8

Elizabetina — Drzewo wiadomości dobrego i złego — Ewa w Roveredo — Pod oknem — Castelvecchio — Na drodze — Madonna del Monte — Dwa cuda — Rzut oka z góry — Gemma.

Kiedym się w miasteczku naszym po trosze rozglądać zaczęła, spostrzegłam na contrada402 Alla posta, wielkimi literami po murach domów popisane kredą: asinus, asinus403.

Wniosłam stąd, że niedaleko gdzieś szkoła tu być musi. Jakoż była.

W pięknym, wielkim gmachu, który na czole nosi nazwę Elizabetina, a u stóp, na wyniesionym nieco chodniku, ma olbrzymią rozetę mozaikową, z kamyków czarnych, białych i brunatnych, misternie złożoną, istnieją w Roveredo połączone szkoły: normalna i wyższa.

W obszernym, dźwigniętym nad schody przysionku, wprawiono po lewej stronie erekcyjną tablicę z marmuru, a po prawej zawieszono wielki obraz, przedstawiający drzewo wiadomości dobrego i złego. Tło obrazu stanowi naturalnie raj. Tylko że osobliwości raju tego zredukowano do tych widoków powszechnego świata, jakie wychowaniec Elizabetiny przed oczyma w życiu będzie miał.

Nie ma tu więc owych barankowatych lwów ani lampartów tchnących zasadami wzniosłego humanizmu, ani róż niebieskich, ani bogobojnych jaszczurek, ani smoków skrzydlatych, hodujących pierwsze pióra dla przyszłej prasy postępowej, jak to wszystko widziałam na pięknym obrazku w krakowskiej kramicy przed dominikanami.

Tutaj u stóp tragicznego drzewa leżą księgi, globusy, cyrkle oraz pergaminy stare, trącące Herodotem i molami.

Drzewa też sobie rosną bez żadnych wielkich fumów, jak Bóg dał; klon — to klon; świerk — to świerk; lipa — to i lipa.

Co do węża, jest to jeden z tych niewinnych, przyjacielskich, lubo404 nie bez ukrytego żądła wężów, co się rade okręcają koło laski Eskulapa, a jego płaska głowa zdaje się dobrotliwie uśmiechać do małoletniego w szkolnej bluzie i w słomianym kapeluszu Adama, który sięga po fatalne jabłko z wesołą rumianą twarzą.

Ewy — nie ma w tym raju. Istotnie, cóżby ona tu robiła?

Nieznane mi są zasady pedagogiczne, jakimi się Elizabetina rządzi, ale pełna filozofii naiwność powyższej symboliki jest — przyznaję — wzruszającą. Umieć coś pokazać dziecku, tak szczerze, jest rzadkim przymiotem starszych.

Kiedy się z przysionka tego dwoje drzwi bocznych otwarło, zobaczyłam — na prawo i na lewo — dwa wewnętrzne, pełne drzew, krzewów i kwiecia dziedzińce, wokoło których obiegają galerie, dające przystęp do klas i oddziałów szkół obu.

Cień, chłód, zapach, świergot ptaków, plusk wody żywej, oto co mnie tu uderzyło zamiast tradycjonalnej stęchlizny, kurzu, martwoty, tak zwykłych naszym pedagogicznym zakładom.

Pusto było w tym „raju w Roveredo”, gdzie dla setek dzieciaków dojrzewają jabłka wiadomości dobrego i złego, wakacje bowiem tego roku przeciągnęły się nad miarę z powodu wylewów, które rozpierzchnionym405 malcom nie pozwoliły zebrać się w Elizabetinie.

Tylko stary pedel406 w niebieskich okularach i letnim spencerku strugał podpórki dla puszystych gwoździków, tchnących rozkoszną wonią, a pies jego, wyciągnięty na błyszczącym żwirze, pyskiem za muchami kłapał, drzemiąc na jedno oko.

Wprost wejścia głównego wznoszą się z przysionka obszerne schody, na których pierwszym zakręcie żelazny balkon daje widok na góry, u czubów nagie, dołem ginące w zieleni morwowych sadów i winnic, a wyżej drzwi do biblioteki i gabinetów, zawierających pomoce naukowe Elizabetiny.

Wychodząc z tej pięknej pomysłem, a dzielnej wykonaniem szkoły, zaciekawioną byłam niepomału407, gdzie tu jednak bywa Ewa, której na obrazie brakło, gdy wtem na rozgłośnym miejskim zegarze uderzyło południe.

