3

Czarna księga — Moja z Nowym Peregrynantem rozmowa — Merceria — Życie na ulicy — Sempre diritto — Trattoria — Plac św. Marka wieczorem — W ciszy nocy — Ponte dei Sospiri

Na stoliku moim leży stara księga, dobrze już przez mole ruszona, której deski, czarną obciągnięte skórą, noszą ślady oderwanych klamer i rzemieni.

Księgi tej tytuł jest Nowy Peregrynant, starego świata Lustrator195 — a na pierwszej jej karcie dwaj orłowie196 siedzą, trzymając w dziobach wstęgi ornamentu, nad znużonym już trochę okiem Opatrzności.

Otóż, kiedy na księgę ową spojrzałam, przyszło mi na myśl, że gdyby autorowi jej wpadły w ręce te moje świstki z podróży, dzielny ów mąż — silniejszy w heraldyce niźli w etnografii, byłby nimi niepomału197 zgorszony.

A myśląc tak, zapatrzyłam się na orły owe i podparłam głowę ręką, i zadumałam się o czasach, kiedy ta księga młodą była.

I zdało mi się, że zacny Peregrynant wystąpił z wielkich liter na tytule, a stanąwszy z boku, przez ramię moje na kartki zapisane patrzał.

Patrzał, patrzał, uśmiechał się złośliwie i głową kiwał, aż naraz ręce w boki wparł i huknął z całym ferworem właściwym stylowi swojemu.

— Jak to! Asińdźka198 ruszyłaś się w peregrynację takową bez żadnej duchowej armatury199? Nie wziąwszy za patrona świętego Ekspedyta200? Ani wezwawszy na pomoc świętych Trzech Królów201?

— Panie — odrzekłam z pokorą — za jaskółkami leciałam, za obłokiem zachodnim. O świętym Ekspedycie — pierwszy raz słyszę, jak żywa, a królów nie wzywałam nigdy, bom z tych, co harde serca mają. Błogosławieństwo pól swoich i łąk swoich na drogę wzięłam, nosiłam je w piersiach z miłością wielką wśród obcych.

— Hm! — przerwał mi udobruchany Lustrator — nieźle się asińdźka bronisz, a i to jej się chwali, iż księgę tę, w której ja esencjalne i osobliwe scienda ex probatissimis authoribus202 podaję pod ręką masz. Ano nie zawadzi z ojczyzny swojej movens gressum203 benedykcyją kościelną204 wziąć, a obserwować pewne regulas205, aby nie powiedziano z cudzych krajów powróconemu, iż tam był oculo spectator, mente incognitor206. Tu zażył tabaki, w krześle siadł i tak dalej prawił:

— Przybywszy do królestwa lub prowincji jakowej, przywitać naprzód należy Angelum Praesidem207 owej krainy lub miasta, bo i te mają Angelos Custodes208. Pamiętałażeś o tym, asińdźka?

— Panie — przemówiłam nieśmiało — wiem, iż anioł każdego narodu żyw jest, choć nieraz omdlały i uśpiony w sobie. Tego anioła witałam wszędzie, gdziem mogła dojrzeć oblicze jego.

A bywało ono jak śmierć smutne — ale mocniejsze od śmierci. A widywałam go, wśród pól cichych, wodzącego pługi nocą na jutrzejszy plon, i wśród lasów niosącego się z szumem dębów starych, i widziałam go, gdy nad rzekami w pióra srebrzyste uderzał, i siadał na ruinach jakoby w płaczu wielkim... A pod zorzę ranną i świt wstawał ten anioł i budził ludzi do pracy na jutro dalekie. A ludzie mówili wtedy, iż słońce im wschodzi.

Chciałam mówić dalej, ale stary machnął niecierpliwie ręką.

— Sedycyje209 to są a210 misterstwa211 słów próżne, którym się tylko białogłowskie212 rozumy, iż krótkie213 są, poddają. Ano, powiedzże mi, asińdźka, czy też stanąwszy w krainie jakiej cudzej, zakładałaś najpierwszą swoją curiositatem214 w tem, jak się kraina owa zowie, jak się przedtem zwała, dlaczego ta stała się imienia mutacja? Jaka tam religia, jaki status, jaka acria215, jaka długość i szerokość granic? Jak dawne królestwo to? Ex quibus initiis216 powstało lub upadło? Co tam za wojny i eventa217 trafiły się, i w czym ta Nacyja nad inne excellit218.

