2.

Kryśka opiera się o krzesło i natychmiast przechyla do przodu, splatając dłonie na białym obrusie. Stwierdza, że przyszła tutaj, bo Janina, wiercąc jej dziurę w brzuchu, przebiła się niemal do kręgosłupa. Planowała mnie uwieść i wydobyć telefon, tylko tego nie zrobi, gdyż wcale jej się nie podobam, choć porządny ze mnie fiut i klawy gość. Nie podobam, bo żaden facet jej się nie podoba. Robi w mniejszościach i jeśli znam jakieś świńskie żarty na ten temat, lepiej, żebym powiedział je teraz. Żaden dowcip nie przychodzi mi do głowy. W gruncie rzeczy nie wiem, co powinienem gadać. Siedzimy i patrzymy na siebie. Krystyna odsuwa szklankę z ginem i tonikiem. Pyta, czy wreszcie może napić się wódki. Nie wiem, które pierwsze parska śmiechem, ale dałbym głowę, że robimy to jednocześnie.

Na stole pojawia się oszroniona półlitrówka i dwa kieliszki. Domawiam po tatarze. Trącamy się. Kryśka wali lufę i nawet jej nie otrzepie. Opowiadam jej o Barytonie i jego lśniącym palcu, o głupich klientach, Karambolu, jego kłopotliwych brzdącach i nieszczęśnikach snujących się po Pradze. Snuję historie z wojska i złotych lat w Kameralnej, kiedy forsa spływała rzeką, a klienci z cyferkami w głowach dawali się robić jak dzieci. Pewnego razu, mówię, chłop schlał się i zjechał pod stół. Nie było jeszcze południa. Z kumplem przenieśliśmy go na parapet, przykryliśmy obrusem, zzuliśmy buty i przyczepiliśmy karteluszek do palucha. Każdemu, kto przyszedł i zapytał o tego gościa, tłumaczyłem z kamienną twarzą, że klient nam zgasł i czekamy na spóźniającą się karetkę — widomy dowód kryzysu w służbie zdrowia. Kryśka odmawia wiary. Odpowiadam, że to prawda najszczersza, inaczej niż z Polańskim.

Walę lufę. Słucham opowieści o artystach, o tym, jak pijani spadali z najważniejszych scen w Polsce. Pewien aktor, grywający głównie arystokratów i profesorów, tak się urżnął, że rozebrał do naga, wlazł na słup energetyczny i darł się, że pragnie być wolny. Gdy skutego milicja targała do suki, wył jeszcze głośniej. Była połowa lat osiemdziesiątych i władze nie wiedziały, czy oskarżyć go o sianie zgorszenia, czy może próbę obalenia ustroju. Bach! Słucham też o Janinie. To nie jest zły człowiek zdaniem Krystyny. Tylko okropnie lubi rządzić i bardzo się boi. Niedługo umrze. Drży o los dzieci. Ona, Kryśka, doskonale sobie poradzi. Nie chce pieniędzy po Kutavaggiu. Za to Paweł nie trafi do kibla, gdy zabraknie Janiny. Widziałem też Emka, co on ze sobą robi? Ci ludzie są straceni bez forsy po Kutavaggiu, trapi się Krystyna i nagle zaczyna rechotać. Kutavaggio! Lepiej nie dało się nazwać tego starego sukinsyna.

Żeby zmienić temat, pytam, dlaczego jest lesbijką. Czemu, u diabła, kobiety zostają lesbijkami? Kryśka radzi, żebym popatrzył na siebie. Faceci są nieogarnięci, do tego cwani i durni. Trudno chyba o gorsze połączenie. W dodatku nudni jak Gomułka, dodaje, i znów trudno z tym się nie zgodzić. Pytam w takim razie, co zrobimy z tak pięknie zapowiadającą się nocą, skoro w butelczynie już świta dno. Sięgam po portfel. Kryśka uprzedza mnie, ciskając stówkę na stół. Mówi: zabierz mnie na wódkę.