6

Noc w Weronie — Łódź municypalna — W podwórzu — Rozmowa z Grekiem — Jedziemy — Caretto — Na banhofie — Powrót — Colomba d’oro — Co Adyga widzieć pozwala w Weronie — Wyjazd.

Pierwsza noc, jaką spędziłam w Weronie, była posępną i złowróżbną nocą. Z wieczora jeszcze wiatr nawiał chmur ciężkich, z których się puścił deszcz chłodny, wytrwały, cierpliwy, przejmujący nudą jakąś i troską stare mury Dwu wież, gdzieśmy uwięzionymi były.

Nieskończony plusk deszczu tego łączył się z głuchym hukiem wypartej z głębin swych rzeki, która przyszła bić czołem o kamienne schody kościoła. Wśród posępnych jej szumów rozlegały się od czasu do czasu przenikliwe nawoływania i wioseł plusk, i krzyki głosów strwożonych; a ja zrywałam się wtedy spod muślinowych kotar wielkiego, staroświeckiego łoża i biegłam do okna, przez które biły czerwone blaski żagiew, świecących ratunkowym łodziom.

Nad ranem dopiero chwycił mnie sen ciężki, a kiedym się zbudziła, dzień mało co jaśniejszy był od nocy i równie jak ona ponury. Deszcz nie ustawał, woda przybrała jeszcze. Z San Nicolo bił dzwon, obwołując miastu trwogę; a u wejścia, na progu kościoła tłum ludu, zamknięty tam noc całą, wołał: La barca! La barca!349.

Byli to mieszkańcy zalanych dzielnic Werony, którzy tu od wczoraj jeszcze znaleźli schronienie. Jakoż niebawem nadpłynęła ogromna łódź kanonierska, a w niej urzędnik municypalny przywoził chleb i wino oblężonym przez Adygę biedakom. Że jednak dalej jak do schodów podpłynąć nie mógł, ustawiono pomost z kościelnych gratów, po którym mężczyźni po żywność szli wśród wrzasku strwożonych kobiet. Aż kiedy zabrali już i chleby, i gąsiory z winem, człowiek stojący w łodzi schylił się i podjął na rękach jakieś uśpione maleństwo, któremu spod grubej chusty cienkie, zwieszone nożyny widać tylko było. Wzięli tedy z sobą biedactwo owo, niewiedzące, co się z nim dzieje.

W dziedzińcu tymczasem prawdziwa komedia.

Choć woda jeziorem tu stoi, zbyt jednak płytką jest, aby wielka kanonierska łódź wpłynąć na nią mogła. Cała przeto ludność hotelu próbuje urządzić komunikacją od schodów do bramy, gdzie poziom niższy znacznie i woda głębiej idzie. Wenecjanin, a nawet nasz Poleszuk lichy, dawno by tu już sobie jakąś radę dał, ale Werończyk wobec wody osłupiały stoi, a niezręczność jego przechodzi wszelkie pojęcie.

Za deskę, którą by dwóch chłopów lekko dźwignąć mogło, pięciu się bierze; a kiedy już ją chwycili, trzech przewraca się w wodzie, jeden puszcza deskę ze strachu, a pozostały klnie na czym świat stoi, nie mogąc się ani cofnąć, ani naprzód iść. Trzeba znać Włochów i wiedzieć ile słów próżnych, ile gestów, okrzyków zużywają przy najmniejszej sposobności, aby mieć wyobrażenie, co tu za harmider i wrzawa. Goście wszyscy na ganek wylegli, niekoniecznie bacząc, jak tam kto odziany. Jedni wołają łódki, drudzy woza, trzeci śniadania, a wszyscy razem krzyczą, radzą, dysponują, gospodarz tymczasem w ukryciu gdzieś siedzi, obliczając kontrybucję, jaką mu przy amatorskich cenach mieszkań i obiadów, wszyscy ci przypadkowi więźniowie hotelu Delle due Torri zapłacić będą musieli. Mam wszelkie podejrzenie, że i nasz Grek szanowny cieszy się z nim razem, obliczając pogłówne od dostawionych Dwu wieżom gości.

Myślałam, że dzień ten nigdy nie będzie miał końca — skończył się jednak, a po nim przyszła noc bez gwiazd, bez snu, bez spokoju.

