Część druga
— Wiesz, jaka przyjaźń łączy mnie z Sancerrem; mimo to, kiedy się zakochał w pani de Tournon, mniej więcej przed dwoma laty, ukrywał to przede mną bardzo pilnie, zarówno jak przed wszystkimi innymi. Daleki byłem od takiej myśli. Pani de Tournon zdawała się wciąż niepocieszona po śmierci męża i żyła z dala od świata. Siostra Sancerra była, można rzec, jedyną osobą, którą widywała, i tam właśnie on się w niej zakochał.
Pewnego wieczora, kiedy miano dawać komedię w Luwrze i czekano już tylko na króla i panią de Valentinois, oznajmiono, że księżnej zrobiło się słabo i że król nie przyjdzie. Z łatwością domyślono się, że cierpienie tej damy to jakaś sprzeczka z królem. Wiedzieliśmy o zazdrości, jaka go dręczyła o marszałka de Brissac w czasie, gdy bawił na dworze; że jednak marszałek wrócił przed kilkoma dniami do Piemontu, nie mogliśmy się domyślić przyczyny tej zwady.
Kiedy rozmawiałem o tym z Sancerrem, wszedł pan d’Anville i szepnął mi po cichu, że król jest zgryziony i zgniewany tak, że aż litość bierze patrzeć; że pogodziwszy się z panią de Valentinois przed kilku dniami po sprzeczkach o marszałka de Brissac, król dał jej pierścionek i prosił, aby go nosiła; gdy się ubierała, aby iść na komedię, zauważył, że nie ma tego pierścionka i spytał o przyczynę; ona wydała się zdziwiona tym, że go nie ma; spytała swoich dworek, które przypadkiem lub dlatego, że nie były dobrze pouczone, odpowiedziały, że nie widziały pierścionka już od kilku dni.
„To był właśnie czas wyjazdu marszałka de Brissac” — ciągnął pan d’Anville; król nie mógł wątpić, że dała mu pierścionek przy pożegnaniu. Ta myśl obudziła tak żywo całą zazdrość jeszcze nie wygasłą, że wbrew swemu obyczajowi uniósł się i obsypał ją tysiącem wymówek. Wrócił właśnie do siebie bardzo strapiony, ale nie wiem, czy bardziej strapiony jest domysłem, że pani de Valentinois oddała jego pierścionek innemu, czy obawą, że się jej naraził swoim gniewem”.
Skoro tylko pan d’Anville skończył mi opowiadać tę nowinę, podszedłem do Sancerra, aby mu ją powtórzyć; opowiedziałem mu ją jako sekret, który mi powierzono i o którym zabroniłem mu mówić.
Nazajutrz rano udałem się dość wcześnie do mojej bratowej; zastałem panią de Tournon przy jej łóżku. Nie lubiła pani de Valentinois i wiedziała, że moja bratowa też nie ma przyczyny jej lubić. Sancerre był u niej po wyjściu z komedii. Opowiedział jej o sprzeczce króla z księżną; pani de Tournon przyszła opowiedzieć o tym mojej bratowej, nie wiedząc lub nie zastanawiając się, że to ja zwierzyłem rzecz jej kochankowi.
Skoro tylko zbliżyłem się do bratowej, ta szepnęła pani de Tournon, że można mi powtórzyć tę nowinę; i nie czekając jej pozwolenia, opowiedziała mi słowo w słowo wszystko to, co ja powiedziałem Sancerrowi poprzedniego wieczora. Możesz osądzić, jak byłem zdziwiony. Patrzałem na panią de Tournon, wydała mi się zmieszana. Zmieszanie jej obudziło we mnie podejrzenie; powiedziałem rzecz tylko Sancerrowi, pożegnał mnie, wychodząc z komedii bez podania powodu; przypomniałem sobie, żem słyszał z jego ust wielkie pochwały dla pani de Tournon. Wszystko to otworzyło mi oczy; domyśliłem się z łatwością, że jest coś między nimi i że on ją widział po rozstaniu ze mną.
Tak mnie dotknęło, że on mi ukrywa tę przygodę, że powiedziałem coś, co uprzytomniło pani de Tournon jej nieopatrzność; odprowadziłem ją do karocy i zapewniłem przy rozstaniu, że zazdroszczę szczęścia temu, kto jej powtórzył o sprzeczce króla z panią de Valentinois.
Udałem się natychmiast do Sancerra i obsypałem go wymówkami: powiedziałem, że znam jego uczucia dla pani de Tournon, nie mówiąc, jak je odkryłem. Musiał się przyznać. Przytoczyłem mu następnie, z czego to zgadłem, a on opowiedział mi szczegóły ich przygody; zwierzył mi, iż, mimo że jest młodszym synem i bardzo dalekim od prawa do tak świetnej partii, ona jest gotowa wyjść za niego. Nie podobna się bardziej zdumieć, niż ja się zdumiałem. Powiedziałem Sancerrowi, aby nastawał na to małżeństwo, i że wszystkiego może się obawiać od kobiety, która umiała grać w oczach świata rolę tak daleką od prawdy. Odparł, iż była szczerze strapiona, ale skłonność jej dla niego przemogła to zmartwienie, nie mogła zaś nagle ukazać tak wielkiej odmiany. Przytoczył mi na jej usprawiedliwienie jeszcze inne racje, z których poznałem, do jakiego stopnia jest zakochany. Zapewnił mnie, że skłoni ją do tego, abym ja był powiernikiem ich miłości, skoroć to ona sama zdradziła ją przede mną. Udało mu się to w istocie, mimo że z wielkim trudem, i byłem później ich bardzo poufałym powiernikiem.
Nigdy nie widziałem kobiety, która by się odnosiła tak uczciwie i mile do swego kochanka; mimo to, zawsze raziła mnie jej komedia wiecznej zgryzoty. Sancerre był tak zakochany i tak rad z jej uczuć, że nie bardzo śmiał nalegać o małżeństwo z obawy, aby nie sądziła, że pragnie tego raczej z interesu niż z prawdziwej miłości. Wspominał jej wszakże o tym i ona zdawała się gotowa zaślubić go; zaczynała nawet opuszczać zamknięcie, w którym żyła, i pojawiać się w świecie. Zachodziła do mojej bratowej w godzinach, gdy bywało u niej sporo osób ze dworu. Sancerre bywał tam rzadko; ale ci, którzy widywali częściej panią de Tournon, chwalili ją bardzo.
W jakiś czas potem, gdy zaczęła opuszczać swoją samotnię, zdało się Sancerrowi, że widzi niejakie ostudzenie jej uczuć. Wspominał mi o tym, ale nie przywiązywałem wagi do jego żalów; w końcu jednak, kiedy mi rzekł, iż ona, miast przyspieszyć małżeństwo, zdaje się je oddalać, zacząłem sądzić, że obawy jego są nie bez kozery. Odpowiedziałem mu, iż, jeżeli miłość pani de Tournon osłabła po dwóch latach, nie trzeba się temu dziwić; że choćby się nie zmniejszyła, ale nie jest dosyć mocna, aby ją przywieść do małżeństwa, też nie powinien się skarżyć; że to małżeństwo zaszkodziłoby jej bardzo w świecie, nie tylko dlatego, że on nie jest dla niej dość dobrą partią, ale przez uszczerbek, jaki przyniosłoby jej reputacji; wszystko zatem, czego może pragnąć, to aby go nie oszukiwała i nie dawała mu fałszywych nadziei. Powiedziałem mu jeszcze, że gdyby ona nie miała odwagi go zaślubić lub też wyznała mu, że kocha innego, nie powinien się unosić ani skarżyć, ale powinien zachować dla niej szacunek i wdzięczność.
„Daję ci — rzekłem — radę, jaką przyjąłbym dla samego siebie; szczerość bowiem wzrusza mnie tak bardzo, że sądzę iż, gdyby moja kochanka, a nawet moja żona, wyznała mi, że ktoś jest jej miły, zmartwiłoby mnie to, ale nie pogniewało. Porzuciłbym rolę kochanka lub męża, aby jej doradzać i aby się jej użalić”.
Te słowa przyprawiły o rumieniec panią de Clèves; ujrzała w nich niejaki związek ze stanem, w jakim się znajdowała; to ją zaskoczyło i wprawiło w pomieszanie, z którego długo nie mogła ochłonąć.
— Sancerre rozmówił się z panią de Tournon — ciągnął pan de Clèves — powiedział jej wszystko, co mu poradziłem: ale ona uspokoiła go tak pilnie i zdała się tak obrażona jego podejrzeniami, że uśmierzyła je zupełnie. Odłożyła małżeństwo aż on wróci z podróży, w którą się wybierał i która miała trwać dość długo; ale była tak czuła aż do jego wyjazdu, i zdawała się tak strapiona, iż wierzyłem, jak on, że kocha go naprawdę. Odjechał mniej więcej trzy miesiące temu; w czasie jego nieobecności mało widywałem panią de Tournon: ty zajęłaś mnie całkowicie i wiedziałem tylko, że on ma niedługo wrócić.
Przedwczoraj, przybywszy do Paryża, dowiedziałem się, że ona umarła: posłałem do niego zapytać, czy nie było o nim wiadomości. Powiedziano mi, że przyjechał właśnie w wilię śmierci pani de Tournon. Udałem się doń natychmiast, domyślając się, jak go zastanę, ale jego rozpacz przewyższała o wiele to, co sobie wyobrażałem.
W życiu nie widziałem boleści tak głębokiej i tkliwej; skoro mnie ujrzał, uściskał mnie, zalewając się łzami: „Nie ujrzę jej już — powiadał – nie ujrzę jej już, umarła! Nie byłem jej godny, ale pójdę za nią niebawem”.
Zamilkł; następnie od czasu do czasu, powtarzając ciągle: „umarła, nie ujrzę jej już!”, rozpoczynał na nowo krzyki i płacze, jak człowiek, który nie panuje nad swoim rozumem. Rzekł mi, że nie często odbierał od niej listy w czasie swej nieobecności, ale go to nie dziwiło, ponieważ ją znał i wiedział, z jakim trudem waży się na list. Nie wątpił, że byłby ją zaślubił za powrotem; uważał ją za najmilszą i najwierniejszą osobę, jaka istniała; wierzył w jej szczerą miłość; traci ją w chwili, gdy mniemał połączyć się z nią na zawsze! Wszystkie te myśli pogrążały go w rozpaczy, nad którą nie umiał zapanować; i wyznaję, iż nie mogłem patrzyć na to bez współczucia.
