2.

Wypisałem się ze szpitala. Ktoś inny za wszelką cenę chce tam zostać.

Mamusia zachwyca się kolejnym dniem hospitalizacji. Siedzi w pościeli i zajada się ptasim mleczkiem. Na jej łóżku walają się egzemplarze „Naszego Dziennika”, broszurki o świętych oraz kolorowe gazety, w których piszą wyłącznie o tym, jak gwiazdy łamią wszystkie dziesięć przykazań, najlepiej jednocześnie. Radio nadaje pobożne pieśni. Dźwięki te irytują młódkę z nosem w ekranie, za to bawią Krystynę.

Nie przypuszczałem, że obie panie wylądują na tej samej sali. Prawdopodobieństwo było mniej więcej takie jak zderzenie się dwóch Voyagerów w przestrzeni kosmicznej. Jak narodziny byczka o czterech głowach. Jak pięć asów w rozdaniu pokerowym i tak dalej. Marny ze mnie myśliciel, ale chyba najmniej prawdopodobne wydarzenia są najbardziej pewne.

Przychodzę. Witam się z mamą i Krystyną, pilnując kolejności. Jednej przynoszę czekoladki, drugiej, po staremu, szlugi i wiśniówkę. Staruszka-złodziejka chciwie patrzy w ich kierunku. Wyciąga rękę i zaraz ją cofa. Mamusia mówi jej, żeby uważała. Przypomina, że w sekundę rozłożyła potężnego chłopa, więc bez problemu poradzi sobie z raszplą o lepkich paluszkach. Staruszka-złodziejka mało nie nakryje się kołdrą. Kryśka polewa mamie wiśniówki. Ta odwdzięcza się ptasim mleczkiem i czekoladkami. Spotkanie zyskuje na uroku za sprawą taniej kopii Kossaka Siostra miłosierdzia na linii bojowej pod Warszawą. Czuję się, jakby Kutavaggio siedział tutaj z nami. To nie jest miłe wrażenie. Zaczyna się paplanina.

Temat rozmowy jest najszlachetniejszy z możliwych. Obie panie interesuje wyłącznie Irek Król. Gadają jednak, jakby mnie tu nie było. Mamuś opowiada, jak kiedyś zgubiłem parasol, pożyczyłem drugi od niej, żeby szukać pierwszego, i ten drugi też zgubiłem. Kryśka dławi się ptasim mleczkiem, a ja gryzę wargi: po pierwsze, to nieprawda. Po drugie, byłem wtedy najwyżej w drugiej klasie zawodówki. Czego wymagacie od smarkacza? Milczę jednak i słucham opowieści Krystyny, której bardzo podoba się sposób, w jaki udaję trzeźwego. Jej zdaniem zaczynam mówić bardzo wolno, a i tak połykam głoski. Mamusia aż klaszcze z zachwytu. Podziela tę obserwację. Pochyla się w kierunku Kryśki i wyraża nadzieję, że będzie często do nas przychodzić. Bardzo się cieszy, że wreszcie nie jestem sam. Gdy wyobraża sobie swoją synową, przed oczyma staje jej Kryśka.

Z Kryśką wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia. Cóż, kiedyś będziemy musieli powiedzieć prawdę tej mojej mamusi. Ale może jeszcze nie dziś.

Pozwalam im gadać i myślę o wydarzeniach ostatnich dni, układających się w sekwencyjne manto, w wielkie niepowodzenie, w klęskę Irka Króla. Zamiast kasy za telefon dostałem centralny łomot. Już nic mnie nie ocali przed orką w Balatonie. Nie wrócą poranne koniaczki w Wiedniu i weekendy w Zakopanym. Ugrzęzłem na Pradze. Zatonę w złotym denarku. Kutavaggio nie żyje, jak nie żył, i muszę sam sobie kupować chesterfieldy. Zaraz pójdę zapalić. Póki co, siedzę, słucham mamy i Kryśki, a tylko Kryśce się przyglądam.

Forsy nie zdobyłem, zadowolę się więc nagrodą pocieszenia. Przyjaźń jest daniem, którego nigdy nie próbowałem. Zobaczymy, z czym to się je.