5
Posępne wróżby — Wyjazd — Przystanek w Mestre — Rada kasjera — Droga na Weronę — Padwa, Vicenza — Joubert i guziki Masseny — Capo di stazione — Hotel Barbesi w Weronie
Kiedy się dowiedziano w hotelu, że nie na Triest morzem, lecz lądem na Pontebbę wracamy, zaczęto na nas spoglądać, uśmiechać się, szeptać, a nasz gospodarz wprost nas zapytał, czy zajmowane dotąd pokoiki mają nas oczekiwać z powrotem.
Naturalnie, zdecydowało nas to ostatecznie do trzymania się pierwotnego planu. Człowiek nigdy nie upiera się przy zdaniu swoim tak, jak wówczas, kiedy czuje, że się w nim trochę pomylił.
Lądem tedy313 jedziemy — i basta.
Noc jeszcze była, noc wietrzna, burzliwa, kiedyśmy opuszczały hotel Britania, jego windę, która nigdy funkcjonować nie chciała, jego sardynki smażone, jego nieokreślone zupy i dające do myślenia rachunki. Nigdym nie wyobrażała sobie, że tylu tak godnych ludzi troszczy się tutaj o nas, czuwa nad nami i dla naszego dobra się poświęca.
Teraz dopiero, zobaczywszy na wschodach cały sztab hotelowej służby i całą armię fakinów z mniej więcej wyciągniętą ku wziątkowi314 ręką, poznałam niewdzięczność i nieświadomość moją.
Czas był najwyższy zrehabilitować się i uznać wielkoduszność tych ludzi.
Oto szwajcar, którego jednak, pomimo wszystko co o tym gadają, można było widzieć trzeźwym pomiędzy ósmą a dziewiątą rano. Oto numerowy, który bucików moich nigdy wprawdzie nie czyścił, ale je za to co ranek w ręku obracał, kiwając głową z uśmiechem. Oto starszy garson315 z serwetą, na którego półmisku bywały zawsze jakieś czworonożne, niemające piersi kurczęta; oto drugi, który nie dawniej jak wczoraj oblał mnie sosem dość hojnie.
Oto zacny facchino316, który zwykle spał na słońcu, w bramie; oto kolega jego, który mnie, gdym wychodziła lub powracała — widywał; oto jeszcze posługacz, co mi się raz przypatrywał gwiżdżąc, kiedym drzwi z klucza otworzyć nie mogła, i jeszcze jeden, który mi powiedział przed tygodniem, że deszcz będzie padał. Jakże ich nie obdarować, jak nie nagrodzić tych usług?
Obdarowywam więc, a w rozpędzie wyciągam rękę do drewnianego Murzyna317, który na zakręcie schodów stał, trzymając lampę nad głową.
Na chwałę rodzaju ludzkiego wyznać tutaj muszę, iż Murzyn ten okazał się bezinteresownym i, nic nie wziąwszy, uśmiechał się, pokazując zęby trzonowe.
Z ostatniego stopnia nad wodą — spojrzałam na Wenecję raz jeszcze.
Chmurna była i pracująca piersią fal swoich, jak człowiek, który ma sny gorzkie. Wspomnienia są twardym wezgłowiem dla kamieni nawet.
W czarnej, wichrem smaganej gondoli, dobiłyśmy się nareszcie do dworca, stojącego u północnej kanału strażnicy.
W sali pustka i ciemno prawie. Dwóch oficerów przechadza się melancholijnie około stołu, na którym leżą płaszcze ich i szpady; paru zaspanych posługaczy ziewa szeroko, we drzwiach się rozparłszy. Jeden z nich patrzy na kufry nasze, uśmiecha się szyderczo, wzrusza ramionami, potem w bok spluwa i kładzie ręce w kieszenie.
Po chwili pyta:
— Signory do Treviso? Do Mestre?
— Do Mestre? Wcale nie jedziemy do Mestre. Jedziemy do Pontebby.
— Jak Bóg da — mruczy fakino318 i odwraca głowę ku wzburzonym wodom kanału.
Biegnę do kasy.
— Dwa bileta do Pontebby.
