II. Pieśń wtóra

Argument

Pustelnik zmyślonemi rozdziela larwami

Między dwiema srogi bój spółmiłośnikami.

Rynald się tam obraca, gdzie go miłość wiedzie,

Ale indziej, tam, gdzie mu cesarz każe, jedzie.

Bradamanta, szukając Rugiera swojego,

Pinabella148 najduje niesprawiedliwego,

Pinabella z Magance, od którego ręku

Mało nie ginie, ale wiesza się na sęku.

Allegorye

Przez wiarę, którą Rynald i Sakrypant dał zaraz fałszywem namowom ducha, od pustelnika posłanego, takie przez rozboje i tarcz uczarowaną starego Atlanta znaczy się w tej wtórej pieśni, jako i gdzieindziej w tej księdze, gwałt i oszukanie, których używają żądze te cielesne przeciwko rozumowi i cnocie człowieczej. W Pinabellu, który chce stracić białogłowę, która dla jego dobrego jedzie, znaczy się, te złe i niewdzięczne przyrodzenie nie zwycięży się żadnem dobrodziejstwem.

1. Skład pierwszy

O zła, niesprawiedliwa, bezecna miłości!

Przecz nasze żądze trzymasz tak rzadko w sforności?

Co masz stąd za pociechę, że się nie zgadzają

Dwie serca i że wole przeciwne miewają?

Nie każesz iść przez miałkie i przez jasne brody,

Ale mię pchasz w głąb na dno w pomącone wody;

Ciągniesz mię gwałtem od tej, co mię rada widzi,

A tę każesz miłować, co mię nienawidzi!

2

Twa to sprawa, że Rynald tak sobie smakuje

Angelikę i tak ją okrutnie miłuje,

Gdy się jem149 ona brzydzi; a gdy się kochała

Ona w niem, chęci po niem namniejszej nie znała.

Brzydził się ją150, jak wężem; atoli mu ona

Wzgarda jest nienagorzej od niej nagrodzona,

Bo go sobie tak barzo teraz obmierziła,

Żeby na śmierć, niżli nań, prędzej zezwoliła.

3

Rynald na Sakrypanta krzyknie w onej dobie:

»Zsiądź mi z konia, złodzieju! Nic ja darmo sobie

»Nie dam wziąć; weźmieli kto, na kupi151 utraci

»I dobrze mi to pewnie i drogo zapłaci.

»A nietylko chcę konia od ciebie własnego,

»Ale i tej tak pięknej panny, boś takiego

»Towarzystwa nie godzien; taki też łotrowi

»Koń się nigdy nie zejdzie, ani złodziejowi«.

4

»Łżesz, jako pies, abym ja miał być złodziej jaki

»Albo łotr, jako mówisz; sameś raczej taki,

»Jako od ludzi słyszę, jakom się dowiedział«.

— Z niemniejszem mu Sakrypant fukiem152 odpowiedział —

»Wnetże się to da widzieć, który z nas mocniejszy

»I który i tej panny i konia godniejszy.

»Co do panny, w tem z tobą nie rozumiem różno,

»Że tak pięknej na świecie drugiej szukać próżno«.

5

Jako więc pospolicie dwaj psi na przestrzeni,

Z różnych przyczyn wzajemnie z sobą powadzeni,

Pierwej na się z daleka warczą i szczekają,

A oczy się jem świecą i ogniem gorają,

Potem z najeżonemi na grzbietach sierciami

Ostremi, jako wściekli, sieką się zębami:

Tak w ten czas od słów i od uszczypliwej mowy

Szli do szabel Sakrypant i syn Amonowy,

6

Ten pieszo, ów na koniu. — Ale wy mniemacie,

Że miał konny przed pieszem? — I owszem tak macie,

Że nie mia! nic; trudniej daleko jeznemu

Przyszło czynić w tem boju, aniźli pieszemu.

Wiecież, czemu? — Ten koń miał dowcip przyrodzony

I nie chciał, aby jego pan bel obrażony.

Ani ręką, ani go może zbić ostrogą,

Aby jeden krok stąpił, gdzie chce jeździec, nogą.

7

Kiedy chciał w skok i w zawód, to mu się zasadził,

Choć mu ostrogi dobrze o boki zawadził;

Kiedy zaś lekkiem cwałem albo myślił kłusać,

Rozpierał się na miejscu i nie chciał się ruszać

I między nogi głowę kładł sobie z wierzganiem;

A nie mogąc mu odjąć uporu karaniem,

Prawą ręką na przedniem łęku wyniesiony,

Skoczył z niego Sakrypant żartko z lewej strony.

