Część trzecia

Jednakże, mimo że przejęty i zatrudniony nowym związkiem z królową, przywiązany byłem do pani de Thémines skłonnością, której nie mogłem przemóc. Zdawało mi się, że mnie przestaje kochać; i zamiast (jakbym uczynił, gdybym był rozsądny) by skorzystać z jej odmiany, aby się łatwiej uleczyć, miłość moja wzmogła się od tego. Postępowałem tak nieostrożnie, że królowa zaczęła się domyślać tej miłości. Zazdrość wrodzona jest osobom z jej kraju; a może królowa ma dla mnie uczucia żywsze jeszcze niż sama przypuszcza? Ale w końcu pogłoski o mojej miłości przyprawiły ją o taki niepokój i zgryzotę, iż sto razy myślałem, że jestem zgubiony w jej oczach. Uspokoiłem ją wreszcie siłą starań, uległości i kłamliwych przysiąg; ale nie byłbym zdołał oszukać jej długo, gdyby odmiana pani de Thémines nie oddaliła mnie od niej pomimo mej woli. Okazywała mi, że mnie już nie kocha; i byłem o tym tak przekonany, że trzeba mi było przestać ją dręczyć dłużej i zostawić ją w spokoju. W jakiś czas potem przesłała mi ów list, który zgubiłem. Dowiedziałem się z niego, że wie o stosunkach moich z ową kobietą, o której ci mówiłem, i że to była przyczyna jej odmiany. Ponieważ nie miałem wówczas już nic, co by mnie dzieliło, królowa dosyć była rada ze mnie; że jednak uczucia moje dla niej nie są tego rodzaju, aby mnie czyniły niezdolnym do innej miłości, a serce to nie sługa, zakochałem się w pani de Martigues, do której miałem już znaczną skłonność wówczas, gdy była panną Villemontais, dworką królewicowej. Sadzę, że nie jest mi nieprzychylna; dyskrecja moja, której nie zna wszystkich przyczyn, usposabia ją życzliwie. Królowa nie posądza mnie o nią; ale ma inne podejrzenia nie mniej dotkliwe. Ponieważ pani de Martigues jest wciąż u królewicowej, zachodzę tam o wiele częściej niż zwykle. Królowa wyobraziła sobie, że to w królewicowej jestem zakochany. Stanowiskiem jest jej równa, przewaga zaś urody i młodości budzą w niej zazdrość dochodzącą do szału oraz nienawiść, której nie umie już ukryć. Kardynał lotaryński, który od dawna pono zabiega o względy królowej i który widzi dobrze, że ja zajmuję pożądane miejsce, wdał się, pod pozorem pogodzenia jej z królewicową, w przyczyny ich sporu. Nie ma wątpienia, że przejrzał prawdziwy powód kwasu królowej i z pewnością szyje mi buty jak może, nie zdradzając swej intencji. Oto jak stoją rzeczy w tej chwili. Osądź, jakie następstwa może mieć list który zgubiłem i który nieszczęście moje kazało mi włożyć do kieszeni, aby go oddać pani de Thémines. Jeśli królowa dostanie ten list, pozna, że ją oszukiwałem i że prawie w tym samym czasie, kiedy ją zdradziłem dla pani de Thémines, zdradzałem panią de Thémines dla innej; osądź, jakie jej to da pojęcie o mnie i czy będzie mogła kiedy wierzyć moim słowom. Jeżeli nie dostanie tego listu, co ja jej powiem? Wie, że go oddano do rąk królewicowej; pomyśli, że Chastelart poznał pismo królewicowej i że list jest od niej; wyobrazi sobie, że osobą, o której mowa w liście, jest może ona sama; słowem, nie ma rzeczy, której by nie mogła pomyśleć, której bym się nie musiał obawiać. Dodaj, że ja się kocham w pani de Martigues; że z pewnością królewicowa pokaże jej ten list; oczywiście będzie przypuszczała, że jest niedawno pisany; tak więc czeka mnie niełaska zarówno osoby, którą gorąco kocham, jak osoby, której trzeba mi się lękać ponad wszystko. Widzisz, czy nie mam przyczyny zaklinać cię, abyś powiedział, że list jest twój, i błagać na wszystko, abyś go poszedł odebrać od królewicowej.

— Widzę w samej rzeczy — rzekł pan de Nemours — że nie można być w większym kłopocie; ale trzeba przyznać, żeś na niego zasłużył. Obwiniano mnie, że nie jestem wiernym kochankiem i że mam po kilka miłostek naraz: ale ty przewyższasz mnie tak dalece, że nie śmiałbym nawet zamarzyć rzeczy, które ty spełniłeś. Czy mogłeś mniemać, że zachowasz panią de Thémines, wiążąc się z królową? I czyś się spodziewał, że związawszy się z królową będziesz ją mógł oszukiwać? Jest Włoszką i królową, i tym samym podejrzliwą, zazdrosną i dumną: kiedy twoje szczęście raczej niż twój rozsądek zwolniło cię z dawnych zobowiązań, podjąłeś nowe i wyobrażałeś sobie, iż na oczach całego dworu będziesz mógł kochać panią de Martigues tak, żeby królowa tego nie spostrzegła? Nie mogłeś dołożyć zbyt wiele starań, aby wynagrodzić królowej wstyd, iż uczyniła pierwsze kroki. Zapomniała dla ciebie o wszystkim; twoja dyskrecja broni ci powiedzieć mi tego, a moja pytać o to; ale to pewna, że cię kocha, że ci nie ufa i że oczywistość jest przeciw tobie.

— Czy tobie przystało obsypywać mnie wyrzutami — przerwał widam — i czy twoje doświadczenie nie powinno raczej mieć pobłażania dla moich błędów? Przyznaję chętnie, żem zawinił; ale pomyśl, błagam, jak mnie ratować z przepaści. Sądzę, iż trzeba, abyś poszedł do królewicowej, skoro tylko się obudzi, i poprosił jej o ów list jakoby zgubiony przez ciebie.

— Powiedziałem ci już — odparł pan de Nemours — że propozycja twoja jest trochę dziwna i że mój osobisty interes niełatwo się z nią zgodzi: ale co więcej, widziano, jak ten list wypadł z twojej kieszeni, trudno byłoby mi kogoś przekonać, że wypadł z mojej.

— Sądziłem, żem ci powiedział — odparł widam — że królewicowej powiedziano, iż list wypadł tobie.

— Jak to! — odparł żywo pan de Nemours, który ujrzał w tej chwili niebezpieczeństwo, na jakie go to naraża wobec pani de Clèves — powiedziano królewicowej, że to ja zgubiłem ów list?

— Tak — odparł widam. — A omyłka ta wynika stąd, że kilku dworzan znajdowało się w pokoju, gdzie były nasze ubrania i że twoi ludzie i moi przyszli po nie równocześnie. W tej chwili wypadł list; dworzanie podnieśli go i przeczytali głośno. Jedni sądzili, że jest do ciebie; drudzy, że do mnie. Chastelart, który go wziął i u którego się upominałem, powiedział mi, że dał ów list królewicowej jako należący do ciebie; ci, którzy opowiadali o tym królowej, powiedzieli, na nieszczęście, że należy do mnie; tak więc możesz łatwo spełnić moją prośbę i wybawić mnie z kłopotu.

Pan de Nemours zawsze bardzo kochał widama, a pokrewieństwo jego z panią de Clèves uczyniło mu go jeszcze droższym. Mimo to, nie mógł się zdobyć na to, aby się narazić na to, iż pani de Clèves może usłyszeć o tym liście jako o czymś, co jego dotyczy. Zadumał się głęboko, a widam domyślił się mniej więcej przedmiotu jego dumania.

— Rozumiem — rzekł — że obawiasz się pokłócić ze swą damą; byłbym gotów zgoła przypuszczać, że to królewicowa, gdyby nie to, że tak mało objawiasz zazdrości o pana d’Anville. Ale, jak bądź się rzeczy mają, nie godzi się, abyś poświęcał swój spokój dla mojego; chętnie też dam ci sposoby dowiedzenia tej, którą kochasz, że list pisano do mnie a nie do ciebie. Oto bilecik pani d’Amboise, przyjaciółki, której pani de Thémines zwierzyła się ze swych uczuć. Bilecikiem tym prosi mnie o zwrot listu przyjaciółki, tego właśnie, który zgubiłem; bilecik ma mój adres, treść nie zostawia żadnej wątpliwości, że list, o który się upomina, to ten sam, który znaleziono. Oddaję ten bilecik w twoje ręce, pokaż go swojej pani na uniewinnienie. Zaklinam cię, nie trać chwili i spiesz zaraz rano do królewicowej.

Pan de Nemours przyrzekł i wziął bilecik pani d’Amboise; ale zamiarem jego nie było iść do królewicowej, miał coś pilniejszego na głowie. Nie wątpił, że już powiedziano pani de Clèves o liście, i nie mógł znieść, aby osoba, którą kochał bez pamięci, mogła przypuszczać, że on ma konszachty z inną.

Udał się do niej w porze, gdy przypuszczał, że już nie śpi, i kazał oznajmić, że nie żądałby zaszczytu oglądania jej o tak niezwykłej godzinie, gdyby ważna sprawa nie zmuszała go do tego. Pani de Clèves była jeszcze w łóżku, z duszą stroskaną i wzburzoną smutnymi myślami, jakie ją oblegały przez noc. Niezmiernie się zdziwiła, kiedy jej powiedziano, że pan de Nemours chce z nią mówić; podrażniona, odpowiedziała bez wahania, że jest chora i że nie może go przyjąć.

Książę nie uraził się tą odmową; oznaka chłodu w chwili, gdy pani de Clèves mogła działać pod wpływem zazdrości, nie była złą wróżbą. Udał się do księcia de Clèves i oznajmił mu, że idzie od jego żony; że bardzo mu przykro, iż nie mógł się z nią zobaczyć, ile że ma z nią do pomówienia w sprawie nader ważnej dla widama de Chartres. W paru słowach dał do zrozumienia panu de Clèves, jak wielkiej rzecz jest wagi, zaczem pan de Clèves zaprowadził go natychmiast do pokoju żony. Gdyby nie mrok, jaki panował, z trudem zdołałaby ukryć pomieszanie i zdumienie, kiedy ujrzała pana de Nemours wchodzącego z mężem. Pan de Clèves oznajmił jej, że chodzi tu o list, że potrzebna jest jej pomoc w sprawie widama i że jej rzeczą jest rozpatrzyć z panem de Nemours, co trzeba uczynić; on sam śpieszy do króla, który po niego właśnie posyła.

Pan de Nemours został z panią de Clèves, czego właśnie pragnął.

— Przychodzę panią spytać — rzekł — czy królewicowa nie mówiła pani o liście, który Chastelart oddał jej wczoraj.

