Rozdział XV. Telegram

— Najmniej przyjemnym miesiącem w roku jest listopad — rzekła Małgosia, stojąc raz po południu w ponury dzień przy oknie, skąd się przypatrywała ogrodowi, pokrytemu szronem.

— Dlatego ja się w nim urodziłam — powiedziała Ludka z zadumą, nie wiedząc, że ma kleks na nosie.

— Gdyby się zdarzyło teraz coś przyjemnego, to by się nam ten miesiąc wydał rozkoszny — odezwała się Eliza, gdyż wszystko brała z dobrej strony, nawet listopad.

— Zapewne, ale u nas nie zdarza się nic przyjemnego — powiedziała Małgosia, będąca w złym usposobieniu. — Pracujemy ciężko bez żadnej odmiany ani rozrywki, zupełnie jak we młynie.

— A toś kwaśna! — wykrzyknęła Ludka. — Nie bardzo mnie to dziwi, biedaczko, bo widzisz, że inne dziewczęta doskonale się bawią, a ty się męczysz rok po roku. Ach, czemuż nie mogę urządzić twego życia tak samo, jak moim bohaterkom! Jesteś już dosyć ładna i dobra, więc chciałabym tylko, żeby jacyś bogaci krewni zapisali ci niespodzianie majątek. Wówczas błyszczałabyś jak dziedziczka, z pogardą traktowałabyś każdego, co cię lekceważył, pojechałabyś zagranicę i wróciłabyś do domu jako pani X., odznaczająca się blaskiem, świetnością i elegancją.

— Dziś inaczej zdobywa się majątek. Mężczyźni muszą pracować, a kobiety wychodzą za mąż dla pieniędzy. Świat jest bardzo niesprawiedliwy! — rzekła Małgosia z goryczą.

— My obie z Ludwisią zrobimy fortunę dla was wszystkich. Poczekajcie tylko dziesięć lat, zobaczycie — rzekła Amelka, która siedziała w kącie robiąc „gliniane paszteciki”, jak nazywała Anna jej modele ptaków, owoców i twarzy.

— Nie mogę czekać i obawiam się, że nie bardzo ufam atramentowi i glinie, lecz wdzięczna jestem za dobre chęci.

Westchnąwszy, zwróciła się znów do ogrodu, pokrytego szronem. Ludka, jęcząc, oparła łokcie na stole w rozpaczliwej pozycji, Amelka lepiła dalej energicznie, a Eliza, która siedziała przy drugim oknie, rzekła z uśmiechem:

— Zaraz przytrafią się dwie przyjemne rzeczy. Mama już idzie ulicą, a Artur biegnie przez ogród, jakby miał powiedzieć coś dobrego.

Gdy weszli oboje, pani March zapytała jak zwykle:

— Dziewczęta, czy nie ma listu od ojca?

Artur zaś rzekł swym ujmującym tonem:

— Może któraś z was przejedzie się ze mną? Tak się zmęczyłem matematyką, że kręci mi się w głowie i chcę sobie odświeżyć umysł przejażdżką. Wprawdzie jest pochmurno, ale pogoda nie jest brzydka; odwiozę Brooke’a do domu, więc w każdym razie będzie nam wesoło. Ludko, pojedziecie obie z Elizą, prawda?

— Naturalnie.

— Ja bardzo dziękuję, lecz jestem zajęta — rzekła Małgosia, porządkując koszyczek do robótki, bo się umówiły z matką, żeby nie wyjeżdżała często z tym młodzieńcem.

— My trzy będziemy gotowe za chwilkę — wykrzyknęła Amelka i poszła umyć ręce.

— Czy mogę czymś służyć, pani matko? — spytał Artur, opierając się o fotel pani March z tkliwością w spojrzeniu i w tonie, jaką jej zwykle okazywał.

— Dziękuję ci, chyba tym, że wstąpisz na pocztę, jeżeliś tak dobry, mój drogi. Dziś powinien nadejść list, a dotąd go nie ma. Ojciec jest punktualny jak słońce, ale może zaszło opóźnienie w drodze.

Głośny dzwonek przerwał jej, a po chwili weszła Anna z listem.

— To wygląda jak jeden z tych okropnych telegramów — rzekła, podając kopertę w taki sposób, jakby się bała, że wystrzeli i wyrządzi jakąś szkodę.

Usłyszawszy słowo „telegram”, pani March pośpiesznie przeczytała przesłane dwa wiersze i padła na fotel blada jak ten papier, który ugodził ją w samo serce.

