7

Między Weroną i Ala — Dyliżanse w Serravalle — Mężowie i żony — Nasza droga — Kamea i terakota — O czym Bóg nie wie — Hotel „Alla posta” w Roveredo — Narada w bramie — Dom signorów Franchini — Moje pieśni.

Gwiazdy jeszcze stały na niebie, kiedyśmy z Werony ruszyli. Chłodno było, dzień zapowiadał się wietrzny. Zrazu forty werońskie za nami szły, potem przyzostawały384 coraz leniwiej, o południowy horyzont oparte, aż wreszcie z daleka już tylko majacząc, snem były uciekającym dla oczu.

Parana i Pescantina spały jeszcze, kiedyśmy przez nie przelatywali ze świstem, dosyć już wszakże dnia było, żeby zobaczyć, jaką to drogą ważył się pociąg nasz.

Ogromne wyrwy w nasypach odkrywały dna jarów czerwonymi mułami zaszłych, wybite z pionu słupy chwiały się tu, to tam za głowy tylko drutami telegrafu trzymane, wielkie, wywalone z gniazd swoich topole i wiązy przydrożne sterczały korzeniami u burt, na łeb kędyś w wodę runąwszy. Nad łoskotem wozów naszych i chrapaniem kotła panował huk rzeki, która potężnym rozlewiskiem waliła przeciw nam, wypchnięta kędyś z węższych gardzieli, spieniona, gniewna, niosąc koły z winnic wyrwane i grubych traw pokosy.

Wierzchem nasypów, w pierwszym pędzie przerzucone wody w gliniankach, w namuliskach na prawo stały, szmatami pławiąc pola i ogrody. Droga była pusta. W Domegliara dopiero napędzilimy tłum robotników, co z pośpiechem nasypy równał, wyrwy kamieniami zapychał, odbijał muły zsiadłe, woził taczkami gruz wapienny z rozprutych boków górskiego odłogu, co się na prawo był podniósł. Pociąg szedł noga za nogą, stękając, sapiąc, jęcząc, jakby biedę swoją znał. Droga wyglądała jak ostrzelany i zdobyty szaniec. Zdawało się, że lada chwila z całym taborem runiemy w przepaść, wszystkie głowy były u okien, Włosi wzywali Madonny.

Tymczasem owe odłogi górskie, wapiennymi żebrami świecące, obstępować nas zaczęły coraz ciaśniej, napierając na nas rzekę, która w głuszących szumach przewalała się tuż, tuż pod nami.

Droga dźwignęła się nieco — i poszła na zgubne imię skalistym wąwozem, w którym huk wody był taki, żeś nie słyszał własnych myśli swoich.

Zdawało się, że ten gardziel skalny wypluwa na nas cały ocean bryzgów i pian mętnych, które lada chwila pochłoną wąski przesmyk, mało co nad wodą nas niosący. To Chiusa di Werona, Adygi srebrny klucz, którym tu ona sobie bok skalny do Adriatyku otwarła. Jeśli z nas i wiedział kto, że się tu Otton Wittelsbach385 z Niemcami swymi, pod Barbarossą, przeciw werończykom bronił, to z pewnością ze strachu zapomniał o tym zupełnie.

Dla nas były to drzwi ponure, co się mogły zatrzasnąć nad nami śmiertelnym łoskotem i być zamknięte na wieki „kluczem rzuconym w morze”.

Jednakże całośmy się stamtąd wynieśli, a minąwszy Ceraino, ku Peri się mieli. Góry tu w oczach rosną, rosną, zachodzą jedne na drugie i na wędrowca coraz groźniej patrzą.

Gdyby je zwalić tu, u Monte Baldo, i Adygę okiem przerzucić, dojrzeć by można jezioro Garda i Tremosino i Riva....

Ale teraz, wapienne skały twardo na straży stoją i oczu nie puszczają na cichy błękit, poza wedety swoje.

Peri to ostatnia stacja, na której wolno krzyknąć: Evviva Umberto il re386, jeśli naturalnie ma kto po temu ochotę. Ala, to już habsburskie porządki i amty387, które reprezentuje szkaradny, zaspany Niemiec, co mi małą doniczkę z kwiatem, pielęgnowanym od samej Wenecji zabrał i rzeczy podróżne opryskliwie trząsł. Musiała jego Gretli z fusami kawę dziś dać, bo był w haniebnym humorze.