— Mówiła mi coś o tym — odparła pani de Clèves — ale nie widzę, co ten list ma wspólnego ze sprawami mego wuja, i mogę pana zapewnić, że go tam nie wymieniono.

— To prawda — odparł pan de Nemours — że go nie wymieniono, ale mimo to list jest do niego, i bardzo dlań ważnym jest, aby pani ten list wydostała od królewicowej.

— Trudno mi pojąć — odparła pani de Clèves — czemu mu tak zależy na tym, aby ten list był znany, i czemu trzeba go żądać w jego imieniu.

— Jeśli pani raczy mi poświęcić chwilę czasu — rzekł pan de Nemours — opowiem całą sprawę. Dowie się pani rzeczy tak ważnych dla widama, że nie powierzyłbym ich nawet księciu de Clèves, gdybym nie potrzebował jego pomocy dla uzyskania zaszczytu widzenia pani.

— Sądzę, że wszystko, co by się pan trudził mówić, byłoby zbyteczne — odparła pani de Clèves dość sucho — lepiej będzie, jeśli pan pójdzie wprost do królewicowej i nie szukając wybiegów, wyzna, że panu zależy na owym liście, skoro jej już powiedziano, że należy do pana.

Złość jaką pan de Nemours czuł w głosie pani de Clèves sprawiła mu najżywszą przyjemność, jakiej zaznał kiedy, i przeważyła jego żądzę uniewinnienia się.

— Nie wiem, pani — odparł — co ktoś mógł powiedzieć królewicowej; ale ten list nie dotyczy mnie w niczym, pisany jest do widama.

— Wierzę — odparła pani de Clèves — ale królewicowej powiedziano co innego i nie wyda się jej prawdopodobne, aby listy widama wypadały panu z kieszeni. Dlatego też, o ile pan nie ma jakiejś nieznanej mi przyczyny, aby ukrywać prawdę przed królewicową, radzę panu wyznać jej wszystko.

— Nie mam nic do wyznania — odparł — list nie jest do mnie i jeżeli kogo pragnę o tym przekonać, to nie królewicową. Ale, pani, ponieważ chodzi tu o los widama, pozwól, abym ci powiedział rzeczy godne zarazem twojej ciekawości.

Pani de Clèves okazała swoim milczeniem, że gotowa jest wysłuchać; zaczem pan de Nemours opowiedział jej najzwięźlej, jak mógł, wszystko, czego się świeżo dowiedział od widama. Mimo że to były rzeczy zdolne zadziwić i przykuć uwagę, pani de Clèves wysłuchała ich tak chłodno, iż zdawało się, że nie wierzy w ich prawdziwość lub że jej są obojętne. W tym usposobieniu wytrwała aż do chwili, gdy pan de Nemours wspomniał o bileciku pani d’Amboise pisanym do widama i mieszczącym dowód wszystkiego, co opowiedział przed chwilą. Wiedząc, że ta kobieta jest przyjaciółką pani de Thémines, pani de Clèves ujrzała w opowieści pana de Nemours niejakie podobieństwo do prawdy, które zrodziło w niej myśl, że może list nie był pisany do niego. Ta myśl wyrwała ją nagle i mimo jej woli z dotychczasowego chłodu. Książę, przeczytawszy jej ten bilet będący jego usprawiedliwieniem, podał go jej, aby przeczytała sama i obejrzała pismo; nie mogła się wstrzymać, aby nie wziąć listu, nie sprawdzić, czy pisany jest do widama i nie przeczytać go w całości dla przekonania się, czy list, o którego zwrot chodzi, to ten sam, który miała w rękach. Pan de Nemours przytoczył jeszcze inne argumenty; że zaś łatwo jest przekonać tym, co jest miłe, dowiódł pani de Clèves, że list ów nie tyczy się jego.

Zaczęła wówczas roztrząsać wspólnie kłopoty i niebezpieczeństwa, w jakich znalazł się widam, i ganić jego szpetne postępowanie, i szukać sposobów ratunku; dziwiła się postąpieniu królowej, przyznała się panu de Nemours, że ma u siebie list; słowem, skoro tylko uwierzyła w jego niewinność, ogarnęła jasnym i spokojnym umysłem wszystkie te rzeczy, których zrazu jakoby nie raczyła słyszeć. Zgodzili się, że nie trzeba oddawać listu królewicowej z obawy, aby go nie pokazała pani de Martigues, która zna pismo pani de Thémines i która, interesując się silnie widamem, odgadłaby łacno, że list pisany jest do niego. Uznali także, że nie trzeba mówić królewicowej wszystkiego, co tyczyło królowej jej świekry. Pod pozorem ratunku wuja, pani de Clèves podejmowała się z radością przechować wszystkie tajemnice, które jej pan de Nemours powierzył.

Książę nie byłby cały czas mówił o sprawach widama i w tej chwili swobodnej rozmowy byłby zaczerpnął śmiałość, jakiej dotąd jeszcze nie miał, gdyby nagle nie doniesiono pani de Clèves, że królewicowa wzywa ją do siebie. Pan de Nemours musiał odejść; pośpieszył do widama, aby mu oznajmić, iż rozstawszy się z nim, uznał za właściwsze zwrócić się do pani de Clèves jako jego siostrzenicy, niż iść prosto do królewicowej. Nie zbrakło mu na racjach, aby zyskać aprobatę i obudzić w widamie wiarę w pomyślny skutek.

Tymczasem, pani de Clèves ubrała się spiesznie, aby się udać do królewicowej. Ledwie zjawiła się w komnacie, kiedy królewicowa kazała się jej zbliżyć i rzekła po cichu:

— Od dwóch godzin czekam na ciebie, nigdy nie byłam w takim kłopocie jak dziś rano. Królowa słyszała o liście, który ci dałam wczoraj; przekonana jest, że to widam zgubił list. Wiesz dobrze, że on ją trochę obchodzi; kazała szukać listu, zażądała go od Chastelarta; powiedział, że oddał go mnie: zażądano go ode mnie pod pozorem, że to ładny list i że królowa jest go ciekawa. Nie śmiałam powiedzieć, że ty go masz; bałam się, iż wyobraziłaby sobie, że oddałam go tobie z przyczyny wuja twego widama i że mam z nim jakieś konszachty. Już uważałam, że królowa nierada widzi, że on mnie często odwiedza, tak iż powiedziałam, że list jest w sukniach, które miałam wczoraj i że osoba mająca od nich klucz wyszła. Daj mi prędko ten list — dodała — abym go mogła posłać królowej i abym go przeczytała wprzód sama dla sprawdzenia, czy nie znam pisma.

Pani de Clèves uczuła się jeszcze bardziej zakłopotana, niż się spodziewała.

— Nie wiem, co pani pocznie — odparła — bo pan de Clèves, któremu dałam list do przeczytania, oddał go panu de Nemours, który przyszedł wcześnie rano prosić, aby go od pani wydostał. Pan de Clèves przyznał się niebacznie, że ma ów list, i miał tę słabość, że ustąpił prośbom pana de Nemours.

— Wprawiasz mnie w największy kłopot — odparła królewicowa — źleś zrobiła, oddając list panu de Nemours; skoro ja ci go dałam, nie powinnaś go była wydawać bez mego pozwolenia. Co ja teraz powiem królowej i co ona sobie wyobrazi? Będzie sądziła, i to z pozorem prawdy, że ten list mnie dotyczy, i że jest coś między widamem a mną. Nikt jej nie przekona, że list jest do pana de Nemours.

— Bardzo jestem strapiona — odparła pani de Clèves — kłopotem, jaki sprawiłam, i oceniam jego rozmiary; ale to wina pana de Clèves, nie moja.

— Twoja — odparła królewicowa — żeś mu dała list; jesteś jedyną kobietą w świecie, która zwierza się ze wszystkim mężowi.

— Widzę, że zawiniłam — odparła pani de Clèves — ale myślmy, jak naprawić błąd, nie zaś, jak go roztrząsać.

— Nie przypominasz sobie mniej więcej, co było w tym liście? — spytała królewicowa.

— Owszem pani, pamiętam, przeczytałam go więcej niż raz.

— Jeżeli tak — odparła królewicowa — trzeba, abyś natychmiast poszła dać go napisać nieznajomą ręką. Poślę go królowej: ona nie pokaże go tym, którzy go widzieli; a gdyby nawet pokazała, będę twierdziła wciąż, że to jest ten, który Chastelart mi dał; on zaś nie będzie śmiał zaprzeczyć.

Pani de Clèves chwyciła się tej rady, tym bardziej że pomyślała, iż pośle do pana de Nemours po prawdziwy list, aby go dać przepisać dosłownie, podobnym pismem, i sądziła, że królowa niechybnie da się podejść. Skoro tylko znalazła się w domu, opowiedziała mężowi kłopot królewicowej i prosiła go, aby posłał po pana de Nemours. Odszukano go; przybył natychmiast. Pani de Clèves powtórzyła znowuż jemu wszystko i poprosiła o list; ale pan de Nemours oddał go już widamowi, który był tak szczęśliwy, że go ma z powrotem i że jest wolny od niebezpieczeństwa, że odesłał go natychmiast przyjaciółce pani de Thémines. Pani de Clèves znalazła się znów w kłopocie: w końcu, naradziwszy się dobrze, postanowili napisać list z pamięci. Zamknęli się, aby nad tym pracować; dano rozkaz u bramy, aby nie wpuszczano nikogo i odesłano wszystkich ludzi pana de Nemours. Ten pozór tajemnicy i poufałości niemało miał uroku dla księcia, a także dla pani de Clèves. Obecność męża i dobro widama usypiały poniekąd jej skrupuły; czuła jedynie rozkosz widzenia pana de Nemours, radość czystą i niezmąconą, jakiej nie czuła wprzód nigdy: radość ta dała jej swobodę i wesołość, jakich pan de Nemours u niej nie widywał i które zdwoiły jego miłość. Ponieważ nie miał nigdy jeszcze tak przyjemnych chwil, on także poweselał, i kiedy pani de Clèves zaczęła sobie przypominać list i spisywać go, książę, miast jej naprawdę pomagać, przerywał tylko i sypał żarciki. Pani de Clèves zaraziła się tą wesołością, tak iż od dawna siedzieli zamknięci i dwa razy już przychodzono od królewicowej naglić panią de Clèves o pośpiech, a oni jeszcze nie napisali ani połowy.

