1.
W pokoju szpitalnym Krystyny zastaję dwa wolne łóżka. Wcześniej było tylko jedno. Dziewczyna przy oknie wciąż stuka w ekranik, jakby dalej pisała tego samego esemesa, istną powieść na telefony przeznaczoną dla frajerów stojących w korku na Puławskiej. Staruszka-złodziejka przywołuje na twarz odruchowy uśmiech, który kwaśnieje natychmiast, gdy mnie rozpoznaje. Łóżko, na którym leżała kobieta doczepiona do cewek, stoi puste, a nawet elegancko zaścielone. Sztywny krochmal pościeli mógłby mnie wpędzić w zadumę nad kwestią przemijania i kruchości żywota człowieczego, gdyby nie wesoła gęba Kryśki. Dziewucha zerwałaby się z posłania, gdybym jej pozwolił. Pochylam się, biorę w ramiona. Ostrożnie. Krucha jak ciasteczko.
Kryśka pachnie odplamiaczem i mokrym ręcznikiem. Z ręki zniknął bandaż, twarz jest mniej opuchnięta, gips pozostał na swoim miejscu. Zamiast pidżamy Krycha ma na sobie wytarte spodnie dresowe i bluzę, która zapewne należała wcześniej do jakiegoś wyjątkowo rosłego siłacza cyrkowego. Pytam, gdzie takie łachy dają. A ona: wiesz, spotykałam się kiedyś z taką dziewczyną...
Ostentacyjne prychnięcie staruszki-złodziejki tylko podsyca płomień radości. Aż piguła wsadza łeb w szparę między drzwiami a futryną, pyta, co tu za kabarety odchodzą. Znika, nie doczekawszy się odpowiedzi. Nasłuchuję cichnących kroków na korytarzu i wyjmuję prezenty. W kościele powiadają, że chorych należy odwiedzać. Nie wypada jednak z pustymi rękami.
Z reklamówki wyjmuję butelkę wiśniówki wraz z kieliszkiem oraz paczkę vogue’ów slimów. Kryśka aż przykłada rękę do ust. Radosne oczy robią się wielkie jak koła młyńskie, gdy podaję ostatni z prezentów, czyli słoik nutelli. Kobiety są różne, nieraz tępe bądź pełne tajemnic. Stare i młode, wykształcone i wolne od szkół wszelkich, małe i wielkie, z cyckami czy też bez łączy miłość do masła czekoladowego oraz, najczęściej, wstyd z powodu tego zamiłowania. Kryśka jest jednak bezwstydna. Zaraz odkręca słoik, wsadza dwa paluchy i oblizuje po kłykcie. Po wargach staruszki-złodziejki błądzi wężowy język.
Rozmawiamy chwilę o niczym. Kryśka wyznaje, że czuje się całkiem dobrze i nie może się doczekać, aż ją wypuszczą. Na moje trzymają ją, ponieważ szpital dostaje forsę za każdego pacjenta, a z taką Kryśką nie ma wiele zachodu. Dziewucha wyznaje, że pobicie jest jak zły sen, o którym próbuje zapomnieć, i minie trochę czasu, nim odważy się wyjść sama po zmroku. Toż ją odprowadzę, pod warunkiem że napijemy się wódki. Chciałbym pić z nią wódkę, bo jest fajną dziewczyną, dodaję i powtarzam swoją obietnicę: znajdę człowieka, który ją pobił, i nogi mu z dupy powyrywam. Zdaniem Kryśki byłby to całkiem miły gest, ale zadowoli się wódką.
Aby nie było nazbyt wesoło, naprowadzam rozmowę na Emka. Kryśka powinna wiedzieć, zasłużyła. Wyznaję, że byłem u niego w domu i chłopak idzie na dno. Stracił kontrolę nad swoim życiem. Kryśka poważnieje. Odstawia nutellę. Wciska wódkę między materac a ramę łóżka. Jej dłoń krąży w poszukiwaniu papierosa, by w końcu chwycić róg pościeli. Emek nigdy nie miał żadnej kontroli, bo mieć nie mógł. Kryśka zaczyna mówić.