Boże miłosierny! — pomyślałam ze skruchą, nawału pytań tych słuchając — ani mi do głowy nie przyszło dowiadywać się gdziekolwiek o tym wszystkim. Że jednak obawiałam się z nieświadomością taką przed Peregrynantem moim wydać, więc pomyślawszy mało — odrzekłam:

— Wiem, panie, że po ziemi duch twardy chodzi z mieczem, i krainy ciche odcina od imion ich i zaciera imiona te żelaznym palcem. Wiem, że religiją w krainach takich jest płomień gorejący ku imieniowi onemu, i że powietrze tam narzekań i smutku pełne, a długość i szerokość granic ludzie tam po mogiłach mierzą. Wiem, że państwa z początków wielkich powstałe zwijają się, jako liść jesienny, ku zdeptaniu; i to wiem, że ten naród nad inne celuje, który sprawiedliwość za fundament ma.

Słuchał mnie stary z twarzą chmurną i gorzką, i zwiesił głowę — i milczał. Aż po małej chwili, ocknąwszy się jakoby, rzekł nagle.

— Z wielką modestyją219 rzeczy takie obserwować należy; a z cudzoziemcami zbytnio o nich nie dyskurować220. W fakcyje221 też żadne nie wdawać się — bo w cudzych krajach jest rygor wielki na swawolnych i rychła222 suspicyja223 być może.

Na co, gdym ja oczu pochylonych nie podnosiła, tak dalej prawił:

— A wszakże, nie powinno było fugere notitians224 asińdźki, co za kondycyja ludzi i obywatelów krainy, jakowej jest, i w czym ich cnota i pochwała consistit225. Jaki ich genijusz, sposób i ku Panu wierność. Jakie gdzie mury, fossa defensa226. Jeśli miasto, kiedy i od kogo w oblężeniu było. Czy szturm wytrzymało gloriose227? Jakie tam akademije, jak dawne, i od kogo erygowane228. Co za profesorowie, jakiej uczą sentencyi. Co za księgi i veritates229 mają. Jak zacni są tam dyscypulowie230, jaki ich progres i w naukach aplikacyja.

A kiedym jeszcze w zadumaniu trwała: — Jakże — zapytał — nicże mi aśćka nie powiesz? Obróciłażeś przynajmniej ciekawe i rozumne oko na publica opera231? Na bazyliki, klasztory, collegia? Na cytadelle232, cekhausy233, rynki, baszty i antymurały? Jaki gdzie zamek, amunicyje, praesidium234?, Kto w zamku jakowym, rex235, czy vice-rex236, z jaką pompą i magnificencyją rezyduje? Jakie gdzie commercia237, urodzaj albo sterilitas238 gruntów. Jakie wody lekarskie, źródła, cieplice i co singulare239 o tychże wodach fert fama240?

— Nie, panie — odrzekłam zawstydzona głęboko. — Nie wiem tego wszystkiego. Jam po ścieżeczkach polnych chodziła, zbierając kwiaty dzikie, co rozkwitają dla ludzi zamyślonych o rzeczach w pąku jeszcze leżących. A kościoły to były gwiaździste, miesięcznych świateł pełne, gdziem ja na modlitwę stawała.

A król-duch przez bazyliki one szedł, ku porankowej stronie. I świeciła mu noc lampą przejrzystą, a ludzie czuwający na dolinach mieli wtedy sny ciche. Wiem też, iż baszty a mury trzeszczą teraz w sobie — i w gruz a w upadek idą; bo każdy wiek inną wojuje mocą — od kamieni aż do myśli.

Wodyć znam i potoki leśne, bom się od nich przygrywek do pieśni prostych uczyła; ale szumy ich przepadały u ostatniej olchów strażnicy i poza cienie brzóz nie przechodziły dalej.