Kasjer podniósł głowę i spojrzał mi bystro w oczy.
— Zarząd kolei nie wydaje teraz biletów na całą linią. Wody wystąpiły, droga nie wszędzie pewna, komunikacja miejscami zerwana.
— Jak to? Więc nie pojedziemy?
— Owszem, do Treviso. Do Treviso poręczamy dziś jeszcze wszelkie bezpieczeństwo.
— A dalej?
— Ha!... — Kasjer rozstawił ręce i ramiona podniósł.
Spojrzałyśmy po sobie. Powrócić? Byłoby to może najlepiej. Myśl jednak o tryumfie całej rzeszy, pozostawionej na schodach Britanii, popchnęła nas na drogę męskiego postanowienia.
Jedziemy do Treviso. Nie ma co.
Dniało już było, kiedyśmy w Mestre stanęli razem z chmurą, która za nami od Adriatyku szła, a teraz, w kłąb się zwinąwszy, zaczęła grzmieć i grzechotać, i błyskać w sobie czerwono.
Świszczący wicher trząsł wszystkimi węgłami niepozornej stacji, a gruby nawalny deszcz z łoskotem spadał na szklany dach podjazdu.
W izbie duszno, gorąco; kilku otulonych w płaszcze mężczyzn drzemie na ławach pod ścianą; inni wałęsają się posępnie od drzwi do okna i z powrotem, wielki kot bury iskrzy pod stołem oczyma.
Zwątpienie jakieś zaczęło mnie ogarniać.
Naraz dał się słyszeć sygnał, to pociąg przybywał na stację, aby wysypać w Mestre garść podróżnych, co wczoraj rano z Wenecji się wybrali, a dziś — napiwszy się wina w Treviso, byli już z powrotem, bo dalej stamtąd wyruszyć ani sposób.
Zaczęto pytać, radzić, opowiadać.
Jakiś tłusty jegomość zbliża się do mnie i zapewnia że tam... za Mestre koniec świata i potop po prostu, że on — choć mężczyzna — za nic w świecie by tam nie jechał, że zresztą ani jednej kobiety między podróżnymi nie widział.
— I cóż to znaczy? — mówię mu z dumą. — My, my jesteśmy Polki.
Włoch głowę skłonił — i odszedł.
Co tu jednak począć?
Poczciwy kasjer, trochę łysy, trochę niewyspany, wziął naszą sprawę gorąco do serca. Pióro za ucho zatknął, ku sufitowi podniósł nos olbrzymi, a gładząc ręką podbródek, w smętnej rozłące z brzytwami od tygodnia przynajmniej żyjący, dumał przez chwilę głęboko, a potem trzasnął w palce i rzekł:
— Cóż wam, signora na linii Pontebba zależy?
— Właściwie nie, byle się tylko do granicy dostać...
— Więc można by na Ala, przez Weronę...
— Czemu nie? Można i przez Weronę.
— Nie wiem, jak to tam jest — mówił dalej, wyjmując pióro zza ucha — ale tu, tu się, signora, z pewnością nie wydobędziecie.
Towarzyszka moja waha się przez chwilę, mnie jednak sama myśl o Weronie uśmiecha się bardzo; staję się więc wymownym kusicielem i zwyciężam wreszcie. Wnet lepsza otucha w nas wstępuje, wołamy o kufry, bagaże, a podczas kiedy nasi tchórze do Wenecji wracają, my, w uspokojonym już nieco powietrzu, odbijamy się od Mestre na zachód, ku Murano i dolinie Brenty.
Daleko gdzieś, daleko, rysuje się w powietrzu mglista linia Alpów tyrolskich, a tam znów het, het, błękitnieje weneckie pobrzeże, a bliżej na lewo stoi port Malghera — a oddech lagun aż tu wędrowca goni wilgotną swoją świeżością.
O morze! Bądź mi pożegnane, morze!
Po burzy słońce wschodzi w perłowym, na pół przejrzystym zmierzchu, objaśniając dziwny krajobraz.