Musiałem wszakże opuścić go, aby spieszyć do króla; rzekłem że wrócę niebawem. Wróciłem w istocie; ale jakież było moje zdumienie, kiedy go zastałem zupełnie innym, niż go zostawiłem. Chodził po pokoju z wściekłością na twarzy, przystając co chwila jak człowiek nieprzytomny. „Chodź, chodź — zawołał — ujrzysz człowieka najbardziej zrozpaczonego pod słońcem; jestem tysiąc razy nieszczęśliwszy niż byłem przed chwilą, a to, czego dowiedziałem się o pani de Tournon, gorsze jest niż jej śmierć”.
Myślałem, że boleść pomieszała mu całkowicie rozum; nie mogłem sobie wyobrazić, aby mogło być coś gorszego niż śmierć kochanki, którą się miłuje i której ma się wzajemność. Rzekłem, iż dopóki zgryzota jego miała granice, pochwalałem ją i współczułem mu; ale przestanę go żałować, skoro się tak poddaje rozpaczy i skoro traci rozum.
„Nadto byłbym szczęśliwy gdybym go utracił, i życie także — wykrzyknął — pani de Tournon zdradzała mnie; i dowiaduję się o jej niewierności i zdradzie nazajutrz po dniu, w którym dowiedziałem się o jej śmierci, w chwili gdy dusza moja przepełniona jest najżywszą boleścią i najtkliwszą miłością; w chwili gdy jej obraz jest w mym sercu jako najdoskonalsza rzecz na świecie, i najdoskonalsza w stosunku do mnie, odkrywam, żem się mylił, że ona niewarta, abym ją opłakiwał; i czuję żal po jej śmierci tak samo, co gdyby mi była wierna, a czuję jej niewierność tak, jakby nie była umarła. Gdybym był dowiedział się o tej odmianie przed jej śmiercią, zazdrość, gniew, wściekłość byłyby mnie przepełniły i opancerzyły niejako przeciw bólowi po jej stracie; ale jestem w stanie, w którym nie mogę ani pocieszyć się, ani jej nienawidzić”.
Pojmujesz jak zdumiały mnie słowa Sancerra: spytałem, w jaki sposób dowiedział się tego, co mi powiada. Opowiedział, że w chwilę po moim odejściu, d’Estouteville, który jest jego serdecznym przyjacielem, ale który nie wiedział nic o jego miłości, przyszedł go odwiedzić; skoro tylko usiadł, zaczął płakać. Przeprosił go, że przed nim ukrywał to, co mu powie; prosi, aby się nad nim użalił: przyszedł otworzyć przed nim serce: „oto (rzekł) widzisz człowieka strapionego bez miary śmiercią pani de Tournon”.
„To nazwisko — ciągnął Sancerre — tak mnie zdumiało, iż, mimo że pierwszym mym odruchem było powiedzieć, że ja tu bardziej jestem stroskany od niego, nie miałem siły przemówić. Opowiedział mi następnie, że kochał ją od pół roku, że wielokroć chciał mi to wyznać, ale że ona mu tego wyraźnie wzbroniła, i to tak stanowczo, że nie śmiał się sprzeciwić; że zdobył jej serce prawie natychmiast kiedy ją pokochał; że ukrywali swą miłość przed całym światem; że nigdy nie był u niej publicznie; że zdołał szczęśliwie pocieszyć ją po stracie męża; że wreszcie miał ją zaślubić w chwili, gdy umarła; ale że to małżeństwo, skojarzone z miłości, miało uchodzić za wynik obowiązku i posłuszeństwa; że uprosiła ojca, aby jej nakazał wyjść za niego, iżby to nie było w zbytniej sprzeczności z jej zachowaniem tak odległym od powtórnego zamęścia”.
„Póki d’Estouteville mówił — ciągnął Sancerre — wierzyłem: gdyż wszystko zdawało mi się prawdopodobne; czas, w którym powiadał, że zaczął kochać panią de Tournon, to był właśnie czas, gdy wydała mi się odmieniona; ale w chwilę potem miałem go za kłamcę lub bodaj za lunatyka. Omal nie powiedziałem mu tego; potem umyśliłem rzecz wyświetlić; wziąłem go na spytki, zacząłem okazywać wątpliwości. Słowem, uczyniłem tyle, aby się upewnić o moim nieszczęściu, że spytał mnie w końcu, czy znam pismo pani de Tournon. Położył na mym łóżku cztery jej listy i portret; w tej chwili wszedł mój brat. Estouteville miał twarz tak pełną łez, że musiał wyjść, aby ich nie pokazać: powiedział mi, że wróci wieczorem zabrać to, co mi zostawia. Pod pozorem, że się czuję niedobrze, pozbyłem się brata w niecierpliwości ujrzenia owych listów i spodziewając się znaleźć w nich jakąś sprzeczność z tym, co mi d’Estouteville powiadał przed chwilą. Niestety! Czegóż tam nie znalazłem! Co za czułość! Co za zaklęcia! Co za obietnice małżeństwa! Co za listy! Nigdy do mnie nie pisała podobnych. Tak więc — dodał — nęka mnie zarazem jej śmierć i jej niewierność: dwie niedole, które często porównywano, ale których nigdy jeden i ten sam człowiek nie poznał równocześnie. Wyznaję, ku memu wstydowi, że czuję jeszcze dotkliwiej jej stratę niż jej odmianę; nie mogę jej uznać dosyć winną, aby się pogodzić z jej śmiercią. Gdyby żyła, miałbym przyjemność czynienia jej wyrzutów, mógłbym się mścić, ukazując jej jej niegodziwość. Ale nie ujrzę jej już — powtarzał — nie ujrzę; to nieszczęście największe jest ze wszystkich nieszczęść. Chciałbym jej wrócić życie kosztem mego życia. Co za życzenie! Gdyby wróciła, żyłaby dla Estouteville’a. Jakiż ja byłem szczęśliwy wczoraj! — wołał — Jakiż ja byłem szczęśliwy! Byłem człowiekiem najnieszczęśliwszym w świecie: ale zgryzota moja była rozsądna i znajdywałem niejaką słodycz w tym, że nigdy nie zdołam się pocieszyć. Dziś, wszystkie moje uczucia są niedorzeczne. Jej udanej miłości płacę ten sam haracz bólu, jaki mniemałem być winien miłości prawdziwej. Nie mogę już ani nienawidzić, ani kochać jej pamięci; nie mogę ani się pocieszyć, ani troskać. Przynajmniej — rzekł, obracając się nagle ku mnie — spraw, zaklinam cię, abym nie ujrzał nigdy Estoutevilla; samo jego nazwisko przejmuje mnie zgrozą. Wiem dobrze, że nie mam prawa się nań skarżyć: moja wina, żem mu ukrywał, iż kocham panią de Tournon; gdyby był wiedział o tym, nie byłby się może w niej rozkochał, ona nie byłaby mi niewierna; przyszedł tutaj, by mi zwierzyć swoją boleść, żal mi go. Ach! I słusznie! — wykrzyknął — On kochał panią de Tournon, miał jej wzajemność i nie ujrzy jej nigdy: mimo to, czuję, że muszę go nienawidzić. I jeszcze raz, zaklinam cię, uczyń, abym go nie widział”.
Po czym Sancerre zaczął płakać, rozpaczać po pani de Tournon, mówić do niej, powiadać jej najczulsze rzeczy w świecie; potem wrócił do nienawiści, do skarg, do wyrzutów i do wyklinań. Widząc go w takim ciężkim stanie, zrozumiałem, że trzeba mi będzie jakowejś pomocy, aby go uspokoić. Posłałem jego brata, którego właśnie zostawiłem u króla; nim wszedł, wyszedłem pomówić z nim w przedpokoju i opowiedziałem mu stan, w jakim znajduje się Sancerre. Wydaliśmy rozkazy, aby zapobiec, by nie ujrzał d’Estouteville’a. I obróciliśmy sporą cześć nocy na to, aby go przywieść do rozumu. Dziś rano zastałem go jeszcze bardziej strapionym; brat został przy nim, a ja wróciłem do ciebie.
— Zdumiona jestem niepomiernie — rzekła pani de Clèves — przypuszczałam, że pani de Tournon niezdolna jest do miłości i do zdrady.
— Niepodobna — odparł pan de Clèves — dalej posunąć zręczności i obłudy. Zważ, że kiedy Sancerre sądził, iż ona zmieniła się dla niego, było tak w istocie: zaczynała kochać d’Estouteville’a. Powiadała tamtemu, że ją pocieszył po stracie męża i że on jest przyczyną, iż sfolgowała swej ciężkiej żałobie; a Sancerre wierzył, że to dlatego, że myśmy postanowili, iż nie będzie już okazywała takiego strapienia. Udawała przed d’Estoutevillem, że jeśli ukrywa ich porozumienie i pragnie wyjść za niego jakoby zmuszona przez ojca, to przez troskę o swoją dobrą sławę; a to było, aby porzucić Sancerre’a tak, aby nie mógł się na to żalić. Trzeba mi wracać — ciągnął pan de Clèves — aby odwiedzić tego nieszczęśliwego, a sądzę, że i tobie trzeba wracać do Paryża. Czas jest, abyś zaczęła widywać ludzi i abyś zaczęła przyjmować ową niezliczoną ilość wizyt, od których nie możesz się zwolnić.
Pani de Clèves zgodziła się na powrót i wróciła nazajutrz. Czuła się spokojniejsza co do pana de Nemours; słowa umierającej matki i ból po jej śmierci oderwały ją od dawnych uczuć, pozwalając mniemać, że te uczucia zupełnie się zatarły.
Tegoż samego wieczora odwiedziła ją królewicowa i wyraziwszy udział, jaki bierze w jej strapieniu, rzekła iż, aby ją odwrócić od tych smutnych myśli, opowie jej wszystko, co się działo na dworze w czasie jej nieobecności: jakoż opowiedziała pani de Clèves parę poufnych rzeczy.
— Ale o czym najpilniej chciałam ci powiedzieć — dodała — to iż pewnym jest, że pan de Nemours jest namiętnie zakochany i że najpoufalsi jego przyjaciele nie tylko nie są w sekrecie, ale nie mogą zgadnąć, kto jest przedmiotem jego uczuć. Bądź co bądź miłość ta jest dość silna, aby mu kazać zaniedbać lub, aby lepiej rzec, porzucić nadzieję korony.
Królewicowa opowiedziała następnie wszystko, co się zdarzyło w sprawie Anglii.