Artur zbiegł na dół po wodę, Małgosia z Anną podtrzymywały ją, a Ludka przeczytała głośno co następuje:

Do pani March

Mąż pani bardzo chory — przybądź natychmiast.

S. Hale,

w Waszyngtonie

Jakaż cisza panowała w pokoju, gdy słuchały, wstrzymując oddech. Jak sposępniało na dworze! I jak nagle cały świat zdawał się zmieniony, gdy dziewczęta zgromadziły się wkoło matki z uczuciem, jakby im miały być odebrane szczęście i podpora ich życia. Pani March zaraz doszła do siebie, przeczytała powtórnie telegram i wyciągnęła ręce do córek, mówiąc tonem, którego nigdy nie zapomniały:

— Pojadę natychmiast, ale może już być za późno! Ach, dzieci, dzieci, dopomóżcie mi to znieść!

Przez kilka minut było słychać w pokoju tylko szlochanie, przerywane słowa pociechy, tkliwe obietnice pomocy i szepty nadziei, zamierające we łzach. Biedna Anna przyszła do siebie pierwsza i bezwiednym rozumem dała wszystkim dobry przykład, bo według niej praca jest lekarstwem na wszelkie zmartwienia.

— Niechaj Bóg ma w swojej opiece biedaka! Nie będę tracić czasu na łzy, tylko przygotuję rzeczy pani do drogi — rzekła serdecznie, obcierając twarz fartuchem. Uścisnęła mocno dłoń pani March swą twardą ręką i poszła pracować co najmniej za trzy kobiety.

— Anna ma słuszność, nie ma czasu na łzy. Uspokójcie się, dziewczęta, i dajcie mi zebrać myśli.

Biedaczki usiłowały być spokojniejsze, podczas gdy matka, siedząc blada, lecz spokojna, odsuwała smutek, żeby zebrać myśli i ułożyć plan dla dzieci.

— Gdzie Artur? — zapytała po chwili, zastanowiwszy się, co ma zrobić.

— Jestem tu, pani. Pozwól mi się czymś przysłużyć! — zawołał, przybiegając z sąsiedniego pokoju, gdzie się usunął, czując, że ich pierwsze zmartwienie jest zbyt święte, aby nawet jego przyjazne oczy mogły na nie patrzeć.

— Wyślij telegram, że jadę niezwłocznie. Najwcześniejszy pociąg odjeżdża jutro rano, więc się tym wybiorę.

— Co więcej? Konie są gotowe, mogę wszędzie pojechać i wszystko zrobić! — rzekł z taką miną, jak gdyby chciał lecieć na koniec świata.

— Oddaj kartkę ciotce March. Ludko, podaj mi pióro i atrament.

Oderwawszy czystą stronę od arkusza, na którym właśnie pisała, Ludka przysunęła stół do matki. Dobrze wiedziała, że trzeba będzie pożyczyć pieniędzy na tę długą i smutną podróż, i miała poczucie, że i ona powinna dodać choćby małą sumkę dla ojca.

— Wybierz się już, mój drogi, ale się nie zabijaj zbyt prędką jazdą, bo to niepotrzebne.

Przestroga pani March widocznie poszła w niepamięć, gdyż Artur takim pędem przeleciał wkrótce koło okna na swoim wierzchowcu, jak gdyby mu szło o życie.

— Ludko, pobiegnij powiedzieć pani King, że nie mogę przyjść. Po drodze kup te rzeczy, które zapiszę, bo mogą być potrzebne. Muszę pojechać zaopatrzona we wszystko, co może się przydać choremu. Szpitale nie zawsze są dobrze zaopatrzone. Elizo, idź poprosić pana Laurence o parę butelek starego wina; duma nie powstrzyma mnie, żebym prosiła o coś dla ojca, jemu się należy wszystko, co najlepsze. Amelko, zaleć Annie, żeby przyniosła z góry czarny kufer, a ty, Małgosiu, chodź mi pomóc w szukaniu rzeczy, bo jestem tak nieprzytomna.

Biedna kobieta łatwo mogła stracić przytomność, jednocześnie pisząc, myśląc i wydając polecenia. Małgosia uprosiła ją, żeby spokojnie posiedziała w swoim pokoju, chcąc wszystko sama załatwić. Dziewczęta rozbiegły się jak liście strząsane wiatrem, a ten cichy, szczęśliwy dom został nagle rozbity, jak gdyby ów papier rzucił złe czary.