Jak daleko okiem sięgniesz, pod wodą stoją pola i ogrody. Czerwony, gliniasty namuł po pas winnice pławi i morwy wśród nich stojące, po czuby kukurydzy złote. Woda idzie jak rzeka, za wiatrem wschodnim marszcząc się leciuchno319; a choć burt kolejowy i mosty jeszcze się nad nią dźwigają bezpieczne, podsycona świeżym dżdżem fala wspina się ku nim i muska je, i łechce, i nie trzeba być prorokiem, aby odgadnąć, iż wzmógłszy się w sobie, uderzy tu szturmem i gwałtem.
Bacchiglione to i Brenta — całe owe rozlewisko ze srebrnej puściły smyczy, same też z koryt pchnięte naporem górskich strumieni.
Na drodze pusto. Ani kopyta śladu, ani drewnianego sabota320.
Wiejskie domostwa, z szarego kamienia stawiane, kawałem starych murów ochronione, tu to tam zamkniętego bydła przepuszczają ryk głuchy. Wielkie i ciężkie dżdżu krople po gałęziach przydrożnych akacji wiszą, ku ziemi je ciągnąc i czynią z nich drzewa płaczące.
Smutek jakiś w powietrzu i klęski idącej przeczucie, co jednak nie przeszkadza wcale dobremu humorowi podróżnych.
Kiedyśmy w Mestre do wagonu wsiadały, prosiłam konduktora, aby nam dał osobny przedział. Konduktor na to ramionami wzruszył.
— Dziś każdy osobny, signora. Nie wiozę i trzydziestu osób.
Istotnie, zrazu tak było cicho, iż zdawało się, że jedziemy zupełnie same. W miarę jednak, jak słońce w górę szło, z pół tuzina młodych głosów zbudziło się tuż obok. Najpierw było to uniwersalne ziewanie na przeróżne tony; potem słówko bąknięte z tego, to z owego kąta; wreszcie coraz hałaśliwsza rozmowa, która właśnie doszła była stopnia szkolnej wrzawy, kiedy się ukazała Padwa.
Pieszą bym tu pątnicą szła321, aby oglądać z bliska te mury, na które tylu mężów drogich narodowej sławie naszej patrzało, gdyby nie zalew ten, co nam drogę spod nóg niemal chwytał i do pośpiechu naglił dalekimi huki. A tak ledwo oczyma rzuciłam na tę szacowną starej wiedzy skarbnicę; ledwo kilka hardych kopuł dojrzałam spoza fortyfikacji, świadczących, iż obywatele Padwy nie tak znów bardzo liczą na cudowną grodu swojego obronę. Il santo322 swoją drogą, a inżynieria — swoją.
Od Padwy droga nasza, ku północy się wziąwszy, wzdłuż Bacchiglione szła, ledwo co nad winnice, wodą zalane, wzniesiona.
Poza stacją Pojana dopiero zaczęła się cośkolwiek wzwyż dźwigać, i tak — dobierając się tęższego coraz gruntu — wyniosła się ku Vicenzie na dwa wzgórza przez Rzymian rzuconej.
Położenie miasta przecudne. Tłem jego poczerniałego castelu323 i starych murów, i nowych budowań, są pagóry obleśne324325 zamierzchłe od ciemnej drzew zieloności. Amfiteatr to pełen majestatu i siły, najwyższymi piętrami swoimi zlewający się z lekkim błękitem.
Drobna jakaś rzeczka326 udaje w tym powszechnym rozlewisku bardzo wielką i potężną rzekę, i dostrumienia327 tu wody swoje do Bacchiglione, który i bez tej przyprawy, wysoko nad brzeg wykipia. Nie wiem, jakie wrażenie zrobiłaby na mnie Vicenza lepiej poznana, ale wiem, że obaczona328 w przelocie, oczy porywa za sobą i długo na myśli stoi.
— Pronti! Pronti!329 — woła konduktor, patrząc na lecących wód hufce, a na głos ten porywa się pociąg nasz — i jakby żywa istota przed grożącą pogonią — ucieka.
Same już nazwy miejsc tych, które — minąwszy Tavernelle — przelatujemy z pośpiechem, trzymają nas niejako nad poziomem zalewu, a i myślom dają skrzydła i wzloty jakieś wpółsenne.