Była wieść zrazu, że tutaj w mieście pozostać nam przyjdzie, bo dalej rzeka nie puszcza, okazało się przecież, że jeszcze do następnej stacji dojechać można.

A tak mało co pośniadawszy388 kawą, w której też rękę Gretli znać było, wsiedliśmy z pośpiechem do wagonów, nie bardzo wiedząc, na co nam jeszcze dziś przyjdzie. Jak na toż puścił się deszcz rzęsisty, z którym się reszta karności między podróżnymi rozprzęgła, siadał więc każdy, jak i gdzie chciał, nie bacząc ani na klasy, ani na dodatkowe bilety, ani na konduktora, co chwyciwszy się za głowę próżno od wagonu do wagonu biegał, rad bardzo, że nas wreszcie w Serravalle wysypać mógł.

Tutaj czekał już żółto pomalowany, wysoko wyniesiony a wąski dyliżans, jakim jeszcze Gil Blas389 swego czasu podróżować musiał. Przy dyliżansie cztery konie w chomątach390 z dzwonkami, na lejcowym foryś391 w żółtych galonach, frędzlach, taśmach, sznurach cały, na koźle takiż pocztylion392 ze spalonym jak cegła karkiem, z trąbką przy wydętych ustach.

Za tym pierwszym dyliżansem — drugi, trzeci, dziesiąty, cały tabor otaczała milicja konna, która porządku i bezpieczeństwa w drodze miała strzec. Zrobił się ruch, gwar, tłok — nie do opisania.

Damy zwłaszcza usadowić się jakoś nie mogły.

Każda chciała mieć „pod ręką” wszystkie swoje pakunki, a tu ciągle czegoś brakło — to pudełka z kapeluszem, to koszyka, to męża.

Mężowie szczególniej byli nie do odszukania. Przypuszczać by nawet można, że umyślnie ginąć kędyś musieli, szukając sobie po dyliżansach bardziej urozmaiconych widoków.

Pocztylioni biegali z poleceniami od powozu do powozu, damy się wychylały, wołając niewdzięczników po imieniu, już były obawy, że i milicja w sprawę tę wdać się zechce, gdy nagle zatrzaśnięto drzwiczki — kto wie — może na znak którego z poszukiwanych.

Zamęt powiększył się jeszcze, kiedy spostrzeżono, że deszcz i w dyliżansach kapie sobie po maleńku. Zaczęto rozpościerać chustki, płaszcze, parasole... W jednej chwili panie zostały obsłużonymi z takim pośpiechem, z taką galanterią i gorliwością, jakiej nigdy oczekiwać nie mogły od własnych opiekunów swoich. I tutaj dopiero okazało się, jak dalece zbawienną jest rzeczą mieć w czasie deszczu pod ręką cudzego męża. Zaczem w dobrych humorach i wzajemnym zadowoleniu ruszyliśmy naprzód, z wielkim trąbieniem i klaskaniem z biczów, któremu góry dawały rozgłos armatniej salwy i muzyki łowów zaklętych.

Z miejsca my się zaraz w bok wzięli, zostawiając na lewo Adygę i zrujnowaną linię kolejową. A droga ta nam poszła wśród winnic obudowanych wysoko murem, z ciężkich kwadratowych głazów spojonym, i puściła się starym wiaduktem rzymskim, na którym spotykaliśmy ogorzałych mężczyzn z łagwiami393 na plecach, iż czas winobrania był — i dzieci kędzierzawe, i kobiety z nagą szyją, w szerokie biodra ręką wsparte, dzbany i wiadra na głowach niosące.

E sempré piove!394 — mówił sąsiad mój, który wprawdzie parasola nie miał, ale za to dużym swoim kapeluszem słomianym zasłaniał nad nami szpary w dyliżansowym pułapie.

E piove!...395— dodał po chwili, widząc, że mu nikt nie odpowiada.