Zacny pan Laurence przyszedł spiesznie z Elizą, przynosząc wszystko, co tylko mógł obmyślić dla wygody chorego; obiecał przy tym opiekować się dziewczętami w czasie nieobecności matki. Nie było rzeczy, której by nie ofiarował, począwszy od szlafroka, aż do swej osoby do towarzystwa w podróży, ale to ostatnie było niemożliwe. Pani March nie chciała słyszeć, aby starzec podejmował takie trudy, jednakże było widać ulgę na jej twarzy, gdy o tym mówił, bo niepokój źle usposabia do drogi. Gdy zrozumiał, co znaczy ta zmiana fizjonomii, ściągnął gęste brwi, zatarł ręce i nagle odszedł, mówiąc, że zaraz powróci. Nikt nie miał czasu o nim pomyśleć, kiedy Małgosia, biegnąc koło drzwi, z kaloszami w jednej ręce, a z filiżanką herbaty w drugiej, wpadła nagle na pana Brooke’a.

— Z wielką przykrością posłyszałem o tym co tu zaszło, miss March — rzekł przyjaznym i spokojnym tonem, który sprawił bardzo miłe wrażenie na jej skołatanym umyśle, i przyszedłem ofiarować się matce pani, jako towarzysz podróży. Pan Laurence ma dla mnie zlecenia do Waszyngtonu, a przy tej sposobności będzie mi prawdziwie miło oddać się jej na usługi.

Kalosze spadły na ziemię, a herbata o mało nie poszła za nimi, gdy Małgosia wyciągnęła rękę, a jej twarz wyrażała taką wdzięczność, że pan Brooke czułby się wynagrodzony za daleko większe poświęcenie niż to drobne, jakie chciał uczynić z czasu i wygody.

— Jacyście wy wszyscy dobrzy. Mama przyjmie tę propozycję, jestem pewna, taka to będzie ulga dla nas, że ktoś się o nią troszczy! Dziękuję panu bardzo, bardzo!

Tak była przejęta tym, co mówi, że zupełnie zapomniała o sobie. Dopiero gdy ciemne oczy spojrzały jakoś dziwnie, przyszła jej na myśl stygnąca herbata i poprowadziła pana Brooke’a do pokoju bawialnego, obiecując, że wywoła matkę.

Wszystko było gotowe, gdy Artur wrócił od ciotki March z potrzebną sumą i bilecikiem, w którym powtórzyła raz jeszcze, iż według niej pan March okazał się niedorzeczny, idąc do wojska, że zawsze przepowiadała stąd złe skutki i że w przyszłości zapewne będzie lepiej słuchał jej rad. Pani March rzuciła kartkę w ogień, pieniądze schowała do woreczka i zaczęła gotować się do podróży, zaciskając tak mocno usta, że Ludka zrozumiałaby ją, gdyby była przy tym obecna.

Prędko minęło krótkie popołudnie. Gdy wszystkie interesy zostały załatwione, Małgosia z matką zajęły się jakimś pilnym szyciem, Eliza i Amelka robiły herbatę, Anna kończyła prasowanie, jednej Ludki tylko nie było, i zaczęto się niepokoić. Artur poszedł jej szukać, bo nigdy nie było wiadomo, jaki pomysł przyjdzie jej do głowy. Nie znalazł jej, wróciła sama za jakimś dziwnym wyrazem twarzy: była to mieszanina figlarności i obawy, zadowolenia i żalu. Wszystkich zadziwiła jej mina, podobnie jak zwitek banknotów, który położyła przed matką, mówiąc drżącym głosem:

— To mój wkład na zapewnienie wygód ojcu i sprowadzenie go do domu.

— Skąd to wzięłaś, moja droga? Dwadzieścia pięć dolarów! Ludko, mam nadzieję, że nie zrobiłaś niczego pochopnego.

— Nie, są uczciwie zdobyte. Nie wyżebrałam ich, nie pożyczyłam, nie ukradłam, tylko zarobiłam, i nie sądzę, żebyś chciała mnie łajać, mamo, bo tylko sprzedałam swą własność. — Mówiąc to, zdjęła kapelusz, a wszystkie wykrzyknęły, gdyż jej gęste włosy zostały krótko obcięte.

— Twoje włosy! Twoje piękne włosy! Ach, Ludko, jak mogłaś! Pozbyłaś się jedynej swojej ozdoby! Moja droga córeczko, to niepotrzebne! Nie wyglądasz na moją dawną Ludkę, ale cię serdecznie kocham za to.

