inny — odpowiedział Artur z tak figlarnym spojrzeniem wesołych czarnych oczu, że nagle zarumieniła się i ukryła twarz w poduszce od sofy, odurzona tym niespodzianym odkryciem.
Ludka pozwoliła Arturowi wygrać partię za tę pochwałę, lecz Eliza nie chciała już usiąść do fortepianu. Za to Artur ślicznie śpiewał i bardzo był wesoły, rzadko bowiem pokazywał posępną stronę swego usposobienia pannom March. Gdy odszedł, Amelka, która cały wieczór była zamyślona, rzekła nagle, jakby ją zajęła nowa myśl:
— Czy Artur jest wykształconym chłopcem?
— O tak, odebrał doskonałą edukację i ma wielki talent do muzyki. Będzie z niego dzielny człowiek, jeżeli się nie zepsuje i nie rozpieści — odrzekła matka.
— I nie jest zarozumiały? — spytała Amelka.
— Wcale nie. Dlatego taki miły i tak go wszyscy kochamy.
— Rozumiem. To ładnie być wykształconym i eleganckim, a nie popisywać się ani chełpić — dodała Amelka w zamyśleniu.
— Te zalety przebijają się zawsze w rozmowie i w zachowaniu, pomimo skromności, ale nie ma potrzeby się przechwalać — powiedziała pani March.
— Tak samo jak byłoby niewłaściwe, gdybyśmy włożyły wszystkie kapelusze, suknie i wstążki, jakie mamy, żeby pokazać je ludziom — dorzuciła Ludka i nauka moralna zakończyła się śmiechem.
Rozdział VIII. Ludka stacza walki z sobą
— Dokąd idziecie, dziewczęta? — zapytała Amelka, wchodząc do ich pokoju pewnej soboty po południu; zastała je bowiem tajemniczo gotujące się do wyjścia, co obudziło jej ciekawość.
— Mniejsza o to, małe dziewczynki nie powinny zadawać pytań — cierpko odrzekła Ludka.
W młodocianym wieku nic nas tak nie gniewa, jak takie słowa lub jeszcze gorsze polecenie: „Idź stąd, moja droga.” Po tej zniewadze Amelka podniosła głowę i postanowiła zbadać tajemnicę, choćby jej przyszło poświęcić na to godzinę. Zwróciwszy się do Małgosi, która nigdy nie potrafiła długo jej odmawiać, rzekła pieszczotliwie:
— Powiedz mi! Zdaje mi się, że mogłabyś mnie wziąć ze sobą! Eliza bawi się lalkami, a ja nie mam co robić i taka jestem samotna.
— Nie mogę, moja droga, bo nie jesteś zaproszona! — odezwała się Małgosia, a Ludka przerwała jej niecierpliwie:
— Małgosiu, nie mów, bo nam wszystko zepsujesz. Nie możesz pójść, Amelko, więc nie bądź dzieckiem i nie napieraj się.
— Idziecie gdzieś z Arturem, wiem dobrze. Szeptaliście ze sobą i śmieliście się na sofie wczoraj wieczorem, ale umilkliście, gdy weszłam. Może nie idziecie z nim?
— Owszem, ale siedź cicho i przestań przeszkadzać!
Amelka przygryzła wprawdzie język, lecz korzystała z oczu i ujrzała, że Małgosia wsuwa wachlarz do kieszeni.
— Wiem, wiem! Idziecie do teatru na Siedem zamków! — wykrzyknęła, dodając stanowczym tonem: — Ja też pójdę, bo mama powiada, że mogę być na tej sztuce. Dostałam już pieniądze na drobne wydatki i bardzo jest brzydko, żeście mi wpierw nie powiedziały.
— Posłuchaj mnie chwilkę i bądź grzecznym dzieckiem — rzekła Małgosia, chcąc ją uspokoić. — Mama nie chce, żebyś poszła w tym tygodniu do teatru, bo twoje oczy nie zniosłyby jeszcze światła tej czarodziejskiej sztuki. W przyszłym tygodniu możesz pójść z Elizą i Anną i będziecie się dobrze bawić.