— Dowiedziałam się tego — ciągnęła — od pana d’Anville; powiedział mi dziś rano, że król posłał wczoraj wieczór po pana de Nemours na skutek listów Lignerola, który chce wrócić, i pisze królowi, że nie może już upozorować przed królową angielską ociągań pana de Nemours. Królowa (pisze) zaczyna czuć się obrażona; mimo że nie dała jeszcze stanowczego słowa, dosyć już powiedziała, aby można było azardować podróż. Król przeczytał ten list panu de Nemours, który, zamiast mówić poważnie, jak czynił w początkach, zaczął się jeno śmiać, baraszkować i drwić sobie z nadziei Lignerola. Powiadał, że cała Europa potępiłaby jego nierozwagę, gdyby się wybrał do Anglii jako rzekomy mąż królowej, nie będąc pewien powodzenia. „Zdaje mi się takoż — dodał — że w złą porę wybrałbym się teraz, kiedy król hiszpański robi co w jego mocy, aby zaślubić tę królową. Nie byłby to może bardzo groźny rywal w miłości, ale, gdy chodzi o małżeństwo, sądzę że W. K. Mość nie radziłby mi z nim współzawodniczyć”.
— Radziłbym ci to w tym przypadku — odparł król — ale nie będziesz miał okazji z nim walczyć; wiem, że ma inne zamiary; a gdyby ich nawet nie miał, królowa Maria dość licho wyszła na jarzmie hiszpańskim, aby można było sądzić, że siostra jej zechce je przyjąć znowu i że da się olśnić blaskiem tylu zjednoczonych koron.
„Jeśli się nie da olśnić — odparł pan de Nemours — można przypuszczać, że zechce wyjść za mąż z miłości: kochała milorda Courtenay już przed kilku laty. Kochała go też królowa Maria, która byłaby go zaślubiła za zgodą całej Anglii, gdyby nie ujrzała, że piękność i młodość siostry jej Elżbiety bardziej go wzruszają niż nadzieja tronu. W. K. Mość wie, że gwałtowna zazdrość, jaką stąd powzięła, pchnęła ją do tego, że wtrąciła ich oboje do więzienia, że potem wygnała milorda Courtenay, i przychyliła się wreszcie do małżeństwa z królem hiszpańskim. Sądzę że Elżbieta, znalazłszy się na tronie, przywoła rychło owego milorda i że raczej wybierze człowieka, którego wprzód kochała, który jest bardzo wart miłości, który tyle wycierpiał dla niej, niż innego, którego nigdy nie widziała”.
„Byłbym tak samo myślał — odparł król — gdyby Courtenay żył jeszcze; ale dowiedziałem się przed paru dniami, że umarł w Padwie na wygnaniu. Widzę dobrze — rzekł, żegnając się z panem de Nemours — że trzeba by załatwić twoje małżeństwo tak jak małżeństwo królewica: zaślubić królową angielską przez posły”.
Pan d’Anville i pan widam, którzy byli u króla z panem de Nemours, pewni są, że to właśnie owa miłość, którą jest zajęty, odciąga go od tak wielkiego zamiaru. Widam, który z nim jest poufalej niż ktokolwiek, powiadał pani de Martigues, iż pan de Nemours jest odmieniony wręcz do niepoznania; a co go najbardziej dziwi, to że nie zauważył u niego żadnych stosunków, ani żadnych osobliwych godzin, w których by się wymykał, tak iż mniema, że on nie ma porozumienia z osobą, którą kocha; i to jest coś zgoła niepodobnego do pana de Nemours, aby kochać kobietę, która mu nie płaci wzajemnością.
Cóż za trucizna dla pani de Clèves, te słowa królewicowej! Jak nie ujrzeć siebie w owej kobiecie, której nikt nie zna? Jak nie czuć wdzięczności i czułości, dowiadując się — drogą, która nie mogła jej być podejrzana — że ów książę, który już zapadł jej w serce, kryje swą miłość przed całym światem i zaniedbuje dla jej miłości widoki korony. Toteż niepodobna sobie wyobrazić, co ona czuła, i jaki zamęt nastał w jej sercu. Gdyby królewicowa patrzała na nią z uwagą, byłaby z łatwością spostrzegła, iż ta opowieść nie jest jej obojętna; że jednak w najmniejszym stopniu nie podejrzewała prawdy, mówiła dalej, nie zauważywszy nic.
— Pan d’Anville — dodała — który, jak ci właśnie powiadałam, oznajmił mi o tym wszystkim, sądzi, że ja wiem więcej od niego; ma tak wielkie mniemanie o moich wdziękach, iż jest przekonany, że ja jestem jedyną osobą zdolną dokonać podobnych zmian w panu de Nemours.
Te ostatnie słowa królewicowej znów wprawiły panią de Clèves w zamęt, ale odmiennego rodzaju niż ten, którego doznała przed chwilą.
— Łatwo zgodziłabym się z panem d’Anville — odparła — wielce prawdopodobnym jest, że trzeba nie mniej niż księżniczki takiej jak wy, pani, aby kazać wzgardzić królową angielską.
— Przyznałabym ci się, gdybym wiedziała, a wiedziałabym, gdyby to było prawdą. Tego rodzaju uczucia nie ujdą oczom tej, która je wzbudzi: spostrzeże je pierwsza! Pan de Nemours nigdy nie okazywał mi nic poza lekką sympatią; jest wszakże tak wielka różnica między jego odnoszeniem się do mnie dawniej a teraz, że mogę ci zaręczyć, iż nie ja jestem przyczyną jego zobojętnienia na koronę angielską.
— Zagadałam się z tobą — dodała królewicowa — i zapomniałam że trzeba mi iść do Jejmościanki. Wiesz, że pokój jest tak jak zawarty; ale nie wiesz, że król hiszpański nie chciał się zgodzić na żaden punkt inaczej, niż pod warunkiem, że sam zaślubi Jejmościankę w miejsce don Karlosa, swego syna. Królowi ciężko było na to przystać, zgodził się wreszcie i natychmiast udał się oznajmić tę wiadomość Jejmościance. Będzie niepocieszona; to niewesoła rzecz iść za człowieka w tym wieku i tego humoru co król hiszpański, zwłaszcza dla niej, w całej krasie młodości i urody, gdy spodziewała się zaślubić młodego księcia, który budził jej skłonność już na niewidziane. Nie wiem, czy król znajdzie w niej owo posłuszeństwo, którego pragnie; polecił mi odwiedzić ją, bo wie, że ona mnie kocha i sądzi, że ja będę miała jakiś wpływ na nią. Następnie mam wizytę cale odmienną: pójdę ucieszyć się z Jejmością, siostrą królewską. Wszystko jest postanowione co do jej małżeństwa z panem Sabaudzkim; będzie tutaj niezadługo. Nigdy osoba w wieku tej księżniczki nie miała tak pełnej uciechy z zamęścia. Dwór będzie wspanialszy i liczniejszy niż kiedykolwiek i mimo twego strapienia musisz nam przyjść z pomocą, abyśmy pokazali cudzoziemcom, że mamy tu nie byle jakie piękności.
Po tych słowach, królewicowa pożegnała panią de Clèves, nazajutrz zaś małżeństwo Jejmościanki było wiadome całemu światu. Jednego z następnych dni król i królowe odwiedzili panią de Clèves. Pan de Nemours, który wyglądał niecierpliwie jej powrotu i pragnął gorąco mówić z nią bez świadków, czekał ze swoją wizytą chwili, gdy wszyscy wyjdą i kiedy nie będzie się już spodziewała nikogo. Udał mu się ten zamiar; przybył, kiedy ostatni goście wychodzili.
Księżna siedziała na łóżku, było gorąco, widok zaś pana de Nemours tym bardziej ją przyrumienił bez szkody dla jej piękności. Usiadł naprzeciw niej z ową nieśmiałością i lękiem, jakie daje prawdziwa miłość. Jakiś czas nie mógł przemówić. Pani de Clèves była nie mniej zmieszana, tak iż przetrwali dość długo w milczeniu. Wreszcie, pan de Nemours przemówił i wyraził jej słowa współczucia; pani de Clèves, rada pozostać przy tym przedmiocie rozmowy, mówiła dość długo o stracie, jaką poniosła; rzekła na ostatek, że, gdyby nawet czas zmniejszył gwałtowność jej bólu, zostawi jej na zawsze wrażenie tak silne, że odbije się to na jej usposobieniu.
— Wielkie zgryzoty i silne uczucia — odparł pan de Nemours, sprawiają wielkie odmiany w duszy; co do mnie, nie poznaję się od czasu, gdy wróciłem z Flandrii. Wiele osób zauważyło tę zmianę i nawet królewicowa mówiła mi o tym wczoraj.
— Prawda — odparła pani de Clèves — spostrzegła to: zdaje mi się, że słyszałam coś od niej w tym przedmiocie.
— Nie martwi mnie — odparł pan de Nemours, że ona to zauważyła, ale chciałbym, aby zauważyła to nie ona jedna. Są osoby, którym nie śmie się dowieść swych uczuć inaczej, jak tylko czymś, co ich nie dotyczy; nie ważąc się pokazać, że się je kocha, chciałoby się przynajmniej, aby wiedziały, że nie ma piękności, bodaj najwyższego stanu, na którą by się nie patrzało obojętnie, i nie ma korony, którą by się chciało kupić za cenę stracenia z oczu tej, którą się kocha. Kobiety sądzą zazwyczaj miłość — ciągnął — wedle starań, jakie okazujemy, aby się im podobać i szukać ich kompanii; ale to nie jest rzecz trudna, o ile są dość powabne; co jest trudne, to nie poddać się rozkoszy szukania ich; to unikać ich, z obawy zdradzenia światu i niemal im samym uczuć, jakie się dla nich żywi. A co jeszcze lepiej świadczy o prawdziwym przywiązaniu, to stać się zupełnym przeciwieństwem tego, czym się było, i nie znać już ambicji ani rozkoszy, gdy się przez całe życie goniło za jednym i drugim.
Pani de Clèves zrozumiała bez trudu, w jakim stopniu te słowa się jej tyczą. Zdało się jej, że powinna na nie odpowiedzieć i nie ścierpieć ich. Zdało się jej także, że nie powinna ich rozumieć ani nawet okazać, że bierze je do siebie. Sądziła, że powinna mówić i sądziła, że nie powinna nic mówić. Słowa pana de Nemours podobały się jej i obrażały ją niemal po równi; widziała w nich potwierdzenie wszystkiego, co jej nasunęła królewicowa; znajdowała w nich dworność i szacunek, ale także coś nazbyt śmiałego i nazbyt wyraźnego. Skłonność, jaką miała do księcia, rodziła w niej zamęt, nad którym nie umiała zapanować. Najbardziej mgliste słowa człowieka, który nam jest miły, bardziej wzruszają niż jawne oświadczyny człowieka obojętnego. Nie odpowiadała tedy nic, a pan de Nemours byłby zauważył jej milczenie i wyciągnął z niego nie najgorsze wróżby, gdyby zjawienie pana de Clèves nie położyło końca rozmowie i odwiedzinom.
