Rozdział XX. Zwierzenia
Nie znalazłabym nigdy słów, by opisać powitanie matki z córkami. Takie chwile są piękne, lecz bardzo trudne do skreślenia, więc je zostawię wyobraźni mych czytelników. Powiem tylko, że dom był pełen szczerej radości i że się ziściła najtkliwsza nadzieja dziewcząt, gdy się bowiem Eliza obudziła z długiego i uzdrawiającego snu, jej oczy najpierw padły na różyczkę i na twarz matki. Zbyt osłabiona, by dziwić się czemukolwiek, z uśmiechem tuliła się tylko w tkliwych objęciach, czując zaspokojoną tęsknotę. Potem usnęła znowu, a dziewczynki usługiwały matce, niechcącej puścić wychudzonej rączki, która się do niej tuliła nawet podczas snu. Anna przygotowała dla podróżnej wyborne śniadanie, dowodząc, że to najlepszy sposób na zbytnie podniecenie. Małgosia z Ludką karmiły matkę jak małe bocianki, ona zaś po cichu opowiadała o zdrowiu ojca, o obietnicy pana Brooke’a, że zostanie, by go doglądać, o burzy, która opóźniała jej przybycie do domu, i o niewypowiedzianej radości na widok pocieszającej twarzy Artura, gdy przyjechała znużona, niespokojna, zziębnięta.
Jakiż to dziwny i miły był dzień! Tak jasno i wesoło na ulicy, bo się zdawało, że cała ludność wyruszyła na powitanie pierwszego śniegu, tak cicho i spokojnie w domu, wszyscy bowiem spali, znużeni czuwaniem, i panowała uroczysta cisza, podczas gdy Anna, kiwając się, trzymała straż przy drzwiach. Z tym błogim uczuciem, iż zrzuciły z siebie ciężar, Małgosia i Ludka położyły się na spoczynek i zamknęły zmęczone oczy, jak statki skołatane burzą i bezpiecznie schronione w cichej przystani. Pani March nie chciała odejść od Elizy i wypoczywała w fotelu, budząc się często, by spojrzeniem, pieszczotą i myślą cieszyć się swym dzieckiem jak skąpiec odzyskanym skarbem.
Przez ten czas Artur pobiegł pocieszyć Amelkę i tak pięknie opowiadał, iż ciotka March rozpłakała się i ani razu nie rzekła: „Mówiłam, że tak będzie”. Amelka okazała się tak mężna, że sądzę, iż rozmyślania w kapliczce zaczynały przynosić rzeczywiste owoce. Prędko osuszyła łzy, pokonała niecierpliwą chęć zobaczenia matki i nie pomyślała nawet o turkusowym pierścionku, a stara jejmość szczerze zgodziła się z Arturem, że zachowuje się jak „dzielna kobietka”. Nawet Polly zdawała się być pod wrażeniem, nazwała ją dobrą dziewczynką, pobłogosławiła jej guziki i prosiła najuprzejmiej, żeby się z nią wybrała na przechadzkę. Amelka byłaby chętnie skorzystała z zimowej pogody, lecz widząc, że Artur jest niewyspany, chociaż się z tym kryje, namówiła go, żeby wypoczął na sofie, podczas gdy sama napisze kartkę do matki. Zabrało jej to dużo czasu i gdy się odwróciła, spał wyciągnięty z rękami pod głową, a ciotka March, spuściwszy firankę, siedziała bezczynnie, w nadzwyczajnym przystępie dobrotliwości.
Po pewnym czasie zaczęły przypuszczać, że nie zbudzi się do samej nocy, i może by się tak stało, gdyby nie radosny okrzyk Amelki, kiedy zobaczyła matkę. Zapewne w mieście było dużo szczęśliwych dziewczynek owego dnia, lecz według mnie Amelka była najszczęśliwsza ze wszystkich, gdy siedząc na kolanach matki, opowiadała swoje troski i odbierała w nagrodę uśmiech pełen zachęty i czułe pieszczoty. Siedziały w kapliczce, przeciw której matka nic nie miała, dowiedziawszy się od Amelki, jaki jest jej cel.
— Przeciwnie, moja droga, bardzo mi się tu podoba — rzekła, patrząc na zakurzony różaniec, zniszczoną książeczkę i piękny obraz uwieńczony zielenią. — To doskonała rzecz mieć takie spokojne schronienie, gdy nas coś gniewa lub martwi. Dużo jest ciężkich chwil w życiu, ale zawsze można je znieść, gdy umiemy prosić o pomoc. Sądzę, że moja córeczka uczy się tego.
— Tak, uczę się i gdy wrócę do domu, będę miała kącik w dużym gabinecie na książki i na kopię tego obrazu, którą spróbowałam zrobić. Twarz Madonny nie jest udana, ale Pan Jezus jest piękniejszy i bardzo Go kocham. Miło mi myśleć, że był kiedyś dzieckiem, ośmiela mnie to do Niego.
Gdy wskazywała to dziecię na kolanach matki, pani March spostrzegła na podniesionej rączce rzecz, która wywołała jej uśmiech. Nie rzekła ani słowa, lecz Amelka zrozumiała spojrzenie i po chwili odezwała się poważnie:
— Chciałam ci to powiedzieć, ale zapomniałam. Dostałam dziś ten pierścionek od ciotki. Zawołała mnie do siebie, pocałowała i włożyła go na palec, mówiąc, że jestem jej pociechą i że chciałaby mnie zatrzymać na zawsze. Jest za duży, więc dla podtrzymania go dodała tę maleńką obrączkę. Czy pozwolisz mi je nosić?
— Bardzo są ładne, ale sądzę, żeś trochę za młoda na takie ozdoby — rzekła pani March, patrząc na pulchny paluszek w pierścionku z niebieskim kamieniem i w drugim, złożonym z cienkich rączek, trzymających się ze sobą.
— Będę się starała nie być próżna — rzekła Amelka — i chciałabym je nosić nie tylko dlatego, że są ładne, ale żeby mi coś przypominały, jak tej dziewczynce z powieści, która nosiła bransoletkę.
