2.
Przywileje wielkich gościńców — Drogi ducha — Dolinka wężowa — Moja ścieżynka — Muchy leśne — Jodler — Rettenbach — Wildniss.
Kiedy po raz pierwszy zostawiłam za sobą kapryśne domków szeregi, ogródki i... ludzi, biała ścieżyna wybiegła przede mną i podjęła się być przewodnikiem moim.
Nie posiadała ona drogowskazów, co to zapytane o coś odpowiadają ci półgębkiem, a zaledwie odwrócisz się od nich, wytykają cię drewnianymi palcami jako niedołęgę, co u pierwszego lepszego, z gruba ciosanego pniaka rozumu po drodze pożycza.
Nie pędzono po niej nigdy ani bydła, ani rekruta; żaden garncarz nie rozsypał tu skorup swojej nadziei, żaden panicz nie pędził tędy w konkury24 czwórką25 za długi zajętą; żadna zapracowana szkapa nie padła tu pod ciężarem nad siły, z okiem zagasłym, mdlejącym; żaden wóz skrzypiący, z czterech desek zbity, nie wywoził tędy trumny nędzarza; żaden nawet pajac nie prowadził nią uczonej małpy, wywracając po drodze koziołki.
Tak, przyznaję, nędzną była moja ścieżyna, pozbawioną wszelkich szans oglądania kiedykolwiek powyższych wielkich zjawisk życiowych.
Bo przypuściwszy nawet, co zresztą mało jest prawdopodobnym, że zostanie ona kiedyś jednym z głównych gościńców, będzie to chyba w tym roku zbawienia pańskiego, kiedy myszy zjedzą przywileje i patenta26, a światło będzie jedynym drogowskazem ludzi.
Tymczasem jednak jest ona tak wąską i skromną, iż przekonana jestem najmocniej, jako żadne ministerium komunikacji lądowych i wodnych nic nie wie o jej istnieniu.
Taką to ścieżką cichą i nieznaną chodzi duch, tchnąc życiem i światłem.
Stróże wielkich gościńców, którzy, pilnując porządku, strzegą, aby nie wyrósł na nich kwiat polny; celniki27, co stojąc po skrajach, biorą grosz celny od przelatującego motyla — ze zdumieniem kiedyś spostrzegą wśród miast i wiosek cichego tego pielgrzyma i pytać się będą, kędy28 by przeszedł.
I posypią się raporty; pióra po kancelariach skrzypieć będą od pisania nagan i dymisji; spodziewane awanse i gratyfikacje przepadną, jak żyto na pniu gradem zbite, a biedny motyl dwa grosze celne zamiast jednego płacić odtąd będzie zmuszony.
A duch?
On pójdzie cichy i jasny — jak przyszedł — a wionie, kędy będzie chciał.
Ale wróćmy do mojej ścieżyny.
Wąska, lekko skręcona, nierówna, stopą górala zaimprowizowana naprędce, nosiła ona na żwirach swoich błyszczących ślady wszystkich ćwieków jego drewnianych podeszew; przecież szła krokiem tak lekkim, z taką swobodą zwracała się to w lewo, to w prawo, tak gibko wstępowała na faliste wzgórza, tak chyżo zbiegała na dół, że ani mi w myśli postało pytać ją o patent jakiś.
Ostatecznie, ślad drewnianej podeszwy jest także śladem cywilizacji.
Według wszelkiego prawdopodobieństwa, przechodził tędy człowiek, który nie miał może ani konia, ani woza29, ani osła, ale niezawodnie miał parasol. Miał może przy tym piosenkę na ustach, jak się to często zdarza tym, co nie mają ani konia, ani osła.
Zrazu wszystko poszło dobrze.
Ścieżka moja zawiodła mnie w łąki, pełne kwiecia i porannych woni. Błękitne puchy dzikiej cykorii, modre ostróżki, wielkie, białe rumianki przetykały ciemną zieleń traw w barwiste wzory.