Oto Montecchio i Montecchich330 zamki; oto Montebello; oto Scaligerów331 Montario; oto tam, ku południowi kędyś Arcole332 grzmi stuletnim echem wielkiego boju swojego.
O Lannes333! O Massena334! Ileż ja o was walk w dzieciństwie moim stoczyłam, a dziś, ku Arcole waszemu patrzę tak z bliska, tak sama, tak smutna!
Bratu mojemu i mnie dawał ojciec czasem do oglądania książkę z wizerunkami marszałków Francji.
Wybieraliśmy sobie wtedy spośród nich ulubionych bohaterów, o których sławę, wyższość, a nawet frędzle od szarfy zawzięte powstawały sprzeczki.
Lannes i Massena byli ideałami brata mojego, dla dzielnej miny i dla wielkich czynów. W rejestrze chwały wojennej kładł on ich zaraz po Neju335, którego z koniem i bez konia przerysowywał na każdej wolnej ćwiartce papieru.
Co do mnie, o wiele bardziej podobał mi się Joubert336 z ognistą i ciemną twarzą oraz po republikańsku urodziwy Łazarz Hoche337. Skutkiem tych różnic w opinii wywiązywały się dotkliwe szyderstwa i cierpkie przymówki o „nędznym guście kobiet”. Miałam wtedy lat dziewięć, dziesięć może, ale niemniej czułam to głęboko.
W dumnym tedy milczeniu słuchałam przycinków tych czas jakiś, aż wreszcie, zaczerwieniona z oburzenia, zaczynałam krytykować guziki Masseny albo rękawice Neja — do poważniejszych zarzutów nie czułam się zdolną — i to było punktem wyjścia dla zaciętej kłótni, kończącej się wtedy dopiero, kiedy przewracając kartki z energią, nic dobrego książce nie wróżącą, trafiliśmy wypadkiem na księcia Józefa338 w ułańskiej kurtce, z oczyma w niebo wzniesionymi.
— Ten mój! — wołałam wtedy z zapałem.
— I mój! — dodawał brat mój zamyślonym głosem.
I patrzyliśmy na bohatera naszego, przytuliwszy głowy do siebie — i tak nastawała zgoda.
Biedny chłopcze! Żołnierzu małoletni, niepożegnany na bój, niebłogosławiony! Bez wodza ty poległ, bez broni, bez chwały. Nie było tobie bohatera, za którym byś szedł, ani konia, ani lancy ułańskiej. O mogile twojej ptacy339 tylko wiedzą, a zna ją rosa polna, co przychodzi płakać nad samotnymi grobami.
Gdzie moje myśli zaszły?
Ktokolwiek jesteś, wędrowcze, przestępujący próg sali jadalnej na dworcu kolei w Weronie, wiedz, że najistotniejszą częścią obowiązków twoich jest zadysponować sobie kotlet à la Milanaise i popić go kieliszkiem czerwonego wina, które stoi dwoma rzędami butelek niekorkowane, pod oliwą tylko. Po czym możesz otrzeć usta serwetą, zapłacić w bufecie, wziąć powóz i pojechać w miasto.
Czy jednak powrócisz stamtąd — któż zgadnie?
Capo di stazione340 w Weronie jest małym wprawdzie, ale przewidującym, bardzo uprzejmym człowieczkiem. Ledwo spojrzał na mnie, już wiedział, jak gorąco pragnę z bliska obaczyć Weronę, od razu też odgadł, że zwiedziwszy miasto, właśnie w sam czas trafimy na pociąg, który jutro raniutko do Ala odchodzić ma.
Tymczasem on rzeczy nasze w magazynie pomieści, bo na cóż je z sobą wozić — a tak będzie wszystko w porządku.
A gdy to mówił, ogromny do brytana z fizjonomii podobny facchino nr 2 kiwał uroczyście wielką swoją głową, potwierdzając przewidywania szanowanego capo. I jakżeśmy, biedne kobiety, zawierzyć temu nie miały?