Książę przybywał, aby opowiedzieć żonie nowiny o Sancerze; ale nie była zbyt ciekawa dalszego ciągu tej przygody. Pochłonięta tym, co się działo przed chwilą, zaledwie umiała ukryć roztargnienie. Kiedy mogła swobodnie oddać się dumaniom, zrozumiała, że się myliła, sądząc, że pan de Nemours jest jej już obojętny. Słowa jego uczyniły na niej wrażenie, jakiego mógł pragnąć, i przekonały ją całkowicie o jego uczuciu. Postępki księcia zbyt dobrze zgadzały się z jego słowami, aby zostawić jej jaką wątpliwość. Nie łudziła się już nadzieją, że go nie kocha; myślała jedynie o tym, aby mu nigdy tego nie okazać. Było to przedsięwzięcie trudne, którego przykrości już znała; wiedziała, że jedynym sposobem, aby się to powiodło, jest unikać obecności pana de Nemours; że zaś żałoba dawała jej prawo do życia bardziej zamkniętego niż zwykle, posłużyła się tym pozorem, aby unikać miejsc, gdzie mogłaby go spotkać. Widziano jej smutek, śmierć matki zdawała się jego przyczyną, nie szukano innej.
Pan de Nemours był zrozpaczony, że jej prawie nie widuje; wiedząc, że jej nie spotka na żadnym zebraniu, na żadnej z zabaw, na których bywał cały dwór, nie mógł się zdobyć na to, aby bywać w świecie; udał wielką namiętność do polowania i urządzał łowy w dnie, w których miały być asamble u królowych. Lekka choroba posłużyła mu długo za pozór zostania w domu i unikania miejsc, w których wiedział, że pani de Clèves nie będzie.
Mniej więcej w tym samym czasie pan de Clèves zachorzał. W czasie tej choroby pani de Clèves nie opuszczała jego komnaty; ale, kiedy przyszedł nieco do siebie i zaczął przyjmować gości, między innymi pana de Nemours, który pod pozorem, że jest jeszcze słaby, spędzał u niego prawie całe dnie, sądziła, że nie powinna już tam pozostawać. Nie od razu wszakże zdobyła się na tę siłę, aby wyjść, kiedy książę przyszedł. Zbyt dawno go nie widziała, aby się mogła zdobyć na nieujrzenie go. Książę znalazł sposób powiedzenia jej — w słowach, które zdawały się ogólnikowe, ale które ona rozumiała dobrze, gdyż miały związek z tym, co jej rzekł, będąc u niej — że chodzi na łowy po to, aby marzyć i że nie chodzi na asamble, bo jej tam nie ma.
Spełniła wreszcie postanowienie, jakie powzięła, aby wychodzić od męża, skoro pan de Nemours tam będzie; ale musiała sobie zadać straszny gwałt. Książę spostrzegł, że ona go unika, i bardzo był tym wzruszony.
Pan de Clèves nie zważał zrazu na postępowanie żony; w końcu zrozumiał, że ona nie chce być w pokoju, kiedy są goście. Zapytał ją o to; odpowiedziała, że nie uważa za przystojne przebywać tam co wieczór z najmłodszą kompanią ze dworu; że błaga go, aby zezwolił jej wieść życie bardziej ustronne niż wprzódy; że cnota i obecność matki uprawniały wiele rzeczy, których kobieta w jej wieku nie może dozwolić.
Pan de Clèves, który miał zazwyczaj wiele słodyczy i ustępliwości dla żony, nie znalazł ich w tej okazji; oświadczył, że bezwarunkowo nie chce, aby zmieniała tryb życia. Już miała mu powiedzieć, jako obiegają w świecie wieści, że pan de Nemours jest w niej zakochany; ale nie miała siły go wymienić. Wstyd jej też było posługiwać się fałszywym pozorem i przeinaczać prawdę człowiekowi, który miał o niej tak dobre mniemanie.
W kilka dni potem król był u królowej na asamblu; mówiono o horoskopach i o wróżbach. Sądy były podzielone co do wagi, jaką należy do nich przykładać. Królowa dawała im dużo wiary; utrzymywała, że po tylu rzeczach, które przepowiedziano i które się zdarzyły, nie można wątpić, że jest jakowaś pewność w tej wiedzy. Inni twierdzili, że pośród niezliczonej ilości wróżb, niewielka ilość tych, które się sprawdzą, dowodzi jasno, że to jedynie przypadek.
— Bywałem niegdyś bardzo ciekaw przyszłości — rzekł król — ale tyle mi powiedziano rzeczy fałszywych i tak mało prawdopodobnych, że nabrałem przekonania że nic się nie da wiedzieć prawdziwego. Przed kilku laty przybył tu człowiek wielkiej reputacji w astrologii. Wszyscy chodzili do niego; poszedłem jak inni, ale nie mówiąc, kto jestem; wziąłem z sobą panów de Guise i Descars, i puściłem ich przodem. Mimo to, astrolog zwrócił się najpierw do mnie, jak gdyby poznał we mnie ich pana. Może mnie znał; ale powiedział mi coś, co by się nie zgadzało, gdyby mnie znał. Przepowiedział mi, że zginę w pojedynku. Powiedział następnie panu de Guise, że będzie zabity z tyłu, a Descarowi, że koń roztrzaska mu głowę kopytem. Pan de Guise obraził się o tę przepowiednię, jak gdyby wróżącą mu, że będzie uciekał. Descars też nie bardzo był zadowolony, że ma skończyć od tak nieszczęsnego wypadku. Słowem, wyszliśmy wszyscy bardzo nieradzi z astrologa. Nie wiem, co się przygodzi Guise’owi i Descars’owi, ale mało prawdopodobne jest, abym ja zginął w pojedynku. Zawarliśmy pokój z królem hiszpańskim; a gdybyśmy go nawet nie byli zawarli, wątpię, abyśmy się bili z sobą, i abym go wyzwał, jak król mój ojciec wyzwał Karola Piątego.
Po tym opowiadaniu o nieszczęśliwej przepowiedni dla króla obrońcy astrologii przestali brać jej stronę i zgodzili się, że nie należy przykładać do niej żadnej wagi.
— Co do mnie — rzekł głośno pan de Nemours — jestem człowiekiem, który najmniej powinien w nią wierzyć — i obracając się ku pani de Clèves, wpodle5 której siedział, rzekł z cicha — Przepowiedziano mi, że będę szczęśliwy z łaski kobiety, dla której będę żywił najgwałtowniejszą i pełną szacunku miłość. Osądź pani, czy mogę wierzyć w przepowiednie.
Z tego, co pan de Nemours powiedział głośno, królewicowa sądziła, że to, co rzekł po cichu, to przykład jakiej fałszywej wróżby; spytała tedy księcia, co powiedział pani de Clèves. Gdyby był mniej przytomny, zaskoczyłoby go to pytanie. Ale odparł bez wahania:
— Mówiłem, Wasza Dostojność, że mi przepowiedziano, iż wzniosę się do tak wysokiego losu, o jakim nie śmiałbym nawet marzyć.
— Jeśli panu tylko to przepowiedziano — odparła królewicowa z uśmiechem, myśląc o Anglii — nie radzę panu mówić źle o astrologii, możesz łacno6 znaleźć przyczyny bronienia jej.
Pani de Clèves zrozumiała, co ma na myśli królewicowa; ale zrozumiała także, iż szczęście, o jakim myślał pan de Nemours, to nie była angielska korona.
Ponieważ było już dość dawno od śmierci matki, trzeba jej było pojawić się w świecie, i bywać u dworu jak wprzódy. Widywała pana de Nemours u królewicowej; widywała go u pana de Clèves, gdzie przychodził często wraz z innymi młodymi panami, ale widywała go ze wzruszeniem, które z łatwością spostrzegł.
Jakkolwiek starała się unikać jego spojrzeń i mówić doń mniej niż do innych, wymykały się jej, bez woli, pewne rzeczy pozwalające księciu mniemać, że nie jest jej obojętny. Człowiek mniej przenikliwy nie byłby może tego spostrzegł; ale on kochał już tyle razy, że trudno było, aby nie poznał, że jest kochany. Widział, że kawaler de Guise jest jego rywalem, ten zaś wiedział toż samo o panu de Nemours. Był to jedyny człowiek na dworze, który przejrzał prawdę, własny interes uczynił go bystrzejszym od innych; wzajemna świadomość tych uczuć udzieliła ich stosunkom cierpkości, która objawiała się we wszystkim. Byli zawsze w przeciwnych obozach w gonitwie do pierścienia, w turniejach, grach i zabawach, które król urządzał; współzawodnictwo ich było tak widoczne, że niepodobna było go ukryć.
Sprawa angielska często zaprzątała myśli pani de Clèves; sądziła, że pan de Nemours nie oprze się radom króla i naleganiom Lignerola. Widziała z przykrością, że ten jeszcze nie wrócił i oczekiwała go niecierpliwie. Gdyby szła za swoim popędem, byłaby się pilnie dowiadywała o bieg tej sprawy; ale to samo uczucie, które budziło w niej ciekawość, zmuszało ją ukrywać się; wywiadywała się jedynie o urodę, dowcip i usposobienie królowej Elżbiety. Przyniesiono do króla portret tej pani, który się jej wydał piękniejszy, niżby pragnęła; nie mogła się wstrzymać od powiedzenia, że jest pochlebiony.
— Nie sądzę — odparła królewicowa, która była obecna — ta pani ma reputację piękności i rozumu ponad pospolitą miarę, i wiem, że mi ją całe życie dawano za przykład. Musi być miła, jeśli podobna jest do swojej matki, Anny Boleyn. Nigdy żadna kobieta nie miała tyle wdzięku i czaru w swojej osobie i wzięciu. Słyszałam, że jej twarz miała coś żywego i oryginalnego, w czym zupełnie nie była podobna do angielskich piękności.
— Toteż zdaje mi się — odparła pani de Clèves — że ona się podobno urodziła we Francji.
— Ci, co tak mniemali, byli w błędzie — odparła królewicowa — opowiem wam pokrótce jej dzieje.
