3.

W świecie i poza światem — Laufen, nieśmiertelni jego — Dwie drogi — Bauernfeld — Na co patrzą tłumy — Kapliczki i ich naiwność — Oko Opatrzności — Der schöne Ernst — Kelner demokrata — Laendler — Złoty hełm — Po balu — Sterzens Abendsitze — Alpejska zorza — Brak pieśni — Echo po rosie.

Ranki przepędzać można w Ischl w dwojaki sposób: albo w świecie, albo poza światem.

Chcąc je przepędzać w świecie, trzeba się kręcić po esplanadzie42, potrącając Greków, Anglików, Węgrów, Rumunów i inne nacje; trzeba obdzielać ukłonami to pana Parysa Lambrenidę, to panią Poliksenę Romanesku, to pana barona Napeso, to pannę Penelopę Ramleh; trzeba mieć wreszcie niewyczerpany zapas: czasu do stracenia, miłych uśmiechów i... świeżych rękawiczek.

Żyjąc poza światem, dość jest wstać rano, jako ptak strząsnąć pióra i iść, gdzie oczy poniosą.

Ot, choćby do Laufen.

Laufen to górska mieścina, garść domków białych, rzuconych na lewy brzeg Trauny, o których świat mógłby nie wiedzieć zgoła, bez wielkiej dla siebie straty.

Religijno-artystyczne aspiracje swoje manifestuje Laufen przez ścienne malowidła na zewnętrznych murach domków schludnych, największą zaś jego paradą jest szpital imienia cesarzowej.

Bardzo smutna parada — przyznaję.

Przed tym szpitalem, na drewnianym zydlu, siedzi stary inwalid43, żołnierz o drewnianej nodze, sam prosty, suchy, też jakoby drewniany, i zbiera ofiary dla chorych. Głowa jego tak martwa i sztywno wzniesiona, twarz tak nieruchoma, źrenice takie zagasłe, że na pierwsze wejrzenie wydał mi się częścią jakiegoś pyłem przysutego44 ornamentu; dopiero kiedy przemówił, poznałam, że żyw jest.

Lecz jeśli chorować tu można, trudno niezmiernie jest umrzeć. Na drodze do Laufen widziałam stare kobiety, na wióry zeschnięte, których usta zapadłe poruszać się już nie mogły i były jako dzioby papug długowiecznych, a zwiędłe i zmarszczone ciała przedstawiały posępną ruinę dawnej okazałości.

Skulone i żółte, siedziały staruszki owe nad drogą, jakby zapomniane przez czas tędy lecący, a gdym przechodziła koło nich, klaskały z cicha w dłonie, co miało oznaczać, że o jałmużnę proszą.

Jedna z nich próbowała się uśmiechnąć, ale zatrzęsła tylko zeschłą głową swoją i podniosła na mnie osowiałe oczy, w głębokich dołach stojące, pełne jakichś łez czerwonych. Straszną była w swojej nieśmiertelnej nędzy.

A jednak kiedyś przecie ludzie i tu umierają, widziałam bowiem cmentarz. Cichy, słońcem rozjaśniony do ostatniej trawki, leżał na zboczu góry, pełen krzyżów czarnych. Wprawdzie najmłodszy z nieboszczyków, Herr Johann Trax45, młynarz z Laufen, miał zaledwie 75 lat wieku, ale zaręczam, że dożyłby stu siedmiu, gdyby nie młyn niepoczciwy, co go kiedyś jak brytan zębami chwycił i poturbował śmiertelnie. Na cmentarzu tym samotnym, rzuconym pod las świerkowy, każdy szanujący się nieboszczyk musi mieć położony na grobie niezbędny do imienia dodatek: Herr, Frau46 albo Fräulein47, wraz z wypisaną godnością, jaką za życia piastował on sam albo ktokolwiek z rodziny jego. Oto grób Katarzyny Schmalnauer, siostry burmistrza; oto drugi: Ernesta Kogla, stryja organisty. O biedna Józiu! Przebaczam ci herby twoje!