— Czy ci mają przypominać ciotkę March? — spytała matka ze śmiechem.
— Nie, tylko moje samolubstwo — odrzekła z miną tak poważną i szczerą, że matka przestała się śmiać i z szacunkiem słuchała jej planu.
— W ostatnich czasach myślałam bardzo dużo o moich grzechach i największym z nich jest samolubstwo, więc chcę dołożyć wszelkich starań, żeby się z niego wyleczyć. Eliza nie jest samolubna, dlatego wszyscy ją kochają i boją się ją stracić. Gdybym ja była chora, nikt by się bardzo nie martwił i nie zasługiwałabym na to. Chciałabym jednak, żeby mnie kochano i żałowano, więc będę usiłowała stać się podobna do Elizy. Wprawdzie łatwo zapominam o moich postanowieniach, ale mając ciągle przy sobie przedmiot, który by mi je przypominał, zdaje mi się, że postępowałabym lepiej. Czy mogę wypróbować ten sposób?
— Dobrze, lecz bardziej wierzę w kącik dużego gabinetu. Noś ten pierścionek, moja droga, i postępuj, na ile będziesz mogła najlepiej. Sądzę, że ci się powiedzie, bo mając szczerą chęć doskonalenia się, w połowie zyskałaś już zwycięstwo. Muszę teraz wrócić do Elizy. Bądź mężna, moja córeczko, bo niedługo będziemy już razem w domu.
Wieczorem, podczas gdy Małgosia pisała do ojca, donosząc o szczęśliwym przybyciu podróżnej, Ludka poszła na palcach do pokoju Elizy i zastawszy matkę na zwykłem miejscu, stała chwilę, przesuwając palce po włosach z nieswobodną i niepewną siebie miną.
— Co tam, moja droga? — spytała pani March, wyciągając rękę, ze spojrzeniem zachęcającym do zwierzeń.
— Chciałabym ci coś powiedzieć, mamo!
— O Małgosi?
— Jak prędko zgadłaś! Tak, o niej. Chociaż to mała rzecz, jednak mnie gniewa...
— Eliza śpi, więc nie podnoś głosu i powiedz mi wszystko. Spodziewam się, że Moffata tu nie było? — spytała pani March porywczo.
— Nie. Zamknęłabym mu drzwi przed nosem, gdyby przyszedł — powiedziała Ludka, siadając na ziemi u nóg matki. — Zeszłego lata Małgosia zostawiła parę rękawiczek u Laurence’ów, ale tylko jedną zwrócono. Zapomniałyśmy o tym, aż Teodorek mi powiada, że ma ją pan Brooke, który ją trzyma w kieszeni od kamizelki, ale raz mu wypadła i gdy z niego żartował, wyznał, że kocha Małgosię, lecz nie śmie się oświadczyć, póki ona taka młoda, a on taki ubogi. Czyż to nie straszne rzeczy?
— Czy myślisz, że on obchodzi Małgosię? — zapytała pani March z niepokojem na twarzy.
— Boże mój! Czy ja się znam na miłości i na tych wszystkich niedorzecznych rzeczach! — wykrzyknęła Ludka z zabawną mieszaniną ciekawości i wzgardy. — W powieściach panny zdradzają się tym, że są lękliwe, rumienią się, mdleją, chudną i we wszystkim postępują nierozsądnie, tymczasem Małgosia nie robi nic takiego: je, pije i śpi, jak rozumna istota. Patrzy mi prosto w oczy, gdy mówię o tym człowieku, i tylko się trochę czerwieni, gdy Teodorek żartuje z kochanków. Zakazałam mu tego, ale mnie nie słucha.
— Więc zdaje ci się, że Małgosia nie jest zajęta Janem?
— Kim? — wykrzyknęła Ludka z przestrachem.
— Panem Brooke. Przyzwyczailiśmy się nazywać go Janem w szpitalu, bo mu to sprawia przyjemność.
— Ach, mamo, wiedziałam, że będziesz po jego stronie, dlatego że się okazał dobry dla ojca! Nie odepchniesz go, pozwolisz ożenić się z Małgosią, jeżeli ona zechce. To brzydko, był usłużny dla papy, starał się przypodobać mamie, żebyście go musieli polubić — zawołała Ludka i znowu ze złości targała sobie włosy.
— Nie gniewaj się, moja droga, opowiem ci, jak to się stało. Jan towarzyszył mi z woli pana Laurence’a i tak się poświęcił biednemu ojcu, żeśmy nie mogli go nie polubić. Co się tyczy Małgosi, okazał się zupełnie otwarty i honorowy, bo powiedział nam, że ją kocha, lecz chciałby mieć dostateczne utrzymanie, zanim poprosi o jej rękę. Prosił tylko, żeby mu wolno było ją kochać, pracować dla niej i rozbudzić w niej miłość, jeżeli potrafi. To młodzieniec wielkich zalet, więc nie mogliśmy odrzucić jego prośby, ale nie pozwolę, żeby Małgosia zaręczyła się tak młodo.
— Ma się rozumieć, to byłoby idiotycznie! Wiedziałam, że się coś złego święci, czułam to, ale jest gorzej, niż sobie wyobrażałam. Żałuję, że sama nie mogę poślubić Małgosi i w ten sposób zatrzymać jej w domu!
Ten dziwny pomysł wywołał uśmiech na twarzy pani March, rzekła jednak poważnie:
— Zwierzyłam ci się, Ludko, ale proszę, żebyś nie wspominała o tym Małgosi. Gdy Jan powróci i zobaczę ich razem, będę mogła lepiej osądzić jej uczucia.