8

Kiedy już zbył król z Cyrkas konia w snadnem skoku

Tak dziwnego, było co widzieć, kiedy w kroku

Przeciw sobie rycerze tak wielcy stanęli

I strasznemi razami sięgać się poczęli,

Mieczmi gołemi siekąc jeden na drugiego

To z wierzchu, to ze spodu; u Wulkanowego

Ogniska Cyklopowie ognistemi młoty

Ledwie tak Jowiszowej pilnują roboty.

9

To pełne, to zmyślone i skąpe153 czynili

Sztychy; znać, że się oba szermować uczyli.

To wyciągnieni, to w się ściśnieni i zbici,

Raz za tarczą, drugi raz potrosze odkryci,

Czasem wprzód, czasem nazad kroków pomykają,

To miejsce cięciom dają, to je odbijają,

Nakoło idąc; a gdzie jeden ustępuje,

Na to miejsce zarazem drugi następuje.

10

Wtem jakoś barzo blizko Rynald zapędzony

Pod Sakrypanta wszytek podpadł, podsadzony,

Który mu przecię zbytniej wystawił miąższości

Puklerz, z stali i twardej urobiony kości.

Ciął nań Rynald fusbertą tak barzo, że lasy

Zadrżały, uderzone dźwiękiem w one czasy,

I że się przyszło padać stali i żelazu,

A temu ramię ścierpło od tęgiego razu.

11

Jako skoro lękliwa dziewka obaczyła,

Że fusbertą żelazo i kość przepędziła

I że jej rycerz mocno tak beł uderzony,

Zbladła, jako złoczyńca, na śmierć wywiedziony.

Tak się jej zda, że dłużej nie trzeba tam czekać,

I myśli przed Rynaldem co prędzej uciekać,

Którego ona sobie tak barzo zbrzydziła,

Jako jemu przeciwnem kształtem była miła.

12

I w inszą stronę zaraz rzuciwszy wodzami,

Uciekała ciasnemi w gęstwie drożyskami,

Ustawicznie bladą twarz nazad obracając

I, że za sobą miała Rynalda, mniemając.

Jeszcze była nie barzo wiele ujechała,

Gdy pustelnika w pewnej dolinie potkała;

Brodę miał aż do pasa, sam beł na wejźrzeniu

Nabożny, w zakonniczem i podłem odzieniu.

13

Laty, a jeszcze barziej posty wycieńczony,

Na leniwem osiełku jechał pochylony.

Zdało się, że tych świeckich, doczesnych, odmiennych

Zaniechawszy, myśl w rzeczach utopił zbawiennych.

Ten, kiedy go na onej nadjachała drodze

Panna z anielską twarzą i widział, że srodze

Pobladła i że z troski i z trudu zemdlała,

Żal go ujął, widząc, co nędznica cierpiała.

14

Prosiła, aby się jej użalił, niebogi,

I naprostszej z onych miejsc nauczył jej drogi,

Którąby do morskiego portu dojechała,

Chcąc, żeby o Rynaldzie więcej nie słyszała,

Jechać z Francyej. Mnich, co czarnoksięstwo umiał,

Cieszył ją tak, jako mógł i jako rozumiał,

Obiecując, że wkrótce snadno miał być zdjęty

Z niej on kłopot; a zatem sięgnął do kalety

15

I foremnej z niej dobył z pargaminu księgi;

Którą skoro otworzył, rozwiązawszy wstęgi,

Ledwo co jednę kartę przeczytał u kraja,

Wyszedł szatan w postaci lekkiego lokaja,

A ten mu rozkazuje. Klątwą przymuszony,

Pobiegł duch zły z zapędem, gdzie bel wyprawiony,

Gdzie się mieczmi gromili oni dwaj rycerze,

I skoczywszy między nie, stanowi przymierze.

16

»Powiedzcie mi — mówi jem — cobyście wskórali,

»Choćbyście na ostatek się pozabijali?

»I co za korzyść za te trudy swe weźmiecie,

»Skoro skończycie, skoro bić się przestaniecie,

»Jeśli grabia z Anglantu154 — podobno go znacie? —

»Nadobną Angelikę, o którą wy macie

»Taki spór między sobą i taki bój srogi,

»Ma bez zwady, bez prącej i bez żadnej trwogi?

17

»Potkałem ich stąd w mili: do Paryża jadą

»Szydząc z was, że się z taką jadowitą zwadą,

»Z takiem zażarciem na się — tak im zły duch plecie —

»Bez pożytku żadnego tak długo bijecie.

»Lepiejby się podomno śladem puścić za niem:

»Doścignęlibyście go jeszcze mojem zdaniem;

»Bo jeśli do Paryża wjedzie z nią bezpiecznie,

»Jużeż po niej, jużeście stracili ją wiecznie«.

18

Widzielibyście byli, jaką postać mieli

I jako się obadwa byli zapomnieli

Na tę nowinę smętni i ukłopotani,

Że od spółmiłośnika beli oszukani.