Dwie drogi prowadzą do Laufen; jedna spokojna, wygodna, mieszczańsko-bezpieczna, przez park, przez łąki i przylaski świeże; druga na taras górski rzucona, po jarach się niesie, cała w rosach i w woni fiołków alpejskich, i przebiega podskalne występy, wiszące nad nią, jakby runąć miały, i puszcza się na hazardy48 takie, że ją od przepaści żerdzie tu i ówdzie strzec muszą.

Mówią, że po tej ścieżynie błąka się w zmierzchy letnie duch Franciszka Karola49, który tu za życia rad chodził; co do mnie jednak, nie widziałam go nigdy...

Za to spotkałam tu raz Bauernfelda50. Poeta szedł w głębokiej zadumie, zwiesiwszy głowę siwą, nie patrząc przed siebie. Było to w czasie zjazdu gości koronowanych, nazajutrz po przedstawieniu jego Tagebuch51 w miejscowym teatrze.

Co się wtedy przed teatrem tym działo, trudno wypowiedzieć. Wąż miedziany Mojżesza nie zwracał na siebie tylu pałających spojrzeń, co wielka markiza w żółte i czarne pasy nad wejściem do loży cesarskiej. Szaleństwo jakieś ogarnęło wszystkich. Kto zobaczył dworski ogon dworskiego konia, śpiewał „jodlera” przez resztę wieczoru; a kto dojrzał kamasze dworskiego lokaja, kupował sobie butelkę „goldringu” i do rana już krzyczał: „Der Kaiser lebe hoch!52

A ponad tą falą głów ludzkich, zwróconych ku szeregowi karet zamkniętych, podniosła się w majestacie swoim noc letnia i na głębokich błękitach położyła sierp srebrny, i zapaliła diadem gwiazd u czoła, lecz nikt nie patrzał na nią.

Nie miała karety ani lokaja.

Baurnfeld jest tu bardzo popularną postacią; ścieżki górskie przywykły do jego powolnych, wlokących się kroków, kapelusze góralskie uchylają się przed nim, ma on nawet gdzieś domek imienia swojego, z sosnowej kory cały, otwarty na wszystkie cztery wiatry, prawdziwy dom poety, gdzie mieszkają mchy leśne, wróble i pająki.

Poza tym domkiem stoi na prawo kapliczka przydrożna, jedna z tych, które tu lud stawia gęsto, a zdobi je niewybrednie.

Kiedym raz przechodziła tamtędy, człowiek jakiś, z krótką fajeczką w zębach i z parasolem pod pachą, wyniósł z kapliczki onej promieniste oko opatrzności i zawiesił je na zewnętrznej ścianie, na wielkim, od długich deszczów zardzewiałym, gwoździu.

— Co to robicie? — zapytałam ciekawie.

— A nic; targ dzisiaj, do miasta mi trzeba.

Zrazu pojąć nie mogłam, coby to jedno miało do drugiego; w dalszej dopiero gawędzie wyjaśniła się rzecz cała. Poczciwiec ten był gajowym, a ilekroć ze stanowiska zejść mu wypadło, powierzał straż nad lasem owemu promienistemu oku opatrzności, wywieszając je w tym celu na zewnątrz kapliczki.

Kapliczek takich i obrazków na drzewach przydrożnych widziałam mnóstwo i przedtem, i potem, a różniły się pomiędzy sobą tylko stopniem naiwności.

W Seigerbachalm jest chata, przed którą stary góral, okrakiem siedząc na ławie, struże łyżki drewniane i małe trepki lipowe; otóż obok tej chaty i tego warsztatu jest mały ołtarzyk polny; w obrazku Panna Maryja, w czarnej chusteczce ischlowskiej na głowie, przed obrazkiem słoik od musztardy, a w słoiku pawie piórko. I tyle.

W Rettenbach za to cały dramat odgrywa się na pięknej, drewnianej tablicy, przytwierdzonej do sosny, powyżej strumienia.