— Wyczyta jego uczucia z tych pięknych oczu, o których często mówi, a wówczas będzie po niej. Takie teraz ma miękkie serce, że się rozpłynie jak masło na słońcu, kiedy ktoś na nią spojrzy sentymentalnie. Daleko pilniej odczytywała jego krótkie sprawozdania niż twoje listy, a gdy jej to powiedziałam, uszczypnęła mnie. Lubi ciemne oczy, nie sądzi, żeby Jan było brzydkim imieniem, i zakocha się, i koniec będzie spokoju, i zabaw, i pogadanek. Z góry wszystko widzę! Będą chodzić po domu, gruchając, a my się będziemy usuwać. Małgosię tak to pochłonie, że dla mnie już przestanie być siostrą. Brooke wyskrobie gdzieś majątek, wywiezie ją i zrobi szczerbę w rodzinie, a mnie serce pęknie, i wszystko będzie mi się wydawać szkaradne i niemiłe! Ach, mój Boże, czemu nie jesteśmy chłopcami? Nie byłoby takich utrapień!
Oparła brodę na kolanach w rozpaczliwej postawie i wygrażała pięścią nieszczęsnemu Janowi. Pani March westchnęła, a Ludka spojrzała na nią z ulgą w sercu.
— Nie podoba ci się to, bardzo się cieszę. Odpraw go, a Małgosi nic nie mów, żeby nie przestało u nas być wesoło.
— Niepotrzebnie westchnęłam, moja Ludko, bo to rzecz naturalna i pożądana, żeby każda z was miała kiedyś własny dom. Chciałabym tylko jak najdłużej zatrzymać moje dziewczęta i przykro mi, że się to stało tak wcześnie, bo Małgosia ma dopiero siedemnaście lat, a niejeden rok upłynie, zanim Jan zdoła jej przygotować domowe ognisko. Oboje z ojcem postanowiliśmy nie dopuścić, żeby się Małgosia związała słowem lub wyszła za mąż przed dwudziestym rokiem życia. Jeżeli kochają się z Janem, to mogą czekać i w ten sposób udowodnić swą miłość. Ona jest sumienna, nie obawiam się, żeby traktowała go niedobrze, moja ładna i tkliwa córeczka, i mam nadzieję, że znajdzie szczęście.
— Czy nie wolałabyś, żeby wyszła za bogatego człowieka? — spytała Ludka, gdy głos matki zadrżał trochę przy ostatnich wyrazach.
— Pieniądze są dobrą i użyteczną rzeczą, i spodziewam się, że moje dziewczęta nigdy nie odczują boleśnie ich braku, ale też nie będą kuszone zbyt wielką ilością. Chciałabym, żeby Jan miał tyle, aby był wolny od długów i zapewniał Małgosi wygodne życie. Nie pragnę dla moich dziewczątek świetnej fortuny, światowej pozycji ani wielkiego nazwiska. Gdyby pozycja i pieniądze szły w parze z miłością i cnotą, przyjęłabym je chętnie i cieszyłabym się waszym powodzeniem, ale wiem z doświadczenia, jak wiele prawdziwego szczęścia można znaleźć w skromnym domku przy pracy na chleb codzienny i mimo niedostatków, które czynią milszymi rzadkie rozrywki. Cieszę się, że Małgosia zacznie od małego, bo jeżeli się nie mylę, będzie bogata w taki skarb, jakim jest serce dobrego człowieka, a to lepsze od majątku.
— Rozumiem cię, mamo, i zupełnie zgadzam się z tobą, ale to dla mnie zawód, bo sobie układałam, że Małgosia wyjdzie kiedyś za Teodorka i do końca życia opływać będzie w zbytkach. Czy to nie byłoby dobrze? — zapytała z rozjaśnioną twarzą.
— Teodor jest młodszy od niej — odezwała się pani March, lecz ona przerwała:
— To nic nie znaczy! On jest dojrzały i wysoki na swój wiek, a jak chce, to umie się zachować jak dorosły mężczyzna. Przy tym bogaty, szlachetny, dobry i kocha nas wszystkich. Doprawdy szkoda, że mój plan spełznie na niczym.
— On mi się zdaje za młody dla Małgosi i za mało jeszcze wyrobiony, żeby kobieta mogła od niego zależeć. Nie rób planów, Ludko, niech czas i własne serca stanowią o losie twych przyjaciół. Niebezpiecznie jest mieszać się w takie rzeczy i lepiej nie dopuszczać do głowy „romansowych niedorzeczności”, jak zwykłaś się wyrażać, bo to może zepsuć każdy stosunek.
— Dobrze, zaprzestanę tego, ale nie mogę patrzeć, gdy coś idzie krzywo i plącze się, kiedy można by tu pociągnąć, tam obciąć, i wszystko by się naprostowało. Chciałabym, żebyśmy nosiły żelazka na głowach, aby nie rosnąć, ale z pączków robią się róże, a z kociąt koty. Wielka szkoda!
— Co mówisz o żelazkach i o kotach? — spytała Małgosia, wsuwając się po cichu do pokoju z ukończonym listem w ręku.
— Ot, plotłam brednie po swojemu; a teraz położę się. Chodź i ty, Małgosiu — rzekła, widocznie zmieszana.
Pani March, przejrzawszy list, oddała go, mówiąc:
— Całkiem dobrze i pięknie napisany. Proszę cię, dodaj, że pozdrawiam Jana.
— Nazywasz go Janem, mamo? — spytała Małgosia z uśmiechem i rzuciła niewinne spojrzenie na matkę.
— Nie inaczej, bardzo go polubiliśmy, bo się zachował jak rodzony syn — odpowiedziała pani March, bystro na nią patrząc.
— Cieszę się, bo on taki samotny. Dobranoc, droga mamo. Jakże to niewypowiedzianie miło mieć cię tutaj — odrzekła spokojnie Małgosia.
Matka ucałowała ją bardzo czule, a po jej odejściu rzekła z zadowoleniem, ale i żalem:
— Jeszcze nie kocha Jana, lecz wkrótce się tego nauczy.