Naraz z mnóstwa ulic i uliczek wysypał się tłum smagłych, bladawych, ciemno odzianych dziewcząt. Niektóre z nich próbowały biec, śmiać się, mówić głośno, większa atoli408 część miała wzrok sztywnie skierowany przed siebie, usta milczące, krok powolny. Młodość ta była bez zapału, bez ciepła, bez zdrowych rumieńców, starsze kobiety wlokły się jak automaty, suwając głośno skościałymi w stawach nogami.

To pomocnice jedwabników południowego Tyrolu, to prządki z Roveredo, gdzie najokazalsze i największe gmachy noszą napis: fabbricha di sete409.

Tysiące szczupłych, czarniawych rąk kobiecych pracuje nad tą kwitnącą tutaj gałęzią przemysłu, a piersi tych, całymi latami schylonych nad nitką jedwabiu dziewcząt, zapadają i więdną przedwcześnie.

Słyszałam tu długie, męczące kaszle od pyłu kokonów, widziałam haczykowate, niedające się rozprostować palce od gremplów i szczotek, widziałam też oczy bardzo smutne, chociaż bardzo piękne.

Taką jest w Roveredo Ewa.

Dodać tu jeszcze muszę, że ów wąż zacny z Elizabetiny, tylko względem małego Adama przybiera taką niewinną minkę. Tu bowiem, wobec tych przybladłych od pracy dziewcząt, gra on całkiem inną rolę i chętnie snuje się przed fabryką w południe i wieczorami, strojny w mundur oficera austriackiego, z mocno wyciągniętym wąsikiem, w zalotnym kepi na bujnej czuprynie, pełen zwycięskich uśmiechów. Ale w górach leży śnieg tak czysty, takie jasne rosy po winnicach stoją, tyle Boga jest w tej dzikiej a pięknej410 przyrodzie, że Ewie zgrzeszyć niełatwo.

Obyczaj też surowo się tu chowa, a piękni adiutanci feldmarszałka Thun utrzymują, że dziewczęta tutejsze kwaśne są i niedojrzałe.

Zdarzyło się jednak, że widziałam raz wielki militarny tryumf. Było to zmierzchem, na chwilę przed otwarciem ciężkich drzwi fabrycznych, wypuszczających całe roje pięknych jedwabniczek.

Pod oknem przędzalni stał młody mężczyzna trzymając na ręku paroletniego chłopczynę. Chłopiec stukał palcem w okno i wołał: „Mamma! Mamma!”. Ale mama nie słyszała drogiego głosiku, ogłuszona hukiem maszyny. Ojciec dopiero pomógł chłopięciu, a wtedy poza wielką szybą, drżącą od kół łoskotu, ukazała się twarz młodej kobiety, której usta uśmiechały się tkliwie, a oczy były śmiertelnie znużone. Zobaczywszy matkę, chłopiec nabił swój piękny pistolet z ołowiu i zmarszczywszy groźnie czoło, na wiwat strzelił.

Natychmiast w oknie błysnęło kilkanaście głów dziewczęcych, powstał szmer, wrzawa, a że już siódma biła, wszystko się to wysypało na ulicę, śmiejąc się, całując ślicznego dzieciaka, zazdroszcząc może trochę...

Oprócz wielkich przędzalni jedwabiu i tkackich warsztatów są w Roveredo fabryki cygar, zatrudniające przeważnie kobiety, sukiennice, przerabiające grubsze gatunki wełny, a w dół Adygi, poza starym zamkiem Podestów, wzorowo urządzona papiernia.

Castelvecchio411 górnie się nad miastem i rycersko trzyma, ze wszech stron obracając za wędrowcem zębate blanki swoje i ciężkie, okrągłe, poszczerbione turmy412. Stare strzelnice też, iż w zamku regiment żółtych strzelców stoi, marsową minę stroją, jak mogą; ale jaskółki gospodarują w nich świergotliwie dzień cały, a białe, suszące się na wietrze spódniczki kapitanowej, są jedynym sztandarem, jaki tam powiewa.

Ku rzece spada Castel pełnymi winnic tarasami, a po murach jego pną się rozchodniki żółte, strzępiaste chmiele, macierzanki i miodem pachnące meliski. Tam ja to sobie często chodziłam słuchać Adygi szumów, bo kocham się w takich kamiennych łupinach przeszłości, w takich zamkach starych. Naturalnie, jeśli w nich nie ma podestów413.

