XVII. Pieśń siedmnasta
Argument
Karzeł na Rodomonta ludzie swoje wiedzie.
Gryfon do Norandyna na gonitwy jedzie,
W których nikczemny Martan ukazuje tyły
I daje znać, że słabe ma serce i siły;
Potem, aby sromoty Gryfona nabawił,
Zbroję mu jego ukradł i znowu się stawił
Na dwór, od Norandyna barzo szanowany;
Hańbę ma za Martana Gryfon rozumiany.
Allegorye
Przez Rodomonta w tej siedmnastej pieśni, który przybiegł i spalił część wielką Paryża, a żaden mu się oprzeć nie śmiał, pokazuje się nikczemność wielka, która się pospolicie najduje w nizkiem i podłem gminie. Przeciwnem obyczajem w cesarzu Karle, który z wielką dzielnością idzie przeciwko niemu z swojem rycerstwem, pokazuje się męstwo, które się pospolicie najduje w szlachetnych i wysokich animuszach. W Norandynie mamy przykład wiernego i prawdziwego miłośnika i wielkiego i hojnego króla. W Martanie ukazuje się, jako zawsze ludzie serca nizkiego i podłego są źli i siła o sobie rozumieją.
1. Skład pierwszy
Bóg sprawiedliwy, kiedy nasze nieprawości
Mijają kresy łaski i jego litości,
Aby pokazał, że jest niemniej sprawiedliwy,
Jako dobry, łaskawy, jako litościwy,
Częstokroć na świat srogie tyranny podawa
I na złe jem1 dowcipu i siły dodawa;
Tak okrutnego Syllę, tak i Maryusza,
Tak obudwu Neronów2, tak dał i Kajusza3.
2
Tak i Domicyana, tak i Antonina,
Ostatniego tak wziąwszy z plugawego gmina,
Podwyszszył i cesarstwo dał Maksyminowi4
I dawniejszego wieku Teby Kreontowi5;
Tak chciał Mezencyusza6 mieć agilińskiego
Ludu srogiem tyrannem, tak czasu bliższego
Za jego dopuszczeniem włoski kraj Gotowie
I Hunnowie psowali i Longobardowie.
3
Co mam o Ecelinie7 albo o Attyli
I inszych wielu mówić, którzy świat niszczyli
I których często podług swej sprawiedliwości
Bóg daje na karanie naszych nieprawości?
Nie tylko dawnych wieków siła tego mamy
Przykładów, ale i dziś tego doznawamy,
Kiedy nam, nędznem trzodom, w te dni nieszczęśliwe
Miasto pasterzów daje wilki drapieżliwe,
4
Co na tem mało mają, iż się, żal się, Boże,
Tak wiele mięsa w brzuchach ich zmieścić nie może,
Ale głodniejszych wilków poźrzeć nas wołają,
Którzy za wysokiemi górami mieszkają.
Nie mogą się porównać kości pod Kannami,
Trebią, Trazymenem — mem zdaniem — z kościami
Temi, które po brzegach i po polach leżą,
Gdzie Roncus8, Mela9, Tarus10 i Atesis11 bieżą.
5
Bóg pozwala, abyśmy za nasze złośliwe
Ustawiczne występki i grzechy brzydliwe,
Byli karani jeszcze przez gorsze narody,
Odnosząc spustoszenia i niezmierne szkody.
Przydzie ten czas, że i my także ich pójdziemy
Ziemie psować, jeśli się kiedy polepszemy,
Kiedy i oni także przez swe nieprawości
Przywiodą wieczną Dobroć do zapalczywości.
6
I ci na on czas pewnie musieli swojemi
Boga barzo urazić grzechami ciężkiemi,
Bo poganie wszytkie ich miejsca napełnili
Obelżeniem i wszytek ich kraj połupili;
Ale najbarziej byli nędzni dnia onego,
Obciążeni od gniewu Rodomontowego.
Powiedziałem, że o niem dano znać Karłowi
I że bieżał, aby go nalazł, ku rynkowi.
7
Widzi, jadąc, pobite ludzie, rozwalone
Kościoły i pałace pyszne popalone,
Wielką część miasta pustą, że rzadko słychano,
Rzadko takiej srogości przykłady widziano.
»Dokąd, o nikczemnicy, uciekać myślicie?
»Przynamniej się na szkody swoje obejźrzycie!
»Jaka ucieczka albo jakie wam zostanie
»Insze miasto, jeśli wam to wezmą poganie?
8
»I takli jeden tylko, waszem z każdej strony
»Murem tak, że nie może uciec, obtoczony,
»I mogę tak rzec, w mieście waszem poimany,
»Ujdzie, zbiwszy wszytek lud, zdrów, bez żadnej rany?«
Tak w on czas cesarz mówił, gniewem zapalony
I sromotą i hańbą oną poruszony,
Przypadszy przed swój pałac wielki, tam, gdzie psował
I gdzie wściekły poganin lud jego mordował.
9
Tam się była pospólstwa wielka część zbieżała.
Gdzie się jakiej pomocy naleść spodziewała,
Bo pałac beł obronny i chwilę gwałtowi
Mógł wytrzymać przeciwko nieprzyjacielowi.
Plac wszytek przed pałacem wielkiem odbieżany,
Od wściekłego pohańca beł opanowany,
Który szablą skrwawioną w jednej ręce błyska,
Drugą ognie pożerce12 i tam i sam ciska.
10
I tłucze wielką bramę i mocne podwoje
Wysokiego pałacu tak, że drżą pokoje.
Ludzie lękliwi z góry, z wież i z wierzchu bramy
Zmiatają sztuki murów i wysokie tramy,
Dachy psują i czego jeno dopaść mogą,
Na poganina jedną posyłają drogą;
Lecą drzewa, kamienie i balki złocone
I posadzki i drogie filary zwalone.
11
Głowę i piersi jasną stalą przyodziany
W bramie królik z Algieru stoi, krwią pijany,
Nieinaczej, jako wąż jadowity, który
Z ziemie świeżo wyszedszy, pyszny z nowej skóry,
Czując, że mu z dostanej dopiero młodości
Przybyło więcej siły i więcej rzeźwości,
Ogień w oku ma, trzema językami świszczy,
Gdzie mija, źwierzowie mu ustępują wszyscy.
12
Kamienie, drzewa, cegły i tramy zwalone,
Strzały gęste, i z łuków i z kusz wystrzelone,
Nie mogą wściągnąć jego popędliwej ręki;
Tłucze wielkie podwoje i wrota przez dzięki13
I już w bramie uczynił, nieuhamowany,
Taką dziurę, że widział i mógł być widziany
Od wybladłych i strachem twarzy napełnionych,
Na podwórzu wielkiego zamku zgromadzonych.
13
Po przestronych pokojach i salach wołania
I wrzaski i niewieście słychać narzekania.
Białegłowy żałosne wszędzie się mięszają
I zapamiętawszy się, po domu biegają,
Ojczyste swoje łoża i miłe podwoje
Ostatnie14 obłapiając, już jako nie swoje.
Do tego było przyszło, kiedy z przebranemi
Cesarz skwapliwy przypadł rycerzmi swojemi.
14
Obróciwszy się do swych bohatyrów onych,
Nie w jednej już potrzebie przedtem doświadczonych,
»A zaście nie wy ze mną — rzecze — w Aspramoncie
»Otrzymali zwycięstwo na wielkiem Almoncie?
»Nie wyście Agolanta z Trojanem zabili?
»Nie wyście sto tysięcy ich wójsk porazili?
»Inszych wielkich swoich dzieł teraz nie pomnicie,
»Że się jednego tylko tejże krwie boicie?
15
»Dlaczego mniejszej siły i serca być macie
»Teraz, aniżli przedtem? Czego się lękacie?
»Ukażcie swoje męstwo temu psu wściekłemu,
»Psu wściekłemu, lichy gmin pożerającemu!
»Serce mężne, by tylko śmierć była uczciwa,
»Nic nie dba, lubo późna, lubo jest skwapliwa:
»Ja mniemam, żeście są ci, coście przedtem byli,
»Ci, którzyście mię zawżdy zwycięzcą czynili«.
