3.

Idziemy przez noc i deszcz, poszukując świtu.

W knajpie na Puławskiej siedzą sobie skurwysyny. Mordy znane z gazet, z telewizji żłopią pszeniczne piwo, wgryzają się w nachosy z topionym serem i głowią nad tym, jakby tu uratować demokrację. Mają złote zegarki, bluzy sportowe i mówią do siebie wyłącznie zdrobnieniami. Pochylają się nad losem człowieka pracy i przeklinają kelnerkę, która nie wyrabia z zamówieniami. Siadamy tylko na chwilę. Po kieliszku. Na blat naszego stolika zaraz zwala się siwiejący chłop z wargą zwisającą w rejonach kolana. Wpada w ramiona Kryśki, która posyła mi rozpaczliwe spojrzenie. Chłop siada i paple o swoich nowych projektach, o tym, jak ciężko pracować pod faszystowskim reżymem, i o swoim jamniku, który zapadł na nosówkę. Wreszcie mnie spostrzega i pyta, kim jestem. Odpowiadam, że gdybym się przyznał, musiałbym go zabić. Chłop bezskutecznie czeka, aż się uśmiechnę, i znika.

Po drodze do centrum rozpijamy małpkę wiśniówki nabytej w Salonie Monopolowym Źródełko. W rejonie placu Unii Lubelskiej owiewa nas lekki zapach marychy, tężejący aż do placu Zbawiciela, gdzie z niewiadomych przyczyn banda młodych dorosłych stoi na zimnie przed knajpą, zamiast ogrzać się w środku. Ponieważ Corso jest już zamknięte, zahaczamy o bezimienny lokal u zbiegu Koszykowej i placu Konstytucji. W piwnicznym pomieszczeniu można palić. Telewizor nadaje program sportowy. Pachnie rozlanym piwem. Barman wygania dwóch muskularnych pijaków, którzy zjawili się z kubełkiem z KFC. Blaty się lepią, co nie przeszkadza Kryśce w wyginaniu się jak kotka. Wspomina, że bywała tutaj jeszcze na studiach, kiedy wierzyła w Beatlesów i Tadeusza Kantora, kiedy do wódki trzeba było kupić śledzia, a piwo smakowało bimbrem. To nasze wspólne wspomnienia. Tylko z Kantorem jakoś mi nie po drodze.

Dwaj młodzieńcy za piętnaście złotych zyskali prawo do spałaszowania zawartości kubełka, a my idziemy dalej, nie patrząc na zegarek ani na zawartość portfela. Gdzieś przed placem Trzech Krzyży wywiązuje się mała sprzeczka pomiędzy mną a drabem również drałującym z dziewuchą. Łokieć wystawił, myślał, że przejdzie. Odwracam się, unoszę piąchy, a tamta dziewucha już skacze z pazurami; Krycha przestraszona, bezbronna. Na szczęście typ odciąga swoją dziewuchę i nagle sobie nawzajem z tym typem tłumaczymy, że nic się nie wydarzyło, i napina się między nami nić zrozumienia, by zaraz strzelić, pchnąć nas w dwie różne strony Warszawy.

Gdzieś w bramach Nowego Światu Kryśkę opada wódczany smutek, konieczny gość w takiej godzinie. Wodzi palcem po brzegu kieliszka. Wyznaje, że w jakiś sposób skazała siebie na samotność i nie ma ochoty wychodzić do ludzi. Za dużo rozczarowań, zbyt wiele krzywd. Dlatego nie zabiega o spadek po Kutavaggiu. Wyświadczył jej mnóstwo złośliwości. Zawsze poniżał. Uważał, że do niczego się nie nadaje. Najgorszy był, gdy zajmowała się Emkiem. Matka chłopaka wyjechała. Ojciec dawał szmal i tyle. Późne dziecko, smutny los. Kryśka próbowała się nim opiekować, a Kutavaggio łaził po mieście i gadał, że chowa mu syna na pedała. Potem Emek wyrwał się na wolność i zaraz będzie po chłopaku. Tym razem jej ręka jest miękka i ciepła. Mówię, że nie można uratować człowieka, jeśli on sam sobie tego nie życzy. Jak pomóc komukolwiek wbrew jego woli? Ledwo sami siebie umiemy ocalić, dodaję, a Kryśka kiwa głową i milknie na stanowczo zbyt długo.

Świt witamy nad Wisłą, niedaleko Kopernika, patrząc na barki zanurzone w brei i psiarzy kręcących się na drugim brzegu. Wokoło naszej ławki leżą plastykowe kubki i puste butelki. Chrzęszczą tramwaje. Niesie się gwizd kogutów policyjnych. Na zewnątrz nas zimno, a wewnątrz ciepło. Kryśka wtula się we mnie. Otaczam ją ramieniem. Zaraz się rozejdziemy i żadne nie zadzwoni. Tak będzie. Tak musi być. Niewielkie ukłucie żalu łagodzą słowa wyszeptane w ucho. Kryśka mówi, na złość zmarłemu i Janinie, że Kutavaggio przed śmiercią pracował nad wielkim dziełem, wartym górę szmalu. Nie zdradził, co to takiego. W jego mieszkaniu nic nie znaleziono, ale Janina twierdzi, że jedną kopię zapisał tak, aby mieć ją zawsze przy sobie. Zgaduj zgadula gdzie, mówię do siebie, a może mówi to Krystyna, która całuje mnie w policzek i odchodzi w stronę postoju taksówek.