I (Umarłych płaczę...)

Umarłych płaczę... Na wielkich dni grobie,

Jak brzoza stoję we łzach i w żałobie,

Którą mi nosić, o życie, po tobie!

Kości na polu szeroko bieleją,

Duchy się niosą wichrową zawieją,

Zraniony orzeł nademną kracze,

Umarłych płaczę.

Płaczę minionych i ludzi i rzeczy,

Płaczę proporców z wiedeńskiej odsieczy,

I trąb Dnieprowych, i szczęków i mieczy.

I wiem, że na świat nie wrócą się one

Czasy pradawne, w mogiłach uśpione,

Że ani wy ich, ni ja — nie obaczę...

Umarłych płaczę.

Do każdej trumny, do każdej mogiły

Poszło pod ziemię coś z pędu i z siły

Skrzydeł tych, co nas po świecie nosiły.

Pod kurhanami, pod tarczą gdzieś rdzawą

Śpi to, co było i życiem i sławą,

A coraz rzadziej w dno trumny kołacze...

Umarłych płaczę.

Rozjęczał się, rozkołysał na Wawelu spiż...

Do ćmy krzyżów przybył jeszcze jeden czarny krzyż.

Jeszcze jeden wzniósł ramiona nad smętną dziedziną,

Gdzie mniej coraz blasków słońca, a chmury wciąż płyną.

Z dróg tułaczych, z krwawych ścieżek oto wraca już

Ten, co z nami brał w pierś gromy wszystkich naszych burz.

Wraca oto uciszony oną wielką ciszą,

Których duchy praojcowe synów swych kołyszą.

Już otarty z jego czoła bożych rabów znój,

Dobiegł mety biegu swego, przebojował bój,

Przebojował dnie młodości i swe zeszłe lata,

Została mu domowina, ta dębowa chata...

W cudzej stronie ją ciosano, z cudzych, zimnych drew,

Na sen w niej go nie utulił miły, bratni śpiew...

Na pierś brakło grudki ziemi z rodzinnej krainy,

Nie żegnał go brzeg wiślany, nie żegnał step siny.

Wichrem pomsty go pędziła obca, twarda dłoń,

Jako Syn Człowieczy, nie miał, gdzieby złożył skroń...

Dziś powraca po swą schedę do tej matki ziemi,

Co obdziela dzieci swoje grobami cichemi.

Opłakaneż to dziedzictwo, opłakany dział!

Wyleciały ptaki młode, nakształt złotych strzał,

Wyleciały z gniazda w słońce, ponad czarne chmury,

A wróciły z krwawą piersią, z złamanemi pióry.

Oj! ty ziemio, ty sieroto, przebogata w kir!

Pękły struny szczerozłote twoich srebrnych lir,

Pękły serca, które tobie śpiewały i biły,

Ludzie w tobie pomaleli, porosły mogiły!

O! ty ziemio, o, ty wdowo, przebogata w łzy!

Wskroś twych łanów i kurhanów idą sine mgły,

We mgłach płyną duchy smętne i duchy tułacze,

Wiatr niedoli je pogania, i jęczy i płacze...

A z czemże my wyjdziem, bracia, na swej ziemi próg,

Witać tego, co nam wraca z tak dalekich dróg?

Jak uczcimy, jak przyjmiemy Starej Baśni piewcę,

Karmiciela myśli naszych, uczuć naszych siewcę?

Nie rozkwitły wiosną kwiaty wpośród czarnych pól,

Pieśń zgłuszyły jęki dzwonów i zadławił ból...

W ciszy stoim wobec ducha, co idzie z tej trumny,

My — pochodnie zagaszone, strzaskane kolumny.

O! zaszumcie, gęste bory, w pogrzebowy chór,

O! zapłaczcie, rzeki płaczki, co pijecie z chmur,

O! posypcie łzami, rosy, na ojczyste groby,

O! ściśnijcie wy się, dłonie, w tym domu żałoby!

...................................

Rozjęczał się, rozkołysał na Wawelu spiż...

W ziemi grobów przybył jeszcze jeden czarny krzyż,

Jeszcze jeden wzniósł ramiona nad smętną krainą,

Gdzie mniej coraz blasków słońca, a chmury wciąż płyną!

Na Kurhanie I

Śpijcie, śpijcie w głuchem polu

Pobielałe kości!

Kto powraca w dom sierocy,

Ginie od żałości.

Wyniszczona, wygorzała,

Stara wasza strzecha...

Z ognisk waszych — ani iskry,

Z pieśni — ani echa.

Wyrąbane wasze wrota,

Znieważone progi,

Rozniósł wicher dobro wasze

Na rozstajne drogi.

Rozniósł wicher dobro wasze,

Złotą waszą dolę...