16
To wyrzekłszy, zwarł konia i biegł z wielkiem gniewem
Na króla z Algijeru z pochylonem drzewem15;
I wojewoda Ugier właśnie w tejże chwili
I Nam równo z cesarzem do niego skoczyli.
W tenże czas i Awokon tuż i z Oliwierem,
Awin i mężny Otton z cnem Berlingijerem,
Wszyscy do Rodomonta konie rozpuścili
I w piersi go i w boki drzewy uderzyli.
17
Ale już kiedykolwiek bojom pokój dajmy
I o śmierci i o krwi więcej nie śpiewajmy
I tego poganina niemniej okrutnego
Zapomnimy na chwilę, jako i mężnego —
I takem się jem więcej, niż trzeba, zabawił —
A pódźmy do Gryfona, któregom zostawił
Z niewierną Orygillą w Damaszku bogatem
I z jej gamratem16, co się mienił być jej bratem.
18
Między wschodniemi miasty kładą najludniejszy
I najpierwszy Damaszek i najbudowniejszy,
Damaszek piękny, który tak daleko słynie,
W wielkiej i urodzajnej i żyznej równinie,
Zbyt wesołej tak lecie, jako czasu zimy,
Siedm dni jazdy leżący od Jerozolimy;
Przyległa miastu góra od jednego końca
Bierze pierwsze promienie wschodzącego słońca.
19
Dwie rzece kryształowe miasto przedzielają,
Które swą wilgotnością gęste odżywiają
Zawżdy pełne i liścia17 i kwiecia ogrody,
Rozsyłając przez różne strumienie swe wody.
Twierdzą, że w niem tak wiele wód cedrowych18, żeby
I młyny jemi19 mogły mleć według potrzeby,
I że kto przez ulicę idzie, w każdej stronie
Czuje ze wszystkich domów wychodzące wonie.
20
Jedna między inszemi główna ulicami
Wszytka była z różnych barw nakryta suknami,
Insze zaś były kryte ziołami wonnemi,
Albo ogrodowemi albo też polnemi.
Wszytkie bramy i okna wszytkie są ubrane
W kobierce drogie, z różnych jedwabiów utkane,
Ale najbarziej w dziwnie piękne białegłowy,
Strojne w perły, w kamienie, w świetne złotogłowy.
21
Widać było na wielu miejscach tańcujące
Ludzie w sieniach i różne muzyki grające;
Na koniech się piękna młódź przejeżdżała wszędy,
Przybranych w drogie siodła i bogate rzędy.
Ale nawiętszą czynił ozdobę bogaty
Dwór królewski z ubranych paniąt w świetne szaty,
W perły, w kamienie i w to, co Indye mają
I czego w Erytrejskiem morzu dostawają.
22
Powoli z towarzystwem Gryfon postępował
I wszytkiemu się i tam i sam przypatrował,
Kiedy beł od jednego na drodze wściągniony
I żeby zsiadł do jego pałacu, proszony;
I według tamtych krajów zwyczajnej ludzkości
Wszytkie swe ofiarował dostatki dla gości,
Wprzód jem, aby się zmyli w jego łaźni, radził,
Potem je u bogatej wieczerzy posadził.
23
I powiedział jem, jako ich król zawołany
Damaski i syryjski, Norandyn20 nazwany,
Zapraszał cudzoziemskie rycerze i swoje
Na dwór swój, na gonitwy i surowe boje,
Które się począć miały rano dnia przyszłego,
Skoroby weszły słońca promienie nowego,
Radząc, jeśli z postawą zgodne męstwo mieli,
Żeby się z niem ukazać na tem placu chcieli.
24
Lub21 tam Gryfon przyjachał dla czego inszego,
Nie wymówił się w on czas z wezwania takiego;
Bo gdziekolwiek się trafi miejsce i pogoda
Oświadczyć swoje męstwo, opuszczać jej szkoda.
Potem się dowiadował pilnie, jeśli one
Gonitwy z dawnych były czasów ustawione22
I jeśli się na każdy rok odprawowały,
Czy się nowo od króla teraz wywołały.
25
On szlachcic na to: »Te — pry23 — gody zawołane,
»Co cztery miesiące być mają sprawowane.
»Jeszcze żadne nie były i pierwsze być mają
»Te, które się po ranu jutro poczynają
»Na pamiątkę, że tego dnia beł wyzwolony
»Król nasz, w niebezpieczeństwie wielkiem położony,
»Bywszy cztery miesiące swą własną osobą
»W wielkiem strachu i mając śmierć zawsze przed sobą.
26
»Ale iż chcecie wszytko dostatecznie wiedzieć,
»Wolę wam wszytkę sprawę z początku powiedzieć.
»Miłował król Norandyn od czasu dawnego
»Gładką córkę możnego króla cypryjskiego;
»Nakoniec jej u ojca dostawszy za żonę,
»Prowadził ją wesoły na zad w swoję stronę,
»W towarzystwie rycerze i białą płeć mając,
»Prosto się do Syryej w drogę obracając.
27
»Ale skorośmy poszli pełnemi żaglami
»I ziemia i port został daleko za nami,
»Tak sroga niepogoda nagle nastąpiła,
»Że samego starego szypra przeraziła.
»Trzy dniśmy i trzy nocy po morzu błądzili
»I tam i sam krzywemi ścieszkami kolili;
»Wysiedliśmy nakoniec na brzeg utrudzeni
»U wesołych pagórków i chłodnych strumieni.
28
»Zaczemeśmy namioty piękne rozbijali
»I odpoczynki morskiem trudom gotowali;
»Jedni z nas drwa nosili i ognie niecili,
»Drudzy ławy i stołki i stoły stawili,
»A wtem króla naszego chęć wzięła w doliny
»Przechodzić się i w lasy głębsze dla zwierzyny,
»Lub jelenia lub sarnę naleść zamyślając,
»Dwu sług z sobą, co za niem strzały nieśli, mając.
29
»Kiedyśmy tak wesoło tam odpoczywali
»I wracającego się króla wyglądali,
»Ujźrzeliśmy z daleka Cyklopa24 strasznego,
»Brzegiem morskiem przeciw nam prosto bieżącego.
»Strzeż was Boże, panowie, widzieć twarz straszliwą
»Okrutnego Cyklopa i postać gniewliwą!
»Lepiej, żebyście o niem z powieści wiedzieli,
»Aniżli, żebyście go gdzie z blizka widzieli.
30
»Tak miąższy jest, tak wielki i tak słuszną miarę
»Wzrostu przeszedł, że temu nie każdy da wiarę.
»Miasto oczu pod czołem ma z twarzy wydane
»Brzydkie, szpetne, straszliwe dwie gałki kościane.
»Zda się, że się pagórek ruszył, gdy nad brzegiem
»Przeciwko nam, jakom rzekł, bieżał wielkiem biegiem;
»Zanadrze ma skrwawione, nos długi, a z gęby
»Ukazuje tak, jako świnia, krzywe zęby.
31
»Pysk przy ziemi tak właśnie, jako ogar, niesie,
»Kiedy zająca szuka i szlakuje w lesie.
»Zajźrzawszy go, wszyscy się okrutnie strwożemy
»I tam, gdzie nas strach pędzi, uciekać poczniemy.
»Że go ślepem widziemy, mało nam pomoże,
»Kiedy samem wąchaniem tylko więcej może,
»Niż drugi, co ma z węchem dobrem zdrowe oczy,
»I trzeba skrzydła, kto chce zdrów uść jego mocy.
32
»Ten tam, ten sam ucieka, ale uciec jemu
»Próżno było, z wiatrami równo bieżącemu.
»Wszytkich naszych czterdzieści spełna osób beło,
»A tylko dziesięć w okręt zdrowo przypłynęło:
»Jednych w łono, w zanadrze wielkie drugich sobie,
»Drugich pod obie pachy nakładł w onej dobie;
»Niektóremi napełnił torbę swą przestroną,
»Tak, jako u pasterza, przed się zawieszoną.