W niebie, pełnym zielonych świerków i lip rzęsistych, Święta Rodzina siedzi sobie spokojnie na ławie. Wtem hałas jakiś dolata53 z ziemi. Staruszek Józef wychyla się poza obłoki, patrzy, aż tu w samym łożysku zatrzymanego szluzami potoku, na pół przywalony klocami spławionego drzewa, leży Johann Bamberger, który przed trzema miesiącami wracając tędy nocą z Reitterndorfu, zabłąkał się, wpadł w strumień i, naturalnie, utonął. Biedaczysko; nie miał nawet czasu krzyknąć: „Jezus, Maryja!!” i dlatego też nic o całej tej katastrofie nie wiedziano w niebie; aż dopiero czterech drwalów, znalazłszy go, narobiło krzyku i lamentu, co wszystko objaśnia stosowny napis, pochodzący z 1850 roku.

Ale nie skończyłabym chyba, gdyby mi podobne szczegóły wyliczać przyszło.

Zresztą kto do Laufen zaszedł i wrócił stamtąd, czy łódką, czy pieszo, ma wszelkie prawo zjeść obiad i spocząć.

Żywicielem pięknego świata w Ischl jest pan Franz Koch, burmistrz miasta, właściciel hotelu Elisabeth i pryncypał „pięknego Ernesta”.

Piękny Ernest, der schöne Ernst54, jak go tu zowią, jest wysokim, majestatycznej postawy mężczyzną, z miną dyplomaty, z starannie wygoloną twarzą, z wejrzeniem tak bystrym, że przez sukno odzieży gotów ci reńskie55 policzyć w kieszeni. Pełen gracji, pomimo tuszy, chodzi krokiem lekkim, a cichym, i wielką swoją białą, mięsistą ręką z szybkością błyskawiczną rzuca ci resztę.

Masz tobie! Zdradziłam się; każdy teraz domyślić się gotów, iż bohater mój jest... oberkelnerem56. Kiedy się już rzecz wydała, możemy mówić otwarcie.

Jeśli ze zwróconej ci reszty zostawisz na stole 10 krajcarów57, der schöne Ernst nie powie ci nawet danke58, a nazajutrz kwadrans czekać będziesz, nim znajdzie czas porachować się z tobą. Jeśli zostawisz 20 krajcarów, usłyszysz danke schön59 i czasu nie stracisz; jeśli w szczodrobliwości swojej posuniesz się jeszcze dalej, piękny Ernest podziękuje ci po francusku i podniesie serwetę, jeśliś ją upuścił, dodając uśmiech całkiem już bezpłatnie.

Mężczyzn ogładzonych, mówiących cicho i przez binokle patrzących na damy, piękny Ernest znosi zaledwie; jadają oni zwykle mało, a piją tylko piwo.

Lecz jeśli się trafi jaki barbarzyńca brodaty, co nim usiądzie, dwóm sąsiadom krzesła potrąci i stół z miejsca ruszy, a wziąwszy kartę, pyta się głośno o nazwę potraw nieznanych sobie i dysponuje entrée60 po pieczystym, wtedy der schöne zajmuje się nim wyłącznie, zmienia mu talerze i szturcha małego chłopca od posługi, aby prędzej wino podawał.

Dla kobiet jest on pobłażliwszy. Wie on z doświadczenia, że to stworzenia ułomne, bez żadnej logiki kulinarnej, których apetytem rządzi zarówno fantazja, jak otoczenie, wie on, że wybierają one z karty to lub owo, na oślep prawie, byle się prędzej dostać do jakiejś słodyczy; a pobłażliwość swoją posuwa on względem nich do takiego stopnia, iż bywały wypadki, że osobie, która wprost po sztuce mięsa zażądała tortu poziomkowego, sam własną swoją pulchną ręką przyniósł i podał z uśmiechem.

Piękny Ernest jest typem kelnera arystokraty. Przydomek swój nosi z godnością i skromnie; jeśli ci czego odmawia, np. reszty wina pozostawionego wczoraj w butelce, czyni to z całą elegancją, „dla pryncypu61” tylko.

„Pryncyp” jest wszystkim u niego; idzie on zaraz po krajcarach w hierarchii uczuć jego wzniosłych i gorących.

Jeśli jednak komu chodzi o typ kelnera demokraty, to i taki się tu znajdzie. Jest nim Leopold.