Pan de Nemours rad był przedłużyć czas, który mu biegł tak mile, i zapominał o sprawach przyjaciela. Pani de Clèves nie nudziła się i zapominała o sprawach wuja. Zaledwie po czterech godzinach list był gotów; a był tak licho pisany i pismo tak mało było podobne do oryginału, że musiałaby królowa zgoła nie dbać o wyświetlenie prawdy, aby jej nie odgadnąć. Toteż nie dała się oszukać, jakkolwiek silono się ją przekonać, że list pisany jest do pana de Nemours. Zachowała przeświadczenie nie tylko, że był pisany do widama, ale że królewicowa maczała w tym palce i że istnieje porozumienie między nimi. Ta myśl tak dalece powiększyła nienawiść jej do tej księżniczki, że nie przebaczyła jej tego, dopóki nie wygnała jej z Francji.

Co się tyczy widama, przepadł w jej oczach; i czy to kardynał Lotaryński już owładnął jej duszą, czy ów list, przekonywujący o zdradzie, pomógł jej do wykrycia innych sprawek widama, to pewna, że nigdy nie mógł szczerze się z nią pogodzić. Stosunek zerwał się; jakoż zgubiła następnie widama po sprzysiężeniu w Amboise, w które się wplątał.

Wysławszy list do królewicowej, pan de Clèves i pan de Nemours wyszli. Pani de Clèves została sama; skoro jej już nie podtrzymywała luba obecność kochanej osoby, ocknęła się jakoby ze snu; ujrzała ze zdumieniem niepojętą różnicę między stanem swoim wczorajszego wieczora a tym, w jakim znajdowała się obecnie; uprzytomniła sobie niechęć i chłód, z jakim przyjęła pana de Nemours, póki myślała, że list pani de Thémines pisany jest do niego: co za spokój i słodycz nastąpiły po tej niechęci, zaledwie ją przekonał, że list nie dotyczył jego! Kiedy pomyślała, jak w wilię wyrzucała sobie jako zbrodnię to, że okazała mu czułość, którą mogło zrodzić samo tylko współczucie, podczas gdy dziś niechęcią swoją zdradziła swą zazdrość, będącą niechybnym dowodem miłości, nie poznawała już samej siebie. Myślała dalej, że pan de Nemours widzi dobrze, że ona wie o jego miłości; że mimo tej świadomości nie obchodzi się z nim gorzej nawet w obecności swego męża; przeciwnie, nigdy nie patrzała nań tak życzliwie; że ona sprawiła, iż pan de Clèves posłał po księcia i że spędzili sam na sam całe popołudnie; miała uczucie, że jest w zmowie z panem de Nemours, że oszukuje męża najmniej zasługującego na to, i wstydziła się, że okazuje się istotą tak mało godną szacunku nawet swego kochanka. Ale najnieznośniejsze było jej wspomnieć stan, w jakim spędziła noc, i piekący ból podejrzeń, że pan de Nemours kocha inną, a ją zwodzi!

Nie znała dotąd śmiertelnych niepokojów wątpienia i zazdrości; myślała jedynie o tym, aby sobie wzbronić kochania pana de Nemours, i nie zaczęła jeszcze lękać się, że on może kochać inną. Mimo iż podejrzenia, jakie w niej obudził ów list, zatarły się, otworzyły jej wszakże oczy na możliwość zdrady, zbudziły w niej uczucia nieufności i zazdrości, których nie znała. Zdziwiła się, że jeszcze nie pomyślała, jak mało podobnym do prawdy jest, aby człowiek taki jak pan de Nemours, dotąd tak płochy, zdolny był do szczerego i trwałego przywiązania. Pomyślała, że prawie niepodobieństwem jest, aby jego uczucie mogło ją zadowolić. „Ale gdyby to było możliwe — mówiła — cóż ja z nim pocznę? Czyż mogę je cierpieć? Czy mogę je odwzajemnić? Czy chcę szukać miłostki? Czy chcę uchybić panu de Clèves? Czy chcę uchybić samej sobie? Czyż chcę wreszcie narazić się na okrutne żale i męczarnie, jakie przynosi z sobą miłość? Jestem wydana na łup skłonności, która porywa mnie mimo mej woli. Wszystkie moje postanowienia są daremne; myślałam wczoraj wszystko, co myślę dziś, a robię dziś wszystko przeciwne temu, co postanowiłam wczoraj. Trzeba mi się wyrwać z bliskości pana de Nemours; trzeba jechać na wieś, choćby ta podróż miała się wydać dzika; a jeżeli pan de Clèves uprze się, aby mi jej bronić lub dochodzić przyczyny, może uczynię mu (i sobie także) tę krzywdę, że mu powiem wszystko”. Zatrzymała się przy tym postanowieniu i spędziła wieczór w domu, nie idąc się dowiadywać u królewicowej, co się stało z fałszywym listem widama.

Kiedy pan de Clèves powrócił, powiedziała mu, że chce wyjechać na wieś; czuje się cierpiąca i potrzebuje powietrza. Pan de Clèves, który nie widział z jej urody, aby cierpienie to było poważne, wyśmiał zrazu ten jej zamiar; odpowiedział, że zapomina o weselu księżniczek i o turnieju, i że zaledwie ma czas, aby się przygotować, jeśli chce wystąpić nie gorzej niż inne panie. Racje mężowskie nie zdołały odmienić jej zamiaru; prosiła, aby zezwolił, iż, podczas gdy on pojedzie do Compiègne z królem, aby ona udała się do Colomiers, pięknego domu o jeden dzień od Paryża, zbudowanego bardzo wygodnie. Pan de Clèves zgodził się: zaczem udała się tam z zamiarem niewrócenia rychło, król zaś wyjechał do Compiègne, gdzie miał bawić zaledwie kilka dni.

Pan de Nemours bolał wielce, że nie ujrzał pani de Clèves od owego poobiedzia, które spędził z nią tak przyjemnie i które pomnożyło jego nadzieje. Niecierpliwość ujrzenia jej znowu nie dawała mu spokoju: tak iż, kiedy król wrócił do Paryża, postanowił udać się do swej siostry, księżnej de Mercoeur, bawiącej na wsi niedaleko Colomiers. Namówił widama, aby się wybrał wraz z nim, co ten przyjął z ochotą; pan zaś de Nemours uczynił to w nadziei ujrzenia pani de Clèves i odwiedzenia jej wraz z widamem.

Pani de Mercoeur przyjęła ich z wielką radością, i troszczyła się jeno o to, aby ich rozerwać i dostarczyć im wszystkich uciech wiejskich. Gdy gonili za jeleniem, pan de Nemours zabłąkał się w lesie. Pytając o powrotną drogę, dowiedział się, że jest blisko Colomiers. Na to słowo „Colomiers”, nie zastanawiając się zgoła i nie wiedząc, co zamierza, popędził w skok we wskazanym kierunku. Wjechał w las i jechał przed siebie starannie wykonaną aleją, która widocznie prowadziła do zamku. Na końcu tej alei ujrzał domek: na dole była wielka sala, obok niej dwa pokoje, z których jeden miał drzwi na ogród, oddzielony od lasu jedynie palisadą, drugi zaś na aleję parkową. Pan de Nemours wszedł do domku i byłby się zatrzymał, aby oglądać jego piękność, gdyby nie ujrzał obojga państwa de Clèves zbliżających się aleją wraz z hurmą domowników. Ponieważ nie spodziewał się zastać pana de Clèves, którego zostawił przy królu, pierwszym jego odruchem było schować się: wszedł do pokoju wychodzącego na ogród w zamiarze wydostania się do lasu, ale widząc, że pani de Clèves i jej mąż usiedli pod domkiem, że domownicy zostali w parku i że nie mogli doń dotrzeć, nie przechodząc miejscem, gdzie byli państwo de Clèves, nie mógł sobie odmówić przyjemności ujrzenia swej pani, ani też oprzeć się ciekawości usłyszenia jej rozmowy z mężem, o którego bardziej był zazdrosny niż o któregokolwiek z rywali.

Usłyszał, jak pan de Clèves mówił do żony:

— Ale czemu nie chcesz wracać do Paryża? Co cię może zatrzymywać na wsi? Masz od jakiegoś czasu upodobanie w samotności, które mnie dziwi i które mnie martwi, ponieważ nas rozdziela. Znajduję cię nawet smutniejszą niż zwykle i boję się, czy nie masz jakiego zmartwienia.

— Nie mam nic — odparła z zakłopotaniem — ale na dworze jest taki zgiełk, a u nas w domu tyle gości, że niepodobna nie być znużoną i nie szukać odpoczynku.

— Odpoczynek — odparł — to nie jest rzecz twojego wieku. Żyjesz w domu i na dworze w sposób niedający powodu do zmęczenia; obawiam się raczej, czy nie jesteś rada żyć z dala ode mnie.

— Bardzo byłbyś niesprawiedliwy, gdybyś miał tę myśl — odparła z rosnącym zakłopotaniem — ale błagam, abyś mnie zostawił tutaj. Gdybyś mógł tutaj zamieszkać, bardzo bym się cieszyła, bylebyś mógł być sam i nie sprowadzać owej niezliczonej mnogości ludzi, którzy cię nie opuszczają nigdy.

— Ha, żono! — wykrzyknął pan de Clèves — twoja mina i twoje słowa dowodzą mi, że masz przyczyny pragnąć samotności, przyczyny, których nie znam, w sposób, który powiększa wciąż ciekawość męża, i błagam, abyś mi je wyznała.

Nalegał długo, nie mogąc jej skłonić; broniła się, spuściła oczy, zapadła w głębokie milczenie, po czym nagle ozwała się, patrząc nań:

— Nie przymuszaj mnie — rzekła — abym ci zwierzyła rzecz, której nie mam siły wyznać, mimo że nieraz miałam ten zamiar. Zrozum tylko, że roztropność nie pozwala, aby kobieta w moim wieku i będąca panią swoich postępków narażała się na życie dworu.

— Co pani powiadasz? — wykrzyknął pan de Clèves. — Ja nie śmiałbym ci tego rzec z obawy, by cię nie obrazić.

Pani de Clèves nie odpowiedziała nic: milczenie jej utwierdziło męża w jego mniemaniu.

— Nie odpowiadasz nic — podjął — to znaczy, że się nie mylę.

— Więc dobrze, panie — odparła, rzucając się do jego kolan — wyznam ci coś, czego nigdy kobieta nie wyznała mężowi, ale niewinność mego życia i moich intencji dodaje mi siły. Prawdą jest, że mam przyczyny oddalić się od dworu i że chcę uniknąć niebezpieczeństw grożących niekiedy osobom w moim wieku. Nie okazałam nigdy żadnej słabości i nie lękałabym się o siebie, gdybyś mi pozwolił usunąć się ze dworu lub gdybym miała jeszcze matkę ku pomocy. Mimo wszystkich niebezpieczeństw mego postanowienia, powzięłam je z radością, aby pozostać godną ciebie. Błagam cię o przebaczenie: jeśli mam uczucia, które cię obrażają, przynajmniej nie obrażę cię nigdy uczynkiem. Pomyśl, że aby uczynić to, co ja czynię, trzeba mieć więcej przyjaźni i więcej szacunku dla męża niż kto miał kiedykolwiek: prowadź mnie, miej litość nade mną i kochaj mnie jeszcze, jeżeli możesz.