Z rana ogarnęła mnie rozpacz jakaś; powiedziałam sobie, że albo taśmę od dzwonka urwę, albo się Greka naszego dowołam.

Jakoż przyszedł.

Oczy miał zadumane, twarz smętną. Wyglądał jak kochanek zdradzony.

— Chcemy łodzi, powozu, balonu! — zawołałam niecierpliwie. — Chcemy rachunku!

Grek skłonił się.

— Signory będą dziś miały czekoladę na wodzie — rzekł z powagą. — Mleka nie dostawiono.

— Ale my nie chcemy czekolady! My chcemy jechać!

— Signora żartuje. Śniadanie natychmiast podadzą.

Zniknął za drzwiami. Taśma ocalała, ale w losie naszym nic się nie poprawiło.

Przez chwilę stałam na środku pokoju jak urzeczona, nagle przyszła mi do głowy myśl świetna. Pobiegłam do okna, a kiedy znów łódź municypalna żywność zamkniętym w kościele przywiozła, wychyliłam się i zaczęłam wołać: La barca! La barca! Urzędnik stojący w łodzi ku oknu spojrzał, popatrzył na mnie, głową skinął, a złożywszy obie dłonie przy ustach, iż huk wody głos stłumił, krzyknął krzepko: In mezz’ora!350.

I wnet ku kościołowi się zawrócił, chleb i wino czekającym oddał, z dziesięciu może mężczyzn do łodzi z sobą wziął i nie bawiąc, raz jeszcze skinąwszy mi głową, odpłynął. Uczułam szaloną, dziecinną prawie radość.

Zaczęłam w ręce klaskać, po pokoju biegać z wielkim jego sędziwej posadzki niebezpieczeństwem i przestrachem myszy rezydujących tam od czasów Mercucia351 jeszcze; po czym, że już chłopak z czekoladą filiżankami w korytarzu brząkał, przybrawszy twarz obojętną, zażądałam natychmiast rachunku.

Oparło się to widać o Greka naszego, gdyż w chwilę później zjawił się z uśmiechem wyższości na ustach, wszakże nie bez lekkiego zmieszania.

— Za pół godziny jedziemy — rzekłam mu z wielkim spokojem, choć mi głos coś niecoś drżał. — O rachunek proszę.

— Czy wolno zapytać, jak signory jadą?

— I owszem, wolno. Jedziemy łodzią.

— O, w takim razie, to nie dzisiaj chyba.

— Proszę o rachunek zaraz — powtórzyłam dobitnie, a odwróciwszy się ku oknu, z wolna odeszłam.

Paparrigopoulos przez chwilę u drzwi stał, zapomniawszy jakoś na razie wszystkich swych europejskich języków i niektórych innych; po czym widząc, że nikt na niego uwagi nie zwraca — wyszedł, zamykając drzwi z namysłem.

Wnet rozbiegła się po hotelu wieść, że due signori352 decydują się na dalszą drogę. Nie spodziewano się tego widocznie. Sam gospodarz przybiegł nas mitygować, obawiając się, aby ten czyn odwagi kobiecej nie zdemoralizował mu i reszty gości.

Istotnie, przykład okazał się zaraźliwym.

Jeszcze zacny Barbesi nie wyszedł był za drzwi, kiedy w nie zapukano leciuchno353. Był to sąsiadujący z nami o ścianę tłuścioch, nie wiem już jakiej narodowości, który przez dwie ubiegłe noce prawdziwie po mazursku chrapał w sposób zagłuszający huk wody.

— Czy panie naprawdę jadą? — zapytał mąż ten szanowny.

Si signor354, za pół godziny.

— Ha, to i ja jadę!

Rzucił się za nim gospodarz, jak człowiek, który traci najpiękniejsze marzenie życia swojego; stanowczy jednak głos tłuściocha nie wróżył dobrego końca tej sprawie.

Tymczasem w uliczce na plac prowadzącej ozwał się plusk naszej łodzi, w której urzędnik municypalny był kapitanem. Jego samego zdawała się ta impreza nasza zajmować w szczególny sposób.

Jak tylko usłyszanym być mógł, pozdrowił nas głośno; po czym drabinkę do okna rzuciwszy, zejść nam po niej dopomógł, tak że cała ta przeprawa à la Romeo odbyła się dość pomyślnie, lubo355 nie bez strachu. Zaledwieśmy się jednak umieściły w łodzi nieco brudnej i dobrze wodą nabranej, kiedy oczom naszym przedstawił się widok, który i trapistę nawet do śmiechu pobudzić by musiał.