Amonów syn do swego Bajarda odchodził,

A wzdychaniem swą żałość sam sobie rozwodził;

Na ostatek Orlanda, rozgniewany srodze,

Przysiągł zabić, jeśli go doścignie gdzie w drodze.

19

Przyszedłszy, gdzie stał Bajard, zaraz go dosiada

I bieży na niem na cwał i stamtąd wypada;

Odjeżdżając: »Bądź łaskaw!« temu nie powiadał,

Nie rzkąc, aby go prosił, aby beł zań wsiadał.

Koń kłóty ostrogami, wali, łamie, psuje,

Cokolwiek mu zawadza i co go hamuje;

Ani go rzeki, ani błota, ani głogi,

Ani skały żadne zbić mogą z prostej drogi.

20

Ale się dziwujecie, widzę, Bajardowi,

Że się teraz tak łatwie155 dał wziąć Rynaldowi,

Co przedtem niejeden dzień musiał biegać za niem,

Goniąc go to tam, to sam z gniewem, narzekaniem.

Wiedzcie, że miał człowieczy zmysł i nie ze złości,

Nie z narowu to czynił, nie z niepowolności156,

Ale aby prowadził pana tam, gdzie była

Angelika, bo wiedział, jako go paliła.

21

Widział, kiedy z namiotu w pole wypadała,

I wszędzie jej pilnował, gdzie się obracała;

Wszędzie za nią biegł w tropy, wszędzie o niej wiedział,

To dlatego, że w on czas pan na niem nie siedział.

Bo pojedynek z wielkiem jednem w onej dobie

Rycerzem pieszo czynić rzekli beli sobie.

Potem z daleka za nią ustawicznie chodził,

Bo ją wprowadzić w ręce panu swemu godził.

22

Myślił go na nię nawieść i dlatego lasem

Napierwej się wprzód przed nią puścił onem czasem;

Nie chciał jej jednak na się dać wsieść, żeby była

W inszą się stronę na niem gdzie nie obróciła.

On to sprawił, że się z niem potkała dwa razy,

Chocia okrom pożytku dwie stąd wziął przekazy157:

Pierwszą, jeśli pomnicie, miał od hiszpańskiego

Rycerza, a od króla drugą cyrkaskiego.

23

A teraz piekielnemu onemu duchowi,

Który katajskiej dziewki stopy Rynaldowi

Omylne pokazował i ślad nieprawdziwy,

Uwierzył także Bajard i czekał cierpliwy.

Rynald we wszystkiem biegu bieży i kieruje

Do Paryża, a coraz bojcem go zajmuje.

Gniew go i miłość grzeje, a biegł tak teskliwy,

Że nie rzkąc koń, ale wiatr zdał mu się leniwy.

24

Prawie do samej nocy i kiedy już mroki

Wstają, co wszytkie biorą wzrokowi widoki,

Gonił grabię Orlanda Rynald rozgniewany:

Tak barzo beł od ducha złego oszukany!

Potem tak długo jeździł rano i wieczorem,

Wszytko wielkiem gościńcem, wszytko bitem torem.

Aż ujźrzał miasto, w którem cesarz się zawierał

I ostatki swoich wojsk pogromionych zbierał.

25

Bo, że od Agramanta króla oblężenia

Spodziewał się, potrzeby to do pożywienia,

To do obrony z wielką pilnością gotował,

Wałów i zaniedbanych murów poprawował.

Przykopu wgłąb podbiera, który miasta strzeże,

Baszty strzelbą i mocne opatruje wieże;

Pomyślą do Angliej dla ludzi wyprawić

I znowu świeże ludzie, świeże wojsko sprawić.

26

Chce znowu wyniść w pole z swojemi wojskami,

Znowu zamyśla skusić Marsa z Murzynami.

Rynalda wyprawuje zaraz w drogę nową

Do Brytanów, które dziś Anglikami zową;

On się gryzie, nie przeto, żeby tamtych krajów

I tamtej ziemie nie rad widział obyczajów,

Ale stąd, że mu zaraz wsiadać rozkazano,

Że mu dnia na ostatek wytchnąć tam nie dano.

27

Nic barziej nie po myśli było Rynaldowi

Nad to, że nie mógł dosyć swemu zamysłowi

Uczynić i szukać tej, co mu zadawała

Taki ból i serce mu z piersi wydzierała;

Ale nie mógł inaczej, musiał biedź przez dzięki,

Posłuszny cesarzowi: mus ma swe osęki.

Do Kales158 w kilka godzin przypadł w onej dobie

I zarazem wsiadł w okręt, nie wytchnąwszy sobie.

