4

Prigioni — Mój przewodnik — Pozzi — Weneckie dzwony — W pałacu Dożów — Assunta — Jan — Mój bukiet — Obrazek z Giudecca — Lani — Zanzary — Pod tęczą.

Po morzu — najsilniej myślą moją i uczuciem targały w Wenecji więzienia. Nieskończony ruch, wolność, życie — odrętwienie, noc wieczna, grób.

Dziw, że ludzie mogli pod okiem wolnego morza wznosić te mury tragiczne, starej zgrozy pełne, na które patrząc, zdało mi się, iż słyszę brzęk kajdan, wleczonych kędyś daleko, daleko...

Chłodny, wilgotny dech lochu trząsł znikomym płomykiem dymiącej pochodni, którą przewodnik mój nad głową niósł, zstępując ze mną do owych prigioni271, kędy lew skrzydlaty św. Marka, co na kolumnie syryjskiej zatoki stoi, jaskinie swoje krwawe i zbójeckie miał.

A przewodnik ten mój, Włoch z suchą i nerwową twarzą, co więcej oczyma świecił, niż kagankiem marnym, mało co do zwykłych „ciceronów272’’ podobnym był.

Nieświergotliwy, milczący raczej, skąpe słowa swoje przekąsywał na ćwierci i rzucał nimi twardo, jakby kamienie gryzł.

Jużeśmy celę oną minęli, gdzie skazańców spowiadano przed śmiercią, kiedy nagłym ruchem zwrócił się wstecz i świecąc ku pustej framudze, w ścianie pajęczyną zasnutej, rzekł krótko: — Tu był krzyż. Ma non Dio273 — dorzucił posępnie.

Po czym my dalej już szli; on — mrucząc mściwie, a ja w ucisku wielkim, serce mając buntu pełne, a kroki ciężkie, jakoby się za mną wlokły wszystkie ziemi łańcuchy.

I tak my przyszli w miejsce przestronne nieco, a przewodnik mój stanął i żagwią274 swoją po ziemi wodził, jakoby szukał czego.

Izba to była momentów ostatecznych i przestrachów śmierci, i tortur.

Pomost pełen plam rdzawych, wżartych głęboko, dawał przejście śliskie przez tę katownię, kędy czerwony pień stał jako ostatnie łoże wielu głów szlachetnych. Przez szczeliny w taflach pomostu słychać było złowrogie szelesty morza i plusk gondoli tej, co była skazańcowi rusztowaniem i wozem pogrzebu.

Ostatnie tchnienia i ziewy śmiertelne do ścian tu kiedyś przywarły z krwią lepką razem; a teraz — obudziły się i ożyły, aby uderzyć we mnie trupią jakąś parą.

To wnętrze tragiczne mostu dei sospiri.

Lew wenecki ofiary tu swoje darł i morzu ciskał; a Doża, co Adriatyk zaślubiał, korowód weselny z trupów tych miał i drużbów straszliwych.

A idąc, zstąpiliśmy niżej jeszcze, gdzie noc była czarniejsza i cisza więcej głucha. Dreszcze tu po ciele szły i włosy wstawały na głowie, a w powietrzu czuć było tę moc, przez którą człowiek milczy i umiera.

I nagle zdawało mi się, że się przede mną otwarły wszystkie ciemnice, które Anhelli275 miał pokazanymi sobie — i usłyszałam jęk cichy, jakoby z daleka przywiany.

Pozzi276 — syknął mój Włoch, jakby w ustach żelazo rozpalone miał, i pochylił się, bo sklepienie zniżało się tutaj.

I ja pochyliłam się także, ale w uczuciu czci jakiejś i małości własnej. Kaganek dogasał prawie, więc przewodnik mój podniósł go i płomykiem wodził po ścianach, które nosiły na sobie ślady rąk mury drapiących i głów o kamienie tłuczonych; a potem matę z żelaznych prętów, co w lochu na ziemi leżała, nogą pchnął i rzekł z naciskiem: Marino Felieri277.