Rozdział XXI. Artur broi, a Ludka pojednuje
Twarz Ludki przedstawiała nazajutrz ciekawe studium, bo tajemnica ciążyła jej i nie umiała się powstrzymać od znaczących min. Małgosia to zauważyła, ale nie pytała o przyczynę, wiedząc, że najlepiej radzić sobie z nią według zasady przeciwieństwa. Była pewna, że powie jej wszystko, o co zapyta, dziwiło ją więc uparte milczenie i protekcjonalna mina Ludki, która ją irytowała, lecz udając, że nie dba o to, cała poświęciła się matce. Ludka była pozostawiona sama sobie, odkąd pani March zajęła jej miejsce przy chorej, chcąc, by ona odpoczywała, używała ruchu i bawiła się po tak długim zamknięciu. Ponieważ nie było Amelki, Artur stanowił jej jedyną ucieczkę; ale chociaż bardzo lubiła jego towarzystwo, bała się go wówczas, bo był z niego niepoprawny figlarz i lękała się, że wyłudzi z niej tajemnicę.
Miała zupełną słuszność. Gdy tylko ten psotny chłopiec odgadł, że skrywa sekret, postanowił go odkryć i dręczył Ludkę na wszystkie sposoby. Przymilał się, pochlebiał, szydził, groził i łajał. Udawał obojętność, żeby łatwiej wydobyć prawdę, zapewniał, że wie o wszystkim i że go to nie obchodzi, aż nareszcie wywołał zwierzenie, że sprawa dotyczy Małgosi i pana Brooke’a. Oburzony skrytością swego nauczyciela, wysilał mózg, żeby obmyślić zemstę.
Co do Małgosi, zdawało się, że zapomniała o tej kwestii i że zajmują ją tylko przygotowania do powrotu ojca, lecz nagle wyraźnie zaszła w niej jakaś zmiana i przez parę dni zupełnie była niepodobna do siebie. Lękała się każdego słowa, rumieniła się za każdym spojrzeniem i cichutko siedziała przy szyciu z nieśmiałym, zmieszanym wyrazem twarzy. Na zapytania matki odpowiadała, że jej nic nie jest, a Ludwisi zamknęła usta prośbą, aby jej dała spokój.
— Zdaje mi się, że czuję w powietrzu miłość i robi bardzo szybkie postępy. Zdradzają to różne symptomy: jest niecierpliwa, cierpka, nie je, nie sypia i płacze po kątach. Słyszałam raz, że powiedziała „Jan” za twoim przykładem, mamo, i zaczerwieniła się potem jak makówka. Co my poczniemy? — rzekła Ludka z taką miną, jak gdyby gotowa była na wszystkie środki, chociażby najgwałtowniejsze.
— Pozostaje nam tylko czekać. Przestań ją dręczyć, bądź dobra i cierpliwa, a jak ojciec przyjedzie, to się wszystko załatwi — odparła matka.
— Małgosiu, jest tu do ciebie zapieczętowany list. Jakie to dziwnie! Teodorek nigdy nie pieczętuje — rzekła Ludka nazajutrz, rozdając przesyłki z poczty.
Pani March i Ludka bardzo były czymś zajęte. Wtem uderzył je krzyk Małgosi i obróciwszy się, ujrzały, że wpatruje się w list z przestraszoną twarzą.
— Co to jest, moje dziecko? — zawołała matka, biegnąc do niej, podczas gdy Ludka próbowała wyrwać jej z rąk złowrogi papier.
— To pomyłka... on tego nie pisał. Ach, Ludko, jak mogłaś to zrobić! — mówiła Małgosia i schowała twarz w rękach, płacząc, jakby jej serce pękło.
— Ja, ja nic nie zrobiłam! Co ona mówi? — wołała Ludka ze zdumieniem.
Łagodne oczy Małgosi zapałały gniewem, gdy wyjęła zgniecioną kartkę z kieszeni i rzuciła nią w Ludkę, mówiąc z wyrzutem:
— Napisałaś to razem z tym niegodziwym chłopcem! Jak mogłaś być tak grubiańska, tak niegodziwa i okrutna dla nas obojga?
Ludka prawie nie słyszała jej słów, bo obie z matką czytały list napisany szczególnym charakterem pisma.
Moja najdroższa Małgorzato!
Nie mogę dłużej hamować mej namiętności i zanim powrócę, muszę się dowiedzieć, jaki los mnie czeka. Nie śmiem jeszcze oświadczyć się rodzicom, ale sądzę, że daliby pozwolenie, gdyby wiedzieli, że się wzajemnie uwielbiamy. Pan Laurence pomoże mi znaleźć dobre miejsce, a wówczas, słodkie dziewczę, uszczęśliwisz mnie. Błagam cię, nie mów jeszcze o tym rodzinie, lecz prześlij słówko nadziei przez Artura
oddanemu Ci
Janowi
— Ach, łobuz! Chciał mi się odpłacić za to, że dotrzymałam mamie słowa. Serdecznie go wyłaję i sprowadzę go tu, żeby cię przeprosił! — zawołała Ludka, rwąc się do tego, by natychmiast wymierzyć sprawiedliwość; ale matka wstrzymała ją i rzekła z wyrazem twarzy, jaki jej się rzadko zdarzał:
— Zaczekaj, Ludko, musisz się wpierw wytłumaczyć. Spłatałaś już tyle figli, że boję się, czyś i do tego nie przyłożyła ręki.
— Daję słowo, że nie! Nawet nie widziałam tego listu i nie mówił mi o nim! Przysięgam na życie! — rzekła tak serio, że jej obie uwierzyły. — Gdybym miała w tym udział, napisałabym lepiej i rozsądniej. Powinnaś wiedzieć, że pan Brooke nie prawiłby takich niedorzeczności — dodała, wzgardliwie rzucając papier na ziemię.
— To podobne do jego pisma — bąknęła Małgosia, porównując z listem trzymanym w ręku.
— Ach, Małgosiu, chyba nie odpowiedziałaś! — wykrzyknęła żywo pani March.
— Owszem! — odparła Małgosia i znowu ukryła twarz, opanowana wstydem.
