2.
Jak zamknęli Kameralną, myślałem, że wszystko będzie dobrze. Byłem kelnerem na sto dwa, świat należał do mnie. Zaraz znów mnie zatrudnią, wrócą sute napiwki, jaś wędrowniczek na lodzie i koniaczek w Wiedniu — tak sądziłem.
Ale okazało się, że nie ma już prawdziwych restauracji i nikt nie potrzebuje zawodowych kelnerów. Wystarczy chińskie żarcie i tępa studentka chlapiąca carbonarą na niedomyty talerz. Innymi słowy, nikt nie oferował pracy na miarę możliwości.
Wyprowadzałem psy, dojeżdżałem do drukarni na nocki, robiłem w ochronie za trzy pięćdziesiąt i podcierałem zady wrednym staruszkom. Ani na moment nie zwątpiłem w siebie. Byłem pokorny i czujny. Czekałem na wielką szansę.
Szansa miała wąsy jak kutas z pornola, białe skarpetki i mokasyny z krokodylej skóry. Facet nazywał się Kamil, lecz w swoim środowisku był znany jako Sikora. Ten sympatyczny ptaszek słynie z tego, że wypija więcej, niż waży.
Podobno karierę przedsiębiorcy zaczynał, stojąc pod Pewexem, przegryzł gardła tuzinowi konkurentów i nosił po kieszeniach otłuszczone wizytówki z numerami do Waldka Pawlaka i Kwaśniewskiego. Słyszałem, że ma sieć kantorów, sprowadza telewizory z Chin i zelówki z Mozambiku. Przed Sikorą drżała każda baba na Stadionie Dziesięciolecia. Nie wiem, czy to prawda. Ważne, że potrzebował prywatnego kelnera do swojej posiadłości w Milanówku.
Dom przypominał pałac cygańskiego króla. Na ścianie wisiały skrzyżowane szable, po kątach kurzyły się zbroje i popiersia kobiet o obfitych biustach. Spłuczka w kiblu kapała złotem. W drzwiach i oknach było więcej łuków, niż miała Złota Orda. Stąpałem po niedźwiedzich skórach. Z mojego pokoiku rozciągał się widok na staw i łąkę, po której hasały konie. Wylądowałem w siodle, można by rzec.
Ze stu pokoi jeden przypadał na prywatną galerię sztuki. Sikora znał się na malarstwie jak świnia na gwiazdach, ale uważał, że każdy światowy człowiek musi mieć w domu ze dwadzieścia obrazów — jako dowód dobrego gustu, ale i inwestycja. Faktycznie lubił zachodzić do tej galerii. Zasiadał w fotelu, rozdziawiał tępą gębę, a ja musiałem donosić mu drinki.
Miał tam jakieś Fangory, Ociepki i Marczyńskie, ale perłą kolekcji był autoportret Malczewskiego w zbroi. Sikora lubił sądzić, że ten obraz jest wart tyle co cała posiadłość. Zapytałem, skąd go wytrzasnął. W końcu to dobro narodowe czy coś takiego. Roześmiał się, zakrztusił wódą i rzekł, że dla takiego człowieka jak on nie istnieją rzeczy niemożliwe.
Był całkiem miły — jak większość ludzi, którzy nie mają żadnych skrupułów w krzywdzeniu innych. Uwielbiał przyjęcia i zgrywał króla imprezy. Raz wyciągnąłem go nieprzytomnego z basenu i wpychałem powietrze w cuchnące wódą usta. Kiedyś, po całonocnej balandze na płatkach róż, z szampanem chłeptanym z oblodzonych kieliszków, wskoczył na konia, chwycił drąga i ryknął, że rusza na Wiedeń. Goniłem go po całym Milanówku. Było wspaniale, zwłaszcza że skacowany i skruszony Sikora przepraszał mnie banknotami.
Znów żyłem zgodnie ze swoim nazwiskiem. I znów się skończyło.
Na balangach pojawiało się coraz mniej gości. Zniknęli politycy, właściciele stacji telewizyjnych i inni biznesmeni. Pozostały płotki liczące na darmową wódę, dziennikarze i inna hołota. Sikora uśmiechał się coraz szerzej, mówił coraz więcej, jakby próbował odepchnąć klęskę samą gadaniną. Co gorsza, przestał płacić.
Najpierw skończyły się stówki dawane ekstra, po pijaku, kiedy coś zbroił. Potem wypłacał połowę tygodniówki, obiecywał, że niedługo odda resztę z nawiązką, ściskał, zionął i nazywał jedynym przyjacielem. Chyba rzeczywiście nim byłem, bo dom opustoszał. Sikora miotał się między cichymi ścianami i urżnięty w sztok próbował skakać na główkę do basenu bez wody.
Zostałem z nim, żeby się nie zabił. Liczyłem, że wyjdzie na prostą i mnie spłaci. Dokąd miałem wracać, do mamy? Po prostu nie umiałem go opuścić. Do czasu.
Pewnego poranka do chałupy na pełnej kurwie wbili mundurowi. Nagle zrobiło się niebiesko jak w pieprzonej wiosce smerfów. Mieli tarany, maski, tarcze, karabiny. W tym wszystkim był też ogłupiały, pijany Sikora. Bełkotał i podnosił ręce za głowę.
Gdy przez uchylone drzwi widzisz trzech policjantów pędzących w twoim kierunku, rozumiesz, że sprawa przepadła. Żegnajcie, pieniążki kochane! Do widzenia, panie Sikora! Popędziłem przez posiadłość. Wyskoczyłem razem z oknem, wpadłem między oszalałe od huku konie, poleciałem dalej między drzewa i przeskoczyłem przez ogrodzenie. Przez Milanówek szedłem, szukając cienia, przerażony. Bałem się, że ktoś mnie zobaczy w ten fatalny poranek. Biegło się ciężko. Bałem się ciekawskich spojrzeń.
Pod pachą niosłem zerwany ze ściany autoportret Malczewskiego.