3.

Nie sztuka ukraść sztukę, sztuka sprzedać sztukę skradzioną. Malczewski był gorący jak pozytywny test ciążowy. Mama zaraz powiedziała, że ten obraz ściągnie na nas nieszczęście. Oczywiście wiedziałem swoje i poleciałem do Karambola.

W tamtych dobrych czasach Karambol miał nieulękłe serce i głowę pełną fantastycznych pomysłów, za to nie posiadał dzieci. Sprowadzał dżinsy z Bochni, zdejmował SIM-locki i cały czas gadał, kogo to nie zna i jakich interesów zaraz nie zrobi. Powiedziałem mu, co trzymam za łóżkiem, a on obwieścił, że trafiłem pod właściwy adres. Zna marszandów i kolekcjonerów, towar upłynni po cichu i z zyskiem.

Ustaliliśmy procent i Karambol porwał tego Malczewskiego. Do dziś nie wiem, czemu tak postąpiłem. Równie dobrze mógłbym dać owieczkę w depozyt krokodylom.

Trzy dni później Karambol wleciał do mnie razem z drzwiami. Miał obity ryj i kurtkę rozdartą na plecach. Za nim wtoczyło się trzech takich, których łatwiej przeskoczyć, niż obejść. Jeden w wielkich łapach trzymał autoportret Malczewskiego. Prasnął mnie ramą w łeb, a potem wzięli mnie na buty.

Nie jestem ułomkiem, ale tutaj naprawdę nie miałem wiele do gadania. Chroniłem głowę i części rozrywkowe. Karambol kulił się pod ścianą. Mama odmawiała zdrowaśki i próbowała kropić tych trzech wodą święconą. Jeden powiedział, że wykonują tutaj wolę Bożą, karząc mnie za grzechy. Przydzwonił mi raz jeszcze tą ramą i sobie poszli.

Powinienem był udusić Karambola, ale byłem nazbyt zajęty zbieraniem własnych zębów z podłogi.

Obraz okazał się tanią reprodukcją, jednym z tych knotów, które sprzedają pod Bramą Floriańską w Krakowie. Jak znam życie, Fangory i Marczyńskie również były fałszywe. Nic dziwnego, że Sikora poleciał na durny łeb do pudła. Gdybym wiedział, utonąłby w tym pieprzonym basenie.

Zamiast forsy za autoportret Malczewskiego miałem rozbitą głowę, połamane palce i żebra. Do tego musiałem zapłacić za nowe drzwi i koronki u dentysty. Pojechali mi po jedynkach. Tak znienawidziłem artystów i ich wstrząsającą twórczość. Przygoda ze sztuką kończy się obitą mordą albo i czymś gorszym. Przejdźcie się na grób Kutavaggia, jeśli nie wierzycie.

Gdy wróciłem od dentysty z obolałą mordą i ręką w gipsie, zobaczyłem autoportret Malczewskiego w tej pieprzonej zbroi wiszący u nas w dużym pokoju. Mama zamówiła nową ramę. Zapytałem matulę, co to znaczy, a ona uśmiechnęła się złośliwie i powiedziała, że obraz zostaje u nas i żebym nie śmiał go wyrzucić.

Ten chłop z brodą i w zbroi, z tym spojrzeniem starzejącego się narcyza, miał być lekcją dla mnie. Wisi do dziś i przypomina o konsekwencjach chciwości.