Gdy wszystkie wydawały okrzyki, a Eliza czule ściskała ostrzyżoną głowę, Ludwisia przybrała obojętną minę i rzekła, potrząsając ciemną czuprynką, jak gdyby sprawiała jej przyjemność:

— Nie zmienią się od tego losy narodu, więc nie lamentuj, Elizo. To zbawienna rzecz nawet, bo robiłam się zbyt dumna z mojej grzywy, i mózg skorzysta, że się pozbyłam tej miotły. Tak mi będzie przyjemnie, lekko i chłodno! Fryzjer powiedział, że wkrótce urośnie mi kędzierzawa czupryna, zupełnie jak chłopcu. Będzie mi z nią do twarzy i głowę utrzymam w porządku. Nie żałuję tego wcale, proszę cię zatem, mamo, weź pieniądze i chodźmy na kolację.

— Opowiedz mi to ze szczegółami, Ludko. Niezupełnie jestem zadowolona, lecz nie mogę cię ganić, widząc, jak chętnie poświęciłaś próżność dla przywiązania. Ale to było niepotrzebne, moja droga, i boję się, że kiedyś pożałujesz — rzekła pani March.

— Nigdy! — stanowczo odparła Ludka, doznając wielkiej ulgi, że jej postępek nie został całkiem potępiony.

— Co cię do tego skłoniło? — spytała Amelka, której równie prędko przyszłoby na myśl uciąć sobie głowę, jak piękne włosy.

— Opanowała mnie chęć przysłużenia się czymś ojcu — odpowiedziała Ludwisia, gdy się zebrały przy stole, bo zdrowe i młode osoby mogą jeść nawet w zmartwieniu. — Nie cierpię pożyczać, podobnie jak mama, i wiem, że ciotka March gderałaby: ona zawsze gdera, gdy ją prosić chociażby o parę groszy. Małgosia oddała kwartalną pensję na opłatę komornego, a ja za moją kupiłam tylko kilka sukien, więc czułam się winna i postanowiłam zdobyć pieniądze, choćby mi przyszło sprzedać nos.

— Niepotrzebnie poczuwałaś się do winy, moje dziecko. Nie miałaś zimowego ubrania i kupiłaś jak najskromniejsze, za ciężko zapracowane pieniądze — rzekła pani March z takim spojrzeniem, że Ludce rozpływało się serce.

— Nie miałam tego od razu na myśli, ale idąc, zastanawiałam się, co by zrobić, i pomyślałam, żeby wpaść do któregoś z bogatych sklepów i sobie poradzić. W oknie u fryzjera zobaczyłam warkocze z przypiętą ceną. Jeden z nich czarny, dłuższy od mego, ale nie tak gruby, miał napis: „czterdzieści dolarów”. Nagle przyszło mi do głowy, że mam rzecz, za którą mogę wziąć pieniądze, i bez namysłu weszłam, by zapytać, czy kupiono by włosy i ile dano by za moje.

— Nie rozumiem, jak się na to zdobyłaś — rzekła Eliza z przestrachem.

— To był jakiś mały człowieczek, który wyglądał, jakby całe życie tylko smarował sobie włosy olejkiem. Zdziwił się z początku, bo widać nieprzyzwyczajony, żeby panny wchodziły do jego sklepu z zapytaniem, czy kupi ich włosy. Powiedział, że nie podobają mu się moje, gdyż nie są w modnym kolorze, i że niewiele płaci za towar z pierwszych rąk, bo dopiero wyrób stanowi cenę, i tym podobne rzeczy. Już zmrok zapadał i bałam się, że wszystko przepadnie, jeżeli zaraz tego nie zrobię. Przy tym wiecie, że jak sobie coś ułożę, to muszę dokonać, więc poprosiłam, żeby wziął włosy, objaśniając, dlaczego mi tak pilno. Wiem, że to było niemądre, ale wpłynęłam na niego, bo się jakoś rozgorączkowałam i opowiedziałam całą historię bez ładu, jak to jest moim zwyczajem. Jego żona, która także słuchała, rzekła z taką dobrocią: „Weź je, Tomaszu, i przysłuż się tej panience. Ja bym to samo zrobiła dla naszego Jasia, gdyby mój warkocz miał jaką wartość”.

— Któż to był ten Jaś? — spytała Amelka, lubiąca wiedzieć wszystko ze szczegółami.

— Mówiła, że to jej syn, który poszedł do wojska. Prawda, jak to łączy z sobą obcych ludzi? Cały czas, gdy mąż obcinał włosy, zabawiała mnie uprzejmie rozmową.

— Czy nie było ci straszno za pierwszym cięciem? — spytała Małgosia i dreszcz ją przeszedł.