33
»Zaniósł nas dziw straszliwy potem między skały
»Przy brzegu, w które biły gęste morskie wały;
»Gdzie z marmuru jest jego jama wykowana
»Tak białego, jako jest karta niepisana.
»W niej jedna białagłowa społem z niem mieszkała,
»Która serce żałosne i twarz zawżdy miała,
»I pań i panien siła mając w swem opieku25,
»Gładkich, szpetnych i stanu i różnego wieku.
34
»Niedaleko jaskiniej, w której mieszkał, onej,
»Jakoby w samem wierzchu góry wyrobionej,
»Była druga nie mniejsza, w której stado swoje
»Zamykał w nocy albo w południowe znoje;
»Które od niego lecie i zimie pasione,
»Dla wielkości swojej być nie mogło zliczone,
»A dla zabawy je swej raczej miał i chował,
»Niż, żeby go zażywał albo potrzebował.
35
»Bo mu mięso człowiecze lepiej smakowało,
»Jakoż się to, niżli wszedł w jamę, pokazało;
»Bo z onych towarzyszów naszych nieszczęśliwych
»Trzech zjadł zaraz albo ich raczej pożarł żywych,
»Potem kamień odwala i jamę otwiera
»I stado z niej wygania, a nas w niej zawiera;
»Potem idzie, na paszą owce poganiając
»I w piszczałkę pasterską sobie przygrawając.
36
»Wtem się z lasu Norandyn wraca i przygody
»I nieszczęście i swoje zrozumiewa szkody:
»Wszędzie cicho i pełno wielkiego milczenia,
»W namiotach nie zastawa żywego stworzenia.
»Nie może się domyślić, kto mu zostawiony
»Lud rozegnał i na brzeg bieży, potrwożony,
»I widzi swe żeglarze, że kotwie wciągają
»I żagle ukwapliwi na maszty stawiają.
37
»Oni, skoro na brzegu króla obaczyli,
»Z okrętu łódź po niego małą wyprawili;
»Ale skoro usłyszał, kto mu szkodę onę
»Uczynił w jego ludziach i uniósł mu żonę,
»Zarazem się namyśla jeszcze świeżem tropem
»Tak długo, aż go dojdzie, bieżeć za Cyklopem,
»Bo albo żywot stracić i bez dusze zostać,
»Albo swojej Lucyny26 chce koniecznie dostać.
38
»Gdzie, się pokazowała w piasku świeża stopa
»Podle brzegu morskiego wielkiego Cyklopa,
»Jako mu wściekła miłość każe, pędem bieży,
»Aż przypadnie, gdzie ona jama jego leży,
»W którejeśmy zawarci strasznego czekali
»Pasterza i gotowej śmierci wyglądali;
»Na każdy dźwięk zdało się, żeśmy go słyszeli
»I żeśmy od niego pożarci być mieli.
39
»Tak szczęście jego chciało i tak mu zdarzyło,
»Że jego żonę zastał, samego nie było;
»Która skoro go jeno z daleka ujźrzała,
»»Uciekaj! Oto zginiesz: uciekaj!« wołała.
»»Wszystko — prawi — za jedno; zginę lub nie zginę.
»»Ja chcę widzieć koniecznie drogą swą Lucynę.
»»Nie błąd, ale mię żądza prowadzi w tę drogę,
»»Bo żyć bez swej małżonki nie chcę i nie mogę«.
40
»Potem pytał: »Powiedz mi o tych, moja pani,
»»Którzy naprzód na brzegu byli poimani,
»»Których znać pasterz srogi poniósł na to miejsce,
»»Jeśli27 zabił Lucynę, jeśli żywa jeszcze«.
»Odpowiada mu na to żona Cyklopowa,
»Że ta, o której pytasz, i żywa i zdrowa,
»I cieszy go i ludzko z Norandynem gada,
»Powiadając, że Cyklop białychgłów nie jada.
41
»»I ja — pry28 — i te wszystkie insze białegłowy,
»»Które widzisz, podeprą mej prawdziwej mowy,
»»Bo ani jem ani mnie Cyklop nic nie szkodzi,
»»Krom, że żadna od jamy daleko nie chodzi.
»»Na te, co zamyślają uciekać, karanie
»»Srogie kładzie i wiecznie zwykł się gniewać na nie
»»Albo je w łańcuch wsadza, albo żywo grzebie,
»»Lub cały dzień na słońcu nago ma u siebie.
42
»»Twoi ludzie od niego dzisiaj przyniesieni,
»»Nie byli od białychgłów jeszcze rozdzieleni,
»»Ale jako je przyniósł, razem poimane,
»»Do jaskinie je wpuścił, społem pomieszane.
»»Samem węchem mężczyzny zarazem poczuje
»»I białą płeć, ale tej nigdy nie morduje,
»»Same tylko mężczyzny; tych siła umiera,
»»Bo ich pięć jednego dnia albo sześć pożera.
43
»»Jakobyś miał wybawić żonę, nie rozumiem,
»»Z tego miejsca i radyć dać na to nie umiem.
»»Dosyć możesz mieć na tem, że żywo została
»»I będzie tu z nami złe i dobre cierpiała.
»»Ale uciekaj, synu! dla Boga, uciekaj
»»I Cyklopa, aby cię nie pożarł, nie czekaj,
»»Bo skoro przydzie, wącha wkoło i poczuje
»»I biedną mysz, jeśli się w domu gdzie najduje«.
44
»Odpowie król, że nie chce odejść z tamtej strony,
»Jeśli pierwej nie ujźrzy swojej miłej żony,
»I że tam z nią pospołu woli umrzeć raczej,
»Niż żyć bez niej, ani chce uczynić inaczej.
»Ona skoro ujźrzała, że go zbić nie mogła
»Z tak wielkiego uporu, aby mu pomogła,
»Wszytkie swe siły zaraz na to obróciła
»I wszytek zmysł i wszytek dowcip w to włożyła.
45
»Zawsze w domu pobitych baranów niemało,
»Owiec i kóz i jagniąt i kozłów wisiało,
»Któremi sama siebie i swoje żywiła;
»Z dachu skór powieszonych widać było siła.
»Król za radą życzliwej onej białejgłowy
»Zebrał około nerek wszystek łój kozłowy
»I mazał się tak długo od głowy do pięty,
»Aż jego pierwszy zapach wszystek beł odjęty.
46
»Skoro porozumiała, że zapachem nowem
»Dobrze trącił Norandyn i parchem29 kozłowem,
»Skórę jako najwiętszą kozłową obrała
»I ubrać się w nię zaraz królowi kazała.
»On, jako nauczony beł od swej mistrzyni,
»Na bałuku znienagła lezie do jaskini,
»Tam, gdzie pięknej Lucyny była ulubiona
»Twarz30, kamieniem ogromnem w jamie przywalona.
47
»I jako mu kazała, kryty cudzą skórą,
»Stoi podle jaskiniej tuż nad samą dziurą,
»Aby w nię wszedł z owcami, kiedy je z ugora
»Przyżenie, i cierpliwy czeka do wieczora.
»Wieczór słyszy piszczałkę, której zwykł używać
»Srogi pasterz i stada do domu zwoływać;
»Sam sobie przygrawając, znienagła za niemi
»Idzie na odpoczynek krokami wielkiemi.
48
»Osądźcie, jeśli nie drżał i beł próżny trwogi,
»Kiedy poczuł, że się już wracał Cyklop srogi,
»I kiedy ujźrzał, że się do niego przymykał
»Z straszną twarzą i wielką jaskinią odmykał.
»Lecz więcej miłość mogła, niż strach, niewątpliwie,
»A wy uznajcie, jeśli miłował prawdziwie.
»Wprzód przydzie wielki Cyklop i kamień odłoży;
»Król wchodzi, wmieszawszy się między gęste kozy.
49
»Gdy weszło stado, Cyklop sam się w jamę wpuszcza,
»Ale pierwej za sobą wielkie drzwi zapuszcza;
»Chodzi, wszystkich wąchając, na ostatek bierze
»Dwu naszych towarzyszów do srogiej wieczerze.