Przez cały czas tej przemowy pan de Clèves siedział z głową wspartą na rękach, ledwie przytomny i nie pomyślał o tym, aby podnieść żonę. Kiedy skończyła mówić, skoro obrócił na nią oczy, skoro ujrzał ją u swych kolan z twarzą zalaną łzami i tak cudownie piękną, myślał, że skona z boleści.

Ściskając ją i podnosząc, rzekł:

— To ty miej litość nade mną, jestem jej godzien; i przebacz, jeśli w pierwszej chwili tak ciężkiej zgryzoty nie odpowiem tak, jak powinienem, na postępowanie takie, jak twoje. Wydajesz mi się bardziej godna szacunku i podziwu niż którakolwiek z kobiet, jakie były w świecie, ale też ja czuję się najnieszczęśliwszym człowiekiem, jaki był kiedy. Tchnęłaś we mnie namiętność od pierwszego spojrzenia; twoja oziębłość i posiadanie ciebie nie mogły jej ugasić, trwa jeszcze. Nigdy nie mogłem obudzić w tobie miłości i widzę, że obawiasz się pokochać innego. I kto jest, pani, ten szczęśliwy, który zrodził w tobie tę obawę? Jaką drogę znalazł do twego serca? W zgryzocie, żem go nie obudził, pocieszałem się poniekąd myślą, że może jest ono niezdolne do miłości: jednakże inny sprawia to, czego ja nie mogłem. Kąsa mnie wraz zazdrość męża i kochanka; ale niepodobna być zazdrosnym mężem po postąpieniu takim jak twoje. Zbyt jest szlachetne, aby mi miało nie dać zupełnej pewności; pociesza mnie nawet jako kochanka. Ufność i szczerość, z jakimi sobie poczynasz, są bez ceny: szanujesz mnie na tyle, aby wierzyć, że nie nadużyję tego wyznania. Masz słuszność, pani, nie nadużyję go i nie umniejszy ono mej miłości. Czynisz mnie nieszczęśliwym, dając mi największy dowód wierności, jaki kiedykolwiek żona dała mężowi. Ale, pani, dokończ, i powiedz mi, kto jest ten, kogo chcesz unikać.

— Błagam cię, nie pytaj o to — odparła — postanowiłam nie powiedzieć ci tego i sądzę, że roztropność nie chce, abym go nazwała.

— Nie lękaj się pani — odparł pan de Clèves, zbyt dobrze znam świat, aby nie wiedzieć, że szacunek dla męża nie przeszkadza kochać się w jego żonie. Powinno się nienawidzić takich, a nie wyrzekać na nich; toteż jeszcze raz błagam cię, pani, abyś mi powiedziała to, co pragnę wiedzieć.

— Nagliłbyś mnie daremnie — odparła — mam siłę zmilczeć to, czego nie powinnam powiedzieć. Wyznanie moje nie było słabością, trzeba więcej męstwa, aby wyznać taką prawdę, niż aby ją zataić.

Pan de Nemours nie tracił ani słowa z tej rozmowy, a to, co powiedziała pani de Clèves budziło w nim tyleż zazdrości co w mężu. Był w niej tak szalenie zakochany, iż sądził, że wszyscy żywią te same uczucia. Prawda, że w istocie miał wielu rywali, ale roił ich sobie jeszcze więcej; serce jego gubiło się w dochodzeniu, kogo pani de Clèves mogła mieć na myśli. Myślał wiele razy, że on nie jest jej niemiły, i opierał tę wiarę na rzeczach, które wydały mu się w tej chwili tak błahe, że nie mógł sobie wyobrazić, aby to on obudził uczucie, zaiste, bardzo gwałtowne, skoro się uciekało do takiego lekarstwa. Był tak wzruszony, że nie wiedział, co się z nim dzieje, i nie mógł przebaczyć panu de Clèves, że nie dość nagli żonę, aby mu powiedziała owo nazwisko.

Pan de Clèves dokładał wszakże wszelkich wysiłków po temu, ale naglił daremnie.

— Zdaje mi się — odparła — że powinieneś się zadowolić mą szczerością; nie żądaj więcej i nie każ mi żałować tego, co uczyniłam. Poprzestań na zapewnieniu, które ci daję raz jeszcze, że żaden czyn nie zdradził moich uczuć i że nie usłyszałam nic, co by mnie mogło obrazić.

— Ha, pani — odparł nagle pan de Clèves — nie mogę ci uwierzyć. Przypominam sobie zakłopotanie twoje w dniu, w którym zginął twój portret. Darowałaś, pani, darowałaś ów portret, który mi był tak drogi, który był tak prawą mą własnością. Nie mogłaś ukryć swoich uczuć; kochasz, on wie o tym; twoja cnota uchroniła cię dotąd od reszty.

— Czy podobna — wykrzyknęła księżna — abyś mógł podejrzewać jakiś fałsz w wyznaniu takim jak moje, do którego nic mnie nie zmuszało! Ufaj moim słowom; dość drogo okupiłam zaufanie, o które proszę. Wierzaj mi, zaklinam, że nie dałam mego portretu; prawda, że widziałam, jak on go brał; ale nie chciałam okazać, że widzę, aby się nie narazić na usłyszenie rzeczy, których nie śmiał mi jeszcze powiedzieć.

— Czym zatem okazał ci, że cię kocha — odparł pan de Clèves — i jakie dał ci oznaki miłości?

— Oszczędź mi — odparła — przykrości powtarzania szczegółów, które jeśli zauważyłam to ze wstydem i które aż nadto przekonały mnie o mej słabości.

— Masz słuszność, pani — odparł — jestem niesprawiedliwy. Odmów mi za każdym razem, kiedy będę pytał o podobne rzeczy; nie obrażaj się wszakże, jeśli będę o nie pytał.

W tej chwili kilku domowników, którzy zostali w alei, pośpieszyło oznajmić panu de Clèves, że przybył od króla dworzanin z rozkazem, aby się stawił wieczór w Paryżu. Pan de Clèves musiał odejść i nie mógł nic powiedzieć żonie prócz tego, iż błaga ją, aby wróciła nazajutrz, i że ją zaklina, aby wierzyła, iż mimo swej zgryzoty ma dla niej niewygasłą czułość i szacunek.

Kiedy książę odjechał, kiedy pani de Clèves została sama, kiedy pomyślała, co zrobiła przed chwilą, przeraziła się tak bardzo, że zaledwie mogła sobie wyobrazić, że to jest prawda. Zrozumiała, iż pozbawiła się sama serca i szacunku męża i że wykopała przepaść, z której nie wydobędzie się nigdy. Pytała samej siebie, czemu uczyniła rzecz tak niebaczną, i spostrzegła, że stało się to prawie bez jej zamiaru. Osobliwość podobnego wyznania, którego przykładu zgoła nie widziała, ukazywała jej całe niebezpieczeństwo.

Ale kiedy pomyślała, że to lekarstwo, mimo iż tak gwałtowne, było jedynym, które mogło ją obronić od pana de Nemours, czuła, iż nie powinna niczego żałować i że krok jej nie był zbyt śmiały. Spędziła całą noc pełną niepewności, zamętu i obawy. Ale wreszcie spokój wrócił do jej duszy, znalazła nawet słodycz w tym, że dała ten dowód wierności mężowi tak zasługującemu na nią, który miał dla niej tyle szacunku i przyjaźni, i który jeszcze teraz dał ich nowe świadectwa przez sposób, w jaki przyjął jej wyznanie.

Tymczasem pan de Nemours opuścił miejsce, w którym słyszał rozmowę obchodzącą go tak żywo, i zapuścił się w las. To, co pani de Clèves powiedziała o swoim portrecie, wróciło mu życie, świadcząc, że to na niego patrzała życzliwie. Oddał się zrazu tej radości; ale nie trwała ona długo, skoro się zastanowił, że to samo, z czego się dowiedział, że trafił do serca pani de Clèves, powinno go zarazem upewnić, że nigdy nie otrzyma od niej żadnych ustępstw i że niepodobieństwem jest zdobyć osobę, która uciekła się do tak niezwykłego lekarstwa. Czuł wszakże żywą rozkosz, że ją doprowadził do tej ostateczności. Dumny był, że zdobył serce istoty tak różnej od wszystkich kobiet; słowem, czuł się wraz po stokroć szczęśliwy i nieszczęśliwy. Noc zaskoczyła go w lesie i z trudem przyszło mu odnaleźć drogę do domu pani de Mercoeur. Przybył tam o świcie, dość trudno mu było wytłumaczyć swą nieobecność; wykręcił się, jak umiał i wrócił tego samego dnia z widamem do Paryża.

Książę był tak przepełniony miłością i tak zdziwiony tym, co usłyszał, że popadł w nieostrożność dość pospolitą, która polega na tym, aby mówić w ogólnych wyrazach o własnych uczuciach i opowiadać własne przygody pod zmyślonym mianem. Wracając, obrócił rozmowę na miłość i wysławiał rozkosz kochania osoby godnej takiego uczucia. Mówił o dziwnych skutkach tej miłości i wreszcie, nie mogąc zamknąć w sobie zdumienia, w jakie go wprawił postępek pani de Clèves, opowiedział go widamowi, nie wymieniając osoby i nie mówiąc mu, że on jest jego przedmiotem. Ale opowiadał z takim zapałem i z takim podziwem, że widam domyślił się z łatwością, iż cała ta historia dotyczy jego samego. Nalegał nań bardzo, aby się przyznał. Mówił, iż wie od dawna, że on chowa jakąś wielką miłość; nie godzi się, powiadał, nie zaufać człowiekowi, który mu powierzył tajemnicę swego życia. Pan de Nemours zbyt był zakochany, aby zwierzyć swą miłość. Zawsze ją ukrywał przed widamem, mimo że ze wszystkich na dworze jego kochał najwięcej. Odparł, że to jeden z przyjaciół opowiedział mu tę przygodę, kazawszy mu przyrzec, że jej nie powtórzy; toteż zaklął widama, aby ją zachował w tajemnicy. Widam upewnił go, że nie powie nikomu; mimo to pan de Nemours żałował, że i tyle mu powiedział.