28

Prawie nad wolą wszytkich ćwiczonych żeglarzów

I mimo doświadczonych radę marynarzów

Wsiadł, chcąc się prędko wrócić; morze się burzyło

I wielką niepogodą i chmurą groziło.

Z swych lekce poważonych sił wiatry gniewliwe

Poczęły wody mięszać i wały straszliwe

Miotać z takiem zapędem i z taką wściekłością,

Że się w okręt wdzierały z wielką nawałnością.

29

Co więtsze żagle biegli żeglarze spuścili,

Radziby zaś, by jako nazad się wrócili

Do tychże portów, z których wyszli dla przyczyny

Skwapliwego rycerza onej złej godziny.

Wiatr, że bez pozwolenia jego tej śmiałości

Użyli, pełen gniewu i zapalczywości,

Dmie okrutnie i grozi, że ich na dno wpędzi,

Jeśli chcą iść gdzieindziej, nie tam, gdzie ich pędzi.

30

Raz go z prawej, drugi raz z lewej mają ławy,

A co raz więtszy wstaje. Ćwiczeni w te sprawy

Żeglarze nizkie tylko żagle wyciągają

I nakoło głębokie morze przebiegają —

Ale iż różnych postaw i nici mi trzeba,

A wszystkie jednem razem rozpocząć potrzeba,

Rynalda miotanego po morzu zapomnię,

A o cnej Bradamancie teraz co przypomnię.

31

Nieporównanej siły dziewica to była,

Która niedawno z konia Sakrypanta zbiła.

Godna takiego brata, Rynalda rodzona,

Z Amona i Beaty159 księżny urodzona,

Po wszytkiej się Francyej męstwem i śmiałością

I na cesarskiem dworze wsławiła dzielnością.

Jeśli miał wielką sławę Rynald, jej rodzony,

Ona pewnie niemniejszą miała z każdej strony.

32

Miłował ją bohatyr daleko wsławiony160,

Co z Afryki chciwością sławy uwiedziony,

W ten kraj beł przyszedł z wojskiem króla Agramanta.

Spłodził go Rugier z pięknej córki Agolanta161,

A ta, co się nie ze lwa dzikiego zrodziła

I nie z niedźwiedzia, takiem sługą nie gardziła;

Acz nieprawie162 łaskawe szczęście na się mieli,

Bo się raz tylko zeszli i z sobą widzieli.

33

Odtąd szukała swego miłego, którego

Zwano tak, jako ojca; a nigdy żadnego

Towarzystwa więc z sobą miewać nie chciewała

I sama tylko w drogę nadalszą jeżdżała,

Tak bezpieczna, jakby jej sto koni jeździło.

A kiedy się jej dobrze na on czas zdarzyło

Z Sakrypantem, wprzód przez las, więc przez górę długą

Przejechawszy, stanęła nad wesołą strugą,

34

Co pośrzodkiem zielonej łąki szła cieniami

I wysokiemi zewsząd okryta drzewami,

Upragnione pielgrzymy często napawając

I na wczasy po przykrem trudzie namawiając;

Pagórek ją uprawny od gorących bronił

Południowych promieni i sobą zasłonił.

Tam skoro bystrem okiem z trafunku pojźrzała

Bradamanta, rycerza jakiegoś ujźrzała,

35

Rycerza, który w miłem i przyjemnem chłodzie

Przy pięknej, przejźrzoczystej, kryształowej wodzie

Na brzegu zamyślony siedział miedzy drzewy

W cieniu, które Febowe hamowały gniewy.

Hełm niedaleko niego wisiał hecowany163

U wysokiego dębu, koń stał uwiązany;

Głowę miał pochyloną ku ziemi, wzrok smutny:

Znać, że go jakiś trapił srogi żal, okrutny.

36

Żądza ta, którą wszyscy z przyrodzenia mamy,

Że się o cudzych rzeczach radzi więc pytamy164,

Sprawiła, że dziewica o jego żałości

I o przyczynę pyta wielkiej doległości.

Nie trzymał jej na słowie, namniej nie odkładał

I zaraz jej, o co się frasował, powiadał.

Bo imo165 ludzkość, której ku niemu użyła,

Znał z postaci, że mężnem bohatyrem była.

37

»Prowadziłem — powieda — jezdy i piechoty

»Do obozu tam, kędy cesarz pod namioty

»Marsylego nad górą Pireny166 pilnował,

»Aby mu wstręty czynił i przeście hamował;

»I miałem z sobą pannę cudownej gładkości,

»Dla której dotąd serce gore mi z miłości;

»Niedaleko Rodanu167 ujźrzę wtem przy błoniu

»Zbrojnego, siedzącego na skrzydlatem koniu.