Sąsiad mój był to piękny, smagły brunet, z klasyczną aż do najdrobniejszego rysu twarzą, z głębokim, trochę zimnym jak u posągu, spojrzeniem. Obok niego siedział gruby Niemiec, w Ala widocznie z „Amtu” jakiegoś wyrwany, którego czerwone, jowialnie pofałdowane policzki, trzęsły się w takt ruchu dyliżansowego.

Małe jego oczki uśmiechnięte były wewnętrzną jakąś błogością, a tłuste ręce, skrzyżowane na żołądku, źródło tej błogości wskazywać się zdawały.

To kamea i terakota...

Typy te, tak odrębne, tak silnym odbite kontrastem, spotykają się odtąd coraz gęściej razem, wzdłuż północnej części doliny Adygi aż do Salurn niemal. Po czym kamea się zaciera, a od Bozano począwszy, terakota wszechwładnie zapanowywa. Nie mogłam się dopytać, jak się zowie miejsce, w którym nagle koła dyliżansów obracać się przestały, a wszyscy pocztylioni, ba, i forysie nawet, zeszli z kozłów i z chomąt młodym winem przepić.

Ale wiem, że była to garść domów u zrębów starego muru przytulonych, kędy ludzie w sandałach i zielonych pończochach, przypatrując nam się, we drzwiach stali, a góry rzucały im zmierzchy swoje aż do wysokich kamiennych progów pod nogi. Kadzie, cebry i tłoki pod murem osterii396 honorowe miejsca trzymały, a gospodarz wino drewnianą czerpaczką gościom w kubki nalewał. Wszystko to tak było schowane między góry, winnice i porozwalane dawnych zabudowań szczęty, że nie dziwiłabym się wcale, gdyby i sam Pan Bóg o tym zakącie nie wiedział.

Ale wiedział, przelatywał tam bowiem ptak dziki i lilie kwitnęły polne.

Południe się zbliżało i deszcz ustawał nieco, kiedyśmy z niezmiernym hałasem popisujących się trębaczy i brząkaniem dzwonków zajechali przed hotel Alla posta w Roveredo, gdzie nas już oczekiwano, stamtąd bowiem były rodem nasze sławne dyliżanse.

Podróżni zaczęli tłumnie wysiadać, odszukiwać się, witać.

Teraz dopiero nastąpiły wzajemne wyjaśnienia między rozłączonymi parami małżonków, wymówki jednak ze strony dam tak były łagodne i słabe, że szanowni mężowie zdawali się tym być niemile dotknięci.

Tymczasem gospodarz, gospodyni, służba, wszyscy rzucili się do zdejmowania pakunków, co gdy uskutecznionym zostało i konie odeszły do stajen, okazało się, że ledwo połowa gości znajdzie pomieszczenie w hotelu.

Wystawiono tedy kilkanaście krzeseł dla tych, co się gdzie podziać nie mieli, i tak siedząc w bramie albo i na schodach podróżni, którzy się od Serravalle począwszy bardziej jakoś razem trzymali, postanowili po wspólnej naradzie czekać na to, co Bóg da, tym bardziej, że poza Roveredo, cały Tyrol pod wodą stał.

Pomimo pamiątkowej tablicy, powieszonej w korytarzu owego roku zbawienia Pańskiego, kiedy gościły tutaj koronowane głowy, pomimo białego krawatu garsona i chudych oleandrów, sterczących jak wysłużone miotły na paradnych wschodach, wyznać muszę, iż hotel Alla posta był dość zaniedbanym, dość sobie brudnym, prawdziwie włoskim hotelem.

Jaki tam komu dnia tego nocleg padł — nie wiem, ale co do nas, dostał nam się pokój, przez który jakieś młode małżeństwo do gniazdka swego przechodzić musiało.

Pomimo obustronnych zapewnień, że to wszystko jest niente397, pomimo dyskretnego udania się na spoczynek przed dziesiątą jeszcze, serdecznieśmy sobie przeszkadzali398 wzajemnie.

Toteż nazajutrz — pierwszym naszym staraniem było wyszukać sobie inne jakieś, prywatne choćby mieszkanie.

Jakoż udało nam się to bez wielkich nawet trudności.

Gospodynią naszą była teraz signora Franchini, tłusta, bezdzietna, niemłoda już Włoszka, która chyba coś nie coś z obcej krwi musiała w sobie mieć, gdyż w porządku zamiłowaną była namiętnie, i cały dzień boży z trzepaczką i ścierką chodziła, zmiatając by najmniejszy pyłek z posadzki, z sprzętów, z obrazów.

