9
Oblicze miasta — Polano — Sant Moroni i kos jego — W cztery strony świata — Piazza Rosmini — Illustrazione Popolano — Ogród miejski — Florentino — Północna droga — Na moście — Cmentarz w Roveredo — Czwartego dnia — noc.
Przebyć w Roveredo tydzień cały, nie mając żadnego zajęcia i oczekując z dnia na dzień wieści, że jechać już można — nie jest bynajmniej tak łatwym, jak się być wydaje. Pracowite to i stateczne miasto wygląda, jak gdyby je obowiązywała jakaś reguła zakonna. Nie ma w nim ruchu, głosu, pulsu życia. Wielkie jego, poważne, surowego stylu domy, cały dzień bywają zamknięte na ciężko okute podwoje, błyszczące zamiast klamek lwimi paszczękami, a szeregi okien, u których zapuszczono żaluzje białe, nadają prostym, szerokim ulicom jakiś pozór chłodu i martwoty.
Mężczyźni wyglądają jak kwakry, kobiety — jak mniszki.
Psów i koni jest tak mało, że w przeciągu trzech dni poznałam je do jednego. Co do ekwipażów, to mieliśmy w Roveredo — oprócz zapasowych dyliżansów, które po remizach stały — dwie pocztowe karety chodzące do Mori i Riva, kabriolet pułkownika, którym żonę na spacery woził; starą, zrujnowaną landarę biskupią, prowadzaną do stelmacha po każdej paradzie, dwa, trzy bankierskie powozy i welocyped młodego signora Tachi.
Naturalnie, że nie liczę tu wózków z jarzynami oraz taczek, służących ojcu Balbi do wywożenia śmieci z publicznego ogrodu.
W mieście też, poza mostem, gdzie huczała rzeka, i poza godzinami otwierania fabryk, było tak cicho, żeś o pół wiorsty słyszał stuk drewnianych sabotów426 przechodzącego contadino427 w szarej swojej opończy, który z Villa albo Pomarole z workiem na plecach szedł, a choć głuchy oddech maszyn cały dzień w powietrze bił, ucho nawykało doń szybko i przestawało go wyróżniać spośród ogólnej ciszy.
Nawet Erberia, kędy428 wielkie ceglaste gołębie w zadumaniu po gzymsach siedziały, martwą była i pustą. Najżywszy na niej targ szedł rankiem o skowronki pobite, całymi sznurami u straganów wiszące.
I co tu było robić w takim mieście?
A przy tym te nieskończone kurczęta signori Franchini! Zawsze i co dnia — polano. Zdawało się, że zjemy tych kurcząt dynastię całą. Jakoż ostatniego dnia podano nam najmłodsze, a obok niego, wychudłą od trosk rodzicielskich kurę starą, matkę tych Machabeuszów429.
Z rozpaczy zapoznałam się z Santim Moroni, który wprost okien naszych owocarnię miał, przed południem czytywał gazety stare i politykował, a po południu kosa gwizdać uczył.
— Chi ha arte, ha parte430 — mawiał do kosa swego Santi Moroni, zdejmując klatkę z kołka. Ale biedne ptaszysko nie zawsze rozumiało, czego od niego chcą. Santi wpadał wtedy w zapalczywość wielką.
— Ach pezzo d’asino!431 — krzyczał. — Ach faecia da briccone! Poco manco che tu sii un offiziere tedesco!432
Santi bowiem był zagorzałym patriotą włoskim, Niemców nie cierpiał, a mundurem austriackim po prostu się brzydził. Nieraz też kupując winogrona wśród ostrego zapachu wielkich, srebrzystych cebul w warkocze splecionych, słuchałam narzekań Moroniego, który kiedy o Niemcach mówić zaczynał, ręce mu się trzęsły, tak że reszty z lira zdać nie mógł. Skargi te przynosiły mu widocznie ulgę w żółtaczce, którą był trapiony.
— Albo i te wylewy — mawiał z goryczą — słyszane to rzeczy, signoro? Tylko przy polityce austriackiej coś podobnego wydarzyć się mogło.
Tu gwizdał, a kiedy kos całkiem fałszywe tony brał:
— Che combinazione!433 — krzyczał ze złością Santi, za głowę się chwytając. — Czy myślisz, ptaku przeklęty, że ja cię tu będę trzymał i żywił per far la figura434? Tak jak się wojsko w Castelvecchio trzyma?