— Bawiłabym się dwa razy lepiej z wami i z Arturem! Weźcie mnie ze sobą. Tak długo siedziałam w domu z powodu kataru, że umieram z tęsknoty za rozrywką. Weź mnie, Małgosiu! Będę odtąd taka grzeczna! — prosiła, strojąc żałosną minkę.
— Może by ją wziąć? Nie sądzę, żeby mama się gniewała, jak ją dobrze otulimy — odezwała się Małgosia.
— Jeżeli ona pójdzie, to ja zostanę, a jak ja nie pójdę, to Artur będzie niezadowolony. Przy tym bardzo niegrzecznie ciągnąć ze sobą Amelkę, kiedy zaprosił tylko nas. Nie sądzę, żeby się chciała tam wciskać, gdzie jej nie chcą — cierpko rzekła Ludka, nie lubiąca czuwać nad ruchliwym dzieckiem, gdy miała ochotę zabawić się sama.
Jej ton i zachowanie rozgniewały Amelkę, która zaczęła wkładać buciki, i powiedziała z naciskiem:
— Pójdę. Małgosia mówi, że mogę pójść, i ponieważ zapłacę za siebie, to Arturowi nic do tego.
— Nie możesz siedzieć obok nas, bo mamy zamówione miejsca. Musiałabyś siedzieć sama i albo Artur zechce ci ustąpić swego krzesła i zepsuje nam to zabawę, albo weźmie inny numer dla ciebie, co byłoby nieprzyzwoite, kiedy nie byłaś proszona. Nie ruszysz ani kroku w żadną stronę, więc stój, gdzie jesteś — gderała Ludka jeszcze kwaśniej, bo z pośpiechu ukłuła się w palec.
Amelka, siedząc na podłodze z jednym bucikiem na nóżce, rozpłakała się. Małgosia zaczęła ją przekonywać, kiedy Artur zawołał z dołu i dziewczęta zbiegły, zostawiając szlochającą siostrę, bo od czasu do czasu zapominała, że chce być dorosła i zachowywała się jak rozpieszczone dziecko. Gdy wesoła gromadka już miała wychodzić, Amelka groźnie zawołała przez poręcz schodów:
— Pożałujesz, Ludko March, zobaczysz!
— Nie dbam o to! — odparła Ludwisia, trzaskając za sobą drzwiami.
Doskonale się zabawili na Siedmiu zamkach diamentowego jeziora, było to bowiem przedstawienie tak świetne i zdumiewające, jak tylko można było pragnąć. Jednakże pomimo komicznych czerwonych diabełków, przebiegłych karłów, wspaniałych książąt i księżniczek, Ludka czuła kroplę goryczy w przyjemności. Złote loki królowej wieszczek przypomniały jej Amelkę, i w antraktach48 zastanawiała się, co też jej siostrzyczka zrobi, „żeby ona pożałowała”. Często dochodziło między nimi do sprzeczek, bo obie były żywego temperamentu i skłonne do uniesień, gdy je ktoś rozdrażnił. Amelka dręczyła Ludkę, ta zaś drażniła Amelkę, skąd zdarzały się wybuchy, których się obie potem wstydziły. Ludka, chociaż starsza, mniej potrafiła nad sobą panować i ciężko jej było poskramiać krnąbrne usposobienie, wywołujące przykre skutki. Jej gniew nigdy jednak nie trwał długo, wyznawała winę ze szczerą skruchą i starała się poprawić. Siostry mówiały, że lubią, gdy Ludkę opanuje wściekłość, bo się potem robi z niej anioł. Biedna Ludka wszelkimi siłami starała się być grzeczna, ale wewnętrzny nieprzyjaciel zawsze był gotów rozgorzeć i ją zdradzić, więc chyba tylko długoletnia praca mogła go pokonać.
