1.
Wezwanie do drogi — Parasole — Domki i żaluzje — Dzieci — Gdzie szczęście? — Podstawa i szczyt górala — Miejsca w kościółku — Fajki codzienne i świąteczne — Kobiety — Cmentarz.
Jeżeli kochasz przyrodę i chcesz wypatrzyć jej tajemnicze piękności, i posłyszeć jej gwary a szumy1, i uczuć jej pieszczotę pełną świeżości i siły — weź odzież wędrowca, kij w rękę i pójdź ze mną w góry.
Prócz kija — weź także parasol.
Jest on tu sprzętem niezbędnym. Można nie mieć całych butów, rozumu, paszportu, rodziny; można nie mieć przyjaciół, humoru, kredytu, dachu nad głową ni centa w kieszeni; można nie mieć — nawet — nadziei; ale parasol mieć trzeba.
Ile głów w domu, ile łyżek u misy — tyle parasoli musi kupować nieszczęsny patriarcha rodu; zdaje się nawet, że bywają parasole zapasowe, czekające na pomnożenie błogosławieństwa Bożego.
Widziałam tu ludzi, którzy nosili pod pachą dwa, trzy parasole: byli to prawdopodobnie biedni samotnicy, których wszystko w życiu odbiegło, zostawując2 tylko wspomnienia; widziałam młode pary tulące głowy — pełne marzeń i uśmiechów — pod jeden szczęśliwy parasol, podczas gdy drugi miał smutny przywilej przeszkadzania dłoniom w uścisku; widziałam starców, którym parasol służył lepiej niż własne, wlokące się bezwładnie nogi; widziałam dzieci harcujące konno na parasolach podczas ulewnego deszczu; ale nie widziałam ani jednej tak upośledzonej od losu istoty, która by parasola nie miała.
Z parasolem pod pachą wybiera się strzelec w góry; z parasolem chłop drzewo znosi; z parasolem idzie młoda dziewczyna obok pięknego górala, który, uśmiechając się do niej, pokazuje białe zęby i niesie — także parasol.
Są parasole czerwone, niebieskie, zielone, czarne, szare, w kraty i gładkie; są parasole poważne, roztrzepane, melancholiczne, podupadłe, parasole wielkich nadziei, dyplomatyczne, gospodarskie, familijne, cyniczne, filuterne3; są parasole wyzywające, filozoficzne, parasole, które nie mają nic do stracenia, ale zawsze — są.
Mniemam nawet, że mają one swoją charakterystykę odrębną, której udzielają piastującym je osobom — i niezmiernie żałuję, że czas nie pozwolił mi zbadać wyłączniej tego ciekawego przedmiotu.
Idziemy tedy4 w góry.
Po drodze spotykamy domki białe, świeżuchne, nęcące zielonością winogradów, rozpiętych po ścianach; stojące bez linii, tu, tam i jeszcze ówdzie; patrzące okienkami, jak Bóg dał: to na wschód, to na zachód, to zgoła na wszystkie cztery strony świata.
Kokieterię okienek tych stanowią żaluzje i kwiaty. Żaluzje cieszą się prawie tak szerokim uznaniem jak parasole.
Na drodze do Kaltenbach widziałam w kapliczce przydrożnej obrazek, na którym św. Józef, zajęty ciesielską robotą, dopasowywa5 zielone żaluzje do okienka w Nazarecie. Żaluzje — to reguła, od której, na pociechę wszystkich trzecioklasistów, nie ma żadnego wyjątku.
Od willi cesarskiej aż do chaty drwala, zgubionej w głuchym lesie, widzimy je wszędzie i zawsze.
Po żaluzjach — kwiaty. Kwiaty są wszędzie, gdzie są kobiety.
Nie ma tak ubogiego domku, gdzie by choć parę doniczek jaskrawego kwiecia nie stało za czystą szybką lub na deseczce przybitej zewnątrz do ściany. Szczególniej pelargonie, pełne, duże, w różnych odcieniach, hodowane są z zamiłowaniem.
Tyle o oknach. Co do samych domków, to kokieterię ich stanowi snycerszczyzna6.