O ziemio! Pókiż278 ty z myśli ludzkiej będziesz robić kreta, co krwawe ścieżki ryje w mózgach skazańców zamkniętych w ciemnicy.

Tajemna praca lochów mściwa jest i okropna; ona kiedyś rozryje całe wnętrze twoje, iż nie będzie gdzie stopy postawić w spokoju.

Będziesz ty wtedy trząść się i wołać: „biada!”, lecz słońce wejdzie w płomieniach, aby oglądało dzień sądu.

Smutna i zgnębiona opuściłam więzienie weneckie, gdy właśnie ozwały279 się dzwony, bijąc w niebo chórem ogromnym.

Najpierw w kampanilli uderzyło serce tak potężnie, że wszystkie tętna rozbrzmiały w niej — hen na morze!

Potem stary Zanipolo280, współcześnik sławnych wypraw i wielkich Respubliki tryumfów, bił w boki spiżowe jako lew gniewny, kiedy się do walki ma; dalej Frari281 obwoływał po błękitach: Pesaro!... Pesaro!...282, a wnet za nim huczał San Rocco Zobenigo, San Stefano i stare dzwonnice u Rialto.

Daleki szmat ziemi przewędrować można, nim się takie dzwony jak tutaj, posłyszy. Rozgłośne — jakby Alpy i Apeniny do pacierza wołały, a muzyki ich czarodziejstwo takie, że ci serce bić od niej zaczyna, jakbyś pierś ze zdobytej armaty ulaną miał.

Morze chwyta tu dźwięk każdy i spławia go w głębinie, i roznosi szeroko, daleko i odbija w powietrzu falą potężną — czystą. Toteż kiedy ranek rozbudzi wieżyce stare, Wenecja drży jak tarcza srebrna spiżowym młotem ruszona.

A kiedy tak dzwony biły, stałam w podwórcu, pod oknem, za którego więzienną kratą Silvio Pellico283 o wolności dumał.

Wędrowcy oglądają zwykle więzienia, wychodząc z pałacu Dożów, a tak widzą wpierw olbrzyma, a potem to, co pod stopą ma ku zdeptaniu. Jam pierwej zeszła do carceri284 owych — i zyskałam przez to obojętniejszy punkt widzenia na gotyk ten wielki, co schody „gigantów” ma, ale miał i karłów swoich.

A teraz mamże, czytelniku — jeśli tylko w ogóle kartki te czytelnika znajdą — oprowadzać cię po tym Palazzo Ducale i z katalogami w ręku przebiegać sale Wielkiej Rady Głosowania, Rady Trzech, Rady Dziesięciu, Senatu, Bussoli, Czworga drzwi Atrium, Bibliotekę, Muzeum, Kaplicę, pokazując wielkie płótna Tintoretta, Werończyka, Palmy; podziwiając plafony Tycjana, rzeźby Sansovina, brewiarze Grimanich, mozaiki, odrzwia, kominki, antyki? Mamże, rozbiwszy myśl jego na tysiąc nużących objaśnień, nie powiedzieć ani ćwierci tego, co powiedzieć by trzeba?

Niechaj mnie Bóg strzeże!

Najpierw byłoby to niedarowanym gadulstwem i powtarzaniem rzeczy dawno już i lepiej wypowiedzianych przez kogo innego — a potem — nie chcę odbierać chleba tym zacnym oprowadzaczom nakręconym jak pozytywka, od dojścia męskich lat aż do śmierci, których twarz znudzona pokazuje, iż liry285 mają za największe arcydzieło sztuki, a których martwy palec całymi godzinami kieruje wzrokiem twoim z sztywnością automatu.

„Oto portrety Dożów, oto tryumfy Dandola, oto wzięcie Stambułu, bitwa pod Lepantem, zdobycie Zary, Cataro, Tyru; oto powrót Contariniego spod Chioggia, oto Mocenigo pod Dardanelami, Wenecja z Lwem, Wenecja świat godząca, Wenecja...”