— To kłopot! Pozwól, mamo, żebym sprowadziła tego niegodziwego chłopca, niech się wytłumaczy i wysłucha nauki. Nie spocznę, póki go nie schwytam — rzekłszy to, zwróciła się ku drzwiom.
— Daj spokój, sama sobie z tym poradzę, bo to coś gorszego, niż myślałam. Małgorzato, opowiedz mi całą rzecz — rozkazała pani March i usiadła przy niej, trzymając Ludkę, żeby nie uciekła.
— Pierwszy list odebrałam z rąk Artura, który zdawał się o niczym nie wiedzieć — odezwała się Małgosia, nie patrząc matce w oczy. — Z początku dręczyło mnie to i chciałam ci się przyznać, ale potem przypomniałam sobie, że nadto lubisz pana Brooke’a, żeby cię miało rozgniewać, gdy przez kilka dni zachowam przy sobie tę małą tajemnicę. Taka jestem niemądra, że było mi przyjemnie, iż tylko ja o tym wiem, i wahając się, co odpowiedzieć, czułam się, jakbym była bohaterką z książki. Daruj, mamo, bo płacę teraz za swój nierozsądek. Już nigdy nie będę śmiała spojrzeć mu w oczy.
— Co mu odpowiedziałaś? — spytała pani March.
— Tylko tyle, że jestem za młoda na coś podobnego, że nie chcę mieć wobec was tajemnic, że się musi rozmówić z ojcem i że jestem bardzo wdzięczna za jego dobroć, ale jeszcze przez długi czas będę dla niego tylko przyjaciółką, niczym więcej.
Pani March uśmiechnęła się z widocznym zadowoleniem, a Ludka klasnęła w ręce, wołając wesoło:
— Zachowałaś się jak Karolina Percy107, wzór roztropności! Mówże, Małgosiu, co odpowiedział?
— Napisał w zupełnie inny sposób, wyjaśniając mi, że nigdy nie wysyłał listu miłosnego i że mu bardzo przykro, iż moja figlarna siostra Ludka postąpiła tak zuchwale w jego imieniu. Ten list był niezmiernie grzeczny i pełen szacunku, ale jakież to dla mnie okropne! Pomyślcie tylko!
Małgosia oparła się o matkę, jak obraz rozpaczy, a Ludka biegała po pokoju, wygadując na Artura. Nagle zatrzymała się, chwyciła listy i przyjrzawszy się im uważnie, rzekła stanowczo:
— Nie wierzę, by Brooke kiedykolwiek je widział. Teodorek napisał oba i przechowuje twoje, żeby mnie dręczyć za to, że mu się nie zwierzyłam ze swojej tajemnicy.
— Nie miej żadnych tajemnic, powiedz wszystko matce i nie wikłaj się w kłopoty. I ja tak powinnam zrobić — rzekła Małgosia z przestrogą w głosie.
— Kiedy ja to wiem od mamy.
— Dosyć tego, Ludko, postaram się tu uspokoić Małgosię, a ty idź po Artura. Zgłębię tę sprawę i raz na zawsze położę koniec takim figlom.
Gdy Ludka wybiegła, pani March ostrożnie oświeciła Małgosię co do uczuć pana Brooke’a.
— Cóż ty na to, moja droga? Czy masz dosyć przywiązania, żeby czekać, póki Jan nie przygotuje domu, czy wolisz być jeszcze zupełnie wolna?
— Tak mnie to wszystko udręczyło i zmęczyło, że nie chcę słyszeć o małżeństwie długo jeszcze... a może i nigdy — odpowiedziała porywczo. — Jeżeli Jan nie wie o tych banialukach, nie mów mu i przykaż Ludce i Arturowi, by hamowali języki. Nie dam się zwodzić, dręczyć i wystawiać na śmieszność! To okropne!
Widząc, że Małgosia mimo łagodnego temperamentu jest rozjątrzona i tak żywo czuje złośliwy żart, jakim obrażono jej godność, pani March koiła ją obietnicą, że wszyscy to przemilczą i będą dyskretni w przyszłości. Gdy tylko kroki Artura dały się słyszeć w sieni, Małgosia uciekła do pracowni, a matka sama przyjęła winowajcę. Ludka nie powiedziała mu, po co jest wołany, z obawy czy pójdzie, ale zrozumiał to z twarzy pani March i stał, obracając w ręku kapelusz z tak skromną miną, że ją od razu rozbroił. Ludka została odprawiona, lecz chodziła po sieni jak żołnierz na warcie, lękając się trochę, żeby więzień nie uciekł. W pokoju bawialnym przez pół godziny głosy podnosiły się, to cichły znowu, ale co tam mówiono, nigdy się dziewczęta nie dowiedziały.
Gdy je przywołano, Artur stał przed panią March w tak pokornej postawie, że Ludka natychmiast mu wybaczyła, lecz zdawało jej się nierozsądne zdradzać się z tym. Małgosia dobrze przyjęła jego pokorne tłumaczenie się i bardzo ją pocieszyła pewność, że Brooke nie wie o tym żarcie.
— Nigdy mu nie powiem, póki żyć będę, żadna siła ludzka nie wydobyłaby tego ze mnie, więc musisz mi wybaczyć Małgosiu, a ja zrobię, co tylko będę mógł, żeby dowieść skruchy — dodał, wielce zawstydzony.
— Będę się starała; ale to rzecz niegodna gentlemana. Nie myślałam, żebyś był tak podstępny i złośliwy — odparła Małgosia, usiłując ukryć zmieszanie pod powagą wyrzutów.
— Szkaradnie postąpiłem i zasługuję, żebyś się do mnie nie odzywała przez cały miesiąc; ale nie będziesz tak okrutna, prawda? — Złożył ręce tak błagalnie, spuścił oczy z taką pokorą i skruchą, mówił tak przekonywająco, że niepodobna było się złościć, pomimo gorszącego postępku. Małgosia wybaczyła, a pani March rozjaśniła twarz, choć się zmuszała do zachowania powagi, usłyszawszy jego zapewnienie, że zada sobie różne pokuty i będzie pełzał jak robak przed Małgosią.