Na karkach dwóch tęgich fakinów, po piersi brodzących w wodzie, jechał nasz tłuścioch w ten sposób, że każda z ogromnych nóg jego piastowaną była przez innego człowieka. Sam jeździec spocony, zdyszany, w kapeluszu z czoła zsuniętym, trzymał w jednym ręku olbrzymi parasol, a w drugim worek podróżny.

Jękła łódź nasza pod nowym tym ciężarem i głębiej podeszła wodą; gdy wtem zjawił się nam jeszcze jeden towarzysz podróży. Był to jakiś młody Anglik, kontentujący356 się karkiem tylko jednego fakina, podczas gdy drugi niósł za nim na głowie walizkę i złożoną sztalugę.

Zrazu płynęliśmy dosyć szczęśliwie, wśród domów zatarasowanych na głucho, odpierając się wiosłami od węgłów, przy których tworzące się wiry kręciły ogromną naszą łodzią jak łupiną dyni. Ludzi nie widać było nigdzie; miasto wyglądało jak martwe. Wkrótce jednak wiosła coraz silniej o kamienie stukać zaczęły, aż i samo dno łodzi zgrzytnęło na bruku; zaczem357 dalej już płynąć nie było sposobu.

Lekka jakaś łódeczka byłaby się i tutaj poniosła, ale nasza kanonierska barka potrzebowała dobrze głębokiej wody.

Dwóch żołnierzy wyniosło tedy naszego tłuściocha tym samym jak poprzednio kształtem, na co ja patrząc, pomimo całej przykrości położenia, nie mogłam się wstrzymać od śmiechu; po czym jeden z wioślarzy dźwignął na plecach panią T. W łodzi został tylko malarz z niewzruszoną powagą przypatrujący się tym operacjom, i ja, com się tego przenoszenia bała jakoś po trosze.

Come bambino, sapete358 — szepnęłam Włochowi, który mi nadstawił żylaste swoje ramiona. Wziął mnie tedy na ręce, jak się dzieci bierze, a zbrodziwszy parę ulic, postawił mnie na placyku jakimś, dość suchym, ale jak wyspa wodą oblanym dokoła.

Był to, jakżem się później dowiedziała, plac poczty, co jednak położenia naszego nie poprawiło bynajmniej.

Czekano już tam na mnie. Tłuścioch otrząsał się jak brytan skąpany, malarz przybywał ostatni z równą jak przedtem powagą, jadąc na karku fakina.

Ludniej tu trochę było; przypatrywano nam się z okien, z balkonów; z tym wszystkim pozycja nasza nie była do pozazdroszczenia; powiem nawet, że musieliśmy wyglądać dość śmiesznie.

Na cośmy tam czekali359 — sama nie wiem dobrze; prawdopodobnie na boskie zmiłowanie. Jakoż nie zawiodło.

W ulicy pokazał się człowiek, ciągnący w wodzie wysoki, dwukolny wózek, który to w sobie osobliwego miał, że kiedy dyszel w górę szedł, rama z desek, za pokład ciężarom służąca, opadała gwałtownie w tył; kiedy zaś ciągnący puścił dyszel z ręki, deski równie gwałtownie podnosiły się do góry.

Nie twierdzę ja, aby caretto360 taki dostarczał najbardziej pożądanych warunków przenoszenia się z miejsca na miejsce; o ile jednak nie spadnie się z niego — pozycja w ogóle odejmująca złudzenie — o tyle wyobrażać sobie można jadąc, że się jest którąkolwiek z pięknych jarzyn, wózkami takimi zwykle na targi wożonych. Uwagę powyższą zrobiłam naturalnie już w drodze, lecąc w tył lub wznosząc się nagle, ilekroć Włoch dyszlem szarpnął, w pierwszej jednak chwili wszyscyśmy bez namysłu wołali: Caretto! Caretto!

Włoch wzdragał się zrazu; za sześć lirów jednak podjął się nas zawieźć do dworca, o tłuściochu tylko słuchać nawet nie chciał, a i malarzowi, po próbie ruszenia z miejsca, zsiąść kazał.