Jak na toż nadbiegł Grek z żółtą, ostro rzeźbioną twarzą, z krótkimi, siwiejącymi już włosami i, kłaniając się jak Niemiec, gestykulując jak Francuz, rzucając oczami jak Cygan, zapewnił nas po włosku, że właśnie na nas tylko czeka jego prześliczna, świeżo odnowiona, daleko owszem lepsza od każdej nowej carozza341 z hotelu Barbesi delle due Torri342, który — gdyby nie intrygi „pewnych indywiduów” mógłby się nazywać hotelem trzech, czterech, a nawet pięciu wież, tak jest wspaniały, książęcy, królewski. Dodał przy tym, że carozza jego może pomieścić cztery damy i czterech cavaliere343 albo odwrotnie, że jest na resorach tak dobrych, że i do zegarka lepszych nie potrzeba, że konie „dwóch wież” czysty owies jadają, że Werona jest rajem — a on się na Korfu urodził.
Tu dobył fular344 i otarł pot z czoła, a przymrużywszy pałające oczy, przybrał minę rozrzewnienia pełną. Po czym elegicznym gestem sięgnął po parasolki nasze i szedł przed nami z twarzą natchnioną, jak gdyby był prologiem, otwierającym poemat liryczny.
Zaledwieśmy jednak wsiadły do owej carozzy, która okazała się być czerwono malowanym omnibusem hotelowym, kiedy nasz Baziliades czy może Paparigopulos345, nagle się na twarzy odmienił, zatrzasnął drzwiczki, zapadające z pośpiechem pułapki, i stanąwszy na stopniu z determinacją policjanta uwożącego dwóch ważnych przestępców — Ruszaj! — krzyknął na woźnicę, niemogącego jakoś namówić do drogi owych sławnych rosynantów gołym pasionych owsem.
Wyznaję, że w pierwszej chwili miałam ogromną ochotę wysiąść i pójść pieszo, tym bardziej, że większa część carozzy zawalona była jakimiś tobołkami, mającymi zapewne reprezentować owych czterech cavaliere. Grek jednak silną dłonią trzymał drzwiczki z zewnątrz, odpowiadając na przedstawiania nasze najsłodszym głosem: Va bene, va bene, signora!346
Tymczasem zawadziliśmy o coś i nagle stanęli, a kiedy się nasz Grek ku woźnicy odwrócił i świata nam trochę odsłonił, ujrzałam z zadziwieniem kilka prostych wozów, wiozących w kierunku miasta wielkie kanonierskie łodzie.
— Co to jest? — zapytałam Greka.
— To? — odrzekł, mrugając oczyma — to łodzie, droga signoro.
— Widzę, że łodzie; ale po co je do miasta wiozą?
— Oh niente!347 Najdroższa signoro, może na skład, do naprawy może, stare widzę jakieś łodziska — dodał wzgardliwie, ramionami wzruszywszy.
A widząc, że pani T. podnosi się, aby wyjrzeć okienkiem:
— Signoro — zawołał, rozstawiając ręce — może signora życzy sobie mówić ze mną po rumuńsku albo po węgiersku, po bułgarsku może? Znam wszystkie języki europejskie i kilka innych jeszcze. W młodości...
Tu urwał i zeskoczył, bo wrzawa jakaś zbliżała się ku nam i zgiełk uliczny wzrastał. Spojrzałam pełno ludzi na wyniesionych nad poziom chodnikach, przeciw nam biegnie jakaś kobieta z dzieckiem, przed nami — ulica pod wodą.
Nie można już było wysiąść — Grek nadbiegł.
— Nic to, signoro droga! Kanał zepsuty czy coś tam takiego, ale tu, tu na prawo droga zupełnie sucha, natychmiast jesteśmy w miejscu. Ruszaj!...
Skręciliśmy i przejechali ulic kilka. Istotnie, sucho tu było; niemniej jednak złowrogi szum gonił za nami, a ludzie biegli z przerażeniem jakimś. Grek nasz tymczasem gadał niestrudzenie i wtedy dopiero, kiedy carozzajego wjeżdżała w bramę hotelu Barbesi zamilkł i uśmiechnął się się jak tryumfator.