Rzeka tymczasem szalała.

Zerwane tamy puściły ją do foluszów, do kanałów, do winnic potopem całym. Na moście huk był taki, że sąsiada krzyczącego ci w ucho ledwoś zrozumieć mógł. Lawinom śniegów podobne, pędziły wierzchem szluz rozbite na pianę fale, a bryzgi ich słupami w górę szły, tworząc katarakty dziwne i siejąc dżdżem drobnym.

Tłum na moście od rana do wieczora stał, u brzegów poszarpanych pale bito i walono głazy. Ludziska bronili się jak mogli, ale napór wód był taki, że im spod nóg ziemię chwytał, a most drżał i dygotał w sobie wszystkimi balami, jak gdyby tabun koni w zawody po nim biegł.

A tam za rzeką wznosiły się Alpy Tyrolu, w majestacie rzeczy wielkich i spokojnych. Na Stivo, na Bijano, na Monte Creino, świeże śniegi błękitniały rankami pod słońce, a księżyce, iż pełnia na niebie była, wstawały nad nimi złote, lekkim różem otchnione.

— Chodź ze mną w góry — rzekłam raz do Gemmy, która pozmywawszy całą armię talerzy, siedziała w ganku z założonymi na białym fartuchu rękami.

Gemma zerwała się w rumieńcach cała.

Alla Madonna del Monte, signora?414 — zapytała, natrącając projekt, jakiego nie miałam.

— Chodźmy alla Madonna del Monte415.

Ah, che bella! Ah, che miraculosa!416 — mówiła szybko Gemma, chwytając świeżą chusteczkę na szyję. — E la padrona?417

Okazało się, że la padrona przeciwną temu nie była. Poszłyśmy więc w górę miasta, bokiem czystych, drobno zabrukowanych uliczek, którymi woda wyparta z przepełnionych źródlisk górskich, szemrząc i pluszcząc, szła przezroczysta, jasna, świeża. Pomiędzy uliczkami tymi, na placu u studni miejskiej, stał na marmurowym bloku Neptun czarny, złotym trójzębem o podstawę wsparty. Nie był to jednak ów tradycjonalny władca oceanu, starzec lubieżny, co ciężkim, rozlanym ciałem na delfinach siada, z brodą mchami porosłą, w otoczeniu pyzatych dzieci i oceanid nagich.

Neptun w Roveredo jest to młodzieńczy morza bóg, dzierżący się w górę całą muskularną postacią swoją, głowa jego harda, myślami głębie wód mierzy, oko natężone, pierś burzliwa, noga gibka, do pochodu naprzód podana.

Kiedym się przyglądała tej pięknej i śmiałej rzeźbie, Gemma odmówiła swoje ave, przeżegnawszy się pierwej pobożnie, co zresztą czyniła też przed spotkanymi po drodze kościołami, San Marco, Santa Maria, San Sebaldo. A kiedym, wskazując posąg, zapytała, kto by to był — un santo, mi crede418 — odpowiedziała spokojnie.

Po czym droga się nasza wyniosła nad miasto, między strzeżone wysokimi murami winnice, które już na liść jesienny kolory od słońca brały. Przeciw nam szły w jarzmach woły siwe, ciągnąc wozy na niskich kołach, ciężkiej budowy, skrzypiące; a gospodarze opodal za nimi idący, ze świstem puszczali w powietrze długie swoje bicze, wołając: „Ohe! ohe!”.

Felice via!419 — pozdrawiała ich Gemma.

Con Dio420 — odpowiadali niezmiennie.

Tymczasem ukazała się piękna, obszernie zbudowana willa, z ogrodem pełnym chłodników, altanek wiszących i kwiecia. Na prawo i lewo ciągnęły się nieskończone plantacje morwowe. Gemma objaśniła mi, że wszystko to należy do signora Tachi, największego bogacza w Roveredo, który jest też właścicielem olbrzymich przędzalni jedwabiu.

Nieco dalej musiały wszakże i klasztorne grunta być, bom po winnicach widziała mnichów czarnych, jak zakasawszy rękawy, ład w kadziach czynili ku pożytkom zimowym albo drepcząc w patynkach drewnianych, dźwigali łagwie świeżo pobite, na plecach je dzierżąc za pętle skórzane.