Łąka była w pas, a powiewy poranne szły po niej jak fala morzem. Ciężkie, okrągłe rosy drżały na brzegach traw. Za łąką ścieżka moja zaczęła bałamucić z rozkwitłymi biało targańcami, które to z lewej, to z prawej strony zabiegały jej drogę, pełne trzepotów ptasich i brzęku owadów.
Robiło się gorąco; śpieszyłam do cienia i chłodu.
Wkrótce łąka została daleko, a zaszedłszy cała natężonym światłem, dzwoniła ku mnie piosenką świerszczów polnych i liliowych dzwonków hejnałem. Naraz przejrzyste cienie padły mi pod nogi.
Weszłam w piękny las liściasty, między ogromne klony, wiązy i graby, w których delikatnej zieleni słońce drżało, jakby w sieć szmaragdową złowione.
Po gałęziach gwizdały kosy.
Cała moja ścieżyna zaszła biegającymi po niej ziarnami światła i mieniła się przede mną jak przepaska złotem tkana.
Na lewo, stromą ścianą porosłą w wilcze łyka i dzikie plątańce, opadał las w wąwóz zrazu, potem w dolinę, pięknie rozjaśnioną w sobie, wodnym ku błękitowi oddechem. U spodu jaru grały niewidzialne strumienie, a wilgotne ich opary chłodem biły ku mnie. To Schlangenthal. Dolinka ta używa złej sławy. Powiadają ludzie, jako tu w gorące południa słychać podejrzane sykania i nader dwuznaczne szmery. Prawdopodobnie jest to zapomniany w lesie kocioł czarownic, w którym pełzają sprośne30 ropuchy i węże.
Brzegiem jaru bujały pierzaste paprocie i modre naparstnice, na giętkich prątkach ciążące pięknym swym kwieciem; spodem słały się mchy gęste, wilgotne, kształtów dziwacznych, subtelnych, a obfitości niezmiernej.
Jedne z nich, misternie utkane jakoby z włókienek jedwabiu, rozciągały szeroko zielone swoje makaty; drugie, rozdmuchnięte w piórka a strzępki, stały po mokradłach i dołkach całe w rosach jeszcze; inne porębionymi blaszkami przylgnęły do pniów drzewnych i rozrzuconych kamieni; były i takie, co wyglądały jako czarodziejskie serwisy, ustawione umyślnie dla boginek leśnych, z pucharków srebrnych, z drobnych czareczek wydłużonych misternie, z rożków wykręconych jak trąbki, na których złote chrząszcze i świetliki grają całą kapelą podczas świętojańskiej nocy.
Kiedy tak idąc z pochyloną głową, przypatruję się dziwnym onym zastawom a gobelinom, ścieżyna moja, rzuciwszy łagodny cień klonów, wbiegła pomiędzy olbrzymie odłamy skał, strącone niegdyś skrzydłem przelatującej burzy z niedalekiego Brachberga.
Padły i legły jako zwyciężone tytany; jedne z nich czołem zaryły się w ziemię głęboko; inne, na wznak powalone, strzaskanym cielskiem swoim zasypały całe kolonie drobnych, leśnych krzewów, próbujących nieśmiało obejść te martwe bryły i młodymi wypustkami odetchnąć ku słońcu.
Błądząc po smętnym owym cmentarzysku, naraz posłyszałam przenikliwą nutę tyrolskiego „jodlera”31. Przede mną szedł drwal z siekierą w ręku, z brzemieniem drew na plecach, a idąc — śpiewał.
Odzież jego stanowiła podłużna, siwa dera32, z otworem pośrodku, do przetknięcia głowy służącym, z bokami opadającymi jak ornat na piersi i plecy górala.
Przy takim odzieniu ramiona pozostają odkryte, a jeśli przy pracy nisko pochylać się trzeba, to cała dera robi lewo w tył i wtedy boki jej wiszą ponad ramionami. Wypadkowo tylko widziałam odzież tę w pogodę; zwykle bowiem używają jej górale w czasie deszczu i szarugi, dla zaoszczędzenia zielonych spencerów.