Ściśle mówiąc, Leopold jest eks-kelnerem, szczęśliwym posiadaczem kawiarni i domu wzniesionego z dwunastoletnich trynkgeldów62. Rudy, brzydki, przebiegły, pomimo swego établissement63 nie pozbył się ruchów posługacza, które przyrosły do niego jak skóra. Jest on kroniką skandaliczną Ischlu. Wie, ile kto ma długów, romansów, lat i zębów wprawionych; wie, gdzie król Milan64 przepędza wieczory, gdzie cesarzowa będzie jutro na wycieczce, ile sukien przywiozła z sobą Lukka, co mówił ksiądz kapelan do księżniczki Walerii65; wie nawet, że panna Czertogubow rodowitą jest Polką, a jej strój małoruski, strojem powszechnie przyjętym w Warszawie. Prócz tego Leopold jest jeszcze literatem. Ze skromnie spuszczonym wzrokiem podaje ci on do kawy mały, wiedeński świstek, w którym bywają jego felietony i korespondencje.

Leopold, jako właściciel kawiarni, ma wprawdzie kelnera, ale znieść nie może, aby ktoś inny, a nie on sam, dyski66 dostawał na piwo, najczęściej więc przychodzi sprzątać we własnej osobie i wcale gładko chowa do kieszeni krajcary. Jest to tylko skutek nawyknienia67.

Prócz tego posiada Leopold jedną jeszcze specjalność: oto, jako syn ludu, prześlicznie lendlera68 tańcuje. Sala grzmiała od oklasków, kiedy na balu „alpejskim” zawiódł w szerokim kole taniec narodowy, owijając koło siebie tanecznicę69 jako powójkę leśną, pozwalając jej się kręcić przed sobą jak motylowi pstremu, bijąc takt z lekka i drobiąc kroki, jakoby kwoli70 niedużości tanecznicy swojej a słodyczy jakiejś wewnętrznej. Puszczał tancerkę przed siebie, poglądał, i nad głową jej rękę podawał, a potem w uścisk brał i nad ziemią niósł prawie, aby za chwilę porzucić zdyszaną i biec do grupy mężczyzn, zebranych jakoby na radę, i śpiewać strofę Tyrolezy zuchwałej, do ech rozgłośnych podatnej, i klaskać w dłonie, jakoby chwaląc męską ustawę siły i dzielności, i powracać znowu do zostawionej bogdanki, która ci przez ten czas migała przed oczyma niebieskim swoim fartuszkiem, nosząc się tańcem lekkim, a swobodnym ruchem. Trzeba przyznać, że i tanecznicę miał Leopold wieczora tego nie byle jaką. Była to piękna blondynka, świeżo poślubiona żona tapicera, która śliczne swoje, lekko skręcone włosy przykryła hełmem złotym, misternej, filigranowej roboty. Na hełmie siedział wielki, z czarnej krepy motyl i bił w skrzydła lekkie za każdym poruszeniem tancerki.

Strój to był kosztowny, po prababce jakiejś spadkiem idący, klejnot rodzinny, dziwnie piękny i malowniczo dopełniony czarnym kabacikiem, wysoko zapiętym, z drogą u rąk białych i szyi koronką, oraz spódniczką pozwalającą dojrzeć drobne nóżki obute w szczero-góralskie ciżemki podkute ćwieczkami srebrnymi.

Ach, jak oni tańczyli! Zazdrość brała patrzeć.

Przy „złotym hełmie” zgasły wszystkie modnie postrojone damy; mężczyźni tłoczyli się, by nań popatrzeć z bliska, a piękna blondynka przyjmowała te hołdy z twarzą bladawą, z poważnym na ustach uśmiechem. Jeden z gorętszych wielbicieli „złotego hełmu” zapędził się tak dalece, że we fraku, jak był, do lendlera stanął. Biedak! Wyglądał... bardzo opłakanie.