Wróciwszy do domu, zastały Amelkę czytającą w pokoju bawialnym. Gdy weszła, przybrała obrażoną minę, nie podniosła oczu znad książki, nie zadała ani jednego pytania. Może ciekawość zwalczyłaby gniew, gdyby nie było Elizy, która się dopytywała i otrzymała żywy opis sztuki. Ludka poszła zaraz na górę, żeby zdjąć swój najładniejszy kapelusz, i najpierw rzuciła okiem na biurko, bo gdy się pokłóciły ostatnim razem, Amelka ulżyła sobie przewróceniem jej szuflady do góry dnem. Ale wszystko było na miejscu, więc objąwszy szybkim rzutem oka skrytki, woreczki i szkatułki, Ludwisia powiedziała sobie, że jej siostra wybaczyła krzywdę i puściła ją w niepamięć.
Myliła się jednak, nazajutrz bowiem dokonała odkrycia, które wywołało burzę. Małgosia, Eliza i Amelka siedziały razem przed wieczorem, kiedy Ludka wpadła z rozgonioną twarzą do pokoju i spytała zdyszana:
— Czy kto zabrał moją powieść?
Małgosia i Eliza zaprzeczyły z zadziwieniem, Amelka zaś rozniecała ogień i nie odzywała się. Ludwisia, spostrzegłszy, że się rumieni, w jednej chwili na nią napadła:
— Amelko, tyś ją wzięła.
— Nie wzięłam.
— Ale wiesz, gdzie jest.
— Nie wiem.
— Kłamiesz! — wykrzyknęła Ludka, chwytając ją z tak groźną twarzą za ramiona, że mogłaby przestraszyć daleko śmielsze dziecko.
— Nie kłamię, nie wzięłam jej, nie wiem, gdzie jest, i nic mnie to nie obchodzi.
— Wiesz coś i lepiej, żebyś od razu powiedziała, bo cię zmuszę. — Mówiąc to, potrząsnęła nią z lekka.
— Karć, ile chcesz, nigdy nie odzyskasz tej głupiej starej książki! — zawołała Amelka, również rozjątrzona.
— Dlaczego?
— Bo ją spaliłam.
— Jak to, moją ulubioną książkę, nad którą pracowałam, by dokończyć przed powrotem ojca? Naprawdę ją spaliłaś? — zawołała Ludka, blednąc bardzo, podczas gdy jej oczy pałały ogniem, a ręce nerwowo ściskały Amelkę.
— Tak, spaliłam! Powiedziałam, że cię zmuszę, żebyś żałowała wczorajszego zachowania, i zmusiłam cię — tak!
Nie dokończyła mówić, bo Ludka, ulegając gorącemu temperamentowi, tak nią wstrząsnęła, że aż jej zęby zadzwoniły.
— Ty niegodziwa, niegodziwa dziewczyno! — krzyknęła, przejęta żalem i gniewem. — Nie będę już mogła napisać tej książki i póki życia, nie daruję ci tego.
Małgosia przybiegła na pomoc Amelce, a Eliza starała się uspokoić Ludkę, ale ona, wytargawszy siostrę za ucho na pożegnanie, wybiegła z pokoju, schroniła się na poddasze, usiadła na starej sofie i wiodła dalej walkę we własnej duszy.
Na dole ucichła burza, przyszła bowiem pani March i wysłuchawszy historii, prędko rozbudziła w Amelce poczucie krzywdy wyrządzonej siostrze. Książka stanowiła dumę Ludki i cała rodzina widziała w niej bardzo obiecujący utwór. Były to tylko czarodziejskie powiastki, ale opracowała je starannie, oddając się całym sercem temu dziełu, w nadziei, że je kiedyś wydrukuje. Właśnie przepisała rękopis na czysto i zniszczyła stary, więc ognisko Amelki zniweczyło ukochaną kilkuletnią pracę. Innym ta strata wydawała się mała, ale dla Ludki była straszną klęską, której nie spodziewała się sobie wynagrodzić. Eliza była tak zasmucona, jak gdyby zdechł jej kot, a Małgosia nie chciała nawet bronić swej pieszczoszki. Pani March miała poważną, smutną twarz, a Amelka czuła, że nikt nie będzie jej kochać, póki nie przeprosi za czyn, którego sama najbardziej żałowała.