Tu następowała jedna z najburzliwszych lekcji, przeplatana aluzjami do polityki habsburskiej, a ptak nieszczęśliwy, oszołomiony, wystraszony, piszczący, tłukł się po klatce z rozpaczą, dopóki ktoś z kupujących nie odwołał mistrza.
Razu pewnego postanowiłam zwiedzić Roveredo, idąc w kierunku czterech stron świata, gdzie oczy poniosą.
Pierwszego dnia poszłam na południe i znalazłam się na obszernym placu, gdzie w todze prawniczej i z księgą w ręku stoi biały posąg Antonia Rosmini435, dumającego może nad swoją Filozofią prawa. Nieopodal wznosi się spośród grządek pachnących werben i rezedy Ajuto del Rosmini, przytułek, staraniem męża tego dla sierot wzniesiony. Dalej, na lewo, dom jego rodzinny, pięknym otoczony ogrodem, kędy mieszkał i brat jego, Carlo, historyk Mediolanu.
Dwaj ci mężowie to największa chluba miasta. Tu się oni urodzili, tu pracowali na sławę. Dom ich lud zowie „Academia Rosmini”, a najpiękniejszy plac w Roveredo imię ich nosi. Tuż z placu prowadzi na południe aleja pełna szumu drzew i pieśni ptaszych, arystokratyczna część miasta, zabudowana pałacami patrycjuszów tutejszych. U samego jej wstępu trafiłam na kawiarnię Del’ academia, gdzie mi w rękę wpadł świstek włoski: „Illustrazione Popolano”. Mantua tam się popisywała na pierwszej zaraz stronicy ze starym wirgiliuszowym popiersiem, dalej szły wieści o wylewach Adygi, potem polityki trochę, potem jeszcze nędzny drzeworyt, przedstawiający jakąś wielką rewię z dwiema armatami, wreszcie tłusta przypowieść o rzeźnickim majstrze i czeladniku jego.
Na ostatniej już kartce znalazłam wierszyk nieznanego poety: „O góry” — mówił on — „o góry mojej ziemi! Wyście mi porywały oczy, kiedym dzieckiem był, i ku wam, spod progu chaty, podnosił głowę lichą; wyście mi porywały serce, kiedym na szczyty wasze, zuchwalec młody, po różę alpejską dla dziewczyny szedł; wy dziś, o góry ojczyste, duszę mi bierzecie, śpiewając mi wspomnienia pieśń, gdy starzec posępny, z burzliwych dróg waszych, ku dolinom strudzone stopy zwracam. A tak, całym ja wasz, o góry moje...”.
Z myślą o wierszu tym zaszłam het, het, aż na koniec drogi, zamkniętej w poprzek stojącym dworcem kolei żelaznej, głuchym teraz i pustym, gdzie jeden Niemiec ziewa, a drugi fajkę czyści. Co by robili? Tutto sotto aequa436.
Drugiego dnia poszłam na wschód i natrafiłam na ogród miejski, chłodny, cienisty, w dole nieco leżący, którego środkowym punktem jest piaskiem wysypany, kasztanami dokoła obsadzony, krąg służący za miejsce igrzysk uczniom z Elizabetiny. Wielkie perukowce u wejścia tu stoją i tuje czarne, a dalej rozcieniają się klony, wiązy i świerki, i kwiatów mnóstwo wielkie, róż zwłaszcza i lewkonii pełnych.
Ogród ten ma za tło poprute strumieniami gór stoki, co się srebrzą i złocą od lecących w słońcu wód pyłów, więc w powietrzu rosę tu czuć i świeżość jarów górskich. W kącie, na lewo, stoi garść brzóz, płaczących tak po naszemu, tak swojsko, że aż dziw brał, skąd się tu one takie smętne wzięły. Stałam przed nimi właśnie, myśląc o miejscu bardzo mi drogim i bardzo dalekim, kiedy gwałtowne bicie w bęben spłoszyło mnie nagle. Zrazu byłam pewną, że klęska jakaś na miasto spaść musiała.
