10

Wyjazd z Roveredo — Trento — Lavis — Nasza szkapa — Noc w Salurn — Poranek w górach — W Cortinau: — Jul Prell — Jego zięć — Schimele i Juvele — Margreit — Kaltern — Dyliżansem — Przeprawa w Sigmundskron — Bozano — Przez góry Ortles — Hans Michael — Alois Flinks — Nad przepaścią — Czym koń nasz w Klausen popasał.

Z jakąś melancholią porzuca się miejsca, gdzie dusza nasza odetchnęła raz choćby, więc i ja żegnałam Roveredo z mimowolnym wzruszeniem, oglądając się na winnice jego i domy białe, i kasztany, co nam cień swój na drogę rzucały. Gemmo, doboszu mały i ty udręczony kosie, bądźcie mi zdrowi, żegnajcie! Kilka dni cichych bardzo tu przebyłam i to jest słowo, które chciałabym mieć na ustach, żegnając ziemię.

Jaki to był świeży i otrzęsiony rosami poranek, tego wypowiedzieć nie umiem! Mając przed sobą krainę dziwną, we mgłach liliowych leżącą, ruszyliśmy tym samym mostem, na którym dziad ów z Bożej łaski siedział nie gorzej, jak się siedzi na innych — z tejże łaski — miejscach.

Zbudzone trąbką postiglione443naszego, góry wstawały ze snu i zachodziły nam drogę to z prawej, to z lewej strony, a po załamach skalnych grały świeże echa, dając nam odzew daleki.

Wkrótce jednak chwyciły nas między siebie głębokie wyboje, wśród których, drogą ze żwirów wymytą, woda jeszcze bystro szła, tak że tylko bokami się wieszając po przydróżkach, gruntuśmy pod kopyta koniom dostać mogli444. W ten sposób przebrnęliśmy jakoś Pomarole, Villa, Levico, ni to wsie, ni to miasta; coś, co ma kościół swój, urząd i winiarnię. A i biedę też swoją ma, wyłażącą wszystkimi bokami. Domy tu, z szarego kamienia na wysokich podmurowaniach wzniesione, na piętrach dopiero, pod dachem gdzieś okna mają — ślepe i martwe od dołu. Odrzwia445 starym, dobrym gustem w głębokie łuki z kamienia wpuszczone, po murach gdzieniegdzie malowania zblakłe, ganki zatrzęsione śmieciem, chusty się na nich suszą i kukurydzy pęki. Przed domami kobiety się czeszą, nogi myją, karmią dzieci, mężczyźni... ale nie, niepodobna opowiadać wszystkiego, co się w miastach włoskich na ulicy robi.

Południowa już była godzina, kiedyśmy w Trento stanęli.

Mocne, niezapomniane wrażenie zrobił na mnie ten Trydent stary, w siwiźnie średniowiecznych budowli swoich stojący, trochę przyćmiony zadumaniem wieków, co nad nim szły, nieregularny w planie, z pierwotnego jądra wywinięty w ozdoby i gmachy nowe, które by wędrowiec odmuchnąć z niego rad, dziwny, sam sobie tylko podobny, kłócący się fizjonomią z powszedniego życia ruchem. Na obejrzenie go wszakże tyle tylko miałam czasu, ile go potrzebował pocztylion, aby zmienić konie, i kucharz z hotelu Europa, aby przyrządzić polentę con u’celli446, potrawę, którą tu robią na prędce, jak u nas befsztyk. Zbrodniarz, zużył do polenty tej tyle skowronków, że starczyłoby ich na rozśpiewanie całej polskiej wioski.

Więc tylko okiem rzuciwszy na tum447 starożytny i wieżę sądową, krótkim wejrzeniem objęłam główne punkta miasta i poszłam do Santa Maria Maggiore, kędy448 przed trzema przeszło wiekami zasiadał zbór ów sławny, na którym i nasz Hozyjusz449 głos brał. Dziś — cicho tu i pusto; i tak swobodnie zadumać się można o prostocie nauki Chrystusowej, jakby nie było na świecie konsyliów, które ją tłumaczą uczenie. Z żywym i bardzo rozbudzonym uczuciem pożegnałam Trydent stary, a kiedy godzina może drogi za nami była, dał się słyszeć głuchy łoskot wód, z Val Cembra ku nam idących.

Był to Aviso, który pod Lavis takim niepowstrzymanym wałem do Adygi z wysoka się rzuca, że w zwykłych nawet czasach tworzy jakoby górę szklaną, zapadającą się w przepaść — jak w bajce. Cóż teraz, kiedy i Adyga podjęła ku niemu wody swoje z namiętnym szumem, kiedy się zlały w jeden huk dwa głosy: otchłani, która pragnie, i tej, która się oddaje. Powóz stanął, konie dalej ważyć się nie mogły, zostawiono nas tutaj własnej naszej doli.