Gdy zadzwoniono na herbatę, Ludka ukazała się z twarzą tak ponurą i odpychającą, że Amelka straciła do reszty odwagę, ale rzekła pokornie:
— Wybacz mi, Ludwisiu, bardzo, bardzo mi przykro.
— Nigdy nie wybaczę — odparła surowo i odtąd Amelka przestała dla niej istnieć.
Nikt nie wspominał o tym wielkim zmartwieniu, nawet pani March, bo wiedziała z doświadczenia, że gdy Ludka jest tak usposobiona, wszelkie słowa stają się daremne i najrozsądniej jest czekać, póki jakiś drobny wypadek lub jej szlachetna natura nie złagodzą żalu i nie położą końca niezgodzie. Wieczór nie był przyjemny, bo choć szyły jak zazwyczaj, a matka czytała głośno wyjątki z Bremerowej49, Waltera Scotta50 i pani Edgeworth51, czegoś brakowało i spokój domowy został przerwany. Najwięcej dało się to odczuć, gdy przyszła chwila śpiewu, bo Eliza zdobyła się tylko na przygrywanie, Ludka stała milcząca jak kamień, a Amelka była zgnębiona, więc Małgosia z matką stanowiły cały chór. Chciały śpiewać wesoło jak skowronki, ale ich dźwięczne głosy nie jednoczyły się jak zwykle i szły niezgodnie.
Całując Ludkę na dobranoc, pani March łagodnie szepnęła:
— Moja droga, nie daj słońcu zajść nad twym gniewem52. Przebaczcie sobie nawzajem, dopomóżcie sobie i od jutra zacznij dzieło na nowo.
Ludka chciała oprzeć głowę na matczynym łonie i wypłakać smutek i gniew, ale łzy dowodzą słabości, przy tym tak głęboko czuła obrazę, że naprawdę jeszcze nie mogła całkiem wybaczyć. Powstrzymując się gwałtem od płaczu, potrząsnęła głową i widząc, że Amelka słucha, szorstko odrzekła:
— To był szkaradny postępek, więc nie zasługuje na przebaczenie.
Powiedziawszy te słowa, położyła się i nie było już śmiechu ani poufnej gawędy tego wieczoru.
Amelka bardzo była obrażona, że jej pojednawcze kroki zostały odepchnięte. Zaczęła żałować upokorzenia się, jeszcze żywiej czuła doznaną krzywdę i nieznośnie pyszniła się swą wysoką cnotą. Ludka ciągle wyglądała jak gradowa chmura i wszystko się tego dnia nie wiodło. Ranek był bardzo zimny, upuściła do rynsztoka smaczne smażone jabłko, ciotka March kaprysiła, Małgosia zamyślała się, Eliza, przyszedłszy do domu, przymuszała się do zmartwionej, smutnej miny, Amelka robiła uwagi o osobach, które ciągle mówią, że chciałyby się doskonalić, a jednak nie korzystają z cudzych zbawiennych przykładów.
„Wszyscy tacy nieznośni, pójdę poprosić Artura, żebyśmy się ślizgali. On jest zawsze miły, wesoły i wiem, że mi przywróci dobry humor” — pomyślała Ludka i poszła.
Amelka, usłyszawszy łoskot łyżew, wyjąkała z niecierpliwym okrzykiem:
— Otóż masz! Obiecała, że pójdę z nią kolejnym razem, bo to już ostatni lód, ale nie warto prosić takiej złośnicy.