38

»Ten, lubo był w śmiertelne ciało obleczony

»Człowiek, lubo piekielny duch zły potępiony,

»Skoro obaczył dziewkę moję ukochaną

»I onę jej niebieską gładkość niezrównaną,

»Jako sokół, gdy na dół dla obłowu leci,

»Porwie ją, spadszy żartko, i precz z nią odleci;

»Ledwiem się postrzegł, skoro przypadł ten dziw srogi,

»A jużem na powietrzu wrzask słyszał niebogi.

39

»Tak więc ukrada kania kurczę odłączone

»Kokoszy i paznogciem unosi ściśnione,

»A ta na swą niepilność narzeka po dworze

»I na swą zgubę gdacze i darmo krokorze.

»Myślę sobie, co czynić? Na powietrzną drogę

»Nie zejdę się bez skrzydeł, a latać nie mogę.

»On się zawarł na skale; koń mam zmordowany

»Z twardej, skalistej drogi, samem spracowany!

40

»Ale jako ten, cobym radniej był otwarte

»Piersi u siebie widział i serce wydarte,

»Bez rządu i bez wodza ludziem wprzód wyprawił,

»A samem się tu szukać straty swej zabawił.

»Gdzie był przystęp snadniejszy, gdzie mniej przykra skała,

»Jeździłem to tam, to sam, jak miłość kazała,

»I gdziem mniemał, żem naleść miał rozbójcę, który

»Uniósł mój skarb lotnemi po powietrzu pióry.

41

»Tydzieniem cały jeździł rano i wieczorem,

»Nie drogą, ani ścieszką, ani bitem torem,

»Ale po górach, skałach, kamieniach, gdzie znaku

»Stopy ludzkiej nie było i żadnego szlaku,

»Ażem trafił dolinę do przebycia trudną,

»Straszną z jaskini gęstych, pustą i nieludną,

»Gdzie we śrzodku na skale pięknie położony

»Stał zamek, mocnem murem wkoło otoczony.

42

»Świecił się, jako ogień, i błyszczał z daleka,

»Nie od śmiertelnej ręki, ani od człowieka,

»Nie z cegły urobiony, nie z jakich kamieni,

»Ale, jakom sprawę wziął, czarci nauczeni,

»Kadzeniem i mocnemi przyzwani klątwami

»I przymuszeni gwałtem mądremi rymami,

»Z samej go tylko szczerej stali zbudowali,

»Którą z ogniem stygijską wodą hartowali168.

43

»Ona stal tak jest świetna, tak gładka, że skazy

»Ani rdze, ani żadnej mieć nie może zmazy.

»W nocy, we dnie po wszytkiej okolicy krąży,

»Tu się wraca, kiedy się zdobyczą obciąży.

»Nic od niego bezpieczno nie jest: tylko łają,

»Tylko klną, tylko za niem z daleka patrzają.

»Tam moję dziewkę zawarł, a ja z żalu mdleję,

»Bo, abym jej wzad dostał, straciłem nadzieję.

44

»I tak teraz, niestetyż, tylko się dziwuję,

»Tylko niedostępnego zamku tu pilnuję;

»Radzić sobie nie mogę, tak, jako lisica,

»Kiedy słysząc, że głodna na gniaździe orlica

»Łupi miłego syna, kręci się strapiona

»I na pomoc nie może iść, z piór obnażona;

»Tak nikomu przystępu nie da przykra skała,

»Krom ptaków, które w skrzydła natura ubrała.

45

»Gdym tak u zamku czekał i u onej skały,

»Przywiódł tam dwu rycerzów jakiś karzeł mały,

»Którzy mi do dawnych żądz nadzieje przydali,

»Ale próżno, bo i ci niewiele wskórali.

»Obadwa byli sławni i wielcy mężowie:

»Ten się Gradasem, królem serykańskiem, zowie,

»Ten zaś Rugier, bohatyr młody, w samej porze,

»Sławny na afrykańskiem z męstwa swego dworze.

46

»»Przyszli ci — mówi do mnie karzeł — chcą spróbować

»»Swego szczęścia i męstwa, chcą się pokosztować169

»»Z tem panem tego zamku, z tem rozbójcą srogiem,

»»Co we zbroi na ptaku jeździ czworonogiem««.

»Jam ich zasię tak prosił: Prze Bóg się zmiłujcie,

»A w mojem utrapieniu ciężkiem mię ratujcie!

»Jeśli się wam zdarzy ten straszny dziw okrócić,

»Chciejcie mi nazad pannę, którą mi wziął, wrócić.

47

»Potem, gęstemi łzami żal mój potwierdzając,

»Powiadałem, jakom ją stracił, nic nie tając.

»Oni mnie — Bóg jem zapłać — łagodnie cieszyli,

»Potem z góry wysokiej na równią schodzili.

»Z dalekam patrzał na nich, kiedy się potkali,

»Prosząc Boga za niemi, aby bój wygrali.