»Gdy mi wspomnieć na jego straszne zęby przydzie,
»I teraz drżę od strachu i pot przez mię idzie.
»Król skórę, skoro Cyklop wyszedł precz z jaskinie,
»Zrzuciwszy, u szyje się uwiesza Lucynie.
50
»Ona nędzna, widząc go, co się cieszyć miała,
»Więtszą żałość i smutek z jego przyścia miała:
»Widzi, że musi zginąć i więcej nie może
»Stamtąd wyniść i onej namniej nie pomoże.
»»W tem żalu, w którem mię mieć zła fortuna chciała,
»»Wielkąm pociechę — prawi — miły mój, stąd miała,
»»Żeś w ten czas nie beł z nami, kiedy mię z inszemi
»»Okrutny Cyklop dziś wziął sługami twojemi.
51
»»Bo lubo mi gorzko przyść do tego kłopota,
»»Że ladakiedy zbędę miłego żywota,
»»Alebym tylko, kiedy tak zła gwiazda chciała,
»»Swojego złego losu była żałowała;
»»A teraz, lub wprzód zginiesz, lub później, żal z twojej
»»Śmierci więtszy mieć będę, niżli z własnej mojej«.
»I dalej powiadała z żałością Lucyna,
»Że jej barziej, niż o się, szło o Norandyna.
52
»Król rzekł: »Jam się dlatego na to miejsce stawił,
»»Abym i ciebie i tych inszych stąd wybawił;
»»Czego, jeśli nie sprawię, zawarłem31 u siebie
»»Raczej umrzeć, niżli żyć, me serce, bez ciebie!
»»A jakom tu wszedł, tak też i wyniść stąd mogę
»»I wy pospołu zemną pójdziecie w tęż drogę,
»»Jeśli czynić, jakom ja uczynił, będziecie
»»I smród na się szpetnego źwierzęcia weźmiecie«.
53
»I ukazał nam sposób, jemu już zdarzony,
»Który na nos Cyklopów miał od jego żony,
»Abyśmy się ubrali wszyscy w koźle skóry,
»Jeśliby nas chciał macać na wyściu u dziury.
»Łatwie nas na to było namówić i ile
»Nas było, tak białychgłów, jako mężczyzn, tyle
»Kozłóweśmy zabili, którycheśmy mieli
»Za najstarszych i którzy najbarziej śmierdzieli.
54
»I icheśmy swe ciała łojem namazali
»I wszyscyśmy się w skóry ich poubierali.
»Tym czasem z oceanu syn pięknej Latony32
»Ze dniem jasnem poganiał na świat wóz złocony;
»Cyklop też z pierwszem światłem, jako więc czyniwał33,
»Wracał się do jaskiniej i swem się ozywał
»Stadom, grając w piszczałkę, aby zostawiały
»Jaskinią i na paszą w pole wychadzały.
55
»Trzymał rękę u jamy, w dziurze nas przejmując
»I żebyśmy z owcami nie wyszli, pilnując.
»A macał nas, gdy kozy i owce wypuszczał,
»I zaś nas, poczuwszy sierć albo wełnę, puszczał.
»Takiemeśmy sposobem z białemigłowami
»Wszyscy wyszli, koźlemi nakryci skórami;
»I nie wściągnął nikogo Cyklop, aż lękliwa
»We drzwiach była Lucyna, barzo bojaźliwa.
56
»Lucyna, lubo łojem, nędzna, swego ciała,
»Brzydząc się jem podomno, nie nasmarowała,
»Lubo barzo pieszczono i miękko chodziła,
»Że zwierzęcego w on czas chodu nie trafiła,
»Lubo kiedy ją macał, trwożyć się poczęła
»I od wielkiego strachu, nieszczęsna, krzyknęła,
»Lub się była nakryła skórą ladajako:
»Postrzegł jej srogi Cyklop, ja sam nie wiem, jako.
57
»Takeśmy się każdy z nas byli obrócili
»Na swe przypadki, żeśmy cudzych nie patrzyli.
»Jam się przecię obejźrzał na jej wrzask do dziury
»I ujźrzałem, że ją już zewlókł Cyklop z skóry
»I wtrącił ją w jaskinią. A myśmy skórami
»Nakryci, po staremu szli między owcami,
»Gdzie nas pasterz wprowadził w łąki niesieczone,
»Między piękne pagórki i chrósty zielone.
58
»Gdzieśmy potem czekali, ażby usnął w cieniu,
»Podle lasu, przy pewnem wesołem strumieniu.
»Ten ku morzu, a ten się ku górom udawa;
»Norandyn z nami nie chce i w stadzie zostawa.
»Taka go miłość wzięła przeciwko Lucynie,
»Że się na zad chce wrócić stamtąd do jaskinie,
»Ani odejść, póki jej stamtąd nie wyzwoli,
»A umrzeć tamże przy niej, niż bez niej żyć, woli.
59
»I gdy ją z razu ujźrzał, we drzwiach postrzeżoną
»I gwałtem do jaskiniej na zad zaś wciągnioną,
»Chciał, nie mogąc wytrzymać wielkiemu żalowi,
»Dobrowolnie się wrzucić w garło Cyklopowi.
»I już się beł zapuścił i beł mu u gęby
»I blizko było, że mu mało nie wpadł w zęby;
»Ale go ta nadzieja jeszcze zatrzymała,
»Że za czasem Lucyna stamtąd wyniść miała.
60
»Wieczorem napasione stado swe przygnawszy
»I żadnego w jaskiniej z naszych nie zastawszy,
»Czując, że go wieczerza spodziewana minie,
»Wszystkę winę przyczyta i daje Lucynie
»I do łańcucha ją stać pod niebem skazuje
»Na skale, ani ciału pięknemu folguje.
»Król patrzy, co dla niego cierpi — żal się, Boże —
»I schnie żalem i tylko że umrzeć nie może.
61
»I wieczór i po ranu miłośnik strapiony
»Widzi mękę, ciężki płacz nieszczęsnej swej żony;
»I lub w pole lub idzie z pól, między barany
»I owce przednie coraz przychodzi wmieszany.
»A ta twarzą żałosną znać dawa nieboga,
»Aby stamtąd uciekał, prosząc go dla Boga,
»Ponieważ i sam zginąć ladakiedy może
»I jej swoją bytnością namniej nie pomoże.
62
»Namniej jej nie pomoże; a nie tylko ona,
»Ale go o toż prosi Cyklopowa żona,
»Nadaremnie; bo król być i jednej godziny,
»Kiedyby to mogło być, nie chce bez Lucyny.
»W tej niewolej, w której go miłość uwiązała
»I potem go pobożność i litość trzymała,
»Trwał tak długo, aż w ten kraj, jak to bywa czasem,
»Trafili się z przygody Mandrykard z Gradasem34.
63
»Którzy swoją śmiałością tak wiele czynili,
»Aż nakoniec Lucynę piękną wyzwolili;
»Acz to raczej sprawiło szczęście, które mieli
»W tej sprawie, i do morza w skok z nią ubieżeli
»I ojcu ją, co tam beł, dali. To się stało
»Właśnie w ten czas, kiedy się świtać zaczynało,
»Kiedy jeszcze Norandyn król między owcami
»Odpoczywał w jaskiniej i między kozami.
64
»Ale skoro świat jasne słońce oświeciło,
»Dowiedział się król, że już Lucyny nie było.
»Wszytko mu powiedziała Cyklopowa żona,
»Jako się działo, jako była uniesiona.
»Król Bogu dzięki czyni i ręce podnosi
»Do nieba i pokornie i nabożnie prosi,
»Aby ją tam prowadził, skądby ją mógł potem
»Mieć lub prośbą lub mocą lub skarbem i złotem.
65
»Niepodobnie wesoły i pełen obrady35,
»Idzie na paszą między kosmatemi stady
»I tam czeka tak długo, aż nieokrócony36
»Pasterz w cieniu na ziemi legł, snem zwyciężony.
»On dzień cały uchodzi do mroku samego,
»Aż beł bezpieczny od rąk Cyklopa srogiego;
»Potem wesół wsiadł w okręt pewny w Sataliej37
»I ode trzech miesięcy przybył do Syryej.