— Dziwno mi bardzo — przerwał Peregrynant z goryczą — iż aśćka przywidzenie jakoweś i humory bierzesz za arcana et rara241. Niemałej potrzeba animadwersyi242, aby tego wszystkiego do końca cierpliwie wysłuchać. Widzę ja, iż aśćka tylko wietrzników na wieżach miejskich patrzałaś, a po górach i lasach cygańskim obyczajem włóczyłaś się, mało co z rzeczy widzianych fundamentalnie poznawszy. W pośrodku raritatum et mirabilium243 przygodziło się aśćce stać, a zaniedbałaś zanotować pilno omnia visa, audita, facta244. I oto wiesz dzisiaj, po czemu łut wiatru w polu, a nie wiesz, co jest ratio gubernationis245. Szumu i dymu pełno u aśćki w głowie i słóweczek misternie rzezanych246, a żadnej sciencyi247 o tem, jaki gdzie magistrat, trybunał, sądy, jakie commercia248, przemysł, dowcip249 i jakie w religii zelum250!

Zamilknął stary i sapał gniewnie przez chwilę, a potem przemówił jakoby do siebie: — Prawdę to świętą rzekł Lipsiusz: Sapiens, ubicunque est, peregrinatur; fatuus, semper exulat251.

A zwróciwszy się do mnie, dodał:

— Widziałażeś przynajmniej asińdźka Dożego252 w Wenecyi?

— Kogo? — zapytałam, niedobrze wiedząc, o co by mu szło.

— Dożego, mówię! — odparł niecierpliwie. — Cóż, nie wiesz nawet aśćka, co jest Doża, caput et princeps Senatus253, który Adrię, morze, corocznie pompatice254zaślubia i pod którego imieniem wszystkie publiczne Instrumenta255 i Dekreta w świat idą?

— Doża! — zawołałam z uśmiechem. — Ależ teraz nie ma Doży, panie.

— Nie ma Doży? Cóż mi to aśćka prawisz. Więc chyba i Wenecyi nie ma?

— Wenecyja jest. — Widziałam ją nad morzem stojącą, zalotnicę białą, w obnażeniu marmurów swoich. U nóg jej kołysał się okręt. Ale nie był to żaden wojownik zuchwały, tylko jakiś handlarz opasły. Przywoził jej złoto, więc uśmiechała się do niego.

Na ostatnim rąbku jej szaty, na Riva degli Schiavoni, tłum niewolników po dawnemu stał, tylko że teraz nie byli oni związani sznurami i nazywali się — ludem.

Wolno im było kupić melona, gdyby miał który za co, a gdy nie miał, wolno mu było rozciągnąć się na marmurze i zasnąć. Słońce świeciło wszystkim darmo, a wesoły pajazzo256 pokazywał sztuki łamane i na rękach chodził.

Lecz gdym tak mówiła, zaszczebiotał wróbel nad balkonem, zbudzony, gdyż dniało już było, a Peregrynant mój stary zaćmił się i zaszedł cieniem, i mgliste ręce rozstawił w powietrzu na znak, że głosu już nie ma, i pochylił głowę siwą, i zniknął.

Spojrzałam — przede mną znów leżała księga czarna, bardziej jeszcze niż przedtem zszarzana, a oko Opatrzności zdawało się drzemać, na wpół przymknięte.


Myliłby się ten, kto by sądził, że w Wenecji można sobie według woli czas urozmaicać. Ograniczoność gruntu pod nogami trzyma tu niejako w karbach fantazję wędrowca. Jest wprawdzie morze, ale nie ma ziemi; a przynajmniej jest jej tak niewiele, że gdziekolwiek się ruszysz, zawsze dojdziesz do jakiegoś końca.

Brzeg Lido ma go u strażnicy wojskowej, tam kędy jaszczurki spłoszone przebłyskują w słońcu, dróżka między ogrodami na prawo u piaszczystych wałów, Mercerie257 — u Rialto, ogród publiczny — u wierzb garści na mokrym piasku stojących. Żyje się tu jak na okrętowym pokładzie, a zrębem wszystkiego i fundamentem jest woda.