Zarodziło piołunami

Siane przez was pole.

Pogorzkniały słodkie miody

I białe kołacze,

Ponad starem gniazdem waszem

Kruk nocami kracze...

Zmąciły się jasne zdroje,

Płynące do morza,

Pospadały gwiazdy z nieba,

Pociemniała zorza.

Ranki idą i przechodzą

Bez słońca dla duszy,

Wybujały chwasty dzikie,

W pustce tej a głuszy...

Oj, wie dobrze ziemia-matka,

Wie dobrze mogiła,

Czemu was tak, na sen wieczny,

Cicho utuliła...

Wiedzą o tem bujne deszcze,

Wiedzą białe rosy,

Czemu płaczą i żaleją

Nad wami niebiosy...

I te wichry rozełkane,

I te czarne tucze,

Co nad chatą waszą wieją,

Jako skrzydła krucze.

............................

Śpijcie, śpijcie w głuchem polu

Pobielałe kości!

Kto powraca w dom sierocy,

Ginie od żałości.

Na kurhanie II

Śpijcie! Na grobach waszych żaden anioł jeszcze

W słonecznej zbroi,

Z hasłem, co w trupich próchnach budzi życia dreszcze,

Anioł, o którym zdawna prorokują wieszcze,

Nie stoi.

Śpijcie! Tan Galilejczyk, co wskrzesza Łazarza

Ściągnięciem ręki,

Jeszcze się trumnom waszym otwierać nie każe,

Jeszcze się na wiekowe nie puścił cmentarze,

Na pola męki.

Jeszcze gwiazda zaranna, kto wie, jak daleka,

I trzecia zorza...

Jeszcze ta, co od wieków przez ziemię przecieka

Łez naszych i krwi naszej spłynąć musi rzeka,

Do morza.

Lirnikowi na „via Montebello”

„W ogniach jesteś świętych — idź i świeć”.

(Z listu T. L.)

Słowy mnie swemi namaścił zdaleka,

Jakoby święte wylawszy oliwy

Na czoło moje, ten pieśniarz, co czeka

Oparty o swój kij pątniczy, krzywy,

Aż łódź tułacza odbije się z brzega,

Do ostatniego, cichego noclega.

A sam, pośpieszny będąc w drogi one,

Patrzył komuby swą lirę zostawił,

I pieśni, jako gołębie uśpione...

A zaś mnie jasną ręką błogosławił,

I rzucił na mnie przebłogie swe blaski,

I zdał dziedzictwo miłości i łaski.

Słowy mnie swemi namaścił do pieśni,

I struny zładził na sercu mem drżącem,

Jako ci ślepce, co chodzą boleśni

Po sinym stepie, po polu grającem

Od ech, a ręce na srebrnych piołunach

Nad mogiłami kładą, jak na strunach.

Aż one zioła gorzkie i żałosne

Złotą się gędźbą rozbrzęczą po stepie,

I poczną wróżyć kurhanom tym wiosnę,

I szum obudzą w wyschniętym czerepie,

I kość obwieją na stepie spróchniałą

Echem, co niegdyś na szpiku jej grało.

Jako na skałach siedzący orłowie,

Wypatrzył lot mój pierzchliwy i niski,

I tchu mi dostał, i mocy w swem słowie,

I sam się mienić począł w różne błyski,

By mnie nauczył, jak z piersi snuć zorze,

I wielkie światła jutrzenne a boże.

I pióra zjeżył siwe, i pod pióry

Piersi pokazał zczerniałe i krwawe,

A zaś się lotem wyniósł, i wskroś chmury

Przebił na wielką świetlistą kurzawę,

I uczył brać się do słońca od ziemi,

Bez jęku, skrzydły bijący krwawemi.

I rzekł mi: «W ogniach świętych jesteś oto —

Idź, a świeć, bym się na ciebie nie żalił»

I dziwną ducha swojego robotą,

W jasny mnie płomień objął i zapalił.

I wiem, że już mi w ogniach onych chodzić,

I żyć płomieniem — i płomienie rodzić.

A nie z rozkoszy próżnej, ni z uciechy

To gorejące wzięłam namaszczenie:

Bo rzadkie w pieśni ziemi tej uśmiechy,

A ciężą na niej popioły i cienie

Rzeczy pomarłych, a praca to sroga

Śpiewać, gdy w piersiach jest ucisk i trwoga...

Ale mi czynić trzeba, co duch zdarzy,

A iść za głośnym od mogił podmuchem

Ku jutrzni onej, co na dzień się żarzy,

I za tym wielkim, żórawim łańcuchem

Pióreczkiem lecieć porwanem od ziemi,

Z piosenką cichą i łzami srebrnemi...