66
»Król po miastach, miasteczkach, po ziemi, po wodzie,
»W Egipcie i w Afryce, w Turczech, w Cyprze, w Rodzie
»Rozesłał wszędzie szukać kochanej Lucyny,
»A nie miał o niej, aż dziś czwarty dzień, nowiny.
»Dziś czwarty dzień wiadomość od świekra swojego,
»Że z nią jest w Nikozyej, ma, króla cyprskiego,
»Potem, jako go wiatry przeciwne trzymały
»I długo go po morzu tam i sam miotały.
67
»Na znak swego wesela i wielkiej radości
»Król zawołane gody sprawuje dla gości
»I uchwalił na czasy na potem idące
»Takie drugie sprawować co cztery miesiące
»Na pamiątkę, że cztery miesiące w kozłowem
»Odzieniu szpetnem chodził w stadzie Cyklopowem;
»I ten dzień właśnie jutro przypadnie, którego
»Wyszedł z ciężkiej niewolej pasterza srogiego.
68
»To wszystko, coście teraz odemnie słyszeli,
»Częściem sam widział, a część, abyście wiedzieli,
»Wiem od króla, który czas wyszszej mianowany
»Trwał w tej nędzy, zwierzęcą skórą przyodziany.
»Jeśli wam kto inaczej będzie co powiadać,
»Że nic nie wie, możecie bezpiecznie mu zadać«.
Tak on szlachcic powiadał w on czas Gryfonowi,
Skąd przyszło one gody sprawować królowi.
69
Niemałą część rycerze nocy w onej chwili
Rozmawiając o onej przygodzie, strawili;
Tem zawarli38, że miłość prawie niesłychana
I pobożność od króla była pokazana.
Potem wstawszy od stołu, szli na odpocznienie
Tam, kędy mieli wczesne39 i dobre złożenie40.
Nazajutrz w dzień pogodny, skoro grać poczęli
Trębacze, rycerze się ochotni ocknęli.
70
W bębny biją po mieście, w głośne trąby grają
I na plac naznaczony pospólstwa wołają.
Gryfon, skoro obaczył i wozy i konie
Na ulicy i wielki zgiełk na każdej stronie,
Ubiera się i kładzie na się zwykłą swoję
Doskonałą i nieraz doświadczoną zbroję;
Bo niepożyta była i uczarowana
I własną ręką wiedmy białej hartowana.
71
Antyocheńczyk się też z niem także gotował,
Jachał na plac i członki żelazem warował41.
Już też od gospodarza beły zgotowane
Dla nich wielkie kopie, dobrze zżyłowane42;
Który swoje powinne i krewne zgromadził
I na plac je, czyniąc jem uczciwość, prowadził,
Przydawszy jem i piesze i na koniech sługi
Umiejętne i do tej sposobne posługi.
72
Przyjachawszy na rynek, zawściągnęli konie
I nie jeżdżąc po placu, stanęli na stronie,
Aby na plac jadące tem lepiej widzieli
Po jednem, po dwu, po trzech, którzy gonić mieli:
Ten misternie złączone farby wynajduje
I pociechę swej paniej lub żal ukazuje;
Ten na szyszaku, a ten na tarczy znać dawa,
Czy łaski, czy srogości w miłości doznawa.
73
Syrowie tak się w on czas ubierali w boje,
Jako i my, i także używali zbroje
I od Francuzów stroje podomno bierali,
Zwłaszcza, że z niemi w blizkiem sąsiedztwie mieszkali;
Co w on czas święte miasto rządzili lat wiele,
Kędy z ludźmi wszechmocny Bóg przebywał w ciele,
Które z wielką sromotą panów chrześcijańskich
Teraz w ręku widziemy brzydkich psów pogańskich.
74
Gdzieby na pomnożenie wiary świętej broni
I kopij mieli swoich używać, to oni
Wolą się między sobą drapać i mordować
I tę trochę, co wierzy, jeszcze chcą zepsować.
Lepiej, mężni Hiszpani, lepiej, Francuzowie,
Lepiej, Niemcy waleczni, lepiej, Szwajcarowie,
Że się na inszą zdobycz, godniejszą udacie,
Bo to już Chrystusowe, czego tu szukacie.
75
Do tego, jeśli królmi najchrześcijańskiemi43
I drudzy też zwani być chcecie powszechnemi,
Czemuż tak Chrystusowe ludzie zabijacie?
Czemu ich niepobożnie z ich dóbr odzieracie?
Czemu do Jeruzalem raczej nie jedziecie?
Czemu go gwałtownikom tem nie odbierzecie?
Czemu Konstantynopol poganie trzymają?
Czemu lepszą część świata bisurmańcy mają?
76
Czy nie większe urazy, o hiszpańskie plemię,
Ponosisz od Afryki, niż od włoskiej ziemie?
A przecię, aby się jej przykrzyło strapionej,
Odbiegasz swej odprawy pierwszej umyślonej.
I ty, gniazdo niecnoty, czemu się nie czujesz,
Pijana włoska ziemi, ani się frasujesz,
Żeś się to tych, to owych niewolnicą zstała
Narodów, któremeś ty pierwej panowała?
77
Jeśli abyś w swych nie zdechł jaskiniach o głodzie,
Chceć się do włoskiej ziemie, szwajcarski narodzie,
I szukasz u nas chleba albo na ostatek
Śmierci, żeby cię nie gryzł głód i niedostatek:
Masz bogactwa tureckie tak blizko w Azyej,
Wypądźże44 go z Europy, a namniej z Grecyej;
Tak głodu nie ucierpisz, albo tamte włości
Z więtszą zasługą weźmiesz w swoje osiadłości.
78
A co tobie, to zaraz mówię i Niemcowi,
Niemcowi, przyległemu twemu sąsiadowi.
Tam są od Konstantyna z Rzymu przeniesione
Bogactwa, tam są wszytkie skarby zgromadzone
Paktola45, Herma46, gdzie jest złoto znamienite;
Migdonią, Lidyą i insze obfite
Kraje, o których często z historyj słychacie,
Nie tak daleko, jeśli iść tam chcecie, macie.
79
Ty, wielki lwie47, któryś jest teraz niebieskiemi
Obciążony od Boga kluczami złotemi,
Obudź sam włoską ziemię ani jej dopuszczaj
Spać tak długo, ale ją na te psy poduszczaj.
Ty masz łaskę, tyś pasterz, od Boga obrany,
I dla tegoś tak strasznem imieniem nadany,
Abyś ryczał, rozciągał ręce i ściśnionej
Trzody bronił od wilków, tobie powierzonej.
80
Ale z mowy do mowy, o jakom mojego
Zbyt daleko ustąpił gościńca48 pierwszego!
Ale nie takem przecię bardzo obłądzony,
Abych zaś nie miał trafić na tor opuszczony.
Powiedziałem, że się tak na on czas Syrowie
Ubierali do bojów, jako Francuzowie.
Zaczem w Damaszku beł plac rycerzów wybranych
Pełny, w hełmy i zbroje zupełne ubranych.
81
Gońcom49 się z ganków piękne przypatrują panie
I kwiecie rozmaite wymiatają na nie,
Kiedy przeciwko sobie kopie składają
Albo z mieczmi na koniech na się nacierają.
Każdy, lubo zły jeździec lubo jest ćwiczony,
Chce się udać50 na placu i być pochwalony;
Zaczem jedni i sławy i czci dostawają,
Drudzy słyszą, że szydząc za niemi wołają.
82
Zwycięzcy na gonitwach zbroję wystawiono,
Którą królowi w dary świeżo przyniesiono,
Nalezioną z trafunku od kupca jednego
Na drodze, z Armeniej na zad jadącego.
Przydał król zwierzchnią szatę, utkaną ze złota
I z jedwabiów; okrom że sama jej robota
Dziwna beła, kamieni siła w sobie miała
I pereł, że się za skarb wielki szacowała.
83
Kiedyby beł Norandyn poznał onę zbroję,
Pewnieby ją beł schować dał w skarbnicę swoję,
I choć beł hojny, by go był kto o niej sprawił51,
Na gonitwyby jej beł za dar nie wystawił.