Ludka przez ten czas stała na uboczu, próbując zahartować serce przeciw niemu, lecz udało jej się tylko przybrać minę największego niezadowolenia. Artur spojrzał parę razy, ale gdy nie łagodziła surowości, poczuł się zraniony, odwrócił się i załatwiwszy sprawę z tamtymi, złożył jej niski ukłon i odszedł, nie mówiąc ani słowa.
Kiedy tylko znikł, pożałowała swego zachowania i gdy matka z Małgosią poszły na górę, uczuła się dziwnie osamotniona i stęskniona. Po chwili wahania poszła więc za swym popędem i uzbrojona w książkę, którą miała oddać panu Laurence’owi, udała się do dużego domu.
— Czy zastałam pana? — spytała służącej, która właśnie schodziła z góry.
— Jest w domu, panienko, ale wątpię, czy można się z nim zobaczyć.
— Dlaczego? Czy chory?
— O nie! Ale miał scenę z panem Arturem, który jest w okropnym humorze i rozgniewał starego pana, więc nie chciałabym tam iść.
— Gdzie Artur?
— Zamknięty u siebie i nie odpowiada, chociaż pukałam. Nie wiem, co będzie z obiadem, bo już gotów, a nie ma komu jeść.
— Ja się ich nie boję, pójdę więc zobaczyć, co się dzieje.
Wszedłszy na górę, śmiało zastukała do gabinetu Artura.
— Przestań, bo gdy otworzę drzwi, to pożałujesz — zawołał młodzieniec groźnym tonem.
Ludka zapukała powtórnie. Drzwi się otworzyły i wpadła do pokoju, zanim Artur zdołał ochłonąć ze zdziwienia.
Widząc, że naprawdę jest rozjątrzony, Ludka, która umiała się z nim obchodzić, przybrała żałosną minkę i padając teatralnie na kolana, rzekła z pokorą:
— Proszę cię, daruj, że byłam taka przykra. Przyszłam po przebaczenie i nie odejdę, póki go nie otrzymam.
Oto jakie rycerskie słowo usłyszała w odpowiedzi:
— Bardzo dobrze. Wstań i nie bądź gąską.
— Dziękuję ci, wstanę. Czy wolno mi spytać, co tu zaszło? Zdajesz się jakiś nieswój.
— Szarpnął mną, a tego nie znoszę — mruknął Artur z oburzeniem.
— Kto się tego dopuścił? — spytała.
— Dziadek. Komu innemu byłbym... — obrażony chłopiec zamiast skończyć zdanie, zrobił energiczny ruch ręką.
— To drobnostka. Ja cię czasem szarpię, a się nie gniewasz — rzekła kojącym tonem.
— Ba! Ty jesteś dziewczyną, więc mnie to tylko bawi, ale żadnemu mężczyźnie na to nie pozwolę.
— Wątpię, żeby ktoś próbował, gdy wyglądasz na burzową chmurę, jak na przykład teraz. Za co się tak obszedł z tobą?
— Nie chciałem powiedzieć, czego ode mnie żądała twoja matka. Ma się rozumieć, że nie mogłem złamać słowa, obiecawszy, że będę milczeć.
— Nie mogłeś zadowolić jego ciekawości czymkolwiek?
— Nie. Domagał się prawdy, całej prawdy, i nic innego, tylko prawdy. Byłbym wyznał cząstkę przypadającą na mnie, gdybym mógł nie wmieszać Małgosi, ale ponieważ się nie dało, przygryzłem język i znosiłem łajanie, póki mnie stary nie chwycił za kołnierz. Wówczas opanował mnie taki gniew, że uciekłem, żeby się nie zapomnieć.
— Niedobrze postąpił, ale wiem, że tego żałuje, więc idź się pogodzić, ja ci pomogę.
— Niech mnie powieszą, jeżeli to zrobię! Nie dam się łajać i poniewierać za niewinny żart. Było mi żal Małgosi, więc przeprosiłem, jak przystało mężczyźnie, lecz nie chciałem tłumaczyć się drugi raz, kiedy nie zawiniłem.
— Nie wiedział tego.
— Powinien mi ufać i nie postępować jak z dzieciakiem. Nic nie pomoże, on musi się dowiedzieć, że potrafię sobą kierować i nie potrzebuję być prowadzony na pasku.
— Cierpki jesteś — rzekła Ludka wzdychając. — Jak myślisz załatwić tę sprawę?
— Powinien mnie przeprosić i uwierzyć, kiedy zapewniam, że muszę to pokryć milczeniem.
— Bóg z tobą! Ależ on tego nie zrobi!
— Jednak dopiero wówczas zejdę na dół.
— Teodorku, bądźże rozsądny, zaniechaj tego, a ja cię wytłumaczę, jak będę mogła najlepiej. Nie możesz tu zostać, więc po co odgrywać komedię?
— Nie mam zamiaru pozostawać długo. Wybiorę się w podróż, a kiedy dziadek zatęskni, będzie wiedział, jak postąpić.
— Zapewne, ale nie powinieneś się oddalać i dawać mu powodu do zmartwienia.
— Daj mi pokój z kazaniem. Pojadę do Waszyngtonu zobaczyć się z Brooke’em. Tam jest wesoło, więc się rozerwę po tych kłopotach.
— To się zabawisz! Ja bym także chciała pofrunąć — rzekła Ludka, zapominając o roli mentora, gdy sobie wyobraziła ożywione żołnierskie życie w stolicy.
— Pojedź, czemu by nie? Ty sprawisz niespodziankę ojcu, ja rozruszam mego starego Brooke’a i zabawimy się wybornie. Zrób to, Ludwisiu! Zostawimy list zapewniający, żeśmy zdrowi, i puścimy się w drogę. Mam dosyć zebranych pieniędzy. Wycieczka ci posłuży i nie będzie nic złego, że odwiedzisz ojca.