Przed nami leżało Lavis, do którego trzeba nam się było dostać bądź co bądź, gdyż tamtędy droga nasza ku Bozano szła, ale pomiędzy nami a miasteczkiem była rzeka, i Aviso, gwałtownik ów szalony, który w pędzie swoim zerwał z Adygi most, na cały Tyrol z długości swej sławny, zamiast którego deski tu teraz rzucono, linami je powiązawszy jak tratwy. Z jednej i z drugiej strony tego improwizowanego mostu wojsko stało i kupy kamieni leżały zwalone; i zaiste, było o czym dwa razy pomyśleć, nim się tu postawiło stopę.

Deski na prędce z tartaków chwycone tak były gibkie, że się uginały pod ciężarem ludzi, co z kuframi naszymi szli, a woda kłębami przewalała się wierzchem, ilekroć silniejsza uderzyła fala.

Nie wstyd chyba przyznać się, że mi strach ścisnął serce, że jednak ludzie patrzeli na nas, podniosłam głowę i w ogniach cała wstąpiłam na chwiejący się pomost. Zaledwie jednak uszłam kilkanaście kroków, kiedy jakaś ogromna tyrolska łapa z taką siłą pochwyciła rękę moją, żem z bólu zapomniała zupełnie o strachu i sama nie wiem jak, znalazłam się na drugim brzegu. Tutaj powitano nas okrzykiem, byłyśmy pierwszymi kobietami, co się nad otchłań tę bez zawrotu głowy ważyły. Zaraz też opowiadać zaczęto, że wczoraj całe grono dam z Roveredo przybyłych, nakrzyczawszy się tutaj w różnych językach i napłakawszy nawet, wsiadło do powozów, zmuszając i mężów do haniebnego odwrotu.

W Lavis natychmiast krzątać się zaczęto, żeby nam podróż do Salurn ułatwić; na poczcie wszakże najsmutniejsze czekały nas wieści. Jeden koń, stara jakaś arka, która i na lwa, po dobrej drodze, niepospolitym byłaby ciężarem, a w dodatku ani kawałka woźnicy — ot wszystko, cośmy tu zastały po wczorajszym przejeździe feldmarszałka Thuna.

Poczciwy wszakże zawiadowca poczty tak był odwagą naszą przejęty, że w skok pobiegł wyprosić drugiego konia u właściciela zameczku w Lavis, a zaprzągłszy go wraz z własną szkapą do arki owej, sam na kozioł wsiadł wpośród kumów radzących, co się z nami stanie, i do Salurn nas powiózł.

Słońce już zniżać się zaczęło; ostatnie blaski jego błąkały się po górach jako duchy złote. Gejer tylko, szatańska Alpów Tyrolskich forteca, w ciemnościach stał gniewny, od słońca wyklęty, piorunowych dróg ślady na sobie noszący. Dzikość gór — niezrównana. Mchy goreją pod światło, dzikie kwiaty osypują się w szczeliny skalne. Tu by dobrze było zapomnieć o wszystkim i żyć sam na sam z jakimś wielkim szczęściem.

Tymczasem po zakrętach tej skamieniałej Tebaidy, pełnej kuszących duchów, wiozła nas arka nasza sędziwa, utykając po trosze, iż koła przednie z półwozia jakiegoś nienajlepiej dobranymi były. Co do szkapy pocztowej, było to poczciwe zwierzę, w sam raz dla turysty stworzone.

Pociągnąwszy mało wiele drobnym, gospodarskim truchcikiem, podnosiła ona łeb do góry, spoglądała melancholicznie na prawo i lewo, a jeśli jej się co pięknym wydało, stawała. Między górami Tyrolu wszędzie czarodziejstw tyle, że trudno się było spierać z nią co do trafności jej artystycznych instynktów; niemniej jednak przyznać muszę, iż trochę za często zdarzały się te chwile zachwytu i była pewna uzasadniona obawa, że zanocujemy na Bühling lub Essler, tym bardziej, że i koń z zamku rycersko stosował się do marzycielskich usposobień towarzyszki swojej i także przystawał chętnie. Wtedy szkapa nasza zakładała wielki swój, ciężki łeb na jego gibką szyję i przymrużywszy oczy, zaczynała rozkosznie drzemać. Nie śmiem utrzymywać, iż podróżując w taki sposób można objechać świat w 150 dni, że przecież wszystko musi mieć swój koniec, więc przyszła wreszcie i taka chwila, kiedy z pośrodka gór zsiadłych wystrzeliła przed nami w niebo iglica skalna, na której szczycie stał zamek Salurn — w ruinie.