Myślisz, że skończył? Gdzie tam! On tylko tchu nabiera. „Oto Sąd Ostateczny młodszego Palmy, oto Aleksander III i Barbarossa, oto lwia paszcza, tron dożów, pomnik Morosini’ego. Oto...”

Na Boga! Niech on gada sobie, a ty odwróć oczy od tryumfów tych i pójdź ze mną stanąć przed tablicą Falieriego, na której widać żałobny napis: decapitati286 — a potem na balkon wyjdźmy patrzeć na błękit zatoki wiatrem muskanej, gdzie San Giorgio i Giudecca rzucone są oczom naszym. Tam będziem myśleć o wielkościach ziem i o jej nędzach, aż nas ukołyszą morza szumy.

Tej samej skróconej metody oglądania trzymałabym się w akademii delle Belle Arti.

Co nam po tych białych, pulchnych ciałach, które Giovanni Bellini świętymi nazywa? Co nam po tych procesjach z relikwiami, które nam Gentile Bellini po ścianach rozwiesił? Co nam po tych malowanych ceremoniałach z Dożą lub bez Doży, uwiecznionych przez Carpaccia lub Parisa Bordone? Zapewne, błogo jest wiedzieć, jak się tu malarstwo rozwija, począwszy od chudej religijności szkół pierwotnych aż do słonecznego rozkwitu pod wielkich mistrzów natchnieniem; ale stanąć — i patrzeć — i myśleć, i jeszcze patrzeć, mogłabym przed Assuntą287 tylko.

Tak; to jest matka, co serce miała ukrzyżowane wraz z synem ginącym za prawdę ducha swojego; to jest pierś pełna siły, jaką miłość daje; to podniesienie dni nowych ku ideałom przyszłości, to jest myśl, jaką Bóg o kobiecie miał przy jej stworzeniu.

Oczy te zaprawdę widziały rzesze smętne i ciemne, i grzeszne, i głodne, one znają gorycz łez nad dolą ludzką przelanych.

Usta te znały słowa miłości, braterstwa i spokoju, one znały wielką ewangelię ludów.

Cierpiała, żyła, serce jej biło od wzruszeń, bólów i radości ziemi; a teraz — nie na skrzydłach serafów białych, nie przez moc jakąś zewnętrzną i obcą, ale żarem i uniesieniem ducha własnego — wstępuje w ciszę błękitów.

Ta Assunta — to ludzkość za ostatecznych dni wysiłków swoich; to idea zwycięska; to wolność lot biorąca; to prawda.

W tłumie, co za nią oczy prowadzi, jest jedna głowa, której nie zapomnę nigdy. To głowa Jana.

Podczas gdy inni są wyrazem dziwu, przestrachu albo osłupienia, on jeden śmiało i pogodnie patrzy w umiłowane wniebowziętej oblicze, jak człowiek, co ogląda spełnienie wiary życia swojego. On wiedział, że ta święta i czysta bojem wielkim bojując na ziemi, zwycięży kiedyś, i będzie mocna dłonie na gwiazdach kłaść, i obracać nimi, i wołać do siebie rosy polne, i wysyłać je na łany jako pracownice białe.

Nie dziwi się więc i nie pada w trwodze, ale przejmuje się mocą wielką i nadzieją.

Trud jego nieskończony jeszcze i kij pielgrzymi w ręku; przecież z blasków chwili tej zostanie mu w piersiach dość siły, aby na Patmos wygnańczym obwieścić chwałę „słowa” i słyszeć orłowe szumy ponad głową.

Ten Jan — to praca o ideał oparta.