Była z dobrej rodziny angielskiej. Henryk VIII kochał się w jej siostrze i w jej matce; podejrzewano nawet, że to jest jego córka. Przybyła tu z siostrą Henryka VIII, która zgubiła króla Ludwika XII. Księżniczka ta, młoda i wesoła, z wielką przykrością opuszczała dwór francuski po śmierci męża; ale Anna Boleyn, która miała podobną naturę, nie mogła się zdobyć na to, by odjechać. Nieboszczyk król kochał się w niej; została jako dworka królowej Klaudii. Królowa umarła; pani Małgorzata, siostra króla, księżna d’Alençon a później królowa Nawary, której czytaliście opowiastki, wzięła ją do siebie; zaczem przy tej królowej otarła się o nową wiarę. Wróciła następnie do Anglii i oczarowała wszystkich; miała francuskie wzięcie, które podoba się wszystkim nacjom; dobrze śpiewała, cudownie tańczyła; umieszczono ją za dworkę przy królowej Katarzynie Aragońskiej i król Henryk VIII zakochał się w niej bez pamięci.
Kardynał Wolsey, jego faworyt i pierwszy minister, zabiegał się o tiarę; niezadowolony z Cesarza, który nie poparł go w tej chęci, postanowił się zemścić i skojarzyć swego pana z Francją. Przekonał Henryka VIII, że jego małżeństwo z ciotką Cesarza jest nieważne, i poddał mu myśl, aby zaślubił księżnę d’Alençon, której mąż właśnie umarł. Anna Boleyn, która była ambitna, widziała w tym rozwodzie drogę, która może ją zawieść na tron. Zaczęła udzielać królowi angielskiemu sympatii do religii Lutra i zachęciła nieboszczyka króla, aby popierał w Rzymie rozwód Henryka, w nadziei małżeństwa z księżną d’Alençon. Kardynał Wolsey wybrał się do Francji pod innymi pozorami, ale w gruncie dla traktowania tej sprawy; ale jego pan nie mógł ścierpieć nawet takiej propozycji, i przesłał mu rozkaz do Calais, aby nie mówił nic o tym małżeństwie.
Za powrotem z Francji, przyjęto kardynała Wolsey’a z honorami niemalże królewskimi; nigdy faworyt nie posunął do tego stopnia dumy i próżności. Przygotował spotkanie między dwoma królami, które odbyło się w Boulogne, Franciszek I podał rękę Henrykowi VIII, który jej nie chciał przyjąć. Podejmowali się wzajem z nadzwyczajną wspaniałością i darowali sobie ubrania podobne do tych, jakie kazali sporządzić dla samych siebie. Przypominam sobie, iż słyszałam, że ubranie, jakie nieboszczyk król posłał królowi angielskiemu było z karmazynowego atłasu, wyszywane perłami i diamentami; toż biały aksamitny płaszcz haftowany złotem. Spędziwszy kilka dni w Boulogne, udali się jeszcze do Calais: Anna Boleyn mieszkała u Henryka VIII na stopie królowej, a Franciszek I przesłał jej takie podarki i oddał jej te same honory, co gdyby nią była w istocie. Wreszcie po dziewięcioletniej miłości Henryk zaślubił ją, nie czekając na rozwiązanie pierwszego małżeństwa, o które zabiegał w Rzymie od dawna. Papież zaczął grzmieć przeciw niemu, co Henryka tak zgniewało, że ogłosił się głową Kościoła i pociągnął całą Anglię w nieszczęśliwą odmianę, na którą patrzymy.
Anna Boleyn niedługo cieszyła się swą wielkością; skoro bowiem uczuła się w niej pewniejsza wskutek śmierci Katarzyny Aragońskiej, jednego dnia, kiedy była obecna z całym dworem na gonitwie do pierścienia, jaką urządził brat jej, wicehrabia de Rochefort, król popadł w taką zazdrość, że opuścił nagle widowisko i wydał rozkaz uwięzienia królowej, wicehrabiego de Rochefort i wielu innych, których uważał za kochanków lub powierników królowej. Mimo że ta zazdrość zdawała się nagła, od dawna już obudziła ją w królu wicehrabina de Rochefort, która, nie mogąc ścierpieć serdeczności swego męża z królową, przedstawiła ją królowi jako występne obcowanie, tak iż monarcha, zakochany zresztą w Joannie Seymour, myślał już tylko o tym, aby się pozbyć Anny. W niecałe trzy miesiące kazał przeprowadzić proces jej i jej brata, kazał im uciąć głowę i zaślubił Joannę Seymour. Miał potem wiele żon, które odtrącił lub uśmiercił, między innymi Katarzynę Howard, której hrabina de Rochefort była powiernicą i której ucięto głowę wraz z nią. W ten sposób, znalazła karę za zbrodnie, o jakie posądzała Annę Boleyn, a Henryk VIII umarł, doszedłszy potwornej tuszy.
Wszystkie panie, które były obecne przy opowiadaniu królewicowej, podziękowały jej, że je tak dobrze objaśniła o dworze angielskim; między innymi pani de Clèves, która nie mogła się wstrzymać od zadania jej jeszcze kilku pytań co do królowej Elżbiety.
Królewicowa kazała sporządzić miniatury wszystkich piękności na dworze, aby je posłać królowej swojej matce. W dniu, w którym kończono portret pani de Clèves, królewicowa zaszła do niej popołudniu. Pan de Nemours nie omieszkał się zjawić również; nie przepuszczał bowiem żadnej okazji ujrzenia pani de Clèves, nie okazując wszakże, aby jej szukał. Była tego dnia tak piękna, że byłby się w niej rozkochał, gdyby się to już nie stało. Nie śmiał wszakże wlepiać w nią oczu, podczas gdy ją malowano, i bał się nadto okazywać przyjemność, jaką mu sprawia jej widok.
Królewicowa poprosiła pana de Clèves o portrecik żony, aby go porównać z tym, który kończono. Wszyscy wyrazili swoje zdanie o jednym i o drugim, a pani de Clèves kazała malarzowi coś poprawić w uczesaniu dawnego portretu. Aby jej być posłusznym, malarz wyjął portret z puzderka, w którym się znajdował i, poprawiwszy go, położył z powrotem na stole.
Od dawna już pan de Nemours pragnął mieć portret pani de Clèves. Kiedy ujrzał ów, który był własnością jej męża, nie mógł się oprzeć ochocie skradzenia go mężowi, o którym sądził, że jest tkliwie kochany; pomyślał, że wśród tylu osób, nie będzie powodu podejrzewać szczególnie jego.
Królewicowa siedziała na łóżku i mówiła po cichu z panią de Clèves, która stała obok. Pani de Clèves spostrzegła poprzez niezupełnie zasunięte firanki pana de Nemours opartego plecami o stół stojący w nogach łóżka i ujrzała, że nie obracając głowy, bierze coś zręcznie z tego stołu. Łatwo odgadła, że to był jej portret, i tak ją to zmieszało, że królewicowa, widząc, że ona nie słucha, spytała głośno, gdzie patrzy. Na te słowa, pan de Nemours obrócił się i spotkał się z oczyma pani de Clèves jeszcze wlepionymi w niego; zaczem pomyślał, że może ona widziała, co robił.
Pani de Clèves była w niemałym kłopocie. Powinna była upomnieć się o swój portret; ale upominać się publicznie znaczyło odsłonić wszystkim uczucia, jakie książę dla niej żywił; upomnieć się zaś na osobności, znaczyło niejako zachęcać go do wyznań. Uznała w końcu, że lepiej jest zostawić mu go i rada była użyczyć mu tej łaski, skoro mogła to uczynić bez jego wiedzy. Pan de Nemours, który widział jej zakłopotanie i zgadywał poniekąd jego przyczynę, zbliżył się i rzekł cicho:
— Jeśli pani widziała com uczynił, racz zostawić mnie w mniemaniu że nic nie wiesz; nie śmiem prosić o więcej.
To rzekłszy odszedł, nie czekając odpowiedzi.
Królewicowa wybrała się na przechadzkę, wiodąc ze sobą wszystkie damy, a pan de Nemours udał się do domu, nie mogąc znieść publicznie radości z posiadania portretu. Przeżywał wszystko, co miłość może dać najrozkoszniejszego; kochał najbardziej uroczą osobę na dworze, zdobywał jej miłość wbrew jej woli i widział we wszystkich jej postępkach owo wzruszenie i pomieszanie, jakie rodzi miłość w zaraniu niewinnej młodości.
Wieczorem szukano portretu bardzo pilnie; ponieważ znaleziono puzderko, nie podejrzewano kradzieży, sądząc, że spadł gdzieś przypadkiem. Pan de Clèves zmartwiony był wielce tą stratą. Skoro się naszukano daremnie, powiedział do żony (ale tak, że widać było, iż tego nie myśli), że musi mieć z pewnością jakiego ukrytego kochanka, któremu dała ten portret lub który go ukradł, i że kto inny niż kochanek nie zadowoliłby się portretem bez puzderka.
Te słowa, mimo że powiedziane żartem, uczyniły silne wrażenie na pani de Clèves. Uczuła wyrzuty, zastanowiła się nad gwałtowną skłonnością ciągnącą ją do pana de Nemours; ujrzała, że nie jest już panią swoich uczynków i swego oblicza; pomyślała, że Lignerolles powrócił; że nie obawia się już Anglii; że nie podejrzewa już królewicowej; słowem, że nie ma już nic, co by ją mogło bronić i że jedyny ratunek dla niej to ucieczka. Ponieważ jednak nie było w jej możności usunąć się, znajdowała się w ciężkim położeniu, gotowa popaść w to, co jej się zdawało największym z nieszczęść, mianowicie okazać panu de Nemours swą skłonność. Przypominała sobie słowa umierającej matki i jak jej radziła, aby uczyniła raczej wszystko, bodaj najtrudniejsze, niż żeby miała wdawać się w miłostkę. Przypomniało jej się to, co pan de Clèves, mówiąc o pani de Tournon, powiedział o szczerości; pomyślała, że powinna mu wyznać swą skłonność do pana de Nemours. Ta myśl zaprzątała ją długo; potem dziwiła się sama sobie, wydało się jej to szaleństwem i znów popadła w bezradność i niezdecydowanie.