Architektura tutejsza, fantastyczna, kapryśna, pozwalająca mieszkaniom ludzkim być prawie altanami, prawie gniazdami ptasimi, improwizująca dachy wygięte, podlatujące w górę, uprawniająca szczyty i przystawki niemożliwe, rzucająca przejrzyste ganki na słupy, słupki i podpórki przeróżne, architektura ta daje gustowi do snycerszczyzny rozległe zastosowanie.
Lada gzyms, lada okap, lada deszczułka, dzierga się tu w zęby, w palmy, w arabeski dziwne i obrzuca ciętą w drzewie koronką.
Nie jest to klasyczne — zapewne — ale jest bardzo wdzięczne.
Przed każdym domkiem — kundys7, ogródek i dzieci.
O kundysie nie mam nic do powiedzenia. Jest to stworzenie Boże, które nie ma najmniejszego pojęcia o etnologii lub politycznych ustrojach — i zupełnie tak samo szczeka tu, jak kędyś8 na Mazowszu, pod Maćkowym płotem.
Ogródki utrzymywane wszędzie z wielkim staraniem. Obok głów kapuścianych, tak wielkich, że można by je nazwać głowami parlamentarnymi, obok dorodnych ćwikłowych buraków, widzieć tu można nieraz piękną herbacianą różę, na wysoko puszczonej łodydze rozkwitłą i widocznie zażenowaną sąsiedztwem warzywa; co do goździków, astrów, ostróżek i innego liberalnego kwiecia, to brat za brat9 rosną one obok marchwi i cebuli, nic sobie nie robiąc z przesądów kastowych.
Dzieci — mnóstwo.
Nie wiem, czemu się to dzieje, ale wszędzie w górach niezmiernie wiele jest dzieci.
Małe, maleńkie, jeszcze mniejsze, biega to, trzepie się, harcuje, po płotach się wiesza a śmieje się, a szumi, a szczebiocze10 jako stado szpaków.
Takich posępnych, odętych11, ciężkich w sobie dzieci, takich dzieci bałwanowatych, całymi dniami bezmyślnie na piasku lub nad kałużą siedzących, na jakie z bólem po wioskach naszych patrzyłam, tu nie ma wcale.
Nie widać też owych śniadych, wychudzonych, w tył przegiętych dziewczątek, które zmuszone są piastować mało co mniejszego od nich samych Jaśka, ani tych zziajanych, obdartych pastuszków, co to na bosaka po ściernisku uganiają się za jałowizną, gęśmi albo trzodą chlewną i zalewając się gorzkimi łzami, klną, jako słyszą u starszych: „A bodajżeś! A żeby was!”.
Tego nie widać i nie słychać tutaj.
Tu ludzie pozwalają, mogą pozwolić, dzieciom być dziećmi.
Nic więc dziwnego, że każda zagroda rozlega się weselem i pustotą tego drobiazgu; nic dziwnego, że żadne z tych chłopiąt nie patrzy na ciebie spode łba i nie ucieka za węgieł; biorą one swój dział swobody w życiu i rozwijają się normalnie, nieprzytłoczone przedwczesnym jego ciężarem. Z dzieci tych wyrastają z czasem piękni, o gibkich ruchach mężczyźni i mniej wprawdzie piękne, ale z jakąś pogodą w twarzy chodzące, kobiety.
Może się to komu wyda śmiesznym z mojej strony, ale przyznać się muszę, że miałam nieraz serdeczną ochotę zagarnąć kupkę takich rumianych, czystych, bystrych dzieciaków, tak jak to się w fartuch kurczęta zagarnia, dać im w piersi polskie serce, w usta polskie słowo i wysypać kupkę taką w którejś z naszych wiosek — ot na pokaz po prostu.
Ale po roku, po dwu nie chciałabym ich widzieć!
Zdawałoby się, że tam, gdzie jest taki domek, taki ogródek i takie dzieci — że już o kundysie nie wspomnę — to już chyba i szczęście, i spokój być musi; że ludzie, mieszkający w białych tych i zielonych gniazdach, kochać się muszą bardzo, bardzo!
— Różnie tu bywa — rzekł mi nieznajomy góral, którego zagadnęłam o to. — Co do mnie, było tak: kiedym jednego lata sam skosił łąkę i ustożył12 siano, dał mi ojciec starą swoją fajkę i rzekł: „Czas ci, chłopcze, żony poszukać”. I wydobył ojciec nową porcelankę i zapalił ją, zapaliłem i ja, i poszliśmy do Weissenbachu, gdzie podówczas najwięcej było dziewcząt na wydaniu.