Tymczasem pan de Clèves udał się do króla z sercem przepełnionym śmiertelną boleścią. Nigdy mąż nie kochał tak namiętnie własnej żony i tyle jej nie szanował. To, czego się dowiedział nie zniszczyło jego szacunku, ale sprawiło, że szacunek ten był inny niż dotąd. Co go zaprzątało najwięcej, to chęć odgadnięcia nazwiska tego, który jej umiał być miły. Najpierw przyszedł mu na myśl pan de Nemours, jako kwiat wszystkiego, co było na dworze; i kawaler de Guise, i marszałek de Saint-André, jako dwaj ludzie, którzy starali się jej podobać i którzy wciąż zasługiwali się jej pilnie; tak iż rozumiał, że to musi być jeden z tych trzech. Skoro przybył do Luwru, król wziął go do swego gabinetu, aby mu oznajmić, że jego wybrał dla odprowadzenia młodej królowej do Hiszpanii; uznał, że nikt nie wywiąże się tak dobrze z tego zlecenia, i nikt też nie przyniesie tyle honoru Francji, co pani de Clèves. Pan de Clèves przyjął ten zaszczyt tak jak należało, widząc w tym nawet rzecz, która nie ściągając uwagi, oddali żonę jego od dworu. Bądź co bądź, pora tego wyjazdu była jeszcze zbyt daleka, aby mu to było lekarstwem na kłopot, w jakim się znajdował. Napisał do pani de Clèves, zawiadamiając o postanowieniu króla i oznajmiając zarazem, że życzy sobie koniecznie, aby wróciła do Paryża. Wróciła, tak jak kazał, i kiedy się spotkali, oboje ujrzeli się w głębokim smutku.

Pan de Clèves przemówił do niej jak najzacniejszy człowiek w świecie i bardzo godny tego, co uczyniła.

— Nie mam najmniejszej obawy o twoje prowadzenie — rzekł — więcej masz siły i cnoty, niż sama myślisz. Nie obawa też o przyszłość mnie nęka. Gryzie mnie jedynie to, że masz dla kogo innego uczucia, których nie mogłem w tobie obudzić.

— Nie wiem, co mam odpowiedzieć — rzekła — umieram ze wstydu, kiedy o tym mówię z tobą. Oszczędź mi, błagam, tak okrutnych rozmów; rozrządzaj moim życiem; spraw, abym nie widywała nikogo; to wszystko, o co proszę. Ale ścierp, abym nie mówiła ci o rzeczy, która mnie czyni tak niegodną ciebie, a która mi się zdaje tak niegodną mnie samej.

— Masz słuszność, żono — odparł — nadużywam twojej słodyczy i ufności. Ale też miej nieco współczucia dla stanu, w jaki mnie wprawiłaś, i pomyśl, że, mimo wszystko co mi wyznałaś, skrywasz przede mną imię budzące we mnie ciekawość, z którą niepodobna mi żyć. Nie żądam, byś ją zaspokoiła, ale nie mogę się wstrzymać, aby ci nie powiedzieć, że ten, któremu winienem zazdrościć, to, mniemam, jest marszałek de Saint-André albo książę de Nemours, albo kawaler de Guise.

— Nie odpowiem ci nic w tej mierze — odparła, płoniąc się — i nie dam żadnego pokarmu twoim podejrzeniom. Co więcej, jeżeli zechcesz je rozjaśnić, śledząc mnie, wprawisz mnie w zakłopotanie, które stanie się widoczne wszystkim. Na imię Boga — ciągnęła — błagam, pozwól, abym pod pozorem jakiej choroby nie widywała nikogo.

— Nie, pani — odparł — odkryto by łatwo, że to jest udanie; a przy tym ja chcę polegać tylko na tobie samej; jest to droga, którą radzą mi obrać i serce, i rozum, Zważywszy twój charakter, zostawiając ci swobodę, zamykam cię w granicach ciaśniejszych niż te, które ja bym ci mógł zakreślić.

Pan de Clèves nie mylił się: ufność, jaką okazywał żonie umacniała ją bardziej przeciw panu de Nemours i rodziła w niej postanowienia surowsze, niżby to mógł uczynić jakikolwiek przymus. Udała się tedy jak zwykle do Luwru i do królewicowej; ale tak pilnie unikała obecności i oczu pana de Nemours, że odjęła mu niemal całą radość świadomości, że jest kochany. Wszystko w jej postępowaniu świadczyło o czymś wręcz przeciwnym. Nie wiedział prawie, czy to, co usłyszał nie było snem, tak mało widział w tym prawdopodobieństwa. Jedyną rzeczą, która to upewniała, że się nie omylił, to bezmierny smutek pani de Clèves, mimo wszystkich jej wysiłków, aby go ukryć: lube spojrzenia i słowa nie byłyby może tak zwiększyły miłości pana de Nemours jak ta surowość.

Jednego wieczora, kiedy oboje państwo de Clèves byli u królowej, ktoś powiedział, że król ma podobno powołać jeszcze jednego magnata, aby odprowadził młodą królową do Hiszpanii. Pan de Clèves wlepił oczy w żonę w chwili, gdy dodano, że to może będzie kawaler de Guise albo marszałek de Saint-André. Zauważył, że nie wzruszyły jej ani te dwa nazwiska, ani możliwość wspólnej podróży. To obudziło w nim mniemanie, że żaden z nich dwu nie jest przedmiotem jej lęku; pragnąc tedy rozjaśnić swoje domysły, wszedł do gabinetu królowej, gdzie znajdował się król. Zostawszy tam chwilę, wrócił i szepnął cicho żonie, że dowiedział się, iż to pan de Nemours pojedzie z nimi do Hiszpanii.

Nazwisko pana de Nemours i myśl, że ma być narażona na widywanie go co dzień w czasie długiej podróży, przyprawiły panią de Clèves o wzruszenie, którego nie mogła ukryć; ale starała się dać mu inny pozór.

— To bardzo niemiły wybór dla ciebie, mężu — rzekła. — Będzie dzielił wszystkie honory; toteż zdaje mi się, że powinieneś się postarać raczej o kogo innego.

— To nie troska o moją chwałę, pani — odparł pan de Clèves — każe ci się obawiać, aby pan de Nemours nie jechał ze mną. Niechęć twoja ma inne źródło. Ta niechęć przekonywa mnie o tym, o czym od innej kobiety dowiedziałbym się z jej radości. Ale nie obawiaj się; to co rzekłem, to nieprawda; wymyśliłem to tylko, aby się upewnić o rzeczy, której byłem aż nadto pewny.

To rzekłszy, wyszedł, nie chcąc powiększać swoją obecnością zakłopotania żony.

W tej samej chwili wszedł pan de Nemours i spostrzegł od razu stan, w jakim znajdowała się pani de Clèves. Zbliżył się i rzekł z cicha, że nie śmie przez uszanowanie pytać jej o powód głębszej niż zwyczajnie zadumy. Głos pana de Nemours obudził ją, patrzała nań, nie rozumiejąc, co do niej mówi, pełna własnych myśli i obawy, aby mąż nie ujrzał go przy niej.

— Na miłość boską — rzekła — zostaw mnie książę w spokoju.

— Niestety, pani — odparł — zostawiam cię w spokoju aż nadto; na co możesz się uskarżać? Nie śmiem do ciebie mówić, nie śmiem nawet patrzeć: zbliżam się do ciebie ze drżeniem. Czym ściągnąłem na siebie tę wymówkę, i czemu mi okazujesz, że mam jakiś udział w tej zgryzocie?

Pani do Clèves była bardzo nierada, że dała panu de Nemours sposobność wypowiedzenia się jaśniej niż kiedykolwiek. Oddaliła się bez odpowiedzi i wróciła do domu bardziej jeszcze wzruszona. Mąż zauważył łatwo jej stan. Spostrzegł, że ona lęka się, aby nie zaczął mówić z nią o tym, co zaszło. Udał się do alkierza.

— Nie unikaj mnie, pani — rzekł — nie powiem nic, co by cię mogło dotknąć; proszę cię o przebaczenie za pułapkę, jaką ci zastawiłem. Dość jestem ukarany tym, czegom się dowiedział. Pan de Nemours był ze wszystkich ludzi tym, którego się najwięcej obawiałem. Widzę niebezpieczeństwo, w jakim się znajdujesz; panuj nad sobą przez miłość dla siebie samej i, jeśli można, przez miłość dla mnie. Nie proszę cię o to jako mąż, ale jak człowiek, którego jesteś całym szczęściem, i który kocha cię tkliwiej i mocniej niż ten, któregoś przełożyła nade mnie.

Wymawiając te ostatnie słowa, pan de Clèves rozczulił się tak, że z trudem ich dokończył. Księżna, wzruszona, zalała się łzami i uściskała go z czułością i bólem, które wprawiły go w stan mało różny od jej stanu. Trwali tak jakiś czas w milczeniu i rozstali się, nie mając siły przemówić.

Ukończono przygotowania do ślubu królewny. Książę Alba przybył, aby ją zaślubić. Przyjęto go z całą wspaniałością i ze wszystkimi ceremoniami stosownymi w podobnej okazji. Król wysłał naprzeciw niemu księcia de Condé, kardynałów: lotaryńskiego i Guise, książąt Lotaryngii, Ferrary, Aumale, Beuillon, Guise i Nemours. Mieli z sobą wielu dworzan i obfitość paziów przybranych w ich barwy. Król oczekiwał sam księcia Alby u pierwszej bramy Luwru z dwustoma dworzanami i konetablem na ich czele. Zbliżywszy się do króla, książę chciał mu uścisnąć kolana; ale król nie pozwolił i kazał mu iść obok siebie aż do królowej i do królewny, której książę Alby wręczył wspaniały dar od swego władcy. Udał się następnie do Jejmości Małgorzaty, siostry króla Imci, aby jej przedłożyć służby pana Sabaudzkiego i upewnić, że przybędzie niebawem. Odbyły się wielkie asamble w Luwrze, aby księciu Alby i księciu Oranii, który mu towarzyszył, pokazać piękności dworu.

Pani de Clèves, mimo całej ochoty, nie śmiała się wymówić od tych uroczystości z obawy, aby nie obrazić męża, który kazał jej koniecznie być wszędzie. Jeszcze bardziej skłaniała ją do tego nieobecność pana de Nemours. Udał się naprzeciw pana Sabaudzkiego, po przybyciu zaś owego księcia zmuszony był prawie ciągle pozostawać przy nim, aby mu pomagać we wszystkim, co tyczyło ceremonii weselnych. To sprawiło, że pani de Clèves nie spotykała księcia tak często jak zwykle, co jej wróciło nieco spokoju.

Widam de Chartres nie zapomniał swojej rozmowy z panem de Nemours. Przeświadczony był, że przygoda, którą mu książę opowiedział, jest jego własna, i przyglądał mu się tak pilnie, że byłby może przejrzał prawdę, gdyby przybycie księcia Alby i księcia Sabaudzkiego nie uczyniły na dworze dywersji, która nie pozwoliła mu się tym zbytnio zajmować. Chęć rozjaśnienia sprawy lub raczej naturalna skłonność zwierzania się ze wszystkim ukochanej istocie, sprawiła, iż opowiedział pani de Martigues dziwny postępek osoby, która wyznała mężowi swą miłość dla innego. Upewnił ją, że to książę Nemours obudził tę szaloną miłość i prosił, aby pomogła śledzić księcia. Pani de Martigues bardzo była rada z tej nowinki, zainteresowanie zaś, jakie królewicowa objawiała zawsze co do wszystkiego, co tyczyło pana de Nemours, pomnażało jeszcze jej ochotę rozjaśnienia tajemnicy.