Siłaby o tem mówić, jako znieważona
I od kogo tak barzo była pogardzona,
Że porzucona w drodze na ziemi leżała
I na łup tem, co wprzód szli i pozad, została.
84
Indziej o tem, a teraz powiem o Gryfonie,
Który, jakom przypomniał, stanąwszy na stronie,
Zastał kilka par z sobą kopie łamiących
I potem się ręcznemi broniami bijących.
Ośm było naprzedniejszych na dworze, co byli
Towarzystwo i związek z sobą uczynili;
Wszyscy młodzi i w bojach bywali mężowie,
Lubo domów przedniejszych lub wielcy panowie.
85
Ci przeciwko każdemu w szranki wstępowali
I wszytkiem po jednemu w bój odpowiadali
Pierwej drzewem, a potem szablą i buławą,
Póki się jeno cieszyć chciał król oną sprawą.
Częstokroć sobie drzewy zbroje dziurawili,
Wrzkomo w igrzysku, ale to wszytko czynili,
Co czyni nieprzyjaciel nieprzyjacielowi,
Krom, że ich było wolno rozdzielić królowi.
86
Rycerz z Antyochiej i z serca obrany
I z siły, Martan52 własnem imieniem nazwany,
Jakoby mając z sobą Gryfona, śmiałości
Był jego ucześnikiem i jego dzielności,
Wjechał w szranki na pięknem i ubranem koniu
I potem sobie w miejscu stanął na ustroniu,
Czekając, ażby byli srogi bój skończyli
Dwaj rycerze, którzy się z sobą w ten czas bili.
87
Pan z Seleucyej53, jeden z onych, którzy mieli
Odpowiadać tem wszytkiem, którzy gonić chcieli,
Goniąc w on czas z Ombrynem, właśnie go kopią
W jego miarę ugodził, w czoło pod skofią54.
Spadł Ombryn z konia zaraz na ziemię, zabity,
Z wielką żałością wszytkich, bo beł znamienity
Rycerz z niego i człowiek do tego cnotliwy,
Ale cóż, kiedy tak chciał los jego złośliwy.
88
Martan widząc to, bał się, aby się i jemu
Także właśnie nie zstało, jako i onemu,
I do swego się zaraz wrócił przyrodzenia,
Myśląc, jakoby zniknąć55 boju i gonienia.
Gryfon, który stał przy niem, jego urażony
Ociąganiem, popchnął go, żeć wżdy ośmielony,
Przeciwko się jednemu ruszył rycerzowi,
Jako pies pospolicie przeciwko wilkowi,
89
Co się za niem zapuści trochę i zaś czeka,
W miejscu stając, i tylko z daleka nań szczeka,
Widząc, jako ma w oczu zapalonych żywe
Ognie i jako zęby wyszczerza straszliwe.
Gdzie wszytek lud, gdzie wszyscy rycerze ćwiczeni,
Gdzie i król i książęta byli zgromadzeni,
Wylękniony się Martan razowi uchronił
I w prawą stronę głowy i wodze56 nakłonił.
90
Przecię mógł jakokolwiek koniowi swojemu,
Wymawiając się, winę dać twardoustemu;
Ale kiedy do ręcznej przyszło potem broni,
Tak zbłądził, że Demosten sam go nie obroni:
Jakoby beł papierem kryty, nie żelazem
Tak się boi i tak drży przed namniejszem razem,
Na ostatek ucieka bez wstydu i rzędy
Miesza; ludzie się śmieją koło niego wszędy.
91
Potem powstał huk i krzyk i wielkie wołanie
Pospolitego ludu i chłopiąt gwizdanie,
Gdy wypuściwszy wodze swojemu koniowi,
Właśnie, jako szczwany wilk, bieżał ku domowi.
Gryfon, co został, tak się rozumie zelżonem,
Tak swego towarzysza hańbą oszpeconem,
Żeby się w ogniu wolał widzieć w onej chwili,
Widząc, jako się wszyscy śmiali i szydzili.
92
Pała na twarzy z gniewu i wstydu wielkiego,
Jakoby błąd Martanów beł jego samego,
Bo wszyscy tejże kuźniej dzieła wykładali
I takiegoż się po niem męstwa spodziewali.
Jeśli kiedy, dziś mu się trzeba dobrze stawić
I swego towarzysza występku poprawić:
Błąd na piądź, iż już o niem złe mniemanie mieli,
Na dziesięćby go beli łokci rozumieli.
93
Wziął był już drzewo Gryfon i do toku włożył,
Któremu się był w bojach tak dobrze przyłożył,
Że rzadko kiedy chybiał, i konia rozpuścił,
Co jedno biegu mógł mieć, i na dół je spuścił
I tak je dobrze w on czas o pana zawadził
Z Sydoniej57, że go zbił i z siodła wysadził;
Wszyscy się zadziwili i na nogi wstali,
Bo przeciwnego po niem wszytkiego czekali.
94
Gryfon znowu zajachał i z onemże drzewem,
Całem i niezłomanem, skoczył z wielkiem gniewem
I złamał je we troje o tarczą mężnemu
Rycerzowi, staroście laodycejskiemu58,
Który niewytrzymanem razem uderzony,
Zachwiał się i raz i dwa, na dół pochylony;
Ale się prętko przecię zasię poprawiwszy,
Szedł na Gryfona, szable od boku dobywszy.
95
Gryfon widząc, że mało kopia sprawiła
I że go, jako tuszył, z siodła nie zwaliła,
Czego kopia sprawić nie mogła to — prawi —
Szabla za piątem cięciem albo szóstem sprawi.
I przypuściwszy konia podeń, wysadzony
Od siodła, ostrą szablą tnie go bez obrony
W lewą skroń, nie przestając, raz drugi i trzeci,
Że ogłuszony z konia na ostatek leci.
96
Tamże i z Apamiej59 dwaj bracia rodzeni,
Jako o nich trzymano, gońcy60 doświadczeni,
Jeden Tyrses, a drugi Korymbus nazwani,
Od Gryfona zostali z koni pozwalani.
Uderzony kopią, Tyrses łęk zostawił,
Ale się ręczną bronią z Korymbem rozprawił;
Już Gryfonowi wszyscy prawie przysądzają
Zwycięstwo i pewnie, że dank61 weźmie, trzymają.
97
Po tych dwu w szranki wstąpić zaś Salinterowi,
Najwyszszemu dopiero przyszło marszałkowi,
Który wszytkiem królestwem rządził, podwyszszony
Na pierwsze dostojeństwo damaskiej korony.
Ten znieść tego nie mogąc, w sobie rozgniewany,
Że on od cudzoziemca miał być otrzymany
Dank w gonitwie, groźnych słów i fuków62 używa
I Gryfona na drzewo zuchwale wyzywa.
98
Odpowiedział mu Gryfon dobrze hartowaną
Kopią, za najlepszą z dziesiąci obraną.
I aby uszedł błędu, w pół tarczy mu mierzył
I tak go ją na on czas potężnie uderzył,
Że mu piersi i oba blachy rozerwała
I przepadszy, grot tyłem na piądź ukazała.
Wszyscy krom króla radzi śmierć jego widzieli,
Bo go z jego łakomstwa zbyt nienawidzieli.
99
Toż i dwiema damaskiem panom, Karmundowi,
Gryfon właśnie uczynił, i Ermofilowi;
Z których jeden wszytkich wójsk na ziemi hetmanem,
Drugi na amilarstwo63 świeżo beł obranem.
Jeden zbył konia, drzewem z siodła wysadzony,
Drugi leżał na ziemi, koniem przywalony,
Który nie mogąc razu wytrzymać ciężkiego,
Jakoby go podrąbił64, padł, Gryfonowego.
100
Jeszcze beł z Seleucyej pan został, którego
Miedzy tą siedmią mieli za namężniejszego,
A dobrze baczył pewnie siłę swą niemałą
Z dobrem koniem i zbroją przednią, doskonałą.