Skoro podpisano pokój, królewna Elżbieta, po wielkich wstrętach, zgodziła się usłuchać ojca. Wysłano księcia Albę, aby ją zaślubił imieniem katolickiego króla, i niebawem miał przybyć. Oczekiwano księcia sabaudzkiego zjeżdżającego, aby pojąć Jejmość siostrę króla, której wesele miało się odbyć w tym samym czasie. Król myślał jeno o tym, aby dodać tym obrzędom blasku przez rozrywki, w których by mógł popisać się zręcznością i wspaniałością swego dworu. Obmyślano co tylko się dało najwspanialszego w przedmiocie baletów i komedii; ale królowi wydały się te widowiska zbyt błahe: chciał czegoś świetniejszego. Postanowił urządzić turniej, na którym przyjęto by obcych gości, a którego lud byłby widzem. Wszyscy książęta i młodzi panowie powitali z radością zamiar monarchy, zwłaszcza książę Ferrary, pan de Guise i pan de Nemours, którzy przewyższali wszystkich innych w tego rodzaju ćwiczeniach. Król wybrał ich, aby byli wraz z nim czterema zapaśnikami turnieju.
Kazano ogłosić w całym królestwie, że w mieście Paryżu, dnia 15 czerwca, Jego Chrześcijański Majestat, Król Francuski, oraz książęta Alfons d’Este książę Ferrary, Franciszek Lotaryński książę de Guise i Jakub Sabaudzki książę de Nemours otwierają turniej i gotowi są stoczyć przeciw każdemu, kto się zgłosi, najpierw walkę w szrankach, cztery złożenia kopii i jedno dla dam; drugą walkę na miecze, w pojedynkę lub po dwóch wedle uznania; trzecią walkę pieszo, trzy ciosy włóczni i sześć ciosów miecza; że wyzywający dostarczą kopii, mieczy i pik do wyboru tych, co staną; i że kto w pędzie zażyje ostrogi, będzie wyłączony z walki. Iż będzie czterech sędziów dla wydawania rozkazów: i że ci szermierze, którzy policzą najwięcej spotkań i najskuteczniejszych, otrzymają nagrodę wedle uznania sędziów; że wszyscy zapaśnicy, tak Francuzi jak obcy, będą musieli dotknąć jednej z tarcz wiszących przed trybuną na kraju szranków lub też kilku do wyboru; że zastaną tam oficyjera, który przyjmie ich, aby zapisać każdego wedle rangi i wedle tarczy, której dotknie; że za każdym zapaśnikiem musi szlachcic przynieść tarczę z jego herbem, aby ją powiesić przed trybuną na trzy dni przed rozpoczęciem turnieju: inaczej nie przyjmie się ich bez pozwolenia wyzywających.
Uczyniono wielkie szranki w pobliżu Bastylii, biegnące od zamku de Tournelles, przez ulicę świętego Antoniego i kończące się przy stajniach królewskich. Z dwóch stron były trybuny, amfiteatry i zakryte loże, tworzące rodzaj galerii bardzo pięknych dla oczu i mogących pomieścić niezliczoną mnogość osób. Zaczem wszyscy książęta i panowie krzątali się, aby się pokazać w całym blasku, wplatając w swoje cyfry i godła coś dwornego, co by miało związek z damą ich serca.
Na krótko przed przybyciem księcia Alby król grał w piłkę z panem de Nemours, kawalerem de Guise i widamem de Chartres. Królowe przyszły popatrzyć, jak grają, wraz ze wszystkimi damami, między nimi i panią de Clèves. Po ukończeniu partii, kiedy schodzono z placu, Chastelart podszedł do królewicowej i oznajmił jej, że przypadek oddał mu w ręce list miłosny, który wypadł z kieszeni pana de Nemours. Królewicowa, zawsze ciekawa wszystkiego, co tyczyło księcia, kazała sobie dać ten list, wzięła go i poszła za królową teściową swoją, która podążyła za królem przyglądać się, jak urządzają szranki. Spędziwszy tam jakiś czas, król kazał przywieść konie, które niedawno sprowadzał. Mimo że nie były jeszcze ujeżdżone, chciał ich dosiadać i kazał je podać wszystkim, którzy udali się za nim. Król i pan de Nemours znaleźli się na najognistszych, konie ich chciały się rzucić na siebie wzajem. Bojąc się skaleczyć króla, pan de Nemours cofnął się nagle i pchnął swego konia na słup w maneżu tak gwałtownie, że zachwiał się od wstrząśnienia. Wszyscy podbiegli ku niemu, sądząc, że silnie się zranił. Pani de Clèves bardziej od innych myślała, że jest ciężko ranny. Życzliwość dla księcia zdjęła ją obawą i wzruszeniem, których nie siliła się ukryć; podbiegła doń wraz z królowymi z twarzą tak zmienioną, że zauważyłby to człowiek nawet obojętniejszy niż kawaler de Guise: jakoż zauważył to z łatwością i o wiele większe dawał baczenie na stan pani de Clèves niż na pana de Nemours. Cios, jaki otrzymał książę, oszołomił go tak bardzo, iż trwał jakiś czas z głową zwieszoną na tych, którzy go podtrzymywali. Kiedy ją podniósł, ujrzał panią de Clèves; spostrzegł na jej twarzy współczucie; w oczach jego mogła wyczytać, jak bardzo jest nim wzruszony. Podziękował następnie królowym za ich dobroć i przeprosił za stan, w jakim znalazł się w ich obecności. Król kazał mu iść spocząć.
Pani de Clèves, ochłonąwszy z przestrachu, uprzytomniła sobie rychło swoje zachowanie. Kawaler de Guise niedługo zostawił jej nadzieję, że nikt tego nie spostrzegł; podał jej rękę, aby ją wyprowadzić ze szranków.
— Bardziej godzien jestem litości niż pan de Nemours — rzekł — przebacz mi pani, jeżeli zbywam się owej głębokiej czci, jaką miałem zawsze dla pani, i jeśli pani okazuję żywą boleść, jaką mi sprawia to, com widział: pierwszy to raz jestem tyle śmiały, aby pani mówić o tym, i będzie to też ostatni. Śmierć albo przynajmniej wiekuiste wygnanie oddalą mnie z miejsc, w których nie mogę już żyć, skoro straciłem tę smutną pociechę, iż każdy, kto śmie na panią spojrzeć, jest równie nieszczęśliwy jak ja.
Pani de Clèves odpowiedziała jedynie parę mętnych wyrazów, jak gdyby nie rozumiała, co znaczą słowa kawalera. Kiedy indziej czułaby się obrażona, że on jej mówi o swoich uczuciach; ale w tej chwili odczuła jedynie przykrość, że spostrzegł jej uczucia dla pana de Nemours. Kawaler de Guise tak był przekonany o nich i tak tym zbolały, że od owego dnia postanowił nie kusić się o zdobycie miłości pani de Clèves. Ale, aby porzucić to przedsięwzięcie, które mu się zdało tak trudne i tak wspaniałe, trzeba mu było innego, którego wielkość mogłaby go zająć. Umyślił zdobyć Rodos, o czym już przedtem nieco był myślał, i kiedy śmierć zabrała go ze świata w kwiecie wieku i w chwili, gdy zdobył sławę jednego z największych rycerzy swego wieku, jedynym żalem, jaki objawił, rozstając się z życiem, było to, że nie mógł dokonać tak pięknego zamiaru, w który włożył tyle starań i w którego sukces niezawodny wierzył. Opuściwszy szranki, pani de Clèves udała się do królowej silnie zajęta tym, co się stało. Niebawem przyszedł tam pan de Nemours, wspaniale przybrany, z miną człowieka, który nie pamięta już o tym, co mu się zdarzyło. Zdawał się nawet weselszy niż zazwyczaj; radość z tego, co — tak mu się zdało — widział, przydała jeszcze wdzięku jego rysom. Wszyscy zdziwili się, kiedy wszedł; nie było nikogo, kto by go nie spytał o zdrowie, wyjąwszy panią de Clèves, która stała wpodle kominka, jak gdyby go nie spostrzegła. Król wyszedł z gabinetu i widząc go wśród innych, kiwnął nań, aby z nim pomówić o jego przygodzie. Pan de Nemours przeszedł koło pani de Clèves i szepnął:
— Otrzymałem dziś oznaki twego, pani, współczucia, ale to nie są te, których jestem najgodniejszy.
Pani de Clèves domyślała się, że książę spostrzegł tkliwość jej dla niego, a słowa te dowiodły jej, że się nie myliła. Była to dla niej wielka boleść, widzieć, że nie jest już zdolna skrywać swoich uczuć i że je zdradziła przed kawalerem de Guise. Martwiło ją też bardzo, że pan de Nemours je odgaduje; ale ta przykrość nie była tak zupełna i mieszała się z niejaką słodyczą.
Królewicowa, której bardzo było pilno dowiedzieć się, co jest w liście znalezionym przez Chastelarta, zbliżyła się do pani de Clèves:
— Idź, przeczytaj ten list — rzekła — pisany jest do pana de Nemours, prawdopodobnie przez tę kobietę, dla której rzucił wszystkie inne. Jeśli nie możesz przeczytać w tej chwili, zatrzymaj list; przyjdź wieczorem oddać mi go i powiedzieć, czy znasz to pismo.