»Podle zamku równiny beło na opoce

»Tak wiele, jako człowiek ciśnie dwakroć z proce.

48

»Beło pod samem zamkiem niemałe spieranie

»Między niemi na on czas o pierwsze potkanie;

»Atoli się przecię wprzód potkał Gradas śmiały,

»Lub mu Rugier ustąpił, lub tak losy chciały.

»A skoro ducha dodał mocnego rogowi,

»Dawając znać brzydkiemu czarnoksiężnikowi,

»Skoro on dźwięk usłyszał, wyjechał ochotny,

»Wszytek w zupełnej zbroi, a pod niem koń lotny.

49

»Naprzód wzgórę lekkiemi uważony pióry,

»Pomału się podnosi, jako żóraw, który

»Napierwej się zapuszcza nogami prędkiemi,

»Potem nizko podlata tuż przy samej ziemi;

»Ale kiedy już skrzydła rozciągnie szeroko,

»Niedościgłemi pióry wzbija się wysoko:

»Tak czarownik na on czas w górę beł wyleciał,

»Że ledwie ptak Jowiszów170 wyszszej kiedy wzleciał.

50

»A kiedy zaś zrozumiał, kiedy beło trzeba,

»Spadł, jako szyb171, ścisnąwszy skrzydłami, od nieba

»Tak, jako prędki sokół po gołębia spada,

»Albo po kaczkę, co dzień albo dwa nie jada;

»Z wielkiem, złożonem drzewem i on spadł z wysoka

»Podobno jeszcze prędzej, niżli w mgnieniu oka.

»Gradas ledwie postrzeże, że spada, a ono

»Albo tuż nad niem, albo już go uderzono.

51

»Barzo go czarnoksiężnik na on czas pogromił

»I na pierwszem starciu oń kopią ułomił.

»A Gradas tylko wiatr siekł i machał po wietrze

»Bez skutku, bo mu zaraz ubiegł na powietrze.

»Od tak ciężkiego razu i od tak mocnego

»Uderzenia onego rycerza lotnego

»Alfana172, Gradasowa klacz, paść musiała,

»Chocia równia urodą i dziełem nie miała.

52

»Wszytkie gwiazdy od nieba czarnoksiężnik zmierzył

»I na nieostrożnego Rugiera uderzył;

»Na Rugiera uderzył, kiedy nań nie patrzył,

»Bo się beł na Gradasa, kiedy padł, zapatrzył.

»Poznał Rugier, że siły namniej nie żałował

»I że dobrze przyłożył, koń pod niem szwankował,

»A kiedy się obrócił i chciał go ciąć mieczem,

»Szedł wzgórę, ledwie okiem dościgły173 człowieczem.

53

»To króla z Serykany, to Rugiera bije,

»To w łeb, to w piersi, to w grzbiet: a kto go pożyje?

»Oni darmo wiatr sieką i darmo machają,

»Szkodzić mu nic nie mogą, kiedy piór nie mają.

»Czasem przestrone czyni po powietrzu koło,

»W tamtego wrzkomo mierzy, a temu da w czoło.

»Obiema kładzie dziwne na oczy zasłony,

»Że nie widzą, od której ich załata strony.

54

»Między dwiema na ziemi, a trzeciem od nieba

»Trwała ona potyczka i ona potrzeba

»Dotąd, aż noc i ciemne mroki nastąpiły,

»Które swemi cieniami wszytek świat okryły.

»Nic nie przydawam nad to, co było: oto tem

»Okiemem na to patrzał, ale przedsię o tem

»Nie każdemu powiadam; bo tak wielkie dziwy

»Barziej na bajki poszły174, niż na czyn prawdziwy.

55

»Puklerz wielki, ogromny, na którem pokrowiec

»Był piękny, atłasowy, uskrzydlony łowiec

»Zawiesił beł na sobie, na lewem ramieniu;

»Że go tak długo nie zdjął, to mi w podziwieniu.

»Każdemu, co nań wejźrzał bez pokrowca, oczy

»Zaćmił we mgnieniu oka — tak beł dziwnej mocy —

»Że upadał na ziemię podobny trupowi

»I dostawał się więźniem czarnoksiężnikowi.

56

»Niemasz na świecie drugiej tak świetnej światłości,

»Jako się on lśniał puklerz, jakiej beł jasności,

»Na którą paść obadwa rycerze musieli,

»Kiedy wzrok utracili i mało widzieli.

»I jam zmysł, choć z daleka, stracił był, lecz zasię

»Przyszedłem wżdy do siebie po niemałem czasie.

»Więcejem ich nie widział i karła w równinie,

»Tylko plac próżny, a mrok w górze i w dolinie.