— Nie mów tak. Byłaś bardzo niedobra i trudno jej wybaczyć stratę ukochanej książki, ale myślę, że mogłaby się na to zdobyć i pewno zechce, jak spróbujesz w dobrej chwili — rzekła Małgosia. — Idź za nimi, ale nic nie mów, póki się Ludka nie rozweseli przy Arturze. Wówczas dopiero pocałuj ją lub uściskaj. Pewna jestem, że się pogodzi całym sercem.
— Spróbuję — rzekła Amelka, bo podobał się jej ten pomysł, i wybrawszy się śpiesznie, dogoniła przyjaciół, którzy właśnie znikali za wzgórzem.
Do rzeki było niedaleko, ale już byli gotowi, zanim Amelka ich dogoniła. Ludka, zobaczywszy ją nadchodzącą, odwróciła się, Artur zaś nie spostrzegł jej, mocno zajęty ślizganiem się wzdłuż brzegu, by sprawdzić lód, bo niedawno odtajała woda i znowu ją mróz ścisnął.
— Posunę się do pierwszego zakrętu i zobaczę, czy wszystko w porządku, zanim zaczniemy się ścigać. — Usłyszała Amelka, gdy puścił się w bieg, w surducie53 i czapce z futrem, co mu nadawało wygląd młodego Rosjanina.
Ludka słyszała, że siostrzyczka wzdycha, tupie nogami, gryzie palce, podczas gdy ona przyczepia łyżwy, ale nie obróciła się i z wolna posuwała się zygzakiem w dół rzeki, doznając gorzkiego, przykrego zadowolenia, że Amelka cierpi. Napawała się gniewem, aż się wzmógł i ją opanował, bo złe myśli i złe uczucia zawsze nad nami górują, jeżeli ich nie pokonamy od razu. Gdy Artur zawrócił się przy zakręcie rzeki i krzyknął za siebie:
— Trzymaj się blisko brzegu, bo pośrodku jest niebezpiecznie!
Ludwisia usłyszała, lecz do Amelki nie dotarły te słowa, bo właśnie puściła się w bieg. Ludka obejrzała się przez ramię, ale mały demon, którego w sobie żywiła, szepnął jej do ucha: „Mniejsza o to, czy słyszała czy nie, niech sama dba o siebie”.
Artur znikł za zakrętem rzeki, Ludka dotarła do tego miejsca, a Amelka została w tyle, dążąc do gładkiego lodu pośrodku. Przez chwilę Ludka spokojnie stała z dziwnym uczuciem w sercu. Potem postanowiła iść dalej, ale coś ją wstrzymało i obróciła głowę, właśnie gdy Amelka w górę podniosła ręce i padła. Dał się słyszeć trzask słabego lodu, plusk wody i krzyk, wydobywający się z głębi serca Ludki, skamieniałej ze strachu. Próbowała zawołać Artura, ale nie mogła wydobyć głosu, chciała biec, lecz nogi straciły władzę i przez sekundę zdołała tylko stać nieruchoma, patrząc z przerażoną twarzą na błękitny kapturek, wznoszący się nad czarną wodą. Artur żywo przesunął się koło niej i zawołał:
— Przynieś drąg! Prędko, prędko!
Jak tego dokonała, nie wiedziała sama, lecz przez kilka minut pracowała jak szalona, ślepo słuchając Artura, który zachował zimną krew i leżąc na płask, przytrzymywał Amelkę ręką i łyżwą, dopóki Ludka nie wyjęła drąga z płotu, i razem dopiero wydobyli dziecko, bardziej wylękłe niż poszkodowane.
— Teraz musimy ją jak najprędzej dostawić do domu. Włóż na nią nasze rzeczy, a ja zdejmę te nieszczęsne łyżwy — wołał Artur i otulał Amelkę swoim paltem, ciągnąc mocno sznurki, tak poplątane jak nigdy.