Po tych słowach, królewicowa opuściła panią de Clèves tak zdumioną i wzruszoną, że jakiś czas nie mogła postąpić z miejsca. Niecierpliwość i pomieszanie nie pozwoliły jej zostać u królowej; wróciła do siebie, mimo że nie była jeszcze pora, w której nawykła wracać. Trzymała list w drżącej ręce; myśli jej były tak mętne, że nie mogła się w nich rozeznać; doznawała nieznośnego bólu, którego nie znała i którego nigdy jeszcze nie odczuła. Znalazłszy się u siebie, otwarła ów list, który brzmiał jak następuje:
List
Zanadto cię kochałam, aby cię zostawiać w mniemaniu, że moja odmiana jest skutkiem płochości; dowiedz się, że niewierność twoja jest jej powodem. Zdumiewa cię, że mówię o twojej niewierności; skrywałeś ją tak zręcznie, a ja tak siliłam się ukryć przed tobą, że wiem o niej, iż słusznie możesz się dziwić, że mi jest znana. Ja sama się dziwię, że mogłam się niczym nie zdradzić. Nie było w świecie podobnego bólu. Sądziłam, że kochasz mnie namiętnie; nie kryłam ci mojej miłości, i oto wówczas, gdy ci dawałam pełne jej dowody, dowiedziałam się, że mnie oszukujesz, że kochasz inną i że, wedle wszelkich pozorów, poświęcasz mnie dla nowej kochanki. Dowiedziałam się o tym w dniu gonitwy do pierścienia; dlatego tam nie poszłam. Udałam, że jestem chora, aby ukryć moje męczarnie; ale zachorowałam naprawdę, ciało moje nie mogło znieść takiego ciosu. Kiedy mi było trochę lepiej, udałam, że jestem jeszcze chora, chcąc mieć pozór niewidzenia cię i niepisania do ciebie. Chciałam mieć czas, aby obmyślić, jak mam z tobą postąpić; po dwadzieścia razy na przemian zamierzałam coś i porzucałam; ale w końcu uznałam cię niegodnym, byś widział mą boleść i postanowiłam nie pokazać ci jej. Chciałam zranić twą dumę, pozwalając ci wierzyć, że miłość moja słabnie sama z siebie. Chciałam zmniejszyć w ten sposób cenę ofiary, jaką z niej czynisz; nie chciałam, abyś miał przyjemność pokazywania, jak bardzo cię kocham, i przypodobania się tym swojej damie. Postanowiłam pisywać do ciebie listy mdłe i letnie; dowieść tej, której je oddajesz, że przestaję cię kochać. Nie chciałam, by miała rozkosz świadomości że ja wiem, iż ona święci nade mną zwycięstwo; nie chciałam zwiększać jej tryumfu rozpaczą i wymówkami. Sądziłam, że nie ukarzę cię dosyć, zrywając z tobą i że zadałabym ci jedynie nieznaczny ból, przestając cię kochać, wówczas gdy ty mnie nie kochasz. Chciałam, abyś mnie pokochał, po to byś czuł mękę niewzajemności, którą ja czułam tak okrutnie. Sądziłam, że jeżeli coś mogłoby rozbudzić twe dawne uczucia, to mniemanie, że moje serce się zmieniło; ale chciałam ci to okazać, udając, że to ukrywam. I tak jak gdybym nie miała siły tego wyznać. Tak wreszcie postanowiłam; ale jakże mi było trudno zdobyć się na to postanowienie; jakże skoro cię ujrzałam wydało mi się niemożebne! Po sto razy miałam już wybuchnąć wymówkami i płaczem: ówczesny stan zdrowia pomógł mi utaić wzruszenie i zgryzotę. Podtrzymywała mnie później przyjemność grania komedii z tobą, jak ty grałeś ją ze mną; mimo to zadawałam sobie taki gwałt, aby ci mówić i pisać, że cię kocham, że spostrzegłeś odmianę moich uczuć wcześniej niż to było mym zamiarem. Dotknęło cię to; robiłeś mi wymówki. Starałam się uspokoić cię; ale czyniłam to z takim przymusem, iż tym bardziej cię to upewniło, że cię nie kocham. Słowem, spełniłam wszystko, co zamierzyłam. Kaprys twego serca ściągnął cię z powrotem ku mnie, w miarę jak widziałeś, że się oddalam. Syciłam się całą rozkoszą, jaką może dać zemsta; miałam wrażenie, że mnie kochasz bardziej, niż kiedykolwiek, a ja ci okazywałam, że cię już nie kocham. Mogłam sądzić, że zupełnie opuściłeś tę, dla której mnie wprzód porzuciłeś. Miałam też przyczyny wierzyć, że nigdy jej nie mówiłeś o mnie: ale twój powrót i twoja dyskrecja nie mogły naprawić twego zmiennictwa. Twoje serce dzieliło się między mnie a inną, oszukiwałeś mnie; to wystarczy, aby mi skazić rozkosz twej miłości takiej, na jaką sądziłam, że zasługuję, i aby mnie utrwalić w postanowieniu — które cię tak dziwi — aby cię już nie oglądać na oczy.
Pani de Clèves przebiegła oczyma list, odczytała go kilka razy, nie wiedząc, co czyta. Widziała tylko, że pan de Nemours nie kocha jej tak, jak mniemała, że kocha inne, które zwodzi tak samo jak ją. Co za widok i co za świadomość dla osoby takiej jak ona, żywiącej gwałtowne uczucie, z którym zdradziła się przed człowiekiem, jak się okazuje, niegodnym i przed innym, którym wzgardziła dla miłości tamtego! Żaden ból nie da się porównać z jej bólem; miała uczucie, że najbardziej dolega jej to, co zaszło w ciągu owego dnia, i że, gdyby pan de Nemours nie mógł się domyślać, że ona go kocha, nie dbałaby o to, że on kocha inną. Ale łudziła się sama; ten ból, który jej się zdawał tak nieznośny, to była zazdrość i wszystkie jej męczarnie. Widziała z tego listu, że pan de Nemours od dawna ma jakąś miłostkę. Uważała, że kobieta, która pisała ten list, to była osoba nieprzeciętna; godna miłości; ta kobieta miała więcej charakteru niż ona sama; zazdrościła jej owej siły, z jaką potrafiła ukryć swe uczucia przed panem de Nemours. Widziała z zakończenia listu, że ta osoba wierzy w jego miłość. Pani de Clèves pomyślała, że owa dyskrecja, którą książę jej okazywał i która ją tak ujęła, to może jedynie skutek jego miłości dla tamtej i obawa narażenia się. Przychodziło jej na myśl wszystko, co tylko mogło pomnożyć jej rozpacz i zgryzotę. Jakimiż wyrzutami obsypywała sama siebie; jakże wspominała rady, które dawała jej matka! Jak żałowała, że się nie uparła usunąć od świata, wbrew panu de Clèves; lub że nie poszła za swą myślą, wyznając mężowi skłonność swą dla pana de Nemours. Lepiej byłaby uczyniła, wyznając ją mężowi, którego znała dobroć i który miałby interes w tym, aby to ukrywać, niż odsłaniając ją człowiekowi, który był tego niegodny, który ją zwodził, który ją może poświecił dla innej, który w miłości jej widział jedynie cel dumy i próżności. Słowem, sądziła, że wszystkie niedole i wszystkie ostateczności są mniejsze niż to, że się zdradziła przed panem de Nemours i że się dowiedziała, iż on kocha inną. Jedyną jej pociechą była myśl, że przynajmniej po tym, czego się dowiedziała, nie potrzebuje się niczego lękać po sobie i że to ją w zupełności wyleczy z jej skłonności.
Zaledwie pomyślała o rozkazie królewicowej, aby zajść do niej, gdy będzie się udawała na spoczynek; położyła się do łóżka i udała, że jest cierpiąca; tak iż kiedy pan de Clèves wrócił od króla, powiedziano mu, że żona śpi; ale ona była daleka od spokoju, który wiedzie do snu. Spędziła noc, snując rozpaczliwe myśli i odczytując nieszczęsny list.
Pani de Clèves nie była jedyną osobą, której spokój mącił ów list. Widam de Chartres, który go zgubił, nie zaś pan de Nemours, wielce był z tego powodu niespokojny; spędził cały wieczór u pana de Guise, który wydał ucztę dla swego szwagra księcia Ferrary i dla całej dworskiej młodzieży. Przypadek zrządził, że przy wieczerzy mówiono o pięknych listach. Widam de Chartres powiedział, że ma przy sobie najpiękniejszy ze wszystkich, jakie kiedykolwiek napisano. Naglono go, aby pokazał: wzdragał się. Pan de Nemours droczył się z nim, że nie ma żadnego listu i mówi tylko tak przez próżność. Widam odpowiedział, że, mimo iż pan de Nemours wystawia jego dyskrecję na ciężką próbę, przecież nie pokaże listu; ale przeczyta kilka ustępów, które wystarczą na dowód, że mało kto otrzymuje podobne. Zaczem sięgnął po list i nie znalazł go; szukał go tak niespokojny, że poniechano żartów. Wyszedł wcześnie i udał się skwapliwie do domu zobaczyć, czy nie zostawił tam owego listu. Szukał go jeszcze, kiedy wszedł pokojowiec królowej, aby mu powiedzieć, że wicehrabina d’Uzès uważa za konieczne przestrzec go pilnie, iż mówiono u królowej, że wypadł mu z kieszeni, podczas gdy grał w piłkę, list miłosny; opowiadano już treść listu; królowa zażądała go od jednego ze swoich dworzan, ale ów odpowiedział, że oddał list Chastelartowi.
Pokojowiec powiedział jeszcze widamowi wiele innych rzeczy, które przejęły go tym większym niepokojem. Wyszedł natychmiast, aby się udać do pewnego dworzanina, który żył blisko z Chastelartem; kazał go obudzić mimo późnej godziny, aby poszedł odebrać ten list, nie mówiąc, ani kto go żąda, ani kto go zgubił. Chastelart, który nabił sobie głowę, że list jest do pana de Nemours i że ów książę kocha się w królewicowej, nie wątpił, że to on upomina się o list. Odpowiedział ze złośliwą radością, że oddał list krolewicowej. Dworzanin wrócił z tym do widama. Do poprzednich jego niepokojów odpowiedź ta przydała nowe. Wahał się długo, co ma uczynić, w końcu uznał, że jedynie pan de Nemours może go ocalić.
Udał się do niego i wszedł do pokoju, gdy ledwie zaczynało świtać. Książę spał spokojnym snem; wczorajsze zachowanie pani de Clèves pogrążyło go w lubym marzeniu. Bardzo się zdziwił, skoro go obudził widam de Chartres; spytał, czy to przez zemstę za uszczypki przy wieczerzy mąci mu spoczynek. Ale poznał rychło z twarzy widama, że chodzi o coś poważnego.
— Przychodzę ci powierzyć najważniejszą sprawę mego życia — rzekł. — Wiem, że nie masz powodu być mi za to zobowiązany, skoro czynię to w chwili, gdy potrzebuję twej pomocy; ale wiem także, że straciłbym twój szacunek, gdybym ci wyznał wszystko, co ci powiem, nie będąc zmuszony koniecznością. Zgubiłem ów list, o którym mówiłem wczoraj; jest dla mnie rzeczą niezmiernej wagi, aby nikt nie dowiedział się, że był pisany do mnie. Widziało go wielu ludzi obecnych wczoraj przy grze w piłkę; ty byłeś tam także; błagam cię na wszystko, powiedz, że to ty go zgubiłeś.
— Musisz chyba przypuszczać, że ja nie mam swojej damy — odparł pan de Nemours z uśmiechem — aby mi czynić podobną propozycję, i wyobrażać sobie, że nie ma nikogo, komu bym się mógł narazić, pozwalając mniemać, że ja otrzymuję podobne listy.