Zrazu my ludzi spotykały gęściej, potem mniej coraz, aż wreszcie opustoszała droga nasza i stała się kamienistą ścieżyną, bystro się do czuba góry biorącą. Kapliczki i krzyże przy niej stały, jak na kalwariach naszych, i tak my już tą via crucis421, gdzie Gemma mało piętnaście razy na kolana padła, doszły do Madonny del Monte.

Architektura kościoła tego jest pospolita, choć miejsce samo piękne. Śmigła wieżyca, mury białością świeżych tynków lśniące, kilka jedlic i brzóz, po których wiatr górny chodził, zakwiecony wirydarzyk na lewo, wspaniały grobowiec rodziny Tachi na prawo, dwóch biało odzianych mnichów, rozmawiających przed progiem — oto wszystko. Wnętrze za to opisać byłoby trudno.

Nigdy i nigdzie nie widziałam tyle kolorowych światełek, tyle wieńców z folii strzyżonych, tyle aniołów latających na drutach w powietrzu, tyle kadzielnego dymu, tyle świecideł, wstążek, dzwonków tyle — nade wszystko — wotów. Od stropu do kamiennych płyt posadzki pokrywały one ściany całkowicie. Nie były to jednak te ręce, nogi i serca srebrne, jakie widać w naszych kościołach.

Wcale nie.

To były malowane albo wierszem opiewane i w ramach zawieszone cuda Madonny del Monte, jedyna w swoim rodzaju galeria, w której naiwność sztuki przewyższoną być mogła chyba naiwnością wiary.

Pośród tych wszystkich ludzi palących się, lecących w przepaść, powieszonych, konających, umarłych, pośród odrastających rąk, głów, nosów, wpośród zmartwychwstałych koni, osłów i wołów, łagiew cudownie napełniających się winem i piorunów odpędzanych jak muchy, zauważyłam dwa małe obrazki i te tylko pozostały mi w pamięci.

Na jednym z nich młody chłopiec leży w nędznej izbie, oczy konające wzniósł w górę, na stołku książek kilka, dzbanka wody nie ma tam nawet. Znać, że gasnącym głosem chłopiec ten woła matki, że żąda uścisnąć komuś rękę, że ciężką mu jest ta śmierć w samotności, w nędzy i opuszczeniu zupełnym.

Wtem we drzwiach uchylonych staje siostra miłosierdzia. I to już wszystko, to cały już „cud”, cud miłości, na który się i ja z głębi serca piszę.

A drugi taki.

Przed starą, wyschłą, szpetną pannicą klęczy śliczny, młody mężczyzna, z którego ust wychodzi na wstędze t’amo!422. Notabene podpis pod obrazem objaśnia, że panna posagu nie miała.

Ach! Che miraculosa!423 — powtórzyłam za Gemmą, patrząc na wotum to. I odtąd wiara w cuda dokonywane przez Madonnę del Monte jest we mnie niczym niezachwianą wiarą.

Słońce zachodziło, kiedy na skraju góry stanąwszy, puściłam wzrok, jak się puszcza ptaka na wolę424. Pod nami leżało miasto bielejące wśród winnic i sadów, w obszernej górskiej kotlinie, cieniem nakrytej od wschodu, od zachodu rozgorzałej w łunach. Huk Adygi aż tu słychać było. W czerwonych płomieniach leciała, złotą pianą bryzgając pod słońce zniżone. Zmierzch padał już po jarach głębokich, rozjaśnionych srebrnymi pasami wód żywych, które się zrywały z gniazd swoich, jak orły ruszone, i bijąc skrzydłami białymi w dolinę pęd brały, namiętnym chórem odpowiadając łoskotom fal gniewnych. Muzyka to była dziwna, od której serce drżało też do lotów nagłych, górnych, niepowstrzymanych, gwałtownych.

Słowa do pieśni tej rodzą się na ustach narodów, kiedy im z serca kipią czyny ogromne. Ale nie było takiego, co by złożył cały hymn. I wiem, że długo nie będzie. Biedni dobieracze zgłosek! Niemowlętami jesteście. A kiedyż przemówicie jak męże?

Mori...425 — szepnęła Gemma słodkim, cichym głosem, zwracając ku południowi głowę. — Mori...

I zasłoniwszy się ręką od bijących jej w twarz promieni słonecznych, stała zapatrzona na rodzinny dom swój, z tym półsmutnym, półradosnym wzruszeniem dusz prostych a tkliwych, którym pociechą jest, że mogą tęsknić do czegoś.