Idziemy przez wieś; dziewczęta w okienkach siedzą, w progu stoją, a wdzięczą się a śmieją, i ja się śmieję, i patrzę na nie — aż fajka wypadła mi z zębów, a ojciec precz idzie, na dziewczęta ani spojrzy, jeno po oborach pogląda13.
Aż dopiero pod koniec wsi jakoś zatrzymał się ojciec przed niepozornym domostwem, a wskazując palcem ogromną kupę nawozu, z której kurzyło się jak z pieca: „Hier wirst du heiraten”14 — rzekł mi uroczystym głosem.
— I cóż? — zapytałam ciekawie.
— A cóż! Ożeniłem się, dostałem bydła sztuk sześć, nie licząc żony.
— I jesteście szczęśliwi?
— Ha! Lasem wicher tłucze, a człowiekiem dola; a ile gór widać na lewo i na prawo, każda ma czas swój taki, że we mgłach stoi.
Umilkł, poszedł dalej z głową schyloną, stukając po kamienistej ścieżce drewnianą podeszwą grubych swoich, podkutych dokoła trzewików.
Trzewiki takie, tkwiące na długich, zielonych pończochach, stanowią podstawę górala, podstawę — o ile sądzić mi wolno — daleko pewniejszą od tej, na jakiej wspierają się niektóre systemata15 filozoficzne, niektóre potęgi i niektóre — nadzieje.
Szczyt górala stanowi — kapelusz.
Jest to ów znany od czasów Tella16, pełny fantazji kapelusz, opięty zieloną taśmą jak Kateberg świerkami; kapelusz bujny, z zatkniętym z tyłu kwiatkiem albo pawim piórkiem, co to od niego wichrzą się w głowach marzenia swobody i nieograniczonego prawa postawienia stopy tam, gdzie człowiek wedrzeć się potrafi.
Kapelusze takie i takie głowy widziano nieraz na wysokich szczytach.
Kiedy kapelusz taki pojawi się w górach, biada kozicom, gdzie między kosodrzewiną błyśnie jego pawie oczko! Ono sprzymierza się na ich zgubę z przenikliwym spojrzeniem strzelca; iskrzy się, obraca i mruży w słońcu jak żywa źrenica, i rzuca urok przerażenia na smukłą giemzę, co wbiwszy wszystkie cztery nogi w kamień nad przepaścią wiszący, wymierza wielkim, drżącym okiem skok swój śmiertelny.
Takie pawie piórko nosił niegdyś u kapelusza ów sławny Alois Gemsjäger, którego nazwisko wyczytałam na małej miedzianej tabliczce, przybitej u bocznej ławki, po prawej stronie od wejścia, w katolickim kościółku w Ischlu. Tabliczki takie, numerowane (naliczyłam ich w kościółku siedemset), oznaczają miejsca tych wszystkich szczęśliwych ludzi, którzy za tyle a tyle talarów mają prawo klęknąć lub usiąść w danej ławce i modlić się w swoim odświętnym, zielonym spencerze17 na czarnej, zatłuszczonej książce. A po śmierci — bo i ci szczęśliwcy, pomimo przywileju swego, umierać muszą — mają prawo miejsce takie przekazać synom i wnukom. Tym sposobem przywilej nieśmiertelnym się staje.
Ale wróćmy do ubioru mężczyzn.
Integralną jego część stanowi fajka.
Fajka, jak spencer, inna bywa na dzień powszedni, a inna na święto.
Nie znam potulniejszego stworzenia nad fajkę codzienną górala. Sama się prawie trzyma zębów jego krótkim, wiśniowym cybuszkiem; pozwala właścicielowi swemu pracować, pluć, pozdrawiać przechodniów, uśmiechać się do dziewcząt, odpowiadać na zapytania cudzoziemców, kląć nawet; słowem, ignorować się zupełnie i jakkolwiek długo nie zasilana żadnym świeżym podmuchem, zawsze przecież znajdzie w swoim wnętrzu jakąś iskierkę, rozżarzającą podejrzany tytoń z narożnego „trafiku”. Niedzielny poranek za to jest prawdziwą wystawą fajek „od parady”.