— Rzuciłam ostatnie spojrzenie, gdy szukał przyrządów, i nic więcej. Nigdy się nie zastanawiam nad takimi drobiazgami. Jednak muszę wyznać, że było mi dziwnie, gdy ujrzałam te drogie włosy na stole i poczułam tylko ostre i krótkie końce na głowie. Doznałam prawie takiego uczucia, jak gdyby mi ucięto rękę lub nogę. Ta pani, spostrzegłszy, że na nie spoglądam, zostawiła mi jeden długi pukiel. Tobie go dam, mamo, żebyś pamiętała moją dawną świetność, bo czuprynka jest tak wygodna, że wątpię, czy wrócę kiedyś do grzywy.

Pani March zwinęła kręcący się kasztanowaty pukiel i położyła w stoliku, obok innego, który był krótki i siwy. Rzekła tylko: „Dziękuję ci, moja droga”, ale było coś takiego w jej twarzy, że dziewczęta zaczęły wesoło rozprawiać o tym, jaki pan Brooke dobry, jaka piękna pogoda zapowiada się na jutrzejszy dzień i jak szczęśliwe będą czasy, kiedy ojciec wróci do domu i zacznie wracać do zdrowia.

Nikomu nie chciało się spać, ale o dziesiątej pani March, skończywszy ostatnie zajęcie, rzekła: ”Chodźcie, dziewczęta”. Eliza usiadła do fortepianu, by zagrać ulubiony hymn ojca, i wszystkie podniosły odważnie głosy, lecz jedna po drugiej milkła, i nareszcie ona sama tylko śpiewała z głębi serca, dla niej bowiem muzyka była zawsze słodką pocieszycielką.

— Połóżcie się i nie rozmawiajcie, musimy się wyspać i wstać jutro wcześnie. Dobranoc, moje kochane! — rzekła pani March, gdy hymn się skończył, bo żadna nie miała ochoty próbować drugiego.

Pocałowały ją spokojnie i położyły się tak cicho, jak gdyby ich drogi chory leżał w przyległym pokoju. Amelka i Eliza prędko usnęły pomimo wielkiego strapienia, ale Małgosia leżała rozbudzona, myśląc pierwszy raz w swym krótkim życiu o tak ważnych rzeczach. Zdawało jej się, że Ludka śpi, tak nieruchomo leżała, dopiero usłyszawszy przytłumiony jęk, krzyknęła i dotknęła się zroszonego policzka.

— Ludwisiu droga, co ci jest? Czy z powodu ojca płaczesz?

— Teraz nie!

— Więc cóż ci się stało?

— Moje... moje włosy! — wybuchnęła biedaczka, daremnie usiłując skryć wzruszenie w poduszce.

Małgosi nie wydało się to śmieszne. Czule całowała i pieściła zasmuconą bohaterkę.

— Wcale nie żałuję! — zapewniała Ludka, szlochając. — Gdybym mogła, jutro zrobiłabym to samo. Tylko próżna, samolubna cząstka mego „ja” narzeka i płacze tak niedorzecznie. Proszę cię, nie mów o tym, już przeszło. Myśląc, że śpisz, jęknęłam po cichu za moją jedyną ozdobą. Jakim sposobem się obudziłaś?

— Nie mogę spać, taka jestem niespokojna — rzekła Małgosia.

— Myśl o czymś przyjemnym, to prędko uśniesz.

— Próbowałam, ale mnie to jeszcze bardziej rozbudziło.

— O czym myślałaś?

— O ładnych twarzach, a w szczególności o oczach — odpowiedziała Małgosia, uśmiechając się do siebie w cieniach nocnych.

— Jakiego koloru najlepiej je lubisz?

— Ciemne, to jest, czasami, niebieskie są ładne.

Ludka roześmiała się, a siostra surowo zakazała jej mówić, potem mile obiecała zwijać jej loczki, i gdy usnęła, śniło jej się, że mieszka w swym zamku na lodzie.

Zegary biły północ i w pokojach było bardzo cicho, kiedy jakaś postać zaczęła przesuwać się od łóżka do łóżka, to gładząc którąś kołdrę, to poprawiając poduszkę, i zatrzymywała się długo, by czule przyjrzeć się każdej z tych uśpionych twarzyczek, złożyć pocałunek z cichym błogosławieństwem i zasłać do nieba tak gorącą modlitwę, jak tylko matki umieją. Gdy podniosła firankę, aby spojrzeć na posępną noc, księżyc wysunął się nagle spoza chmur i zajaśniał nad nią jak pogodna, promienna twarz, która zdawała się szeptać wśród ciszy: „Pociesz się, drogie serce, zawsze jest światłość za chmurami”.