— Proszę cię — rzekł widam — wysłuchaj mnie poważnie. Jeżeli masz kochankę, o czym nie wątpię, mimo że nie wiem, kto ona jest, łatwo ci będzie się usprawiedliwić, i ja ci dostarczę po temu niezawodnych sposobów: gdybyś się nawet nie usprawiedliwił, będzie to rzecz krótkotrwałej sprzeczki. Ja natomiast okrywam hańbą osobę, która mnie gorąco kochała i która jest najgodniejsza czci; z drugiej zaś strony ściągam na siebie nieubłaganą nienawiść, którą przypłacę fortuną, a może czymś więcej.
— Nie rozumiem tego, co mi powiadasz — odparł pan de Nemours — ale każesz mi mniemać, że pogłoski o względach, jakimi pewna wielka księżniczka cię darzyła, nie są zupełnie fałszywe.
— Bo też nie są fałszywe — odparł widam — dałby Bóg, aby były fałszywe: nie znajdowałbym się w takim kłopocie! Ale muszę ci opowiedzieć wszystko, co się stało, abyś zrozumiał, czego mi się trzeba lękać.
Od czasu, jak jestem na dworze, królowa traktowała mnie zawsze z osobliwą uprzejmością, tak iż miałem przyczynę sądzić, że nie jestem jej niemiły; mimo to nie zaszło nic między nami i nie myślałem nigdy wykroczyć wobec niej poza uczucia szacunku. Byłem nawet bardzo zakochany w pani de Thémines; znając ją, łatwo pojąć, że można ją namiętnie kochać, gdy się ma jej wzajemność; a ja ją miałem. Blisko dwa lata temu, kiedy dwór był w Fontainebleau, miałem parę razy sposobność rozmawiać z królową w godzinach, gdy było bardzo mało ludzi. Zdawało mi się, że to, co mówię, podoba się jej i że podziela we wszystkim moje poglądy. Jednego dnia mówiliśmy między innymi o zaufaniu. Rzekłem, iż nie ma osoby, do której bym miał pełne zaufanie; co do mnie (mówiłem), uważam, że zawsze się tego żałuje, i wiem wiele rzeczy, których nie zwierzyłem nikomu. Królowa rzekła, iż ceni mnie za to tym więcej; nie spotkała (mówiła) we Francji nikogo, kto by był dyskretny, i to jej było bardzo przykre, gdyż odjęło jej przyjemność zwierzenia się komu. Potrzebna to jest rzecz (mówiła) w życiu mieć kogoś, do kogo można by gadać, zwłaszcza dla osób jej stanu. W następne dni wróciła jeszcze kilka razy do tego przedmiotu; opowiedziała mi nawet rzeczy dosyć osobliwe. Słowem, miałem wrażenie, że chce się upewnić o mojej dyskrecji i że ma ochotę zwierzyć mi swoje sekrety. Ta myśl przywiązała mnie do niej, ujęło mnie to wyróżnienie i zacząłem się jej zalecać żywiej niż poprzednio. Jednego wieczora, kiedy król i wszystkie damy wyjechali konno do lasu, ona zaś nie chciała im towarzyszyć, czując się nieco cierpiąca, zostałem przy niej. Zeszła nad staw i opuściła ramię swoich giermków, aby się przechadzać swobodniej. Pochodziwszy tak nieco, zbliżyła się do mnie i kazała mi iść za sobą.
„Chcę z tobą mówić — rzekła — ujrzysz z tego, co ci powiem, że jestem ci życzliwa”. Urwała i patrząc na mnie bystro, podjęła znowu: „Jesteś zakochany i stąd że się nie zwierzasz nikomu, myślisz, że o twej miłości nikt nie wie; ale wiedzą o niej nawet ci, których to obchodzi, śledzą cię, wiedzą, gdzie się widujesz z kochanką, chcą cię zaskoczyć. Nie wiem, kto ona jest; nie pytam o to; chcę cię jedynie uchronić od nieszczęść, które ci grożą”. Patrz oto, proszę, jaką zasadzkę zastawiła mi królowa i jak trudno było w nią nie wpaść. Chciała się dowiedzieć, czy jestem zakochany: i nie pytając w kim, troszcząc się rzekomo tylko o moje dobro, oddaliła pozór, iż mówi jedynie przez ciekawość lub z jakimś zamiarem.
Mimo to wbrew wszystkim pozorom, odgadłem prawdę. Kochałem panią de Thémines; ale, mimo że kochany wzajem, nie byłem dość szczęśliwy, aby się z nią widywać poufnie i obawiać się zaskoczenia; zrozumiałem tedy, że to nie ją królowa ma na myśli. Wiedziałem też, że mam porozumienie z inną kobietą, mniej piękną i mniej surową niż pani de Thémines, i nie było niemożliwe, że odkryto miejsce, gdzie ją widywałem; ponieważ jednak mało o nią dbałem, łatwo mi było uchronić się od wszystkich niebezpieczeństw, przestając ją widywać. Toteż postanowiłem nic nie mówić królowej, a zapewnić ją przeciwnie, że już od dawna poniechałem miłości kobiet, które mi były dostępne, ponieważ zdały mi się wszystkie nie dość godne serca zacnego człowieka, i że jedynie coś o wiele powyżej nich mogłoby mnie znęcić.
„Nie odpowiadasz mi szczerze — rzekła królowa — wiem, że jest przeciwnie niż powiadasz. Sposób, w jaki mówię z tobą, powinien by cię skłonić, abyś mi nic nie ukrywał. Chcę cię liczyć do moich przyjaciół — ciągnęła — ale nie chcę, dając ci to miejsce, być nieświadoma innych twoich związków. Zastanów się, czy chcesz kupić mą przyjaźń za cenę tego zwierzenia; daję ci dwa dni, ale po tym czasie zastanów się dobrze, co mi powiesz, i pamiętaj, iż, jeżeli później przekonam się, żeś mnie oszukał, nie daruję ci tego nigdy w życiu”.
To rzekłszy, królowa oddaliła się, nie czekając odpowiedzi. Wyobrażasz sobie, że to, co mi powiedziała zajechało mi mocno w głowę. Dwa dni, których mi użyczyła, nie wydały mi się zbyt długie na tę decyzję. Widziałem, że ona chce wiedzieć, czy ja jestem zakochany, i że nie chciałaby, aby tak było. Widziałem skutki i następstwa tego, co postanowię; poufny stosunek z królową to było coś, co niemało głaskało moją próżność, zwłaszcza z królową, która jest jeszcze bardzo powabna. Z drugiej strony kochałem panią de Thémines i mimo że sprzeniewierzyłem się jej po trosze dla kobiety, o której ci mówiłem, nie mogłem się zdobyć na zerwanie. Widziałem niebezpieczeństwo, na jakie się narażam, oszukując królową, i jak trudno było ją oszukać; mimo to nie mogłem się zdobyć na odrzucenie tego, co mi los nastręczył i puściłem się na hazard. Zerwałem z ową kobietą, z którą stosunki mogły wyjść na jaw; co zaś do pani de Thémines, miałem nadzieję, że zdołam rzecz utaić.
Po upływie dwóch dni naznaczonych przez królową, kiedy wchodziłem do komnaty, gdzie damy siedziały kołem, zagadnęła mnie głośno z powagą, która mnie zdziwiła: „Czy nie pomyślałeś o sprawie, którą ci zleciłam i czy wiesz całą prawdę?”. „Tak, pani — odparłem — jest tak, jak rzekłem W. K. Mości”. „Przyjdź wieczorem w godzinie, o której zwykłam pisać — odparła — dam ci dalsze zlecenia”. Złożyłem głęboki ukłon, nie odpowiadając nic, i nie omieszkałem stawić się w oznaczonej godzinie. Zastałem ją w galerii; był z nią sekretarz i parę dworek. Skoro tylko mnie ujrzała, podeszła i odciągnęła mnie na koniec galerii. „I cóż — rzekła — czy dobrze zastanowiłeś się nad tym, że mi nie masz nic do powiedzenia? I czy moje postępowanie z tobą nie zasługuje, abyś był szczery?”. „Dlatego że jestem z Waszą Miłością szczery — odparłem — nie mam Jej nic do powiedzenia; przysięgam W. K. Mości z całym szacunkiem, jaki Jej jestem winien, że nie łączy mnie nic z żadną z pań na dworze”. „Chcę wierzyć — odparła królowa — ponieważ tego pragnę; a pragnę tego, ponieważ pragnę, abyś był mi całkowicie oddany: niepodobna zaś byłoby mi zaufać twej przyjaźni, gdybyś był w kimś zakochany. Nie można zawierzyć się zakochanym, nie można być pewnym ich dyskrecji. Są nadto roztargnieni i zajęci; kochanka jest ich główną troską, która nie godzi się ze sposobem, w jaki chcę, abyś mi był oddany. Pamiętaj tedy, iż na słowo, które mi dałeś, że nie masz żadnego innego zobowiązania, wybieram ciebie, aby ci dać moje pełne zaufanie. Pamiętaj, że chcę mieć całkowicie twoje; abyś nie miał ani przyjaciela, ani przyjaciółki prócz tych, którzy mi będą mili i abyś poniechał wszelkiego innego starania prócz tego, aby mi być miłym. Nie żądam, byś się wyrzekł dbałości o swą fortunę; zajmę się nią lepiej niż ty sam, i co bądź bym uczyniła dla ciebie, będę dobrze wynagrodzona, jeśli ty będziesz takim, jak się spodziewam. Wybieram cię, aby ci powierzyć wszystkie moje zgryzoty, i abyś mi pomógł je ukoić. Możesz mniemać, że nie są one małe. Znoszę na pozór bez zbytniej przykrości przywiązanie króla do pani de Valentinois; ale jest mi ono nieznośne. Ona włada królem, oszukuje go, gardzi mną, wszyscy moi ludzie są jej oddani. Królewicowa, synowa moja, dumna ze swej piękności i z wpływu swoich wujów, nie oddaje mi żadnej powinności. Konetabl de Montmorency jest panem króla i królestwa; nienawidzi mnie i okazał mi to w sposób, którego nie mogę zapomnieć. Faworyt króla, marszałek de Saint-André, to młody zuchwalec, który też nie lepiej obchodzi się ze mną. Szczegóły moich nieszczęść przejęłyby cię litością; nie odważyłam się dotąd zaufać nikomu; zawierzam się tobie, spraw, bym tego nie żałowała, i bądź moją jedyną pociechą”. Oczy królowej zaczerwieniły się, kiedy domawiała tych słów; myślałem, że jej padnę do nóg, tak szczerze byłem wzruszony jej dobrocią. Od tego dnia miała do mnie zupełne zaufanie; nie czyniła nic, o czym by mi nie mówiła, i zachowałem z nią stosunki, które trwają jeszcze.