1.

Oczy Pawełka mogłyby należeć do skrzywdzonego dziecka, jednego z tych maluchów, których koledzy opluwają przeżutym chlebem i podtapiają w pisuarze. W swoim ciosie zawrze całą nienawiść, jaką chowa do świata. Gdy mnie walnie, będzie myślał o upokorzeniach, których doznał od Janiny, i o tym, jak bardzo jest nikim. Półdebil bez przyszłości uczepiony spódnicy mamusi. Pomyśli o życiu, które mu uciekło, i wtedy mi przywali.

Innymi słowy, mam przegwizdane.

Leżąc, próbuję wyglądać na pokonanego i bezbronnego, co, przyznajmy szczerze, nie jest znów tak dalekie od prawdy. Co z papierosem, pytam. Ostatni papieros należy się każdemu, choćby skazany zjadał dzieci. Chyba mi go nie odmówicie, co? Janina zgadza się skinieniem głowy, w westchnięciu Pawła brzmi rozczarowanie. Wciąż unosi łopatę. Nie pozwala wstać. Leżąc, przetrząsam kieszenie. Znajduję zapałki, zmiętą paczkę szlugów. Wiatr kilkukrotnie strąca płomyczek. Szlachta pali drewnem, nie ma co.

W końcu zapalam. Ostatni papieros powinien smakować jakoś szczególnie. Powinien lecieć z rąk. Dym z chesterfielda czochra mi płuca jak zwykle, zresztą nie zamierzam tu umrzeć. Dałem się podejść jak dziecko, ale nie jestem głupi. Na Irka Króla nie ma mocnych.

Pytam Janinę, co planuje zrobić z telefonem. To cholernie cenna rzecz, kosztował dwa życia i jedno pobicie, więc wypadałoby się nim cieszyć. Mina staruchy pozwala sądzić, że ostatni raz radowała się, patrząc, jak Mieszko rżnie Niemców pod Cedynią. Przypomina, że nie zabiła Kutavaggia, nie zleciła też pobicia własnej córki. Za kogo ją mam? Poza tym sam sobie jestem winien. Chce, żebym pospieszył się z chesterfieldem. Do czego mam się spieszyć? Zazwyczaj palę, by palić, teraz jednak delektuję się każdym zaciągnięciem. Nieszczęsny każdy, kto odciął się od tego cudownego nałogu, myślę i pytam Janinę, czy sprawdziła już telefon ode mnie. Czy zawiera to, czego szukała? Babina pryska z ogródka, nakazując Pawełkowi, żeby mnie pilnował. Leżę wygodnie podparty na łokciach. Kiwam stopą, wydmuchuję dym nosem, a ten tępak ma minę, jakby się zastanawiał, czy nie przydzwonić szpachlą w środek własnego czoła.

Wesoło mi, bo się zabezpieczyłem. Nie znam się na telefonach. Aparacik od Kutavaggia może jest jedyny w swoim rodzaju, jeśli chodzi o zawartość, ale technicznie nie różni się od innych, sobie podobnych. Więcej nawet. Takimi telefonikami oczy można sobie podbić. Karambol załatwił mi identyczny, za dziesięć procent od tego, co utarguję. Chciał piętnaście. Interes życia, można by rzec.

Do ogródka powraca zasmarkana Janina i wyzywa mnie od najgorszych. Jestem podłym prymitywem, paskudnym kłamczuszkiem, najnikczemniejszą kanalią, łajzą bez honoru i wielkim wstydem miasta stołecznego Warszawy. Jak mogłem jej to zrobić? Jak mogłem dać jej kopię telefonu bez zawartości tak pracowicie przygotowanej przez Kutavaggia? Przecież była względem mnie w porządku, tak mówi, tymczasem zbieram się z ziemi. Otrzepuję spodnie, żeby wyglądać jak człowiek. Janina nie przestaje gadać. Słyszę, że nie taką starość sobie wyobrażała, że chciała odzyskać tylko dziedzictwo swej wspaniałej rodziny, nic więcej. Gada i gada, nie odrywając ode mnie wzroku. Wyjmuję łopatę z sztywnych dłoni Pawełka i walę go w łeb, biorąc uprzednio słuszny rozmach. Dźwięk, który rozbrzmiewa, daje się porównać do odgłosu blaszanej puszki ciśniętej w ceglany mur. Pawełek nakrywa się nogami, chwyta za czoło i płacze. Janina klęka obok, jemu współczuje, a mnie przeklina.

Przeskakuję nad dziurą, która miała być mi grobem, i odprowadzany przez płacz i wyzwiska (ty kalafiorze! Krogulcu! Niedobry łotrze! Dziki brutalu! Tyranozaurze niewychowany! ) maszeruję w stronę furtki. Nim tych dwoje — wrzeszczący kretyn i zasmarkana staruszka — zniknie mi z oczu, przystaję, odwracam się i wypowiadam dwa słowa, które trafnie oddają obecną sytuację. Jestem poważnym człowiekiem. Unikam pozostawiania wątpliwości.

Przegrałaś, ruro!