Oba się kopiami tak, jako mierzyli,
Gdzie hełm przeście wzrokowi daje, ugodzili;
Lecz przecię lepiej Gryfon uderzył tamtego,
Bo mu noga wypadła z strzemienia lewego.
101
Skruszywszy wielkie drzewa, złomki zarzucili
I z mieczmi się do siebie gołemi wrócili.
Uprzedził mężny Gryfon i szablą staloną
Tak mocno poganina w tarcz ciął wystawioną,
Że chocia była z miąższej kości i żelaza,
Puściła, znieść nie mogąc tak ciężkiego raza;
Przeciął ją aż do zbroje, ale ta wytrwała
I nieuchronnej szable moc zahamowała.
102
Z Seleucyej pan zaś w łeb tak chrześcijańskiego
Rycerza ciął, że razu wytrzymać srogiego
Żadne najwyborniejsze żelazo nie mogło;
Że beł uczarowany szyszak, to pomogło.
Darmo potem i zbroję siecze z każdej miary,
Bo i ta także była zrobiona przez czary;
A jego zbroja zasię już jest zdziurawiona,
Nie w jednem, ale w kilku miejscach od Gryfona.
103
Już u wszytkich rzecz jasna i widoma była,
Że Gryfon nad pogańskiem rycerzem miał siła,
I jeśli ich Norandyn prędko nie rozdzieli,
Że go Gryfon zabije, na oko widzieli.
A zatem też od króla strażom rozkazano,
Aby ich nie mieszkając zaraz rozerwano;
I tak byli na różne rozdzieleni strony
I z onego postępku król beł pochwalony.
104
Ona ośm, którzy mieli przeciwko każdemu
W bój wchodzić, a odeprzeć nie mogli jednemu,
Gdy źle, czego się byli podjęli, strzymali,
Że już mieli uchodzić wszytkiem, wyjawiali;
Po jednemu już byli zjachali do dworu,
A gonitwy zostały bez żadnego sporu,
Bo jem sam jeden Gryfon wziął, jako widzieli
To, co przeciwko ośmiom wszyscy czynić mieli.
105
A tak to krótko trwało, co dziwniejsza była,
Że się w godzinę wszytka ta sprawa skończyła;
Ale chcąc król Norandyn krotofile65 użyć
I aż ku wieczorowi igrzysko przedłużyć,
Zszedłszy z ganku uprzątnąć plac kazał i swoje
Rycerze pomieszane rozdzielił na dwoje
I na nową gonitwę według ich zacności
Na pary je połączył i według dzielności.
106
Wtem się beł do gospody wrócił rozgniewany
Gryfon, w sercu żal niosąc niewypowiedziany;
Barziej go towarzyska sromota66 frasuje,
Aniżli się z swojej czci cieszy i raduje.
Martan swe obelżenie i hańbę pokrywa
I kłamstw i fałszywego języka używa,
A nierządnica, co go bratem nazywała,
Jako mogła najlepiej, tak mu pomagała.
107
Lub mu uwierzył, lubo nie uwierzył, toli
Jako baczny, wymówki one przyjąć woli
I myśląc, co ma czynić, nakoniec obiera
Jachać stamtąd i cicho się zaraz wybiera,
Tusząc, że stać pospólstwo spokojem nie miało,
Skoroby jeno było Martana ujźrzało;
I tak, jako naskryciej i naciszej mogą,
Puszczają się za miasto co naprostszą drogą.
108
Gryfon lubo sam, lub koń jego beł strudzony,
Lubo po onej prącej snem beł obciążony,
Stanął w pierwszej gospodzie, na którą trafili,
Od Damaszku mniej jeszcze, niżli w równej mili;
I z swojej się zwyczajnej zbroje rozebrawszy
I siodła zdjąć i uzdy z konia rozkazawszy,
Zamknął się sam w komnacie, w której rozebrany
Położył się na łożu na sen pożądany.
109
Ledwie dopadł pościeli, jako zmrużył oko
I wszytek zmysł utopił we śnie tak głęboko,
Że leniwi pilchowie67 twardziej nie sypiają
I szczurcy snu głębszego nigdy nie miewają;
Wtem chytra Orygilla i Martan do chłodu
Na przechadzkę blizkiego poszli, do ogrodu
I zdradę rozpoczęli, która u człowieka
Nigdy w myśli nie była podobna od wieka.
110
Konia i świetną zbroję i szyszak i szaty,
Z których się rozebrał, spać wszedszy do komnaty,
Umyślił wziąć niecnota Martan Gryfonowi
I za niego się udać w nich Norandynowi.
Wykonał zaraz swą myśl i konia dzielnego,
Bielszego, niżli mleko, wziął Gryfonowego;
I nasuwień68 i szyszak, tarcz jego i zbroję,
Włożył na się w gospodzie, porzuciwszy swoję.
111
Z giermkami, z Orygillą swoją, okazały,
Przyjachał na plac, gdzie beł lud jeszcze niemały,
I trafił właśnie w ten czas, gdy już przestawali
Gonić i już ze szranków wszyscy wyjeżdżali.
Wtem król po cudzoziemca pewne swe rycerze
Onego posłał, który białe nosił pierze
U hełmu, koń miał biały, sam wszytek beł w bieli,
Bo imienia zwyciężce jeszcze nie wiedzieli.
112
Martan nikczemny, który cudzą w onej dobie,
Jako kiedyś osieł lwią, skórę miał na sobie,
Od przedniejszych dworzanów beł z czcią prowadzony
Do króla Norandyna, jako beł proszony.
On go waży i z stołka przeciw niemu wstawa,
Obłapia go, miejsce mu podle siebie dawa
I nie ma dosyć na tem, że go czci i chwali
Przed wszytkiemi swojemi, którzy w koło stali,
113
Ale na dźwięk trąb głośnych chce go dnia onego
Za zwyciężcę w gonitwie obwołać pierwszego.
Idą po wszytkich stronach głosy niezliczone,
Sławiąc imię niegodne, imię obelżone;
Każe król, aby obok jachał z niem pospołu,
Chcąc go mieć na wieczerzy u swojego stołu,
I taką mu cześć czyni, że Herkulesowi
Nie mógłby więtszej czynić ani Gradywowi69.
114
Nadto go w swem pałacu postawił budownem,
W pokojach, ozdobionych obiciem kosztownem.
Orygillę także czcił i swem pacholętom
Prowadzić ją rozkazał i pierwszem paniętom.
Ale czas, abym znowu o Gryfonie śpiewał,
Który się w on czas żadnej zdrady nie spodziewał,
Ani od towarzysza ani od żadnego,
I do wieczora niemal twardo spał samego.
115
Gdy się ocknął i postrzegł, że się dobrze było
Do późnego wieczora słońce nachyliło,
Poszedł tam, gdzie od niego, nim szedł spać, zmyślony
Szwagier beł z Orygillą chytrą zostawiony.
Skoro ich tam nie zastał i obaczył swoje
Szaty wzięte i nie mógł naleść zwykłej zbroje
I towarzyskie70 tylko widział tam odzienie,
Dopiero mu to wpadło w wielkie podejźrzenie.
116
Gospodarz się wtem trafił i wszytko powiedział
O jego towarzyszu, co widział i wiedział,
Że się w białą przebrawszy zbroję i niewiasta
I wszytka czeladź chwilę wrócili do miasta.
Dopiero napadł na ślad, który do tej doby
Miłość mu zakrywała, i pełen żałoby,
Widzi swe pierwsze błędy i poznawa zatem,
Że on beł Orygille gamratem71, nie bratem.
117
Winę teraz głupiemu daje rozumowi,
Że szczerą mówiącemu prawdę pielgrzymowi
Uwierzywszy, tak prędko zaś beł odmieniony
Na słowa tej, od której nieraz beł zdradzony.
Mógł się pomścić, a nie chciał, teraz chcąc nie może:
Ujachał nieprzyjaciel, Gryfonie nieboże!
Musisz jeszcze na wielką niefortunę swoję
Tak marnego człowieka wziąć konia i zbroję.
118
Lepiej beło bezbrojnem, nagiem72 i swobodnem
Zostać, niż piersi odziać blachem tak niegodnem,
Niż wyśmianą na głowę i posromoconą
Przyłbicę i na ramię tarcz wziąć obelżoną.