W dziedzińcu zrobiła się wrzawa; oglądano nas tak ciekawie, jak branki z nieprzyjacielskiego obozu odbite; gospodarz przedstawił nam się z wielką ostentacją, a kiedyśmy zażądały natychmiast powozu dla zwiedzenia miasta, oświadczył, że za chwilkę wszystko będzie gotowe.
Hotel Barbesi, widocznie z dawnego jakiegoś pałacu zrobiony, dosyć się oryginalnie przedstawia.
Prostokątny dziedziniec jego, wyłożony okrągłymi kamykami białej i czerwonej barwy, przypomina z gruba mozaikę starą.
Dokoła, na wysokości piętra, leciuchny balkon, południowymi krzewami zdobny, daje wejście do pojedynczych pokoi dla gości.
Na dole, w głębi, spuszczona z zielonego sukna zasłona kryje wejście do wozowni i stajen. Brama..., lecz gdym się obejrzała ku bramie, zobaczyłam szybko idącego Greka, który przystąpiwszy do nas, rzekł:
— Powozu jeszcze nie ma, signora. Za godzinę wszakże będzie.
— Cóż woda?
— Woda? At zwyczajnie rzeka.
— Więc to nie kanał się zepsuł?
— Skądże by! To Adyga.
Zaniepokojone poszłyśmy na górę do siebie.
Była to komnata wielka, staroświecka, której podłoga uginała się pod stopą taflami całymi. Ogromny, ciemny dywan ją zaścielał, bo może po widocznym próchnie nikt by się tu stąpić nie ważył. Na ścianach i suficie malowidła sczerniałe, w części tylko widne, w kącie wielki marmurowy komin, zastawiony szafką pospolitej roboty.
Zwykłe hotelowe meble kłóciły się z wspaniałą rzeźbą w dębie, stanowiącą futrynę dwojga drzwi wewnętrznych.
Przyglądałam się im właśnie, kiedy pani T., zbliżywszy się do okna krzyknęła. Podbiegłam. Okno wychodziło na obszerny plac, zalany w trzech czwartych wodą.
Fale z wielkim impetem szły, rozbijając się z jednej strony o zrąb hotelu Barbesi, z drugiej o jakąś starą furtę czy dzwonnicę klasztorną, ponad którą na sarkofagu sczerniałym leżała zakonnica w sztywnej kamiennej sukni.
W głębi placu kościół, na którym dojrzałam napis: San Nicolo sotto riva348. Jeszczem nie zdjęła oczu z rzeźbionego fryzu tej świątyni, kiedy woda z szumem wielkim idąca, podsunęła się pod sam jej portyk prawie. Wtedy to drzwi kościoła otwarły się z wewnątrz, a na najwyższym stopniu schodów ukazały się postacie ludzkie — mężczyźni, kobiety, dzieci. Rozległy się wołania, krzyki, na które tylko głuchy huk wody odpowiedź dawał.
Kilku mężczyzn próbowało zejść niżej, ale się wnet cofnęli przed następującą na nich falą, nie puszczały ich zresztą kobiety, podwajające krzyki za każdą zuchwalszą próbą.
Jeden tylko wyrostek, wysmukły chłopak, ze schodów w wodę śmiało szedł — po kolana, po pas, po pierś, aż chwycił się słupa latarni, stojącej na środku placu, a spojrzawszy ku kościołowi, od którego nie wołał go głos żaden, kapelusz z głowy zdjął, pokłonił się i, tłukąc pięścią falę, co go wstecz pchała, szedł mocno przed siebie, aż zniknął za węgłem dzwonnicy. Jakiś dziecinny przestrach mnie ogarnął.
Nie mogłam patrzeć na tych ludzi, na ten kościół, na tę wodę — wybiegłam na balkon wewnętrzny.
W dziedzińcu ogromny zamęt. Woda wydobywa się gwałtownie przez bramę; drobne kamyczki bruku wyglądają jak dno strumienia — płytkiego jeszcze, lecz który przybiera co chwila.
Cofnęłam się do pokoju w osłupieniu jakimś, gdy wtem ktoś do drzwi zapukał dyskretnie.
Był to Grek przeklęty.
— Powozu nie ma, signora; nie zdałby się zresztą na nic, Werona pod wodą. Signory życzą sobie może czego?