Przynieśli Amelkę do domu drżącą, przemoczoną i zapłakaną. Po tych emocjach zasnęła przy dobrym ogniu, owinięta w kołdry. Póki trwało zamieszanie, Ludka prawie się nie odezwała, biegała tylko z bladą, dziką twarzą, na wpół rozebrana, w podartej sukni. Ręce miała pokaleczone i skrwawione od lodu, drąga i upartych klamer. Gdy Amelka spokojnie usnęła i wszystko w domu ucichło, pani March, siedząca przy łóżku, zawołała Ludkę i zaczęła jej obwiązywać poranione ręce.
— Czy na pewno nie grozi jej niebezpieczeństwo? — szepnęła Ludka, patrząc ze skruchą na złocistą główkę, która mogła zniknąć dla niej na zawsze pod zwodniczym lodem.
— Z całą pewnością, moja droga. Nie zraniła się i pewnie się nawet nie zaziębi, boście ją troskliwie okryli i prędko przynieśli do domu! — odparła matka wesoło.
— Artur zrobił to wszystko, nie ja, bo ją zostawiłam własnym siłom. Mamo, gdyby umarła, to byłaby moja wina. — Padła koło łóżeczka, gwałtownie płacząc, i ze skruchą opisywała całe zdarzenie. Gorzko oskarżała swoje twarde serce i z łkaniem wyrażała wdzięczność, że oszczędzono jej tak ciężkiej i zasłużonej kary.
— Mój szkaradny temperament jest temu winien! Staram się go hamować i czasem zdaje mi się, że go już poskromiłam, lecz właśnie w takiej chwili następuje jeszcze gorszy wybuch. Ach, mamo! Co ja mam robić? Co robić? — wołała biedna z rozpaczą.
— Czuwaj nad sobą i módl się, moja droga. Nie ustawaj w wysiłkach i nie sądź, że nie zdołasz pokonać wad — rzekła pani March, obejmując zaczerwienioną twarzyczkę, i ucałowała tak tkliwie zroszony policzek, że Ludka jeszcze serdeczniej się rozpłakała.
— Ty nie wiesz, mamo, nie możesz się nawet domyślać, jak mi z tym źle. Gdy wpadnę w szał, zdaje mi się, że mogłabym się wszystkiego dopuścić. Robię się tak dzika, że z radością zadawałabym największe przykrości. Boję się, że jakimś strasznym czynem zatruję sobie życie i wszyscy będą mnie nienawidzić. Ach, matko, pomóż mi!
— Pomogę, dziecko moje, pomogę. Nie płacz tak gorzko, ale zapamiętaj dzisiejszy dzień i z całej duszy postanów, że się już nie powtórzy. Ludko droga, wszyscy miewamy pokusy, i daleko większe niż twoje. Czasem całe życie schodzi na ich pokonywaniu. Myślisz, że twój temperament jest najgorszy w świecie, a tymczasem mój był taki sam.
— Twój, matko? Jak to? Przecież ty się nigdy nie gniewasz! — Ludka ze zdziwienia przez chwilę zapomniała o dręczącym ją sumieniu.
— Przez czterdzieści lat starałam się go wyleczyć, ale zdołałam tylko nieco poskromić. Nie ma dnia, żeby mnie nie ogarniał gniew, lecz nauczyłam się nie okazywać go i mam nadzieję, że kiedyś zupełnie go wykorzenię, chociażby mnie to miało kosztować drugie czterdzieści lat.
Cierpliwy i pokorny wyraz twarzy, którą tak bardzo kochała, był lepszą lekcją dla Ludki niż najrozumniejsze kazanie, najostrzejsze wymówki. Od razu ją pocieszyło współczucie, zaufanie i świadomość, że matka ma takie same wady i stara się je poprawić. Stała się cierpliwsza w stosunku do swoich ułomności i wzmocniła w sobie chęć wyleczenia się z nich, chociaż piętnastoletniej dziewczynie czterdziestoletni okres czuwania nad sobą i modlenia się wydawał się bardzo długi.