Ale się barziej żądzej, niżli rozumowi
Dał rządzić, która była cudzołożnikowi
Dać karanie i na złej pomścić się niewieście,
I jachał tak, że mógł być przed wieczorem w mieście.
119
Przy bramie, którą wjachać miał Gryfon stroskany,
Z lewej strony jest zamek pyszno budowany
Z pięknemi pokojami, barziej urobiony
Dla wczesnego73 mieszkania, niżli do obrony;
Gdzie król, gdzie i syryjskie nazacniejsze panie
I przedniejszy panowie i pierwszy dworzanie
Na jednej pięknej sali przestronej siedzieli
U bogatej wieczerzy i byli weseli.
120
Wielka sala, na którą tak się było siła
Dworu zeszło, daleko za mur wychodziła
I z wysoka widoki wszędzie rozsyłała
I pola i gościńce wszytkie odkrywała.
Wtem się Gryfon do bramy tamtej przybliżając,
Hełm i zbroję na sobie obelżoną mając,
Na swe wielkie nieszczęście strojem beł wydany
I od króla i dworu wszytkiego ujźrzany.
121
I za tego, którego i zbroję i pierze
I tarcz miał, rozumiany, panie i rycerze
Pobudził na wielki śmiech. Martan z prawej strony,
Podle króla samego, siedzi poważony;
Orgilla podle niego zdradliwa za stołem.
Których na on czas pytał król z wzrokiem wesołem:
»Kto to, co się dopuścił tak grubego błędu
»I tak nie miał na swoję cześć żadnego względu,
122
»Że się dziś tak sromotnie i źle popisawszy,
»Jeszcze mi lezie w oczy, na dwór przyjachawszy?
»Dziwno mi to — powiada — że wy, będąc takiem
»Rycerzem zawołanem, tak się z ladajakiem
»Towarzyszem łączycie, nad którego tchórza
»Więtszego stąd nie najdzie do samego morza.
»Podomno to czynicie, że swoje dzielności
»Przy jego lepiej chcecie udać nikczemności.
123
»Ale to wam na Boga mojego ślubuję,
»Że jeno, że was wielce ważę i szanuję:
»Wziąłby takie karanie, jakie zasługują
»Wszyscy inszy, co się tak, jako on, sprawują,
»I tożbym mu uczynił, jako inszem wielem74:
»Zawszeż ja takiem ludziom beł nieprzyjacielem,
»I jeśli bez karania odejdzie puszczony,
»Dla was to czynię, z którem przyjachał w te strony«.
124
Naczynie takich złości, Martan niecnotliwy
»Ja go — powiada — nie znam, królu miłościwy!
»Na drodzemem go trafił niedawno z przygody,
»Jadąc z Antyochiej na te sławne gody.
»Z postawym go być godnem rozumiał i sądził
»Mojego towarzystwa, alem w tem pobłądził;
»Jegom męstwa nie widział jeszcze ani słyszał,
»Aż dopiero tu, gdzie dziś tak się źle popisał.
125
»Czem mię do tak wielkiego przywiódł zasromania,
»Żeby był zaraz tamże nie uszedł karania,
»Tak, żeby się beł odrzekł na gonitwach bywać
»I na nich lub kopiej lub szable używać;
»Alem miejsce i bytność królewską uważał,
»A on mi się też potem więcej nie ukazał.
»Nie chcę jednak, aby mu co pomagać miało,
»Ze był w mem towarzystwie, co tak krótko trwało.
126
»Wiem, żem się tem obelżył i wesół nie będę,
»Póki zmazy, nabytej przezeń, nie pozbędę;
»I jeśli z wielką hańbą dzieła rycerskiego
»Nie odniesie, o królu! karania żadnego,
»Nie każ go, proszę, puszczać; więtszą mi pokażesz
»Łaskę, kiedy go z muru powiesić rozkażesz,
»I będą twój uczynek wszyscy wychwalali,
»Aby się jego drudzy przykładem karali«.
127
Orygilla Martana mowy potwierdzała
I aby zaraz wisiał, króla nalegała75.
»Nie tak barzo wystąpił — król odpowie na to —
»Aby na garle miał być pokarany za to;
»Niech ma pokutę, swemu należną grzechowi,
»Niech ludziom krotofile jutro też odnowi«.
I jednego rotmistrza przyzwać sobie kazał
I jako sobie miał w tem postąpić, ukazał.
128
Rotmistrz tak, jako mu król rozkazał, z ochotą
Poszedł, nic nie mieszkając, do miasta z piechotą,
Którą z sobą po cichu do bramy prowadził,
I z nią się na Gryfona czekając zasadził;
I między dwiema mosty w bramie go zatrzymał
I niestrzegącego się z piechotą poimał
I do wieże go ciemnej stamtąd zaprowadził
Z naśmiewiskiem i strażą dobrą go osadził.
129
Ledwie beł piękny Febus złote swoje włosy
Ukazał z oceanu, mokrej pełne rosy,
I poczynał oświecać przez jasne promienie
Wierzchy gór, wyganiając niewesołe cienie,
Kiedy Martan bojąc się, aby od Gryfona
Na ostatek nie była ta rzecz objawiona
I nań się jego na zad nie wróciła wina,
Jachał precz, pożegnawszy króla Norandyna,
130
Wynalazszy wymówki pewne w onej chwili,
Że przy naznaczonej być nie mógł krotofili.
Tak wziął dar, nie od siebie w gonitwie wygrany,
I wielą upominków inszych darowany,
Odjachał, nadewszystko zacnem ozdobiony
Przywilejem, którem beł wielce podwyszszony.
Ale niech jedzie, gdzie chce; wiem, że w krótkiem czesie
Godne karanie za swój występek odniesie.
131
Gryfon wtem, obstąpiony nakoło piechotą,
Prowadzon beł na rynek z hańbą i sromotą;
Hełm mu wzięto, z jego go zbroje zewleczono
I w samem go kaftanie tylko zostawiono
I jakoby beł na rzeź do jatek wiedziony,
Na wysokiem beł wozie wzgórę posadzony,
W którem beły dwie szpetne krowie zaprzężone,
Słabe, chude i wielkiem głodem wycieńczone.
132
Około zelżonego woza nierządnice
Szły zewsząd niewstydliwe i stare zwodnice76.
Te beły woźnicami i krów poganiały,
A wszytkie go sromotnie lżyły i szczypały;
Ale mu się najbarziej chłopięta przykrzyły,
Bo okrom słów plugawych, które mu mówiły,
Na śmierćby beł kamieńmi od nich obrażony,
Kiedyby od baczniejszych nie miał beł obrony.
133
Zbroja, która przyczyną jego złego była
I która nieprawdziwy sąd o niem czyniła,
Za wozem uwiązana, w błocie się walała
I pomazana, godne karanie cierpiała.
Nakoniec przed sędziami wóz zastanowili,
Gdzie za cudzy występek słuchał w onej chwili
Swej sromoty, która mu była wymiatana
Na oczy, od trębacza w głos wywoływana.
134
Stąmtąd go wieźli dalej od bramy do bramy,
Przed kościoły, ratusze i bogate kramy,
Gdzie słowo tak wszeteczne żadne nie zostało,
Któremby mu pospólstwo było nie łajało.
Na ostatek za miasto beł wyprowadzony
Od gminu, który mniemał tak, że wypędzony
Miał być stamtąd samem ich wrzaskiem i gwizdaniem,
Którzy nie znając, kto beł tam, a wyli za niem.
135
Ledwie co mu jeno z nóg żelazo i pęto
I powrozy z obu rąk zdymować poczęto,
Jak tarcz porwał i broni dopadł, którą pole
Hojnie skropił i suche ponapawał role.
Nie miał oszczepów ani mieczów przeciw sobie,
Bo bezbronne pospólstwo biegło w onej dobie. —
Alem nazbyt przedłużył, przeto pieśni skrócę,
A w drugiej się do tejże historyej wrócę.
Koniec pieśni siedmnastej.