Wszystkim młodym rodakom moim chciałabym dać twarz taką, takie jasne czoło i takie mocne ku przyszłości spojrzenie. Co dnia po weneckich kościołach chodziłam, uchylając we drzwiach zasłony ich czerwone, od których odbite słońce rzucało róże jasne na marmury; co dnia widziałam ludzi klęczących — i ołtarze w glorii świateł, i ofiary, i kapłany, i krzyże. Ale modliłam się — przed tą Assuntą tylko.

Boże, przebacz mi, jeślim się — nie o niebo — modliła.


Chociaż w Wenecji czas nie ma szczególnej rączości288, przecież i tu upływają godziny, dnie, tygodnie nawet.

Ranek nad morzem. Więc rzeźwość jakaś i szerokość myśli, kąpiel, zbieranie muszelek i co już jest nadprogramowe, złośliwych bodiaków289 nadmorskich, kolczastych na wszystkie cztery boki, które przez rękawiczkę trzeba było brać i nieść jak jeża.

Myślałam ja sobie zrazu, że to jakie osobliwe drzewo, i nazwałam zielsko to twarde a kolące290 — „kaktusem Adriatyku” dla pięknej formy liści głęboko ciętych i lekko zielonych kwiatów, które w słońcu srebrzyły się i rozkładały w fosforyczną gwiazdę. Zerwałam więc bukiet cały, niemało rąk nadrapawszy.

Aliści291 — ledwom się z nim pokazała292 na Lido, kiedy się Włosiska śmiać ze mnie zaczęły ot tak — od ucha do ucha. Przekonałam się tedy, że „kaktus” mój jest tu uważany za rodzaj pokrzywy i że dobrym przewoźnikom suszącym na Lido białe swoje zęby sprawiłam taką z siebie uciechę, jaką by sprawił Maćkowi293 warszawiak, co by pod jego płotem żegawicy294 narwał.

Ku południowi — oglądanie jakieś. Na toć by i roku było mało, żeby tak kto wszystko vite295 — poczciwy Peregrynant! — i z gruntu zwiedzać chciał. Ale choć ja to tam bardzo z brzegu brałam, przecież zawsze parę godzin dziennie na to odłożonych było.

To fasada, to fryz jakiś piękny, to okno Byrona, to obraz, to grobowiec, to rzeźba, to obyczaj żywy, to włóczęga po owych hałaśliwych calli296, uliczkach Mercerii, pełnych stuku i puku; to wielka targowica na Rialto, gdzie można dostać wszystkiego — prócz spokoju, to posąg jakiś, do którego ciągnie cię patriota, figi gryzący, który szepcze do ucha: Sapete, Thomaseo-Avesano... sapete, sottoprefetto...297 — to wreszcie kampanilla owa, z której czuba — jeśli cię wicher nie zwieje — możesz het, het aż do Apeninów dorzucić oczyma i widzieć, jak się ta Wenecja biała opasuje morzem u bioder. Zawsze się coś znajdzie.

A i to się przygodzi, że co innego oglądać idziesz, a co innego obaczysz.

Popłynęłam raz na Giudecca, żeby tam w Redentore jakąś Madonnę Belliniego czy Vivariniego obaczyć, aż tu, otworzywszy drzwi, ujrzałam zakrystii taki piękny rodzajowy obrazek, o jakim się żadnemu z tych mistrzów nie śniło.

U wysokiego, ciemnego pulpitu siedział mnich w franciszkańskiej sukni. Wysokie, otwarte na zatokę okno wpuszczało gałąź kwitnącej akacji, której mocny zapach kłócił się z dymem świeżo spalonych kadzideł.

Jaskółki świergotały w gzymsach, słońce zachodziło na morze. Przed mnichem leżała wielka otwarta księga, a na niej biała, delikatna, wychudła dłoń zakonnika. Nie modlił się przecież; ale piękną charakterystyczną głowę swoją na ręku wsparł i ku oknu obrócił — i patrzał głębokimi oczyma na akację, jaskółki i słońce.

Tytuł tego obrazka... Nie, tytułu nie dam, zanadto jestem profanem.