Część miasta, którąśmy przebywali teraz, znacznie mniej ucierpiała od wody; ludzie kupili361 się tu radząc, patrząc, wzdychając.

Poza Erberią362, gdzie zaledwie parę straganów z warzywami stało, spotkaliśmy fiakra363, którego woźnica w lakierowanym kapeluszu z trąbką wybawił nas od zmienności losu wózkowi naszemu właściwej i przed sam dworzec z wielką nas paradą a trzaskaniem bicza dostawił.

W drodze zauważyłam już jednak, że wszystko tu inaczej jakoś wygląda, niż wówczas, kiedyśmy pamiętną ową „carozzą” z Grekiem do miasta jechały. Że przecież po katastrofie, jaka spotkała Weronę, żadna zmiana zadziwiać nie powinna, przestałam zwracać uwagę na piękne drzewa rosnące w dwa rzędy tam, gdzie ich przedtem wcale nie było, tudzież na różnicę w wielkości samego dworca, który mi się wydał dużo jakoś szczuplejszy.

— Facchino nr 2 — wołamy z fiakra jeszcze, uszczęśliwione, że na koniec z owego potopu ruszymy, gdy wtem z szeregu posługaczy występuje drobny chłopak, którego ów olbrzym, co kufry nasze pod opiekę wziął, mógłby w kieszeni nosić.

Protestujemy przeciw tej małości jego, chcemy innego, dużego fakina nr 2. Biedny chłopak zapewnia, że nigdy większym nie był i że sam tylko swój numer między służbą nosi.

Gdzież jest capo di stazzione364?

Okazuje się, że capo di stazzione damy jakieś bawi. Czekamy tedy, dziwiąc się po trosze, skąd naszemu małemu staruszkowi taka galanteria, gdy wtem podchodzi do nas piękny, smukły brunet, który przedstawiwszy nam się jako naczelnik stacji, tak samo jest zdumiony naszym żądaniem, jak my tą nagłą odmianą.

Żądamy wreszcie rzeczy, opisujemy nasze kufry.

— Rzeczy? Nie ma takich na składzie. Czy jednak panie są pewne, że na tym właśnie pozostawiły je banhofie?

— Alboż jest jeszcze drugi?

— Niewątpliwie. Jest jeszcze banhof centralny. Tylko że teraz komunikacja między nim a miastem zupełnie zerwana. U Ponte Navi artyleria stoi, nie puszczają ni wozów, ni pieszych.

— Cóż więc poczniemy?

— Sądzę, że panie powrócą do miasta.

Tu nastąpił jeden z najpiękniejszych ukłonów szanownego capo.

*

Pomimo całego zmartwienia, uderzyła mnie komiczność naszej sytuacji.

Istotnie, podjąć tyle trudów, znieść tyle przykrości, tyle strachu nawet, po to tylko, żeby zamoczywszy nogi do miasta powrócić, było — co najmniej — śmiesznym. Ponieważ jednak nic innego na razie zrobić się nie dało, wsiadłyśmy przeto do powozu noszącego znak: Colomba d’oro, tę jedną mając pociechę, że przeklęty Paparrigopoulos porażki naszej nie widzi.

W Colomba dano nam współcześniejsze cokolwiek niźli w Barbesi mieszkanie, dość nędzny obiad i dużo do rozmyślań czasu. Zaczęły się tedy godziny dumań posępnych u okna, przez które widać było zalaną via colomba365 tudzież366 kawał odrapanego muru, kędym ja sobie po rysach czerwonawych ślad wody oczyma znaczyła367.

A tak — zamieniłyśmy jedno więzienie na drugie.

Jedynym łącznikiem pomiędzy nami a zewnętrznym światem był Stefan Hallah, szwajcar hotelowy z Bozano rodem, który za złotą dwudziestofrankówkę podjął się dostarczać nam wiadomości o stanie zalewu tudzież znaleźć takiego zucha, co by nam rzeczy z centralnego banhofu wydobył.

