2.
Na początku lat dziewięćdziesiątych Kutavaggio bujał się z pewną młodą krytyczką sztuki, jedną z tych głupich, pretensjonalnych dziewuch, które sądzą, że zrobią karierę na plecach potężnego starucha. Widywałem i takie: mają wielkie okulary, tlenione włosy, cycki w fiszbinie i kolorowe ciuchy, słowem, wyglądają jak kanarek, który wleciał na plan filmu pornograficznego. Obojgu układ się opłacał. Dziewucha zyskała kontakty, a ten wyleniały satyr mógł kumplom pochwalić nie tylko sukcesem i forsą, lecz też młodą pannicą. Żarło tak dobrze, aż zdechło. Bowiem pojawił się brzuch.
Jak znam życie, laska wpadła specjalnie, licząc, że usidli Kutavaggia. Ten, dowiedziawszy się o ojcostwie, natychmiast ją przepędził. Skończyły się rauciki i wakacje w Maroku. Nastał czas pampersów i nocy z rozwrzeszczanym juniorem. Kutavaggio postępował przyzwoicie we własnym rozumieniu. Płacił hojne alimenty, a gdy Emek poszedł do przedszkola, załatwił byłej kochance jedną robotę, drugą i dziesiątą. Miał tylko jeden warunek. Nie chciał oglądać swojego syna ani nawet o nim słuchać. Dzieci, jego zdaniem, przeszkadzały w tworzeniu sztuki. Lepiej skrzywdzić malca niż kulturę polską.
Emek rósł. Jego matka okrzepła. Pracowała w domu aukcyjnym przy placu Konstytucji, a potem w Zachęcie. Sypiała z dyrektorami i asystentami, co kończyło się źle, jak zawsze, gdy w grę wchodzą dyrektorzy albo asystenci. Gdy jej uroda weszła w stadium schyłkowe, a Emek skończył gimnazjum, poznała pewnego importera fasoli ze Szwajcarii i natychmiast zakochała się na zabój. Ponieważ importer ani myślał przeprowadzać się do Polski, Mahomet pofatygował się do góry. Dziewucha porzuciła wszystko i pomknęła do Zurychu. W efekcie piętnastoletni Emek zameldował się na progu domu Kutavaggia i powiedział coś w stylu: „cześć, tato”.
Kutavaggio zaopiekował się dzieckiem, jak umiał najlepiej: natychmiast kupił Emkowi mieszkanie na Leszczyńskiej, obiecał regularne przelewy i poprosił syna, by ten odwiedzał go najrzadziej, jak może. Piętnastolatek rozpoczął życie dorosłego, tylko wolne od trosk. Sam pilnował szkoły i tego, by zjeść śniadanie. W efekcie całymi dniami łaził głodny i niedouczony. Wolna chata ściągnęła kolegów. Z nimi pojawiła się wódka. Zielsko. Prochy do nosa, do mordy, do żyły — wszystkie razem do dupy.
Tutaj pojawia się Krystyna. Wystarała się o opiekę prawną nad Emkiem. Codziennie przychodziła na Leszczyńską, a później ściągnęła chłopaka do siebie. Robiła mu kanapki do szkoły, pomagała odrabiać lekcje i bez przerwy rozmawiała z nauczycielami, jakby Emek nie był starym koniem, tylko dziesięciolatkiem. Jakoś dotoczył się do matury i gdy wydawało się, że wszystko będzie dobrze — odpuścił. Oświadczył, że chce mieszkać sam, i wrócił na Leszczyńską.
Początkowo jeszcze się trzymał i gdyby mieszkanie znajdowało się gdzieś dalej, na jakimś Bródnie, na Białołęce, być może Emek by się uratował. Pod nosem miał wszystkie knajpy Powiśla, dziesięć minut marszu dzieliło go od pawilonów, aby dotrzeć na Chmielną, potrzebował kwadransa. Knajpa kosztuje. Człowiek oszczędny w knajpę swój dom przemieni. Kryśka przychodziła do tego otwartego domu, spłacała dilerów Emka i wypędzała blade dziewuchy, których, jak sama twierdzi, nie tknęłaby, nawet gdyby wylądowała na bezludnej wyspie, mając za jedyne towarzystwo koczkodana i taką wywłokę.
Odbyli tysiące rozmów, wizyt u terapeutów gdzieś drugie tyle, aż w końcu Emek zrobił to, co każdy ćpun robi względem swych najbliższych. Zwyzywał Kryśkę od najgorszych, mianował wrogiem, niszczycielem życia i przepędził. Zmienił telefon i zamki w mieszkaniu. Kryśka na próżno próbowała do niego dotrzeć, a gdy w końcu zaczęli znów rozmawiać, zrozumiała, że chłopak, którego próbowała wychować, jest już innym człowiekiem.