Wiem tylko, że minutę we drzwiach postawszy, przymknęłam je cichutko i odeszłam — i nie widziałam już Madonny, ale widziałam rzecz o wiele rzadszą — duszę człowieka.

Po południu — gondole i kanał. Niech co chcą mówią, w Wenecji statki parowe zawsze jakoś nie na miejscu mi się być wydają. Wcale to co innego, kiedy uczujesz pod nogą tę gibką lagun tanecznicę298, potrącona twym skokiem, zakołysze się piersią w tył i w przód.

Wcale to co innego, kiedy ci poppe299, obijając dziób gondoli o stare marmury i pale, krzyczy po zakrętach kanałów: gia-é, premè!300 To już po wenecku przynajmniej.

Stary Lani, co nas co dnia przed wieczorem parę godzin po kanale woził, miał dwie swoje właściwości: koszulę zieloną w pasy i dychawicę.

Prócz tego był obraźliwy — jak poeta.

Z doświadczenia wiedziałam, że Lani póty tylko kaszle, póki nie zacznie mówić; ledwo więc trzy razy wiosłem od brzegu pchnął, zapytywałam go natychmiast:

— Co to za palazzo, padre301?

Contarini — odpowiadał Lani, hamując oddech świszczący.

— A tamto?

— Też Contarini, signorina.

Nazywał mnie czasem signoriną, kiedy był w dobrym humorze.

— A ten na prawo? — pytałam jeszcze.

— Tamten? To właśnie także Contarini.

— Ale cóż znowu, padre! Przecież wszystkie nie mogą być Contarini.

Eccola!...302 — wykrzykiwał wtedy obrażony Lani. — Jeśli signora lepiej wie, to po co się pytać? Ja tu do wiosła, nie do gadania.

Sapał jakiś czas, a widząc, że uśmiecham się i patrzę na niego, rozstawiał czarną swoją wielką łapę i zginał po jednemu węzłowate palce.

— Jeden — Scrigno; drugi — Fasan; trzeci — della Figure; czwarty... ale co tu gadać! Wszystkie cztery — Contarini.

Tu brał się ostro do wiosła, a po chwili znów się odzywał:

— Albo Mocenigów nie dwa? Albo Grimanich nie trzy? Eccola! — kończył tryumfalnie, pluł w garść i zaczynał zawzięcie wiosłować.

— Cóż więc to jest za pałac? — zaczepiałam go znowu.

— Jaki pałac? To nie pałac, to Ca-d’oro. Tu mieszkali...

Wtedy towarzyszka moja przerywa mu i mówi do mnie:

— Co on tam wie!

Włoch, baczny na każdy uśmiech i spojrzenie, zmilczał — ale mu wiosło aż skrzypi w ręku.

Po chwili, gdy mi go znów o coś zagadnąć wypadło, krzyczy zajadle, aż go w Rialto słychać:

Niente! Niente!303 Lani głupiec, Lani prostak, Lani nic nie wie. Signora wie lepiej, signora wie wszystko!

Tu zaczynał kasłać w przeraźliwy sposób, aż mu się uginała pierś czarna zza koszuli widna; a ja wtedy podawałam mu trochę owoców, któreśmy zwykle ze sobą woziły. Rozbrajało go to. Uspokajał się, stękał, wzdychał, aż wreszcie sam, niepytany, zaczynał wymieniać nazwy pałaców i kościołów po obu stronach kanału.

— Rezzonico — mówił — Vendramin, San Geremia, Fondaco Turchi, Cornaro, Marcuola, Abbia...

Tu uśmiechał się filuternie i dodawał:

Abbianon abbiama sempre abbia!...304

Koncept305 ten, który przynajmniej dziesięć razy od niego słyszałam, miał przywilej wprowadzania go w wyborny humor. Więc już z powrotem opowiadał o ostatnim Doży, Lodovico Manin, pokazywał pałac Farsetti, gdzie się sławna owa municypalność gnieździ, to znów pstre inkrustacje Loredanu — i tak wracaliśmy w zupełnej harmonii.