-– Mamo, czy ty z gniewu zaciskasz czasem tak mocno usta i wychodzisz z pokoju, gdy ciotka March gdera albo cię ludzie drażnią? — zapytała Ludka, czując, że ta rozmowa jeszcze bardziej zbliża ją i przywiązuje do matki.
— Tak, nauczyłam się hamować porywcze słowa, a gdy czuję, że mogą się wymknąć mimo woli, odchodzę na chwilę i strofuję się, żem taka słaba i zła — rzekła pani March z westchnieniem i uśmiechając się, porządkowała roztargane włosy Ludki.
— Jakim sposobem nauczyłaś się milczeć, mamo? Na tym najbardziej mi zależy, bo zanim się spostrzegę, już mi się wyrwie ostre słowo, a im więcej mówię, tym gorsza się robię, tak dalece, że sprawia mi to przyjemność, gdy obrażam ludzi, wygaduję straszne rzeczy. Powiedz mi, jak sobie radzisz, mamo droga?
— Moja droga matka dopomagała mi w tym zazwyczaj.
— Tak samo, jak ty nam — przerwała Ludka, całując ją z wdzięcznością.
— Ale ją straciłam, będąc niewiele starsza od ciebie, i przez kilka lat musiałam walczyć sama, bo duma nie pozwalała spowiadać się komuś innemu z moich słabości. Ciężkie czasy przeszłam, moja Ludko, i wylałam dużo gorzkich łez nad swoją niemocą, nie widząc postępu mimo usiłowań. Potem zjawił się twój ojciec i byłam taka szczęśliwa, że łatwo mi było być dobrą. Ale gdy miałam cztery córeczki wkoło siebie, dawne pokusy wróciły, bo nie jestem cierpliwa z natury i bardzo się dręczyłam, gdy czegoś moim dzieciom brakło.
— Biedna matko! Któż ci wówczas pomagał?
— Twój ojciec, Ludko. On nigdy nie traci cierpliwości, nigdy nie wątpi, nie narzeka, lecz zawsze ufa, pracuje i czeka z taką pogodą duszy, że wstyd mnie ogarnia, gdy się inaczej zachowuję. On mi dopomagał, pocieszał mnie i nauczał, że dla przykładu muszę się starać o cnoty, których pragnę dla moich dziewczynek. Łatwiej mi przychodziło czynić to dla was niż dla siebie. Przestraszony lub zadziwiony wzrok którejś z was, gdy się szorstko odezwałam, powstrzymywał mnie bardziej niż wszelkie słowa, a miłość, poszanowanie i ufność moich dzieci były najsłodszą nagrodą za to, że usiłowałam stać się kobietą godną naśladowania.
— Ach, mamo, chciałabym być choć w połowie tak dobra jak ty! — wykrzyknęła Ludka bardzo wzruszona.
— Mam nadzieję, że będziesz daleko lepsza, moja droga, ale musisz „czuwać nad swym wewnętrznym nieprzyjacielem” — jak zwykł mówić ojciec, bo ci zasępi albo zatruje życie. Otrzymałaś przestrogę, zapamiętaj ją więc i staraj się z duszy i z serca opanować żywy temperament, zanim ci spowoduje większe troski i wyrzuty sumienia niż dziś doznałaś.
— Postanawiam spróbować, mamo, szczerze postanawiam, ale musisz mi pomagać, przypominać i powstrzymywać od uniesień. Widziałam nieraz, że ojciec z palcem na ustach wpatrywał się w ciebie z bardzo życzliwą, ale surową twarzą i zawsze zaciskałaś wówczas usta albo wychodziłaś z pokoju. Czy to było napominanie z jego strony? — spytała Ludka łagodnie.