Na krótko przed dniem ceremonii małżeństwa, królewicowa dawała wieczerzę dla króla swego teścia i dla księżnej de Valentinois. Pani de Clèves, zajęta strojem, przyszła do Luwru później niż zazwyczaj. Idąc, spotkała dworzanina, który szedł po nią z polecenia królewicowej. Skoro weszła do komnaty, królewicowa krzyknęła jej z łóżka (na którym siedziała), że oczekuje jej bardzo niecierpliwie.

— Sądzę, pani — odparła — że nie mam ci co dziękować za tę niecierpliwość i że powodem jej jest pewnością co innego niż moja osoba.

— Masz słuszność — odparła królewicowa — mimo to powinnaś mi być wdzięczna: opowiem ci historię, którą z pewnością będziesz rada usłyszeć.

Pani de Clèves uklękła przy łóżku, tak iż, szczęściem dla niej, twarz jej była w cieniu.

— Wiesz — mówiła królewicowa — jakieśmy były ciekawe wiedzieć, co jest przyczyną zmiany w panu Nemours. Sądzę, że wiem, co to takiego; jest to coś, co cię zadziwi. Jest szalenie zakochany, z pełną wzajemnością, w jednej z najpiękniejszych pań na dworze.

Te słowa, których pani de Clèves nie mogła odnieść do siebie, ponieważ nie sądziła, aby ktoś wiedział, że ona kocha pana de Nemours, sprawiły jej ból łatwy do pojęcia.

— Nie widzę w tym nic — odparła — co by mogło dziwić u człowieka w wieku pana de Nemours i z jego zaletami.

— Toteż nie to — odparła królewicowa — powinno cię dziwić, ale to, że ta kobieta, która kocha pana de Nemours, nigdy nie dała mu żadnego świadectwa tej miłości, i że lęk, iż nie zawsze mogłaby być panią swoich uczuć, sprawił, że je wyznała mężowi, aby ją zabrał ze dworu. Sam pan de Nemours opowiadał to, co ci mówię.

O ile pani de Clèves zrazu cierpiała na myśl, że ona nie ma żadnego udziału w tej przygodzie, ostatnie słowa królewicowej wtrąciły ją w rozpacz, dając jej pewność, że ma w niej aż nadto udziału. Nie umiała nic odpowiedzieć, siedziała z głową schyloną na łóżko, gdy królewicowa mówiła dalej, tak zajęta swoją historią, że nie zwracała uwagi na resztę. Skoro pani de Clèves ochłonęła trochę, odparła:

— Ta historia, pani, nie wydaje mi się prawdopodobna; chciałabym wiedzieć, kto ci ją opowiedział.

— Pani de Martigues — odparła królewicowa — a dowiedziała się jej od widama de Chartres. Wiesz, że on się w niej kocha; zwierzył jej rzecz pod sekretem, a wie ją od samego księcia de Nemours. Prawda, że książę nie wymienił nazwiska damy i nie przyznał nawet, aby był przedmiotem jej uczuć; ale widam nie wątpi o tym.

Kiedy królewicowa domawiała tych słów, ktoś zbliżył się do łóżka. Pani de Clèves siedziała w ten sposób, że nie mogła widzieć, kto to taki, ale znikły jej wątpliwości, skoro królewicowa zawołała tonem wesołego zdziwienia:

— Oto on sam, oto on, zapytam go, jak było.

Pani de Clèves odgadła wnet, że to pan de Nemours; i tak było w istocie. Nie obracając się w jego stronę, pochyliła się żywo do królewicowej i szepnęła, że nie trzeba ani słowem wspominać mu o tej przygodzie; że zwierzył ją widamowi i że to byłaby rzecz zdolna ich poróżnić. Królewicowa odpowiedziała, śmiejąc się, że jest zbyt przezorna, i zwróciła się do pana de Nemours.

Był wystrojony na wieczorną zabawę i rzekł z wdziękiem, który mu był wrodzony:

— Sądzę, pani, iż mogę myśleć bez zarozumienia7, że panie mówiły o mnie, kiedy wszedłem, że Wasza Wysokość miałaś zapytać mnie o coś, a pani de Clèves sprzeciwia się temu.

— To prawda — odparła królewicowa — ale nie ustąpię jej tak łatwo jak zwykle. Chcę dowiedzieć się, czy pewna historia, którą mi opowiadano, jest prawdą, i czy to nie pan jest owym człowiekiem kochanym przez kobietę, która ukrywa pilnie swą miłość i która wyznała ją mężowi.

Zmieszanie i zakłopotanie pani de Clèves przechodziło wszystko, co można sobie wyobrazić: gdyby śmierć zjawiła się, aby ją wyrwać z tego stanu, przyjęłaby ją z lubością. Ale pan de Nemours był, jeśli możebna, jeszcze bardziej zakłopotany. Słowa królewicowej, o której mógł mniemać, że go mile widzi, w obecności pani de Clèves, do której ze wszystkich osób na dworze miała największe zaufanie i ona też do niej wzajem, wprawiły go w taki zamęt, że nie podobna mu było zapanować nad swym obliczem. Zmieszanie, w jakim go widziała pani de Clèves z jego winy, oraz myśl o słusznym powodzie do gniewu, jaki jej dawał, wzruszyły go tak, że nie mógł nic odpowiedzieć.

Widząc, jak bardzo jest nieprzytomny, królewicowa rzekła:

— Patrz na niego, patrz na niego, i osądź, czy to nie on sam miał tę przygodę.

Tymczasem pan de Nemours, ochłonąwszy nieco i widząc całe niebezpieczeństwo, zdołał się opanować.

— Wyznaję, pani, że niepodobna być bardziej zdziwionym i dotkniętym niedyskrecją widama de Chartres, który, jak widzę, rozpowiedział przygodę jednego z mych przyjaciół, słyszaną z moich ust. Potrafię się nim zemścić — ciągnął z uśmiechem, który uśpił podejrzenia królewicowej. — Powierzył mi rzeczy, które są niemałej wagi! Ale nie wiem, pani, czemu mi czynisz ten zaszczyt, aby mnie mieszać w tę historię. Widam nie może twierdzić, że ona mnie dotyczy, skoro temu zaprzeczyłem stanowczo. Mogę uchodzić za zakochanego, ale co się tyczy wzajemności, nie sądzę, pani, abyś mogła mnie nią obdarzyć.

Książę był bardzo rad powiedzieć coś królewicowej, co by miało podobieństwo z dawnymi jego dla niej uczuciami, aby jej wybić z głowy inne myśli. I ona też sądziła, że rozumie jego słowa, ale, nie odpowiadając, droczyła się z nim dalej, wymawiając mu jego pomieszanie.

— Byłem zmieszany, pani — odparł — za mego przyjaciela i na myśl o słusznych wyrzutach, jakie mnie czekają za to, że powtórzyłem rzecz droższą mu nad życie. Zwierzył mi ją wszakże tylko półsłówkami i nie wymieniając osoby, którą kocha. Wiem tylko, że to jest człowiek najbardziej zakochany i najbardziej nieszczęśliwy.

— Czemu tak nieszczęśliwy — odparła królewicowa — skoro jest kochany?

— Czy sądzi pani, że jest nim w istocie — odparł — że osoba, która by naprawdę kochała, mogłaby to powiedzieć swemu mężowi? Osoba ta nie wie z pewnością, co to miłość; to raczej błaha wdzięczność za jego przywiązanie. Mój przyjaciel nie może się łudzić żadną nadzieją; ale, mimo iż tak nieszczęśliwy, szczęśliwy jest, że obudził w niej bodaj lęk przed miłością i nie zamieniłby swego stanu z losem najszczęśliwszego kochanka na ziemi.

— Miłość pańskiego przyjaciela łatwa jest do zaspokojenia — rzekła królewicowa — i zaczynam wierzyć w istocie, że to nie o sobie pan mówi. Dość skłonna jestem — ciągnęła — podzielić zdanie pani de Clèves, która twierdzi, że ta przygoda nie może być prawdziwa.

— Nie sądzę w istocie, aby mogła być prawdą — odparła pani de Clèves, która dotąd się nie odezwała — a gdyby nawet to było możebne, skąd mógłby ktoś o niej wiedzieć? Nie ma podobieństwa, aby kobieta zdolna do rzeczy tak niezwykłej, miała tę słabość, aby ją opowiedzieć; prawdopodobnie mąż również nie opowiedział, inaczej byłby mężem bardzo niegodnym jej postępku.

Pan de Nemours, który ujrzał, iż pani de Clèves może podejrzewać męża, rad był skierować ją na tę drogę. Wiedział, że to jest najgroźniejszy rywal, jakiego ma do pokonania.

— Zazdrość — odparł — i ciekawość dowiedzenia się czegoś ponad to, co mu powiedziano, mogą pchnąć męża do wielu błędów.

Pani de Clèves doszła ostatnich granic siły swojej i męstwa. Nie mogąc dłużej znieść tej rozmowy, już miała powiedzieć, że się czuje niedobrze, kiedy, szczęściem dla niej, weszła księżna de Valentinois, aby oznajmić królewicowej, że król nadchodzi. Królewicowa przeszła do alkierza, aby się ubrać. W chwili gdy pani de Clèves chciała się udać za nią, pan de Nemours zbliżył się.

— Dałbym życie — rzekł — za to, aby z panią pomówić przez chwilę; ale ze wszystkiego, co miałbym do powiedzenia, najważniejszym jest błagać panią, abyś uwierzyła, że jeśli powiedziałem coś pod adresem królewicowej, uczyniłem to z przyczyn obcych jej osobie.

Pani de Clèves udała, że nie słyszy, odeszła, nie patrząc nań, i zbliżyła się do króla, który wszedł właśnie. Ponieważ był wielki ścisk, zaplątała się w suknię i potknęła się: użyła tego pozoru, aby opuścić miejsce, w którym nie miała siły zostać, i udając, że się nie trzyma na nogach, poszła do siebie.

Pan de Clèves przybył do Luwru i zdziwił się, że nie zastał żony; powiedziano mu o jej wypadku. Wrócił natychmiast do domu, aby się dowiedzieć o nią; zastał ją w łóżku i dowiedział się, że cierpienie jest nieznaczne. Spędziwszy jakiś czas przy niej, spostrzegł smutek jej tak głęboki, że aż się zdumiał.