Pierwszego dnia miałyśmy deszcz, czekoladę dość cienką, rozmowę z Stefanem — i bardzo kwaśne humory. Drugiego — leciuchny promyczek słońca, deser z twardych jabłek werońskich i — dużo nadziei. Trzeciego — pełno gliniastych mułów pod oknami, trochę błękitu na wschodzie i najpocieszniejszy w świecie widok bohaterskich oficerów Werony, którzy co gorętszy czas zalewu po kwaterach przesiedziawszy, teraz, kiedy wody i do pęcin koniom na wysokich dzielnicach nie było, ruszyli się po dwóch, po trzech, malowniczo owinięci w płaszcze, groźni, chmurni, namarszczeni, z powagą zbawców miasta i narodu.

Tego ranka tłusty oberżysta z przeciwka, który dotychczas spluwał w oknie siedząc, wyszedł na balkon, zdjął szlafmycę368, spojrzał w niebo, uśmiechnął się i dłonią pogładził łysinę. Uważałam to za niechybny znak pogody.

Jakoś ku południowi przyleciał Stefan Hallah z dobrą wieścią, że wykopał kędyś369 śmiałka, co kufry nasze przez Adygę przewieźć chce. Nastąpiła tedy walna narada, czy wprost przez Ala puścić się na awantury370, czy też w cichym Desenzano nad Garda czekać aż rzeka przepłynie. Stanęło na pierwszym, bo tęsknota ciągnęła do domu, a to już piąty dzień mijał, jakeśmy się z Wenecji ruszyły.

Rozjaśniła się nareszcie Werona słońcem i lazurem; ludziska wylegli suszyć się i oglądać wzajem. Chodziły wieści o domach zwalonych, o topielcach znajdowanych tu, to tam; rosła też obawa o mosty, chociaż na nie zsypano całe wozy gruzu i kamieni.

O porządnym zwiedzeniu miasta i mowy nawet być nie mogło. Górniejsze miejsca podsychały wprawdzie na słońcu, ale trafiały się i takie, gdzie koń puszczony spływał.

Rzeka — mało co ustąpiwszy ludziom placu — w oblężeniu trzymała całe brzegowisko swoje, od starego Skaligerów kasztelu na północ, aż do grobowca Giulietty na południe i dalej.

Ku wschodowi też, wężowym kłębem się wygiąwszy, trzęsła Adyga owym mostem Navi, poniżej ponte371 Nuovo rzuconym, którego artyleria dzień i noc strzegła, żeby się z uzdy żelaznej nie zerwał a do Adriatyku nie ruszył.

A tak jądro tylko miasta i zachodnie jego odnogi, jak via Palio, corso Cavour, San Antonio, Vittorio Emmanuele, wyłuskały się z onego zalewu. Jądrem miasta jest plac Bra. Roma tędy przeszła. Ślad jej klasycznej stopy do dziś jeszcze widny. Tędy szła, przez łuk kamienny Muro Galieno albo Porta dei Borsari zwany, szesnaście wieków temu dźwignięty, a tak jeszcze krzepki, jakby drugie tyle przetrwać miał. Dziki winograd puścił się tu po sczerniałej cegle; a jego lekkie girlandy kołyszą się za wiatrem zachodnim. Katulla372 pieśni słychać w tym szmerze liści elegicznym, słodkim.

W pośrodku placu Bra rozpiera się ponurym kręgiem wielka dioklecjańska arena, tchnąc na wędrowca zimnym tchem rzeczy uspokojonych już w sobie i ostygłych z krwi, ale które okropność swoją dawną na czole noszą.

Przez Porta lupi, przez Arca dei leoni szły tu na arenę jak świat wielką, gdzie gladiatorów narody tłumu — pustynnym rykiem. Dziś czarne otwory arkad, z wyższych pięter w znacznej już części zwalonych, są jako w czaszce trupiej puste oczodoły, w których zmierzch osiadł i pajęczyny wieją, bo zgaszone są źrenice czasów ich, źrenice rozkoszą mdlejące i krwawe.

Wiek nowy otworzył teraz bezsenne, pałające oczy na arenę jak świat wielką, gdzie gladiatorów narody całe walczą na śmierć i życie. Ale przyjdzie czas inny i zadmuchnie źrenice wieku rozgorzałe i wymiecie bojowisko z pobitych. A zwycięzcom dadzą poklask lwy pustyń, bo one to będą wspaniałymi widzami ostatnich walk człowieka z człowiekiem. Z placu Bra bez wielkich trudności, przebrałam się przez Gran czara na Piazza delle Erbe, gdzie ogromna wieża ratuszowa ładu między przekupniami strzeże, a trybuna jakaś stara, na kolumnach podparłszy się, oniemiała stoi, świadcząc, jako to targowisko jarzyn Forum kiedyś republikańskim za Podestów było.