— Tak, prosiłam, żeby mi pomagał w ten sposób. Nigdy o tym nie zapominał i bronił mnie przed szorstkimi słowami tym znakiem i życzliwym spojrzeniem.
Ludka spostrzegła, że matce oczy zachodzą łzami i usta drżą, gdy mówi. Bojąc się, że powiedziała zbyt wiele, szepnęła z niepokojem:
— Czy to źle, że cię obserwowałam i że wspomniałam o tym? Nie chciałam być niedelikatna, ale tak miło jest mówić ci wszystko, co myślę, i czuć się tutaj bezpieczną i szczęśliwą.
— Możesz mi wszystko mówić, moja Ludko, bo to jest dla mnie największym szczęściem i chlubą, gdy czuję, że moje dziewczęta ufają mi i wiedzą, jak je kocham.
— Myślałam, że cię zmartwiłam.
— Nie, moja droga, ale rozmowa o ojcu przypomniała mi, jak bardzo tęsknię, jak wiele mu zawdzięczam i jak wiernie powinnam czuwać i pracować, żeby zastał swe córeczki bezpieczne i dobre.
— Jednak namawiałaś go do wyjazdu i nie płakałaś przy rozstaniu, a teraz nie narzekasz i nie okazujesz, że ci brak jakiejś pomocy — rzekła Ludka z podziwem.
— Oddałam, co mam najlepszego, ukochanemu krajowi i wstrzymywałam łzy, póki ojciec nie odjechał. Dlaczego mam narzekać, kiedy oboje spełniliśmy prosty obowiązek i z pewnością tym szczęśliwsi będziemy, gdy się skończy? Co się tyczy pomocy, to mam ją od jeszcze lepszego przyjaciela niż twój ojciec. On mnie pociesza i wspiera. Moje dziecię, dla ciebie troski i pokusy dopiero się zaczynają i może ich być dużo, ale je pokonasz i przeżyjesz wszystkie, jeżeli się nauczysz oceniać potęgę i miłosierdzie Niebieskiego Ojca. Im bardziej będziesz Go kochać i ufać Mu, tym się staniesz mniej zależna od ludzkiej władzy i mądrości. Jego miłość i opieka nigdy się nie nuży i nie zmienia, nie może ci być odebrana, lecz może się stać źródłem życiodajnego spokoju, szczęścia i siły. Wierz w to całym sercem, polecaj Bogu drobne troski, nadzieje, grzechy i smutki tak śmiało i ufnie, jak mnie je opowiadasz.
Ludka w milczeniu mocniej uścisnęła matkę i wśród panującej ciszy wyrwała jej się z serca modlitwa bez słów, najszczersza, na jaką się kiedykolwiek zdobyła. W tej smutnej, a jednak błogiej godzinie poznała bowiem nie tylko gorycz wyrzutów sumienia i rozpaczy, lecz także słodycz zaparcia się siebie i panowania nad sobą. Poprowadzona za rękę przez matkę, zbliżyła się bardziej do przyjaciela, który przyjmuje każde dziecię z miłością silniejszą niż ojcowska i tkliwszą niż macierzyńska.
Amelka poruszała się i wzdychała przez sen, a Ludka, jak gdyby chcąc zaraz naprawić swój błąd, patrzyła na nią z takim wyrazem twarzy, jakiego nigdy nie miała.
— Pozwoliłam słońcu zajść nad moim gniewem, nie chciałam jej wybaczyć, a dziś, gdyby nie Artur, byłoby za późno! Jak mogłam być tak zła! — rzekła półgłosem, pochylona nad siostrą, ostrożnie głaszcząc wilgotne włosy rozrzucone na poduszce.
Zdawało się, że Amelka usłyszała te słowa, otworzyła bowiem oczy i wyciągnęła ramiona z uśmiechem przenikającym na wskroś serce Ludki. Nie powiedziały ani słowa, lecz uściskały się mocno pomimo kołder i wszystko zostało wybaczone i zapomniane w jednym serdecznym pocałunku.