Począwszy od owej drobnej, zręcznej, kokietującej przechodniów malowanym kwiatkiem, z której młody elegant w otwartym na piersiach spencerze siny dymek puszcza, aż do owej wielkiej, ciężkiej fajki, którą, sapiąc i spluwając w rzekę, pali — o poręcz mostu oparty — tłusty młynarz z Weissenbachu; ileż w nich jest odcieniów18 pretensji, zalotności i pychy!
Fajka nabijana srebrnymi ćwieczkami ma się koniecznie za coś lepszego od tej, którą okręcono prostym, tombakowym łańcuszkiem.
Ale i jej życie nie jest bez goryczy!
Oto na potężnych piersiach rymarza z Schornstrasse kołysze się pyszna, niesłychanej wielkości fajka, z imponującym napisem: „Der Kaiser lebe hoch!”19 i z zielonym, jedwabnym kutasem20. Oto się wzdyma, iskrzy i roztacza zwycięskie kłęby dymu. Wszystkie oczy ku niej się zwracają. Nie ma co! Przegrana!
Mniej zalotności od mężczyzn i fajek mają tutejsze kobiety. Sztywne i ciche, chodzą one w swoich krochmalnych spódnicach i niebieskich fartuchach, pełne rumieńców tłumionych, póki młode, pełne powagi w zoranych21 twarzach, gdy stare.
Życie tu, jak górskie potoki, zostawia na drogach swoich głębokie ślady. Może jest ono namiętniejszym, burzliwszym niż gdzie indziej, może cięższą stopą niźli po dolinach chodzi: nie wiem, ale nigdzie nie widziałam twarzy tak głęboko rzeźbionych, o rysunku tak wydatnym — zwłaszcza u starych kobiet — o skórze tak wyschłej, tak grubymi szwami ściągniętej, o tak zapadłych i zgasłych źrenicach.
Od gór rodzinnych, szczytami w chmurach i we mgłach stojących, nauczyły się tu kobiety owijać głowę czarną, jedwabną chustą.
Cień, jaki chustka taka rzuca na jasne dziewcząt warkocze, jest niezrównanego malarskiego efektu. Starym prababkom niemniej w niej pięknie.
Niby troska jakaś dawna owija ona te głowy drżące, tak długo bite nawałnicą życia, i zmierzchem grobu rzuca się na te zorane czoła. Głowy takie, dobrej rady nieraz pełne, umieją zajaśnieć w sobie słonecznie uśmiechami drobnych prawnuków i bywają błogosławieństwem chaty przez długie nieraz pokolenia, a zaś kładą się ciche na onym cmentarzu, co na piersiach góry leży, utulony ciszą samotną.
Kiedy pierwszy raz cmentarz ten ujrzałam, stanął mi on w oczach jako „ziemia krzyżów22”.
Nie ma tam bowiem ani jednego drzewa, ani krzaka nawet, tylko las czarnych, żelaznych krzyżów, a pod nimi groby.
Na każdym z krzyżów takich świecił w łunach zachodu Chrystus.
Na czole cmentarnego muru pełen ufności napis, z którego zapamiętałam wiersz pierwszy:
Dein sind wir, Vater, im Leben und im Tode...23
Poza lasem krzyżów, osłaniających mogiły biedaków, pod murem, dokoła grobowce wielkich tego świata. Marmur i kwiaty są czarodziejstwem tego miejsca. Pomiędzy tymi to grobami spotkałam jeden, który mnie długo przy sobie zatrzymał.
Był to grób Polki. Na szczycie swoim nosił herby dwu szlacheckich rodzin, a pod nimi taki napis: „Tu spoczywa Józia B...ska z Ukrainy, zmarła w 1871. Żyła lat 14”.
Biedne ty dziecię! Zamiast wieńca róż białych, rzucono ci na głowę — godło próżności
W rogu cmentarza był grób opuszczony, smętny nędzarz, nad którym żaden krzyż nie wyciągał czarnych ramion swoich. Na grobie tym położyłam bukiet polnych kwiatów, po drodze zebrany, i wyszłam cicho z wrót onych cmentarnych, a za mną wyszła drżąca smuga światła i nie pozostał tam nikt, co by podziwiał marmury i herby.