A jednak i po tej troszce ziemi, którą Wenecja pod stopy chwyciła, odbywać można wędrówki bardzo ciekawe. Wejdź tylko w Mercerie, przez bramę starego Orologium, nad którą stoją rycerze z spiżowymi młoty258, aby miastu i morzu wybijać godziny, a zobaczysz, jak się to ludzie umieją cisnąć, zwijać, kurczyć, a przy tym, jak umieją przedawać259 wczoraj wykończone „antyki” i „arcydzieła” niemające stanu cywilnego i różne nieodzowne rzeczy, które kupiwszy, nie wiesz, co zrobić z nimi.

Zobaczysz także, jak dalece na ulicy żyć można.

Wąskie, przepaściste zaułki, które się od głównego pnia Mercerii odbiwszy, krzyżują, gonią, przeskakują wzajemnie w tysiąc przegubów splątane, są pracownią, jadalnią i pokojem sypialnym uboższej ludności, której to, że nocuje na moście, a na trotuarze260 się odziewa, wcale humoru nie psuje.

Hałas w tej części miasta wiekuisty.

Ulica jest tu podwórzem, fabryką, warsztatem.

Domy z otwartymi bokami, które nie są ani oknem, ani balkonem, ale rodzajem obszernej, najczęściej ciemnej czeluści, dają wylot wszystkim stukom, zgrzytom, świstom, łomotom, jakie od czasów Jubala261 i Tubalkaina262 powstać mogły na ziemi.

Tutaj szewc bije młotkiem w podeszwę — jak dzięcioł w drzewo; ślusarz — jak derkacz — pilnikiem swoim zgrzyta; stolarz heblem szoruje; tokarz — jak bąk — huczy, a wspaniały kowal z obnażonymi ramiony stoi na tle czerwonych płomieni, czarny od dymu, od iskier świecący, i wali dźwięcznym młotem, panując nad całym tym rozstrzelonym gwarem.

Ogłuszony — w bok skręcasz, uciekasz, ale za tobą goni głos piskliwy chudego krawca, który przewiesiwszy nogi na ulicę, w dziurze swojej siedzi, nożycami skrzypi i jak drozd śwista piosenkę. Umknąłeś mu wreszcie, ale kiedyś go już daleko za sobą zostawił, spostrzegasz, że w tej plątaninie wąskich uliczek trudno ci drogę odnaleźć.

Zatrzymujesz tedy przechodnia, pytając go o San Marco.

Sempre diritto, sempre diritto263 — odpowiada ci przechodzień uprzejmie.

Idziesz tedy przed siebie czas jakiś i trafiasz na przecznicę, która ci drogę jak nożem przecina. Stajesz — i nie wiesz, kędy dalej iść. Wtem nadchodzi kobieta, niosąca wodę w miedzianych kociołkach, na ramieniu w bok wpartym. Z uśmiechem słucha ona pytania twojego, a potem — wskazując ręką na prawo lub lewo, stosownie do humoru swojego, sempre diritto, diritto, signore, prawi ci jak sroczka.

Zaczyna cię to niecierpliwić; idziesz jednak na prawo lub na lewo, szukając owego diritto’, którym cię każdy z przechodniów częstuje, aż wreszcie dobijasz się do placu; skręciwszy jakiś tuzin razy tu, tam i jeszcze w bok, co wcale nie przeszkadza całej tej krętaninie nazywać się: sempre diritto.

Nie znałby życia Wenecji ten, kto by nie znał trattorii264ludowych.

Na via alia posta jest jedna taka trattoria, około której przebiegałam często, spiesząc po listy z kraju.

Niska druciana krata dzieliła od ulicy kuchnię, która była zarazem i salą jadalną. Tuż za kratą stały rondle, talerze i gotowe już porcje ryby i polenty.

Z szatańskiego pisku, z jakim w trattorii tej skwierczały tłuste patelnie, z zabijającej woni tranu i oliwy, z otyłości właściciela wreszcie — wnoszę, iż była to jedna z najpopularniejszych gospód tej części miasta.

Konsumenci roili się tam dzień cały, jedni leżąc na moście i na brzegu kanału czekali, aż przyjdzie południe, inni wyciągali sieci i płatali ryby, których odpadki słońce rozkładało z całą swobodą.

Sądzę, iż aby wejść do trattorii takiej, trzeba od wczoraj być na czczo i mieć mocny katar.

