3.

Przyjaciółka, nowa i jedyna, zapewne śpi teraz w szpitalnym łóżku, a ja zadowalam się towarzystwem kolegi. Karambol nie wierzy w lesbijki. Uważa, że to kolejna moda nakręcona przez amerykańskich Żydów, którzy wcześniej wymyślili psychoanalizę i powiększanie się dziury ozonowej. Podając denarka, pytam, czy jego zdaniem Kryśka bierze po cichu stypendium zza Atlantyku. Raczej się u niej nie przelewa. Karambol przypomina, że kobiety kłamią, nawet rozmawiając o pogodzie. Pomysł ze stypendium bardzo mu się podoba. Jego zdaniem Kryśka nie pójdzie ze mną do łóżka, gdyż musiałaby je zwrócić.

Moje mieszkanie po trzech dniach samotnego urzędowania niebezpiecznie zbliża się do stanu Emkowej nory. Przysięgam sobie, że z rana posprzątam. Póki co zajmuję miejsce mamusi przy kuchennym stole, zaś Karambol usadowił się tam, gdzie zazwyczaj siedzę ja. Opowiadam mu wszystko, co się wydarzyło. O telefonie. O tym, że groziły mi aż dwa pogrzeby: jeden w lesie, drugi na Saskiej Kępie. Karambol słucha, kiwając głową. Gdy kończę, przygląda mi się badawczo, próbując ocenić, czy nie kłamię. Jest tak nagrzmocony, że można by mu wcisnąć drogie ubezpieczenie od końca świata. Wreszcie pociąga solidny łyk z puchy i wyraża swoje zdanie. To całkiem fajna historia, mówi.

Co z tego, pytam, skoro nie mogę jej nikomu opowiedzieć? Telefon nie zawierał żadnego dzieła sztuki, jak sądzili Emek z Janiną, tylko parę cyfrowych gryzmołów. Kutavaggio wiedział, że ktoś dybie na jego życie. Aparat służył mu jako teczka na dowody. Bał się, że umrze. Chciał zostać pomszczony. Zostawił mi go specjalnie czy przez przypadek? Tego już nigdy się nie dowiem.

Karambol wypowiada się na temat mojej wiedzy dotyczącej Internetu, używając słów powszechnie uznanych za obelżywe. Pyta, czy może zobaczyć ten telefon. Jeszcze wczoraj by go nie dostał, teraz jest mi wszystko jedno. Weź go sobie, chłopie. I tak wiszę ci trochę forsy. Karambol nie chce o tym słyszeć, zdumiewając mnie tym aktem wspaniałomyślności. Klika trochę w ekranik i prosi, żebym się nachylił. Powoli wyjaśnia, w czym rzecz. Mogę wrzucić tajemnicę Kutavaggia do Internetu. Mogłem od samego początku. Wystarczy nacisnąć w miejscu wskazanym przez brudny, połamany paznokieć Karambola. Zdjęcia, filmy, dziwne rzeczy zobaczą nawet w Honolulu. Zastanawiam się jeszcze, bo co Kutavaggio może obchodzić jakichś mudżahedinów? W końcu był artystą. Niech ma. Przynajmniej Janinę z Pawełkiem krew zaleje.

Skoro ja nie zarobiłem, nikt nie zarobi. Zemsta, złośliwość i rozczarowanie nakręcają ten świat. Warto o tym pamiętać. Karambol chce, żebym ja kliknął w ikonkę. Czuję się jak generał z palcem nad guzikiem atomowym. Klik. I już. Stało się. Dokumentacja Kutavaggia rozpoczyna rajd po telefonach, komputerach i innych takich. Jak komuś się spodoba, niechaj pcha dalej. Bo mnie to, mówiąc szczerze, obchodzi tyle co zeszłoroczny śnieg. Popijam denarka, palę i cieszę się życiem w moim małym królestwie. Od jutra znów czekam na swoją wielką szansę.

Ale jeszcze nie dziś.

Koniec.