Mąż jej, signor Andrea Franchini był kasjerem jakiegoś prywatnego banku i zagorzałym czytelnikiem „Diritto”, słynął też z najpiękniejszych w całym mieście wąsów siwych, i jedną tylko miał wadę, że wytrząsał fajkę gdzie Bóg dał, na dywan, na stół, na okna.

Dobrzy ci ludzie okazywali nam wiele życzliwości, zwłaszcza kiedy się dowiedzieli, żeśmy Polki, a ja miałam szczególny przywilej dostawania świeżych kwiatów, zakwitających na balkonie signorów Franchini.

Dom był urządzony dostatnio i odznaczał się wykwintną czystością.

Było to pierwsze ognisko prywatnego życia, jakie bliżej poznałam we Włoszech.

W wielkiej, trochę ciemnej, utrzymywanej w miłym chłodzie sali jadalnej stał niesłychanych rozmiarów kredens dębowy, pełen dzbanów, mis, cebrzyków metalowych, szklanic i nalewek.

Wprost niego zegar staroświecki z kukułką, który też i kuranty grywał, czegośmy wszyscy z wielkim namaszczeniem słuchali. Wysokie, rzeźbione krzesła pod ścianami szeregiem stały, dalekie od tego roztrzpiotania się współczesnych mebli, które swoją fantazję okazują, po całym spacerując salonie; w pośrodku potężny stół, zawsze biało nakryty, z cynową misą polenty i dzbanem domowego wyrobu wina.

U okien wisiały suszące się majeranu pęczki i wianki grzybów, i sery w siatkach nicianych, a na ścianach ginęły w zmroku poczerniałe obrazy, których treść przed jakimi stu laty może i widną była.

Dwoje drzwi otwierały się w sali tej naprzeciw siebie. Jedne do komnaty pana domu, w której mi jakoś nigdy być nie przyszło, drugie — do olbrzymiej, sklepionej w łuki kuchni, w której wysunięty od ścian ku środkowi komin zajmował główny plac. Niezliczone kociołki miedziane z nogami i bez nóg, z uszami i bez uszu, smagłe, pękate, wydęte zgoła wszelkiej miary i wszelkiego kształtu, stanowiły ornament ścian, a piękny stół, na krzyżakach dębowych rozparty, był warsztatem, przy którym krzątała się zawsze zarumieniona Gemma, w wielkim białym fartuchu i niebieskiej chusteczce na piersiach.

Z kuchni oszklone drzwi prowadziły na wewnętrzny od strony dziedzińca ganek, kędy na półkach drewnianych, u ścian przybitych, kwitnęły pelargonie, gardenie i późne stokrocie.

Z ganku tego widać było szczyty gór liliowe, a niżej, na stokach, nieskończone winnice i morwowe sady. Tę to część domu zajęli teraz zacni nasi gospodarze, ustąpiwszy nam salonu i pokoju pani. Salon był narożny, dwoma oknami na Piazza Rosmini zwrócony, tutaj stały paradne sprzęty, a ściany ozdobione były pięknymi sztychami. Najpierw, na głównym miejscu, wspaniała Madonna; tuż obok niej Mazzaniello399 ciska zarzewie słów palących w pierś ludu neapolitańskiego, dalej Wilhelm Tell400 odpycha nogą łódź, na której z garścią ochotników przybył, aby walczyć i polec za wolność. Jeszcze dalej scena z Fausta, kiedy powracająca z kościoła Małgorzata, mówi kusicielowi swojemu: Bin keine Dame, weder schön; kann unbegleitet nach Hause geh’n...401

W kącie pianino, na którym dobra signora Franchini od wielu lat grywać już przestała. Teraz otwarte i podstrojone dla mnie przemówiło tęskną nutą ukraińskich dumek i pieśni ludowych, i chorałem pełnym boleści i krwi, i łez, i dymów żrących. A echa zdumione takim płaczem pieśni, chodziły po mieście tym włoskim jak cudze i odlatywały w góry smucić się, i roznosić westchnienia mdlejące.