Przez chwilę Ludka miała minę, jakby gotowa była się zgodzić. Znużyło ją pielęgnowanie chorej i życie w zamkniętym pokoju, więc pragnęła zmiany, a myśl o ojcu była kusząca, podobnie jak obozy, szpitale, wolność i rozrywki. Oczy jej zapałały i zwróciły się z zamyśleniem do okna, lecz spojrzawszy na dom z przeciwka, potrząsnęła głową ze smutnym postanowieniem i rzekła:
— Gdybym była chłopcem, pojechalibyśmy razem i bawilibyśmy się cudownie, ale ponieważ jestem dziewczyną, wypada mi być przyzwoitą i pozostać w domu. Nie kuś mnie, Teodorku, to szalony pomysł.
— W tym cała przyjemność — odparł, opanowała go bowiem gwałtowna chęć zerwania pęt w jakikolwiek sposób.
— Cicho! — wykrzyknęła Ludka zatykając sobie uszy. — Moim przeznaczeniem jest panieńska skromność i muszę się do niego stosować. Przyszłam tu prawić morały, nie zaś słuchać takich rzeczy, że skaczę do góry, gdy o nich pomyślę.
— Wiedziałem, że Małgosia zalałaby się łzami na taką propozycję, ale sądziłem, że ty masz więcej rozumu — odezwał się Artur przekonywająco.
— Milcz, niegodziwy chłopcze! Usiądź i rozważaj swoje grzechy, a mnie do nowych nie nakłaniaj. Czy wyrzekniesz się podróży, jeżeli nakłonię dziadka, żeby cię przeprosił? — spytała z powagą.
— Dobrze, ale nie zrobisz tego — odrzekł Artur, który pragnął wprawdzie „zakończyć sprawę”, ale czuł, że jego obrażona godność musi najpierw zagoić swą ranę.
— Skoro sobie umiałam poradzić z młodym, to potrafię i ze starym — mruknęła Ludka, gdy odeszła, zostawiając Artura pochylonego nad mapą kolei żelaznych, z głową wspartą na rękach.
— Proszę wejść — odezwał się pan Laurence jeszcze chrapliwiej niż zwykle, gdy zapukała do drzwi.
— To tylko ja, przyszłam oddać książkę — rzekła, wchodząc nieśmiało.
— Czy chcesz inną? — spytał stary gentleman, wyraźnie ponury i rozgniewany, chociaż starał się to ukryć.
— I owszem, jeśli łaska. Tak mi się spodobał stary Sam, że spróbuję przeczytać drugi tom — odrzekła w nadziei, że go ułagodzi, prosząc o drugą dawkę Johnsona Boswella108, ponieważ jej zalecił to pełne życia dzieło.
Najeżone brwi pana Laurence opadły trochę, gdy szedł do półki z książkami Johnsona. Ludka wskoczyła na najwyższy szczebel drabinki i usiadłszy tam, udawała, że szuka książki, lecz w rzeczywistości zbierała myśli, jak najzręczniej zaczepić o główny powód swego przybycia. Stary gentleman musiał odgadnąć, że jej umysł nad czymś pracuje, bo zakręciwszy się żywo parę razy, spojrzał na nią i odezwał się tak niespodzianie, że Rasselas109 upadł jej z rąk na ziemię.
— Co ten chłopiec tam zrobił? Musiał coś złego zbroić, kiedy tak dokazywał, wróciwszy do domu. Nie mogłem wydobyć z niego ani słowa, a gdym zagroził, że przemocą dowiem się prawdy, uciekł na górę i zamknął się w swoim pokoju.
— Wprawdzie dopuścił się winy, aleśmy już wybaczyły i obiecałyśmy nie zdradzać go przed nikim — odrzekła Ludka.
— Tak nie może pozostać, nie powinien się zasłaniać obietnicą dziewcząt o miękkich sercach. Jeżeli zrobił coś złego, musi się przyznać, przeprosić i ponieść karę. Mów prędzej, Ludko, nie chcę być trzymany w niewiedzy.
Pan Laurence miał taką straszną minę i tak surowo mówił, że Ludka najchętniej by uciekła, ale siedziała na szczycie drabinki, on zaś stał u jej stóp jak lew na środku drogi, musiała więc zostać na miejscu i udawać odwagę.
— Doprawdy nie mogę powiedzieć, bo mama zakazała. Artur przyznał się do winy, przeprosił i dostatecznie został ukarany. Nie dlatego milczymy, żeby jego bronić, lecz inną osobę, i jeżeli się pan zechce mieszać, to wyniknie gorsza bieda. Proszę tego nie robić. Po części i ja zawiniłam, ale teraz już wszystko w porządku, więc puść pan to w niepamięć i mówmy o Wędrowcu110 lub o czymśkolwiek przyjemnym.
— Nie chcę słyszeć o Wędrowcu, zejdź, i daj mi słowo, że ten łotr nie okazał się niewdzięczny ani zuchwały, bo gdyby tak było, po całej dobroci, jaka mu okazujecie, zbiłbym go własnymi rękami.
Ta straszna groźba nie wywarła wrażenia na Ludce, wiedziała bowiem, że gniewliwy starzec nie podniósłby palca na wnuka, chociaż twierdził inaczej. Posłusznie więc zeszła i tyle powiedziała o psocie, ile się dało bez zdradzenia Małgosi i bez kłamstwa.
— Hm, hm, dobrze. Jeżeli milczał nie przez upór, lecz dla dotrzymania słowa, to mu wybaczam. Trzeba jednak przyznać, iż jest zacięty i trudny do prowadzenia — dodał, wypogadzając twarz, ale włosy tak sobie najeżył, jak gdyby stał na silnym wietrze.
— Ja mam zupełnie taką samą naturę, ale dobrym słowem można ze mną wszystko zrobić, chociaż żadna pogróżka by tego nie dokonała — rzekła Ludka, chcąc się przysłużyć przyjacielowi, który jak się zdawało, wyszedł z jednej biedy, żeby wpaść w drugą.
— Sądzisz, że nie jestem dobry dla niego, co? — zapytał ostro pan Laurence.