Za drwalem biegł chłopiec, pięć lub sześć lat mieć mogący, i ciągnął za sobą grubą gałąź z liściem zeschniętym. „Jodler” służył zapewne do ułatwienia drogi malcowi; bo lubo33 srodze rozczerwieniony i zziajany, biegł przecież za głosem ojca i zdobyczy swojej nie puszczał. Minęli mnie, mając się34 ku górze; ścieżka też moja dźwignęła się i w las poszła.
Las to był ciemny, iglasty, bez tchu stojący.
Uśmiechy dnia i słońca zostały poza nim daleko.
Chłodem wiało i strachem z tej gęstwy ciemnej, w którą zwarły się rozwichrzone jodły i świerki posępne.
Ogromne, gołopienne35 sośnice, z zielonymi wiechami u czubów, szły z niej w niebo jak maszty i wieże, a pnie potworne, brodate, z posad dawno ruszone, sterczały w górę bezładną plątaniną trupich korzeni, odkrywając w wywrocie onym swoim tajemnicze żużle wygaszonego żywota.
Inne, tkwiące jeszcze po dawnych gniazdach swoich a sadybach, obywatele bezgłowe i smętne36, stały z piersią wypróchniałą i pełną wód dżdżowych jako łzawnice prastare, opłakujące jakąś nieznaną nam wiosnę. Wkoło nich wiły się i próbowały żyć wypustki chorobliwe, zdrobniałe, zarażone ojców niemocą. Na jednym z pniów takich przysiadła pliszka świergotka i piła łzy z jego piersi, szczebiocąc coś wesoło i przechylając ku światłu drobną swoją główkę.
Nagle usłyszałam ogromny huk wody.
Na huk ten a szum idąc prosto, zaszłam pomiędzy zręby skał, to zwalonych jedne na drugie, to ciśniętych w niebo jak z procy, których głębokim rozstępem przelatywał strumień spieniony. To Rettenbach.
Własne jego wody nie napoiłyby może nawet tych bluszczów leśnych i mchów, i paproci, co się tu wieszają po skałach, ani tych jeleni, co przybiegają tu rankiem, grzmiąc kopytami po kamienistych jarach i otrząsając poranne rosy, drżące na młodocianych krzewach.
Umie on jednak poradzić sobie. Nie pytając drogi, prosto z miejsca rzuca się na łeb na szyję w otchłań skalną, unosząc z sobą wszystkie górskie wody, jakie w tym skoku spotyka.
Otrząsnąwszy się potem jak koń spławiony, potężnymi bryzgami piany, z nabytym pędem pierwszej tej swojej szalonej imprezy37, puszcza się dalej na szumne loty po strąconych głazach, tak wielkich jak przewrócone kościoły, przelewa się przez cysterny wyżłobione kroplą jakąś, spadającą w długim wieków szeregu; po wypłukanych w skale niszach, framugach i arkadach, rzuca piany swoje i gniewy, aż przewaliwszy się całym tabunem fal swoich przez ławice w poprzek łożyska spiętrzone, pluszcze i szumi, i huczy, szukając ujść wolniejszych i mniej szalonych spadków.
A skały niosą w dal echa jakieś i skargi, a las stoi cichy, posępny, chłodny i słucha, słucha...
Takim przedstawił mi się Rettenbach w wezbraniu wód swoich, kiedy kipiąc i wstrząsając wątłą kładką, na której stałam, przelatywał pod stopami mymi, rzucając mi w twarz srebrne pyły odruzgów38 swoich szklanych.
Miejsce to, nasuwające na myśl Selva Selvagia39, nosi nazwę Rettenbach-Wildniss, a ciszą lasu swojego i zmierzchem, nieruchomością skał, chłostanych wodami tymi, mówi wędrowcowi rzeczy dziwnie mocne i rzeczy tajemnic pełne.
Jeżeli nosisz w piersi ból jaki i tęsknicę, które na łańcuch brać musisz i smagać co dnia, aby nie krzyczały głosem40, jeżeli życie postawiło na drodze twojej porohy41 nie do przebycia, jeśliś na widok mądrych urządzeń najlepszego z światów uczuwał chętkę rozbicia muru własną swoją głową — tu przyjdź i patrz, i słuchaj, i płacz... jeśli możesz.