Kiedy po balu tym wracałam do domu, z wieszającą mi się na ustach nutą Tyrolezy, księżyc wstał z jaru pełnego mgieł srebrnych i szedł samotny, dumający, cichy. Stanęłam... i patrzyłam nań; i on stanął i patrzył na mnie. A zaś oczy zakrył chmurą jako człowiek dłonią, a ja poczułam, że rosa padać zaczyna.

Jest miejsce ciche, otwarte, ku górom lekko dźwignięte, z którego jak ptak z obłoku możesz spojrzeć i w dolinę tę alpejską, gdzie Ischl się gnieździ biało a zielono, i w góry, które wokoło gniazda tego obsiadły.

To Sterzens Abendsitze, ostatnia strażnica dnia i pierwsza strażnica nocy.

Kilka drzew zeszło się tam kiedyś, jako drobne płonki jeszcze, i stanęły zapatrzone, i wrosły w ziemię, i zaczęły szumieć z podziwu, i po dziś dzień stoją tak jeszcze, i patrzą, i szumią.

Idź tam pod wieczór dnia pogodnego i pozwól tym szumom kołysać myśl twoją. Czy widzisz tę łunę na wschodzie? To Alpy płoną. Skalne przyciosy pławią się spodem w rozgorzałych fioletów łunie, wyższe budowania a zręby w alpejskiej zorzy stoją jak w purpurze jasnej, a szczyty, otchnione różowo-złotych świateł tumanem, zdają się rozwiewać w czarodziejskie przezrocza jakieś.

Wszelka płaszczyzna, wszelki kant na swój ład jasność odbija; łuny grają ci w oczach wszystkimi tonami światła. Natężają się, rosną, buchają potężnym żarów akordem, a potem mdleją i cichną jak pieśń konająca.

Takie płomienie Alp poprzedza jakaś nagła cisza w naturze. Drzewa przestają szumieć, ptactwo waży się na skrzydłach bez ruchu i głosu, trzody stają i patrzą ku górom, nieme, rzekłbyś, zadumane, a wodospady wiszą drżące, srebrem ścięte, nie śmiejąc trącić szklanych strun swych lutni. I tobie zorza alpejska kładzie na ustach swój płomień siny, i ty czujesz jej ognie na twarzy, w piersiach, w źrenicach, i patrzysz, patrzysz...

Tam! Widzisz te wieże a iglice71, z różowych alabastrów dźwignięte? To Dachstein.

Starzec to siwy i zmrożony wiecznie, a przecież w takiej chwili krew mu w żyłach krąży widocznie.

Sto wieków kipiał w błękity, sto wieków tężał w szkielet granitowy, a kto liczył dni jego, odkąd w śniegach i w lodach stoi i patrzy w dolinę?

A tam, na prawo, gore szczyt synajski i na potrzaskanym swym czole niesie ogniste tablice zakonu.

Chwilę jeszcze można widzieć płomienne ich zgłoski, potem powietrze ciemnieje, gęstnie; szczyty, zbliżone natężeniem światła, usuwają się w mroki i zmierzchy; złote pyły, niosące się od rozgrzanych turni ku przeciwległych gór gniazdom, zachodzą cieniem lekkim, liliowym, a z doliny wstają mgły sine i tchem chłodnym na czoło ci biją.

Alpy gasną.

Tymczasem zakipiały podgórskie łąki ruchem przedwieczornym, pośpiesznym.

Słychać gdzie kosy, gdzie grabie, gdzie skrzypienie wozów ciągnionych przez woły siwe, słychać nawet śmiech i rozmowy; tylko nie słychać pieśni.

Pieśń... to Słowianka rodem.

Tutaj uwija się góral przy pracy, aż pot mu kipi z czoła, spluwa, śmieje się, pali fajkę, mamrocze nawet sam do siebie, jeśli nie ma z kim gadać, ale nie śpiewa.

Hej! Hej! Gdzie ty, pieśni nasza wioskowa, niosąca się po łąkach skoszonych, po rosie, po chłodnej?... Cicho! Wiatr wschodni echa jakieś niesie...

A po tej rzece płyną łabędzie,

Jeno je woda garnie,

Oj, pójdziesz we świat Jasieńku miły,

Oj, zginiesz na nim marnie...

Boże! Jak to daleko!