Dziwne są te pałace Wenecji! Wprost z wody dźwignięte i pustką brzmiące, piękne strukturą, bogate wspomnieniem, stoją w jakiejś wielkiej nędzy, która wstydu nie ma. Obok przepysznych architektonicznych motywów: to gotyku, to renesansu, to staroweneckiego stylu, płachty mokre tu wiszą i starej bielizny sztuki; a na balkonie z misternie rzeźbioną kratą, wychudła strega306 czesze brudną dziewczyninę.

Z gondoli wprost na San Marco, taki już był nasz porządek.

Z początku raził mnie tłum tego placu, ale wkrótce nauczyłam się wachlarz składać i rozkładać, brzydzić się wszelkim drukowanym papierem, gryźć caramel i bujać się na krześle, słuchając arii z Traviaty. Zaczynałam się cywilizować.

Tymczasem na kanale brzmiała serenada gondolierów pod balkonami hotelu.

Były to nieraz piękne, ludowe pieśni, brzmiące po wodzie szeroko, aż ku północy ucichało wszystko. Wszystko oprócz „zanzarów”.

Zanzary weneckie to wydoskonalona rasa naszych komarów. Gdzie tam nawet do nich tym chudym biedakom naszym, co żądełko swoje tak noszą, jak panicz za Sasów nosił szpadkę, ambrą perfumowaną. Zanzary to Lisowczyki307, to żuawy308 dzikie. Kolą, sieką, ranią, z zaciekłością rozbójników morskich, a krew — jak lichwiarze — piją.

W każdym z nich siedzi dusza Szylloka309. Straszna rzecz mieć do czynienia z dwoma przeciwnikami takimi, cóż, gdy ich cała setka nad łóżkiem twoim się waży! Nasze komary brzęczą sobie jakąś niewinną muzyczkę, jakby kto na drumli grał; te mają całą orkiestrę wojskową, która grzmi wieczną Marsylianką. Nie czają się, nie drożą, zasadzek nie czynią, ale wprost na bagnety idą. Ledwoś głowę do poduszki przyłożył — hurra! zaczyna się atak i trwa — jeśli zdołasz usnąć — na twoim trupie nawet.

Nie ma co! Kapitulować trzeba i uciekać z Wenecji.

Jak na toż, wieści jakieś niepokojące krążyć zaczęły po mieście.

Mówiono, że wody w górach wstają, że Adyga wzbiera.

A tu morze podnosiło się co ranek gniewne i wzruszone w sobie, a wichry po nim chodziły jak turów stada. Nawet na lagunach fale twarde szły i biły jak taranem w gondole. Chmurzyska się jakieś po niebie zawlokły i nakryły miasto ołowianym dachem, czyniąc z Wenecji wielkie I piombi310. Wszyscy stracili humor. Muzyka zaczęła grywać nokturna, Włoch z dziennikami wrzeszczał jak opętany, „fioriny” chodziły kwaśne i skrzywione. Wreszcie zadecydowano, że jutro jedziemy.

Ostatni dzień był dniem ogólnej po mieście włóczęgi. Dostało się nawet pod wieczór owemu to giardinetto311, które niegdyś rywalizowało podobno z wielkim placem, a dziś pustką stoi. Że jednak widny stąd okręt odpłynąć miał, garstka przeto wędrowców na ławkach tu przysiadła.

Deszcz ustał był312 właśnie, a chmurka, przed słońcem stojąca, siała nad zatoką światło mgliste, perłowe. Naraz wygiął się w oczach naszych łuk olbrzymiej tęczy, który wparł końce swoje w oba brzegi laguny, zwichrzonej jeszcze i stanął jak potężna gotycka arkada. Pod nią przepływała łódź czarna, której wioślarz czarodziejskie wiosło musiał mieć, bo róże sypał za sobą i gwiazdy modre.