Może kareta biskupia rozsypała się do szczętu? Może jedwabniki zmówiły się jedwab dla siebie odtąd prząść i w adamaszkach, jak signor Tachi, chodzić? Może Santi Moroni wojnę Niemcom wydał? Ale nie, to mały, uczący się dobosz437 za ogrodem chodzi tu i tam, i w większy prawie od siebie bęben bije, co siły ma. Kiedy się zmęczył i przystanął trochę, zapytałam go, czyby z dobrej woli na dobosza szedł?
„A jakże! Czemu nie?” Kum Brenti przyprowadził go tutaj, bo w domu koza zdechła. Zrazu to mu się co dzień płakać chciało, ale teraz przywyknął. Bęben jest piękny, co się zowie, i taśma żółta. Tylko przyciężko trochę.
Tu podniósł cienkie swoje rączyny, które się trzęsły wysilone i mdlały.
Florentino się zwał, do matki chciałby czasem. Teraz tam kukurydzę suszą. Ale ma jeszcze dwie siostry, do niczego to! Małe, chude, nic zrobić nie umieją chyba jeść. A zbytnice438 jakie! Zena i Lodi... A matka, to wdowa jest... koszule mu pierze. Ich wioska? To wcale nie daleko. Jak się wiatr z tamtej strony obróci, dzwony słychać.
Pies tu kiedyś do niego ze wsi przyleciał, ich Trapo, ale go starszy kazał zbić, więc uciekł i teraz się boi.
Pies był okrutnie chudy, na wsi ciężko żyć!
Tu westchnął, jak wzdycha stary, smutny człowiek.
— Czyż ci nie tęskno do swoich? — spytałam go jeszcze.
Mały dobosz podniósł głowę wysoko, wytrzeszczył oczy na słońce, poczerwieniał, usta mu się zatrzęsły.
A potem, nie odpowiadając mi i nie patrząc na mnie, odszedł wielkimi krokami, z całej swojej dziecięcej siły tarabaniąc w bęben.
I znów chodził za ogrodem tu i tam, i bębnił, bębnił, bębnił...
Z ogrodu wyszłam na północną drogę, szeroką, cieniem wielkich drzew nakrytą, kędy ławki kamienne stały i goniła się chmara dzieci, zbierających kasztany dzikie.
Gdyby mi wstyd nie było, przyznałabym się, że i ja także zbierałam je z nimi. Ogromne to były kasztany, lśniące jak mahoń polerowany w ciemniejsze, grube słoje. Drogą tą wyszłam później między podmiejskie domy i ogrody i szłam aż do rzeki, która nie tak już huczy jak przy Castelvecchio, bo szersze pędy bierze, choć i tu jeszcze warkotu dość. Most też nie bardzo na niej pewny, drewniany, stary już. Dziad tam na ławie siedzi, nie żeby zaś żebrał, broń Boże! Owszem, cygaro sobie pali i z przechodniami rozprawia, ale, że ot tak, żyje sobie z tych centów, co mu spadają w kapelusz na ziemi stojący, choć nie mówi: „Dzięki tobie”, ale — „Bogu dzięki”. Żebrak to z „Bożej łaski” jest, a czemu nie ma być? A za mostem, za rzeką, widać już pólka wyniesione nad zalew jarzynnym plonem, i wioski bielejące, i kościelne wieże, a potem góry, góry... Tam, tam, na północ wrócić bym już chciała! Oczy też mają tęsknotę swoją i na równiny już patrzeć chcą.
Trzeciego dnia poszłam na zachód i znalazłam się na cmentarzu, co schowany między sady, cichy i jasny pod niebem, leżał w uspokojeniu głębokim. Śmierć tu nie często chodzi, bo trawy niedeptane u furty stoją, a drzwi skrzypią przykro na swoich zawiasach rdzawych. Żyć ciężko, ale kiedy się już raz żyje, nie ma się po co do mogiły spieszyć. Taką jest filozofia mieszkańców Roveredo. Siwy custode439, co mi otwierał bramę, powiada, że jak zapamięta — a od pół wieku urząd swój tu pełni — jeden tylko niedorostek powiesił się na podmiejskim murze. A i to straceniec jakiś i przybłęda był, co ojca, matki nie miał, jakoż mu na to nie miało przyjść?