57

»I dlategom rozumiał o lotnem rycerzu,

»Że mocą tego blasku, który miał w puklerzu,

»Mnie nadzieje, a onych pozbawił wolności,

»I tak zostawam w pierwszej nieszczęsnej żałości.

»Potemem żegnał zamek czarnoksiężnikowy,

»Gdzie był mój skarb zawarty, ostatniemi słowy.

»Teraz mi powiedz, jeśli mąk, które pochodzą

»Z miłości, wszytkich inszych moje nie przechodzą?«

58

Tak powiedając swoje żałości i szkody,

Do swych się smutków wrócił. Beł to grabia młody,

Pinabel, syn Andzelma starego — kto słyszał —

Z Magance175, co się z Brzegu Wysokiego176 pisał,

Który nie chciał, aby się sam tylko najdował

Dobry w swem złem narodzie, i tak się sprawował

Że nie tylko z swojemi drugiemi porównał

W sprosnych, obrzydłych grzechach, ale je przerównał177.

59

Z różną twarzą nadobna Bradamanta wieści

I tej Magańczykowej178 słuchała powieści.

Bo skoro o Rugierze zrazu usłyszała,

Na twarzy się wesołą być pokazowała;

Ale skoro przypomniał, że w okowy wzięty,

Ujął ją żal i smętek wielki, niepojęty.

I nie raz, nie dwa mówił Pinabel z początku,

Bo się chciała wszytkiego dowiedzieć do szczątku.

60

A gdy się wypytała o wszytkiem statecznie:

»Śpi na oboje ucho — powiada — bezpiecznie

»I możesz ten dzień sobie poczytać szczęśliwy,

»Żem cię tu natrafiła. Nie bądź nic wątpliwy:

»Wiedź mię zaraz na zamek, gdzie w pierze ubrany

»Jest ten koń z swojem panem i twój skarb kochany;

»Tuszę, że twoja praca nie będzie daremną,

»Jeśli szczęście łaskawie obejdzie się ze mną«.

61

»Mnieć o to nic — powiada — ukażę ja drogę

»I kroki darmo tracić tobie kwoli mogę,

»Straciwszy co więtszego, albo wszytko raczej,

»Kiedy tak chcesz, kiedy być nie może inaczej.

»Ale namyśl się dobrze: Coć po tej śmiałości?

»Szukać śmierci lub miłej zbawić się wolności?

»Bo jeśli cię zabije, albo da okować,

»Jako inszych, to mnie zaś będziesz chciał winować«.

62

To rzekszy, szedł do konia i wsiadszy nań, jedzie,

A mężną Bradamantę prowadzi i wiedzie,

Która koniecznie myśli kwoli Rugierowi

Zginąć albo łeb uciąć czarnoksiężnikowi.

Wtem za niemi posłaniec spiesznie pojeżdżając,

Biegł: »Postójcie! postójcie!« zdaleka wołając,

Co Sakrypantowi dał sprawę, że to była

Ta, która go na drodze z konia drzewem zbiła,

63

A teraz od Narbony179 niósł jej rzeczy nowe

I od Monpolieru180, że Agramantowe

Chorągwie181 mniejsze zamki z jednostajnej zgody

Podnosiły ze wszytkiem brzegiem martwej wody182

I to, że w Marsyliej nie dobrze szły rzeczy

I że w niebezpieczeństwie będzie bez odsieczy

I że go z tem i teraz do niej wyprawiła

Prosząc, jako powinna, aby jej broniła.

64

Marsylią ze wszytkiem żyznem jej powiatem

I to, cokolwiek między Rodanem bogatem

I między Warem183 leży, cesarz był darował

Amonownie, bo ją czcił i barzo miłował.

Widywał ją więc często na dworze w gonitwach

I wiedział, jako sobie poczynała w bitwach.

Teraz, jakom powiedział, beł ten wyprawiony

Do niej od Marsyliej posłaniec w te strony.

65

Długo tam Bradamanta myśliła, wątpliwa,

Co czynić: tam ją i cześć i powinność wzywa,

Tu jej zasię radziła i rozkazowała

Miłość silna, która jej serce zagrzewała.

Ale się naostatek namyśla i woli

Iść, gdzie tuszy, że swego Rugiera wyzwoli.

Chce, jeśliby nie mogła skrzydlatemu sprostać

Rycerzowi, w pęcie z niem i w więzieniu zostać.

66

Atoli przecię dała odkaź tak łaskawy

Posłańcowi, że się zdał być wesół z odprawy,

I zaczętą kończyła drogę z Magańczykiem

Pinabelem, na ten czas swojem przewodnikiem;

Który postawę zmienił, z mów onego posła

Wiedząc, że z tego domu i rodziny poszła,

Który tak nienawidzi: wie, coby działała,

Gdzieby, że z maganckiego domu beł, wiedziała.