— Co ci jest, żono? — spytał. — Zdaje mi się, że masz jakieś inne cierpienie niż to, na które się skarżysz?

— Mam najdotkliwszą zgryzotę, jaką można sobie wyobrazić — odparła. — Co za użytek zrobiłeś z bezgranicznego lub, aby rzec lepiej, szalonego zaufania, jakie w tobie położyłam? Czyż nie zasługiwałam na dyskrecję? Przez ciekawość dowiedzenia się nazwiska, którego nie powinnam ci wyjawić, musiałeś się zwierzać komuś? Bo chyba tylko ta ciekawość kazała ci popełnić straszną nieostrożność, która wydała tak fatalne skutki. Przygoda się rozeszła, opowiedziano mi ją właśnie, nie wiedząc, że ja w niej gram główną rolę.

— Co mi powiadasz, żono? — odparł. — Oskarżasz mnie, że opowiedziałem to, co zaszło między nami, i powiadasz, że rzecz się rozeszła? Nie uniewinniam się z tego zarzutu, nie możesz po mnie czegoś podobnego przypuszczać; musiałaś chyba wziąć do siebie to, co mówiono o kim innym.

— Ha, mężu — odparła — nie ma w świecie drugiej podobnej przygody; nie ma kobiety zdolnej do podobnej rzeczy. Nikt tego nie mógł wymyślić przypadkiem, nikt nie byłby czegoś podobnego wyroił, ta myśl nigdy nie postała w innej głowie niż mojej. Królewicowa opowiedziała mi przed chwilą całą przygodę, dowiedziała się o niej od widama de Chartres, który ją wie od pana de Nemours.

— Pan de Nemours! — wykrzyknął pan de Clèves z wybuchem rozpaczy. — Jak to! Pan de Nemours wie, że ty go kochasz i że ja wiem o tym?

— Zawsze chcesz dopatrywać się pana de Nemours — odparła. — Powiedziałam ci, że nie odpowiem nigdy na twoje podejrzenia. Nie wiem, czy pan de Nemours zna udział mój w tej przygodzie i ten, który ty mi przypisujesz; ale opowiedział rzecz widamowi de Chartres, mówiąc, że wie ją od jednego z przyjaciół, który nie wymienił osoby. Musi ten przyjaciel pana de Nemours być i twoim i musiałeś mu się zwierzyć, aby wpaść na trop.

— Czy jest przyjaciel na świecie, któremu by się chciało zwierzyć z czymś podobnym — odparł pan de Clèves — i czyż może ktoś rozjaśniać swoje podejrzenia za cenę opowiedzenia tego, co chciałoby się ukryć przed samym sobą? Przypomnij sobie ty raczej, komu o tym mówiłaś. Bardziej prawdopodobnym jest, że tobie, niż że mnie wymknęła się tajemnica. Nie mogłaś dać sobie rady ze swoją zgryzotą i poszukałaś ulgi w skardze przed jakąś powiernicą.

— Nie gnęb mnie do reszty — krzyknęła — i nie bądź na tyle okrutny, aby mnie oskarżać o błąd, który sam popełniłeś. Czy możesz mnie o to podejrzewać! Że mogłam powiedzieć tobie, czyż jestem zdolna powiedzieć komu innemu?

Wyznanie, jakie pani de Clèves uczyniła mężowi, było tak wielkim dowodem szczerości, a przeczyła tak stanowczo, aby się miała zwierzyć komu, że pan de Clèves nie wiedział, co myśleć. Z drugiej strony pewny był, że sam nic nie powiedział; to była rzecz, której nie można było zgadnąć; trzeba ją było wiedzieć: musiało zdradzić ją jedno z nich dwojga. Ale najdotkliwszy ból sprawiała mu świadomość, że tajemnica jest w obcych rękach i że prawdopodobnie rychło się rozejdzie.

Pani de Clèves myślała mniej więcej to samo; uważała za jednakowo niemożebne, aby mąż komu powiedział, jak to, aby nie powiedział. Słowa pana de Nemours, że ciekawość może popchnąć męża do takiej nieostrożności, wydawały się jej tak zgodne ze stanem pana de Clèves, że nie mogła uwierzyć, aby to było rzeczone przypadkiem; i to prawdopodobieństwo utwierdziło ją w wierze, że pan de Clèves nadużył jej zaufania. Byli tak zajęci swymi myślami, że długi czas nie wyrzekli słowa; kiedy zaś przerwali milczenie, to jedynie aby powtórzyć to samo, co już powiedzieli kilka razy; tak iż pozostali dalsi sercem i bardziej rozgoryczeni niż wprzódy.

Łatwo pojąć, w jakim stanie spędzili noc. Pan de Clèves wyczerpał cały swój hart na ścierpienie myśli, że jego ubóstwiana żona kocha innego. Nie zostało mu już cierpliwości: sądził, że nie godzi się jej mieć w rzeczy, w której cześć jego, sława były tak dotkliwie zranione. Nie wiedział już, co myśleć o żonie; nie wiedział, co ma jej nakazać, ani jak sam ma postąpić; ze wszystkich stron widział same przepaści i otchłanie. Wreszcie po długiej rozterce i niepewności, widząc, iż niebawem trzeba mu jechać do Hiszpanii, postanowił nie czynić nic, co by mogło umocnić jego podejrzenia lub świadomość nieszczęścia. Udał się do pani de Clèves i rzekł, że nie chodzi o sprzeczki, kto zdradził tajemnicę, ale o dowiedzenie, że cała ta historia jest bajką, w której ona nie ma żadnego udziału; od niej zależy przekonać o tym pana de Nemours i innych; niech tylko postępuje z nim z całą surowością i chłodem, jaką się powinno mieć dla śmiałka, który jej okazuje miłość; tym sposobem zniweczy w nim rychło złudzenia. Nie ma co zatem trapić się tym, co on sobie mógł myśleć, bo, jeżeli w dalszym ciągu ona nie okaże żadnej słabości, myśli jego odmienią się łatwo. Zwłaszcza zaś trzeba, aby chodziła do Luwru i na asamble jak zwyczajnie.

Po tych słowach pan de Clèves opuścił żonę, nie czekając odpowiedzi. Uznała wiele słuszności w tym, co mówił; żal zaś, jaki miała do pana de Nemours, nasunął jej myśl, że wykonanie polecenia przyjdzie jej bez trudu. Trudnym wydało się jej wszakże być na wszystkich ceremoniach weselnych i pokazywać się z pogodną twarzą i swobodną myślą. Mimo to, ponieważ miała nieść suknię królewicowej — rzecz, w której dano jej prym przed wielu innymi księżniczkami — nie było sposobu uchylić się od tego bez wielkiego hałasu i nie każąc dochodzić przyczyn. Postanowiła tedy przemóc się; ale obróciła cały dzień na to, aby się przygotować i aby się oddać wszystkim uczuciom, które nią miotały. Zamknęła się sama w swoim gabinecie. Ze wszystkich cierpień najwięcej dręczyło ją to, że musi potępiać pana de Nemours, i że nie znajduje nic na jego usprawiedliwienie. Nie mogła wątpić, że on opowiedział tę przygodę widamowi: przyznał się do tego; i nie mogła też wątpić ze sposobu, w jaki mówił o tym, że on wie, iż przygoda tyczyła się jej. Jak wytłumaczyć taką nieopatrzność i w co się obróciła owa dyskrecja księcia, która ją wprzód tak ujęła?

„Był dyskretny — mówiła sobie — dopóki sądził że jest nieszczęśliwy; ale myśl o szczęściu, bodaj niepewnym, położyła kres jego dyskrecji. Ledwie mógł przypuszczać, że ja go kocham, a już chciał, aby o tym wiedziano. Powiedział tyle, ile tylko mógł; ja nie powiedziałam, że to jego kocham, on się domyślił i zdradził swoje domysły. Gdyby miał pewność, postąpiłby sobie tak samo. Źle uczyniłam, wierząc, że istnieje mężczyzna zdolny ukryć to, co mu schlebia. A wszakże to dla tego człowieka, którego mniemałam tak różnym od innych, stałam się taką jak inne kobiety, mimo że tak daleka od podobieństwa z nimi! Straciłam serce, szacunek męża, który powinien być mym szczęściem. Niebawem wszyscy będą we mnie widzieć kobietę opętaną i szaloną z miłości. Ten, kto jest jej przedmiotem, wie o niej, i to aby uniknąć tych nieszczęść naraziłam cały mój spokój a nawet życie”.

Tym smutnym myślom towarzyszył potok łez; ale, mimo całego bólu, księżna czuła, że wszystko byłaby zdolna znieść, gdyby nie musiała źle myśleć o panu de Nemours.

On znajdował się w nie lepszym stanie. Nieopatrzność, jaką popełnił, zwierzając się widamowi, oraz okrutne skutki tej nieopatrzności przejmowały go śmiertelną zgryzotą. Męki cierpiał, przypominając sobie pomieszanie i zgryzotę, w jakich widział panią de Clèves. Był niepocieszony, że jej powiedział w tym przedmiocie rzeczy, które, mimo że dworne same w sobie, zdawały mu się w tej chwili grube i niegrzeczne, ponieważ dawały poznać pani de Clèves, że on wie, iż ona jest ową zakochaną bez pamięci kobietą, a on sam tej miłości przedmiotem. Ponad wszystko pragnąłby rozmowy z nią; ale czuł zarazem, że raczej trzeba mu się obawiać tej rozmowy.

„Cóż bym jej mógł powiedzieć? — wykrzyknął. — Czy jeszcze mam jej okazać to, co już jej ukazałem aż nazbyt dotkliwie? Czy jej zdradzę, że wiem, że ona mnie kocha, mnie, który nigdy nawet nie ośmieliłem się wyznać jej mych uczuć? Czy zacznę jej otwarcie mówić o swej miłości, aby się jej wydać człowiekiem rozzuchwalonym nadzieją? Czy mogę myśleć nawet o tym, aby się zbliżyć do niej, i czy śmiałbym ją przyprawiać o zmieszanie mym widokiem? Czym mógłbym się usprawiedliwić? Nie mam wymówki, jestem niegodny spojrzenia pani de Clèves i nie spodziewam się też, aby kiedy na mnie spojrzała. Błędem moim dałem jej lepszy sposób obrony niż wszystkie te, których szukała, których by może szukała daremnie. Tracę przez swoją nieostrożność szczęście i chwałę posiadania miłości najmilszej i najcnotliwszej osoby na ziemi; ale gdybym był stracił to szczęście bez zadania jej cierpień i bez jej śmiertelnej boleści, byłoby to dla mnie pociechą. Bardziej czuję w tej chwili ból, jaki jej zadałem, niż krzywdę, jaką sobie wyrządziłem w jej oczach”.