Lecz oto nadchodzi wieczór, chwila najbardziej urocza w Wenecji.

O ósmej zaczyna się zaludniać plac cudzoziemcami, którzy nabiegawszy się od rana po galeriach i kościołach, teraz dopiero rzucają w kąt Bädeckera265 i idą szukać wrażeń na własną już rękę.

Przed Quadrim, przed Florianem stoją całe armie plecionych słomą krzeseł i prostych stoliczków.

Piękne „fioriny266” kręcą się pomiędzy gośćmi jedzącymi lody lub granito267 i pochylają się ku mężczyznom, chwaląc swój towar — i patrzą im w twarze, wielkimi czarnymi oczyma... Kwiaty ich nie mają właściwej sobie woni, ale wszystkie pachną jednostajnie, modną w tym sezonie perfumą.

Pod galeriami prokuratorii tysiąc płomieni pali się i łamie w delikatnych szkłach Salviatego, w drogich kamieniach i filigranach wystaw złotniczych.

W pośrodku wojskowa orkiestra gra niezbyt pięknie.

Ale też nikt tej muzyki nie bierze na serio i nie przychodzi słuchać jej wyłącznie. Tu przede wszystkim się patrzy; a jeśli kto słucha, to chyba gwaru zmieszanej rozmowy lub szeptu sąsiada.

Nie powiem, żeby to ostatnie przychodziło bez pewnych trudności. Ledwoś się odczepił od smagłej „fioriny”, kiedy brodaty handlarz owoców w cukrze następuje na ciebie z srebrnym swoim koszem, krzycząc co gardła: Caramel! Caramel! Caramel!. Tuż za nim przeraźliwy dziennikarz z całą europejską polityką pod lewą pachą, zajadle obwołuje swoją drukowaną bibułę268, do której po dniu gorącym, po szepcie „fioriny”, obrzydliwość jakąś uczuwasz.

Po placu tymczasem ciągnie tłum różnobarwny i różnojęzyczny.

Piękne wenecjanki, które cały dzień boży gdzieś po balkonach siedziały, trochę rozebrane, trochę nieczesane, a zawsze mniej więcej brudne — teraz pod wieczór pięknieją, przygładzają włosy lśniące i wpiąwszy w czarne koronki kwiat jasny, idą tu chłodzić się zręcznie wachlarzem, szczebiotać i gryźć cukierki.

Mężczyźni — prawie wszyscy piękni i hardzi.

Im niżej w lud, tym czystsze typy i bardziej wybitne. Hardość w nich uderza przed pięknością jeszcze. Biedak, co i dziesięciu centów nie dorachowałby się we wszystkich kieszeniach, przechadza się w swojej czerwonej koszuli i wielkim kapeluszu z taką godnością wpośród cudzoziemców, jakby gospodarz przyjmujący gości. Jest przy tym grzeczny i do pewnego stopnia delikatny. Kobiecie usuwa się z drogi, jeśli ładna, i patrzy na nią okiem znawcy, nie spiesząc się i czas sobie dając.

W spojrzeniu tym nie ma nic obraźliwego. Jest on wtedy artystą badającym piękno, a sam wygląda jako posąg z brązu.

Do północy i za północ często trwa na placu ruch i gwar.

A tam o sto kroków dalej, cisza bardzo głęboka chodzi po starym niewolników wybrzeżu, a noc miesięczna wysrebrza wody zatoki pluszczącej miękko i sennie. W białości księżycowej stoi kościół ten dziwny, któremu pod krzyżem zdają się śnić Alkoranu269 wiersze, i słupy te śmigłe stoją, na których niegdyś republikańskie chorągwie nad morzem wiały. Patrz! Tam z tych arkad kamiennych wieszają się jakieś ręce mgliste, wzniesione, wołające ratunku wśród nocy.

To Ponte dei Sospiri270.

Most tchnień ostatnich, most ucisku ducha,

Śmiertelnych dreszczów i trupich nudności,

Most gwałtu, zbrodni i — sprawiedliwości!...

Cicho!... ktoś słucha...

Po kościach idzie strach...

Mury te żyją i szepczą do ucha:

„Ach!”