67

Między domem z Magance, a domem tej córy

Była sroga nieprzyjaźń184 i wielki spór, który

Trwał dotąd od dawnych lat. Często się bijali

Między sobą, często krew wzajem rozlewali;

Dlatego teraz nad nią uczynek złośliwy,

Zdradziecki chce wykonać grof niesprawiedliwy,

Albo, czas upatrzywszy, samę ją zostawić,

A sam się w inszą drogę ukradkiem wyprawić.

68

I tak mu wszystkie zmysły w on czas opanował,

Tak go strach wielkooki za serce ujmował,

Tak wrodzona nienawiść, tak go bodły trwogi,

Że ustąpił w jeden las z zamyślonej drogi.

Śrzodkiem lasu szła góra, w której końcu skała

Ostra z żywych kamieni przykro się wydała;

A książęcia z Dordony185 córka za niem jedzie

Wszędzie, gdzie się obróci i gdzie konia wiedzie.

69

Myślił sobie po cichu chytry w onem czesie

Pinabel, żeby jej zbył jako w onem lesie.

»Trzeba się nam — powiada — śpieszyć za pogody186,

»I póki noc nie zajdzie, do jakiej gospody;

»Za tą górą, zda mi się, ma być przy dolinie

»Jeden piękny zameczek w przestronej równinie.

»Lepiej wiedzieć, niż mniemać: ja na skałę wjadę

»I dowiem się; ty czekaj, a ja wnet przyjadę«.

70

To rzekszy, konia zaciął i od niej poskoczył

I na stronę do góry skwapliwy wyboczył,

Upatrując, jeśliby drogi nie najechał,

Którąby jej jako zbył i cicho odjechał.

Skoro wjechał na skałę przykrą i wysoką,

Nalazł jaskinią, łokci trzydzieści głęboką,

Od oskard187 wykowaną i twardego młota;

Sama szła w głąb, a miała jedne wielkie wrota;

71

Wielkie, szerokie wrota nizko w dole miała,

Któremi przystęp w dalszą, wielką sień dawała;

Do wierzchu ode spodku światłość wychodziła,

Jakoby się na dole pochodnia paliła.

Kiedy tam stał wątpliwy, córka Amonowa,

Co z daleka jechała za niem, nie gotowa

Czekać, jako jej kazał, bo się błędu strzegła,

U onej go jaskiniej, gdzie czekał, nadbiegła.

72

Kiedy mu sztuka nie szła, którą chciał wyprawić

Nad nią, kiedy jej nie mógł samej tam zostawić,

Żeby beł od niej wolny, wymyślił niecnota

Nowy fortel zbawić ją zdrowia i żywota.

Puścił się przeciwko niej i kazał jej w górę

Jechać i ukazał jej w onej skale dziurę,

Powiedając, że widział na dole w jaskiniej

Jednę pannę, gładkością podobną boginiej,

73

I że znać po postaci i po drogiej szacie,

Bo się beła ubrała strojno i bogacie,

Że była z wysokiego stanu i od ręki,

Nie wie, czyjej była tam trzymana przez dzięki,

I że już się beł począł na dół spuszczać po niej,

Aby się był dowiedzieć mógł wszystkiego o niej;

Ale ktoś nieznajomy bronił tego pilnie

I ciągnął ją do głębszej jaskiniej usilnie.

74

Jako śmiała, tak zasię nieostrożna była

Bradamanta: wszytkiemu zaraz uwierzyła.

Myśli panny ratować i puścić się sama

W dziurę, którą przestrona miała w sobie jama.

Upatrując sposobu, ujźrzy dąb zdaleka

Z rozłożystem gałęziem188, sadzony od wieka,

I dobywszy ostrego miecza, jednę utnie

I wraca się i w jamę popuszcza ją chutnie.

75

Ucięty koniec grabi dała trzymać w ręce,

A sama się spuszczała na dół po osęce.

Pierwej nogi przed sobą w jaskinią puściła,

Potem się na ramionach za niemi ważyła.

Rozśmieje się Pinabel zatem, bo rozumie,

Że tam zginie, i pyta, jeśli skakać umie?

»Duszkoż189 — prawi — mieć cię tu ze wszystkiem plemieniem

»I zgładzić je do szczęta zaraz i z nasieniem!«

76

Wtem ją zdrajca upuścił. Fortuna tak chciała,

Że tam śmierci niewinnej dziewki uchowała,

Bo się osęka długa u spodku złamała,

Kiedy w grunt uderzywszy, ziemie doleciała.

Przepadłać się, ale ją przecie utrzymała,

Gdy się w cieśniejszem miejscu powoli łamała.

Nim wstała, długą chwilę leżała tam potem —

Ale wam w drugiej pieśni wolę śpiewać o tem.

Koniec pieśni wtórej.