Długo pan de Nemours trapił się i obracał te same myśli. Chęć pomówienia z panią de Clèves wciąż wracała mu do głowy. Myślał nad sposobami, chciał pisać do niej; ale wreszcie uznał, że, po błędzie jakiego się dopuścił i wobec jej stanu, najlepsze, co może uczynić, to okazywać jej głęboki szacunek swoją zgryzotą, swoim milczeniem, okazać zgoła, że nie śmie się zjawić przed jej obliczem, i czekać, co sprawić na jego korzyść. Postanowił także nie czynić wymówek widamowi za jego niedyskrecję, z obawy, aby nie utwierdzić jego podejrzeń.

Zaręczyny królewny, które miały się odbyć nazajutrz, oraz ślub, który przypadał dzień potem, zaprzątały tak bardzo cały dwór, że pani de Clèves i pan de Nemours łatwo ukryli światu swój smutek i swą rozterkę. Królewicowa wspomniała jedynie mimochodem pani de Clèves o rozmowie ich z panem de Nemours, a pan de Clèves starał się nie mówić z żoną o wszystkim, co się zdarzyło: tak iż położenie jej mniej było kłopotliwe, niż przypuszczała.

Zrękowiny odbyły się w Luwrze, po uczcie zaś i balu cały dom królewski udał się na nocleg do biskupstwa, jak było w zwyczaju. Rano książę Alba, który zawsze nosił się bardzo skromnie, przywdział strój ze złotogłowia mieszanego z kolorem ognistym, żółtym i czarnym, cały pokryty klejnotami, na głowie zaś miał koronę. Książę Oranii, ubrany również wspaniale i ze swoim orszakiem, oraz wszyscy Hiszpanie w otoczeniu dworzan, przyszli po księcia Albę do pałacu Villeroy, gdzie mieszkał, i ruszyli czwórkami do biskupstwa. Skoro tylko przybył, udano się w porządku do kościoła; król prowadził królewnę, która również miała koronę, suknię zaś niosły jej panny de Montpensier i de Longueville. Królowa szła za nimi, ale bez korony. Później szły królewicowa, Jejmość siostra królewska, pani Lotaryńska i królowa Nawary, a suknie ich niosły księżniczki. Królowe i księżniczki wiodły wszystkie swoje dworki wspaniale przybrane w te same barwy, co ich panie: tak iż poznawało się, do kogo należą dworki z ich ubrania. Zaczem weszli wszyscy na trybunę ustawioną w kościele i dopełniono ceremonii zaślubin. Wrócili następnie na obiad do biskupstwa, a o piątej ruszono, aby się udać do pałacu, gdzie odbywała się uczta, na którą zaproszono parlament, Izby wyższe i magistrat. Król, królowe, książęta i księżniczki krwi jedli na stole marmurowym w wielkiej sali pałacowej; książę Alba siedział koło nowej królowej hiszpańskiej. Poniżej stopni marmurowego stołu, po prawej ręce króla, był stół dla ambasadorów, arcybiskupów i kawalerów orderu, a po drugiej stronie stół dla rajców parlamentu.

Książę de Guise, przybrany złotogłowiem, służył królowi za marszałka, książę de Condé za cześnika, książę de Nemours za podczaszego. Skoro sprzątnięto stoły, zaczął się bal, przerywany baletami i nadzwyczajnymi widowiskami. Podjęto go następnie na nowo; wreszcie po północy król i cały dwór wrócili do Luwru. Mimo swego smutku, pani de Clèves uderzyła wszystkich, a zwłaszcza pana de Nemours, niepospolitą pięknością. Nie śmiał do niej mówić, mimo że rozgwar ceremonii dał mu wiele sposobności po temu; ale okazywał tyle smutku i tak pełną szacunku obawę zbliżenia się do niej, że wydał się jej mniej winnym, mimo iż nie rzekł nic na swe usprawiedliwienie. Tak samo zachowywał się dni następnych i to zachowanie tak samo oddziałało na serce pani de Clèves.

Wreszcie nadszedł dzień turnieju. Królowe udały się na galerię i na trybuny, które były dla nich przeznaczone. Czterej szermierze ukazali się w szrankach z obfitością koni i ludzi w ich barwach, co czyniło najwspanialsze widowisko, jakie kiedy widziano we Francji.

Król nie miał innych barw prócz białej i czarnej; nosił je zawsze z przyczyny pani de Valentinois, która była wdową. Pan z Ferrary i cała jego świta — żółte i czerwone. Pan de Guise ukazał się w szkarłacie i bieli. Nie wiedziano zrazu, czemu te kolory; ale przypomniano sobie, że są to kolory pewnej piękności, którą kochał wówczas, gdy była panną i którą kochał jeszcze, mimo że nie śmiał jej już tego okazywać. Pan de Nemours miał barwy żółte i czarne; czego daremnie szukano przyczyny. Pani de Clèves odgadła ją bez trudu: przypomniała sobie, iż powiedziała przy nim, że lubi kolor żółty i żałuje że jest blondynką, bo nie może go nosić. Książę sądził, że może pojawić się w tych kolorach bez nie dyskrecji; skoro pani de Clèves ich nie nosiła, nikt nie mógł go posądzać, że to są jej barwy.

Nigdy nie widziano tyle zręczności, ile jej rozwinęli czterej szermierze. Mimo, że król był najlepszym jeźdźcem w królestwie, nie wiedziano, komu dać pierwszeństwo. Pan de Nemours miał we wszystkich poruszeniach wdzięk, który mógł przeważać na jego korzyść nawet osoby bezstronniejsze niż pani de Clèves. Skoro tylko go ujrzała w szrankach, uczuła nadzwyczajne wzruszenie i przy wszystkich biegach księcia z trudem mogła ukryć radość, skoro rzecz wypadła dlań szczęśliwie.

Skoro nad wieczorem wszystko było prawie skończone i kiedy wszyscy mieli już wracać, nieszczęście kraju chciało, że król zapragnął skruszyć jeszcze jedną kopię. Wezwał hrabiego de Montgomery, który był nadzwyczaj zręczny, aby stanął w szrankach. Hrabia błagał króla, aby go zwolnił od tego, wymawiał się, czym tylko mógł; ale król, niemal gniewny, rzekł, iż żąda tego bezwarunkowo. Królowa kazała powiedzieć królowi, że zaklina go, aby się nie potykał; spisał się tak dobrze, że powinien być zadowolony; toteż błaga go, aby wrócił do niej. Odpowiedział, że przez miłość dla niej chce jeszcze gonić; i wjechał w szranki. Posłała doń pana Sabaudzkiego z nowymi prośbami, aby wrócił; wszystko nadaremnie. Zaczęli gonić; kopie się skruszyły, odłamek kopii hrabiego de Montgomery wpadł królowi w oko i tam utkwił. Monarcha zwalił się; giermkowie jego oraz pan de Montmorency, który był jednym z marszałków pola, przybiegli do niego. Byli zdumieni, że go ujrzeli tak ciężko rannym; ale król nie dziwił się. Powiedział, że to drobnostka, i tę przebacza hrabiemu de Montgomery. Można osądzić, co za zamęt i rozpacz spowodował tak nieszczęsny wypadek w dniu przeznaczonym na wesele. Skoro tylko zaniesiono króla do łóżka i chirurgowie zbadali jego ranę, uznali, że jest bardzo znaczna. Pan konetabl przypomniał sobie w tej chwili wróżbę przepowiadającą królowi, że polegnie w pojedynczej walce, i nie wątpił, że wróżba się spełniła.

Król hiszpański, który był wówczas w Brukseli, uprzedzony o wypadku, posłał swego lekarza, człowieka wielkiej reputacji, ale ten uznał stan króla za beznadziejny.

Dwór podzielony na partie i pełen sprzecznych interesów nie mało był poruszony w wilię tak wielkiego zdarzenia; bądź co bądź, wszystkie zabiegi były ukryte i wszyscy zdawali się przejęci troską jedynie o zdrowie króla. Królowa, książęta i księżniczki krwi nie opuszczali prawie jego przedpokoju.

Pani de Clèves, wiedząc, że trzeba jej tam być, że ujrzy tam pana de Nemours i że nie zdoła ukryć mężowi swego pomieszania, przekonawszy się zarazem, że sama obecność księcia uniewinnia go w jej oczach i niweczy wszystkie postanowienia, zamyśliła udać chorą. Dwór był zbyt zajęty, aby zwracać uwagę na nią i dochodzić, czy jej stan jest udany czy prawdziwy. Jedynie mąż mógł odgadnąć prawdę, ale niemal życzyła sobie, aby ją odgadł. Tak więc została u siebie, niezbyt zajęta wielką zmianą, która się gotowała; pełna własnych myśli, mogła się im swobodnie oddać. Wszyscy byli u króla. Pan de Clèves przychodził o pewnych godzinach, aby jej przynieść nowiny. Był dla niej taki jak zawsze, z tą różnicą, iż, kiedy byli sami, panowała między nimi pewna oziębłość i skrępowanie. Nie wspomniał jej o tym, co zaszło: ona zaś nie miała siły, a nawet nie uważała za właściwe wracać do tej rozmowy.

Pan de Nemours, który spodziewał się znaleźć sposobność bodaj chwili rozmowy z panią de Clèves, był wielce zdziwiony i mocno strapiony, że nie ma nawet szczęścia ujrzenia jej. Choroba króla okazała się tak groźna, że siódmego dnia odstąpili go lekarze. Przyjął pewność śmierci z nadzwyczajnym hartem, tym godniejszym podziwu, iż tracił życie przez tak nieszczęsny przypadek, iż umierał w kwiecie wieku, szczęśliwy, uwielbiany przez swoje ludy, kochany przez ubóstwianą kochankę. W przeddzień śmierci kazał dopełnić małżeństwa Jejmości swojej siostry z panem Sabaudzkim, bez wszelkiej pompy. Można osądzić, w jakim stanie była księżna de Valentinois. Królowa nie pozwoliła jej odwiedzić króla i posłała do niej, aby odebrać pieczęć monarchy oraz klejnoty koronne, które ta pani miała w przechowaniu. Księżna zapytała, czy król umarł; kiedy jej powiedziano, że nie:

— Nie mam więc jeszcze pana — odparła — i nikt nie może mnie zmusić do oddania tego, co zaufanie króla złożyło w moje ręce.

Skoro tylko oddał ducha w zamku des Tournelles, książę Ferrary, książę de Guise i książę de Nemours zawiedli do Luwru królową matkę, króla i młodą królowę. Pan de Nemours prowadził królową matkę. Kiedy mieli iść, cofnęła się o kilka kroków i rzekła do synowej, że jej należy się pierwszy krok; ale łatwo było poznać, że więcej było kwasu niż uprzejmości w tym ustępstwie.