— O nie! Czasami bywasz pan zbyt dobry i tylko wówczas trochę się unosisz, gdy wystawi twą cierpliwość na próbę. Czy nie tak?
Postanowiwszy doprowadzić rzecz do skutku, udawała zupełny spokój, chociaż nie bez drżenia mówiła tak zuchwale. Ulżyło jej i zdziwiła się mocno, gdy stary gentleman tylko z hałasem rzucił na stół okulary i wykrzyknął otwarcie:
— Masz słuszność, dziewczyno, tak jest rzeczywiście! Kocham wprawdzie tego chłopca, ale mnie doprowadza do ostateczności i nie wiem, czym się to może skończyć.
— Powiem panu: on ucieknie. — Zaledwie wypowiedziała te słowa, już jej było przykro, chciała bowiem tylko ostrzec, że Artur nie zniesie zbytniego poskramiania, i nakłonić do większej wyrozumiałości.
Czerwona twarz pana Laurence zmieniła się nagle. Usiadł, rzucając zmieszane spojrzenie na portret pięknego mężczyzny, wiszący nad jego biurkiem. Był to ojciec Artura, który uciekł w młodości i ożenił się wbrew woli surowego ojca. Ludka byłaby sobie odgryzła język, odgadywała bowiem, że biedak myśli z żalem o przeszłości.
— Nie dopuści się tego, jeżeli go pan nie będziesz dręczył i nużył zbyteczną pracą naukową. Ja także miewam często chętkę wyfrunąć w świat, zwłaszcza odkąd noszę krótkie włosy, i jeżeli kiedyś znikniemy, możesz pan poszukiwać dwóch chłopców na okrętach zmierzających do Indii.
Ponieważ mówiła ze śmiechem, panu Laurence’owi zrobiło się lżej na sercu i zaczął brać rzecz z żartobliwej strony.
— Jak śmiesz, psotnico, tak się odzywać? Gdzież poszanowanie i przyzwoitość? Bóg z wami, dzieci! Wiele kłopotu przysparzacie, a jednak trudno się bez was obejść — rzekł, wesoło szczypiąc jej policzki.
— Idź sprowadzić chłopca na obiad, powiedz mu, że wszystko załatwione, i poradź, żeby nie przybierał tragicznych min z dziadkiem. Nie zniosę tego.
— On nie przyjdzie, bo ma żal, że mu pan nie ufasz. Uważam, że jest bardzo zniechęcony.
Usiłowała przybrać żałosny wyraz twarzy, lecz widocznie jej się to nie powiodło, pan Laurence zaczął się bowiem śmiać i zrozumiała, że jej sprawa jest wygrana.
— Żałuję bardzo i zapewne powinienem mu podziękować za to, że się ze mną nie szamotał. Czego, u diabła, chce ten chłopiec? — powiedział zawstydzony trochę swą porywczością.
— Gdybym była na pana miejscu, napisałabym do niego. Powiedział, że nie zejdzie na dół, póki nie otrzyma listu, i przebąkuje o jakiejś niedorzecznej wycieczce do Waszyngtonu. Jak pan formalnie przeprosisz, to zrozumie, że był szalony i przyjdzie do rozumu. Spróbuj pan, figlem lepiej się rzecz załatwi niż rozmową. Zaniosę mu sama list i nauczę, jak ma postąpić.
Pan Laurence spojrzał na nią bystro, założył okulary i rzekł z wolna:
— Jesteś przebiegłą dziewczyną, ale pozwalam, żebyście mną powodowały obie z Elizą. Dajże mi kawałek papieru, żebym skończył z tym głupstwem.
List został napisany w formie, jakiej zwykle używa gentleman do człowieka, którego mocno obraził. Ludka w przelocie pocałowała pana Laurence w czubek łysej głowy i pobiegła pod drzwi Artura z przeprosinami w ręku. Przez dziurkę od klucza doradzała mu pokorę, przyzwoitość i kilka równie przyjemnych niemożliwości. Zastawszy znowu drzwi zamknięte, zostawiła tylko kartkę, by sama załatwiła całą sprawę, i odchodziła już spokojnie, kiedy młodzieniec, zsunąwszy się po poręczy, zaczekał na nią na dole, mówiąc ze swym uczciwym wyrazem twarzy:
— Jaki z ciebie dobry koleżka, Ludko! — a potem dodał ze śmiechem: — Czy nie wypchnięto cię za drzwi?
— Nie. Bardzo był grzeczny, ogólnie rzecz biorąc.
— Ach, ja to wszystko załatwię, ale nawet ty tak mnie rozdrażniłaś na górze, że gotów byłem oddać się diabłu — rzekł, tłumacząc się.
— Nie mów tak, odwróć kartę i rozpocznij życie na nowo, Teodorku, mój synu.
— Czy mam odwracać i psuć nowe karty, jak psułem dawniej kajety111 z wzorami? Będę ciągle zaczynał, a nigdy nie dojdę do końca — powiedział żałośnie.
— Idź zjeść obiad. Poczujesz się lepiej, bo mężczyźni zawsze gderają, gdy są głodni. — Po tych słowach Ludka wyszła głównymi drzwiami.
— To jest „kodycyl” mojej „płci” — odpowiedział Artur, przytaczając wyrażenie Amelki, gdy pokornie szedł zjeść obiad z dziadkiem, który cały dzień obchodził się z nim cierpliwie jak święty i okazywał przemożny szacunek.
Wszyscy myśleli, że sprawa już skończona i że chmura przeszła, ale pozostały skutki, bo Małgosia nie mogła zapomnieć. Wprawdzie nigdy nie wspominała pewnej osoby, lecz myślała o niej bardzo wiele i marzyła coraz więcej. Pewnego razu, szukając rycin w jej stoliku, Ludka znalazła kawałek papieru zagryzmolony słowami: „pani Janowa Brooke”, wskutek czego wydała tragiczny jęk i rzuciła papier w ogień, czując, że figiel Artura przyspieszył dla niej złowrogą chwilę.