Cmentarz w Roveredo dziwne robi wrażenie. Całe to smętne pole, nad którym gonią się w promieniach słonecznych wielkie, żółte motyle, podzielone jest na cztery części drogą, przy której, jakoby gęsty szpaler, stoją krzyże tych, co sobie na zbytek ten pozwolić mogli. Poza krzyżami, na gładko wyrównanej ziemi, sterczą równoległe płaskie, okrągławe, nie wyższe nad pół łokcia kamienie, z wyrytą na nich liczbą porządkową grobu. A tak lud się tu bezimiennie w ziemię, rzędami kładzie, z piasku nawet mogiły nad głową nie mając. Ale jest liczbą. Panowie, inaczej. W murze cmentarnym katakumby i kaplice ozdobne, poza piękną żelazną kratą, goreją od lamp wiszących i ciągną oczy widokiem kwiatów, płaskorzeźb, posągów i napisów na marmurze rytych. Ci nie są liczbą.
Czwartego dnia... ale nie, czwartego dnia nie byłam nigdzie, bo zaledwie uchyliwszy okno z rana, spostrzegłam wielki tumult440 na ulicy. Oficerowie kręcili się w galowych mundurach; kilku urzędników z poczty i z telegrafu wybiegło bez czapek, z piórami za uchem; mały właściciel wielkiej, narożnej kawiarni, zapuścił się w białym fartuchu i z moździerzem w ręku aż na środek placu; znalazło się nawet — nie wiem jakim sposobem — uliczników kilku. A od hotelu Alla Posta tymczasem, biegło całe nasze współpodróżne grono, na czele którego trzymał się ów tłusty Niemiec z Ala, gwałtem widać od kawy rannej oderwany, bo jeszcze ustami ruszał i serwetę białą pod brodą miał. Biegnąc, rękoma dla pośpiechu machał i ruchem tym zastępował pewną ociężałość małych, krótkich swoich nóżek. Orszak zamykała dama z grzebieniem i papilotami w ręku.
— Co się to stało? — zapytałam Gemmy, która z szczotką i miotełką wybiegła patrzeć przed bramę.
— Generalissimus! — huknął mi przechodzień jakiś, podniósłszy głowę ku oknu.
Ten generalissimus był to feldmarszałek Thun, który przebywał tę część Tyrolu dla obejrzenia spustoszeń przez Adygę na liniach kolei zrządzonych. Cały ten dzień miasto było w gorączce. Młody adiutant feldmarszałka po dziesięć razy musiał opowiadać damom przygody swojej podróży, ot tak, na środku placu, a niezliczone „och” i „ach” pół dnia rozlegały się w powietrzu. Myślałam, że tym razem przynajmniej zapomną nam dać kurcząt na pieczyste, ale nie, signora Franchini pamiętała o nich wśród powszechnego wzburzenia umysłów.
Nie wiem, jaką tam generalissimus konferencję na miejscu z Adygą odbył, ale tak mi się coś zdaje, że musiała ona być nieco podobną do wszelkich konferencji dyplomatycznych, w których ostatnie słowo ma wielka wypadków fala.
Przybycie wszakże feldmarszałka wlało w nas pewną otuchę, nie brakło nawet śmiałków, co się tego samego dnia jeszcze puścili śladem generalissimusa. My czekałyśmy jutrzejszego ranka.
Ostatnia noc w Roveredo była księżycową nocą. Taką, co to myśli nasze na skrzydłach nosi i czyni z nas po głębinach modrych latające duchy, i serce nam naciąga jako łuk tęczowy, i na czoła nasze kładzie gwiazdę srebrną.
W taką ja noc myślę o łąkach ros pełnych, budzonych o brzasku rżeniem spętanych koni, i o węgłach niskich i czarnych chatach, na których się rozłamują promienie miesięczne, i o ludziach zmęczonych bardzo, którzy ani wiedzą, po ławach twardych pośpieni441, że jasność wielka o nich się otrąca.
W taką ja noc szumy ojczystych niw słyszę i zapach ziemi poruszonej czuję, i wiem, że żniwo się zaczyna, kłosami ciężkimi bogate, co brzęczą jak stal trącona, a chleba przyszłości są pełne. O, bądźcie mi pozdrowieni z dala wy, co żniw tych czujecie czas. Bądźcie pozdrowieni kosarze dobrzy, co czekacie dnia, aby na dziale stanąć. Za wami pójdzie łanem pieśń, jako Ruth442 zbierająca uronione kłosy, i wieniec z nich uwije, i na czoło włoży sobie, aby pokazała światu, iż bez ozdoby pól ojczystych nie jest...