I dziś jeszcze Erberia skupia w sobie ruch i życie uboższej zwłaszcza ludności. Tutaj to przypatrzyć się można tym zacnym werończykom, trochę ciężkim, trochę zamyślonym, śpieszącym do pracy, zgiętym pod ciężarami, stojącym w progach ubogich sklepów swoich.

Lud się tu nie rozkłada po ulicach do snu jak w Wenecji, balkony też puste prawie. Łatwych zarobków nie ma do próżniaczego trawienia, na obliczach widać troskę o kawałek chleba. Ten rys fizjonomii werońskiego ludu pociągnął mnie do niego za serce. Bieda i poczciwość z oczu tu ludziom patrzy.

— Więc nie ma na to żadnego sposobu, żebym ja mogła zobaczyć grobowiec Giulietty373? — spytałam Giana Fasti, sprzedającego salami na via Cosimo.

Gian Fasti wzruszył ramionami.

La tomba? Sotto acqua, signora.374

A Castelvecchio375?

Anche sotto acqua...376

A Tum? A giardino Giusti377?

Sotto acqua, tutto sotto acqua!378

Pomimo tego tutto, udało mi się zobaczyć na placu Signorii posąg Danta379, wielkiego Werony gościa, a tuż niedaleko poza Maria Antica gotycki grobowiec gospodarza jego Cangrande380 i tego rodu Skaligerów zuchwałych, co godłem lutnię miał, a sławą miecz, a końcem — sztylet miewał.

Na wszystkim prawie, com tu w dziedzinie architektury pięknego w Weronie widziała, Michele Sanmicheli381, wielki budownik odrodzenia, rękę swą położył. Jego myślą jest ta Kampanilla katedry werońskiej, z placu Signorii widna, przed trzystu laty zarysem kamiennym w powietrze rzucona; jego dziełem są przepyszne pałace Bevilacqua, Canossa, Sparavieri, co na północ od placu Bra stoją, jego kościoły, portyki, fasady Museo Civico i Gran Guardia Antica, o Portoni wsparta, kędy Werona zboże na chleb swój kupuje.

Sanmicheli wszystkie te arcydzieła swoje olbrzymią fortyfikacją otoczył, zamknął na doryckie bramy Porta Stupa, San Zeno, Porta Nuova i sam stanął wpośród miasta swojego, zadumany nad wiekuistą pięknością liczby i linii, pitagorejczyk wspaniały w kamiennym płaszczu swoim.

W bok od Erberii, pomiędzy siecią wąskich vicolo382, co ci się bałamutnie pod stopami plączą, jak wąska uliczka San Sebastiano zwana, na którą nie pożałuj drogi.

Stoi tam dom stary, wysoki, o szczupłym froncie z nieregularnymi oknami, z ganeczkiem, z boku kędyś uczepionym kapryśnie.

Kiedy się zbliżysz do niego, kroki twoje staną się powolniejszymi, spojrzenie gorętszym, a usta ci rozchyli jeden z tych tęsknych uśmiechów, które na to są stworzone, aby na nie pocałunki kłaść. Marmurowa tablica, w ścianę domu tego wprawiona, zatrzymuje cię i przemawia do ciebie. Stajesz i słuchasz... Szept słychać z balkonu — „to słowik śpiewa” — „nie, to skowronek”383. Jakaś mgła różowa wzrok ci zasłania. To dom Capulettich, to balkon Giulietty. Zbliżasz się z dreszczem rozkosznym w piersiach, chcesz choć na chwilę przestąpić te progi. Biedny wędrowcze, cofnij się póki czas, bo stracisz całe złudzenie.

Tam, za tą bramą, pod którą skradał się rozkochany chłopiec, zajazd dziś jakiś mizerny rozpostarł wstrętne gospodarstwo swoje. Na dziedzińcu pełno śmieci, wozy ze słomą i sianem stoją, wewnętrzny ganek obwieszony podejrzanymi gratami, brudna dziewczyna ceber pomyj niesie.

Werono! Wstyd tobie, że dom ten nie jest relikwią twoją!