Dziwnie to lekka, przezroczysta, jakby niewykończone arcydzieło — ruina. Arkady jej, na tło jasnego nieba rzucone, już zachodziły lekkim różem i pierwszymi mgłami zmierzchów liliowych; nic zapylonego, nic ciężko uszkodzonego, nic, co by trąciło rozkładem. Dzisiejszej nocy jeszcze mogłaby ruina Salurn być komnatą balową rusałek białymi stopy po rosie tańczących. Zorze zaczynały gasnąć, kiedyśmy do miasteczka wjeżdżali.

Przed nami wznosiła się idąca stromo w górę, kamienista droga, po której trzoda kóz schodziła z pastwisk dziennych.

Kozły z dzwonkami szły naprzód, łby pochylone niosąc i o ziemię racicami bijąc, za nimi jarki450 młode, w podskokach całe, lśniące, smukłe, z wielkimi przezroczystymi oczyma, potem ociężałe matki, wreszcie kozy dojne, a przy nich drobiazg beczący, przez kundysa451 pilnie zganiany.

Na samym już końcu pasterz szedł w brunatnej opończy, kapeluszu głęboko na oczy wciśniętym, na piszczałce grając przenikliwie. Cały ten obrazek tak mi się żywo w myśli wymalował, że widzę nawet złotawy pył, co się był podniósł za idącą trzodą, i dzieweczkę tę bosą, co po kozę swoją przed innymi na drogę wybiegła. A tu już arka nasza, szturchnąwszy o węgieł452 na prawo i o takiż węgieł na lewo, zatoczyła się szczęśliwie przed albergo453Bernardina Mommi, który, prócz wybitnej tuszy, tę właściwość miał, że w nocnym ubraniu wśród białego dnia przed bramą domu swego rad stawał. Zresztą wszystko było w porządku, jak miałyśmy sposobność przekonać się o tym, wszedłszy do wielkiej, o trzech oknach sali, którą nam Bernardino Mommi uprzejmie na sypialnię przeznaczył. Najmilej by nam było, co prawda, nie czekając rozkoszy tego paradnego noclegu ruszyć dalej tegoż jeszcze wieczora, ale było to niepodobieństwem.

Teraz bowiem wpadłyśmy w sam gardziel rozlewu, a poza Salurn nie stało już drogi dla wozu i koni; trzeba więc było dnia czekać, a dalej pieszo iść. Zmówiwszy tedy ludzi, którzy mieli ponieść kufry nasze, miałam dość czasu do rozejrzenia się wokoło siebie.

Pokój nasz ozdobiony był widokami natury dość zagadkowej, malowanymi wprost na murze, ot tak, od razu z ramą, czterema pociągnięciami pędzla zdziałaną. Signor Mommi junior, jak nas objaśniła usługująca dziewczyna, był twórcą obrazów tych, z których najmniej fantastyczny przedstawiał Wenecję, utopioną w dość sporej wannie, skąd tylko dwa niedźwiedzie szczęśliwie na ląd wyszły.

Na innym widać było Neapol, skopiowany z najpiękniejszej części Salurn, z dodaniem kilku porządnych kamienic, które artysta w Bozano widzieć musiał. Ciemnozielona dziewica miała tu małe rendez-vous z pomarańczowym strzelcem; zresztą wszystko było spokojnie, gdyż Wezuwiusz przeniósł się nad piec, w kącie sali stojący, i stamtąd buchał ognistym słupem dymu, aż pod strop, het, wysoko.

Jeszczem oglądała dziwaczną tę galerię, kiedy w nagle zapadającym zmierzchu błysnęło mi do oczu światełko bliskie. Była to lampka szewca z przeciwka, który siedząc przy szerokim, okno zastępującym otworze, młotkiem skórę bił i przez zęby gwizdał. Wnet porozumieliśmy się szczęśliwie i przez okno odbyli naradę, skutkiem której warszawskie obcasy naszych bucików pozostały w Salurn, a podeszwy nasze dostały jednę jeszcze skórę, ćwieczkami porządnie przybitą. Po czym, w przewidywaniu jutrzejszej podróży, położyłyśmy się spać, co wcale nie było tak łatwym, jakby się to zdawać mogło tym, co nigdy nie mieli szczęścia nocować w paradnej sali Bernardina Mommi.

Łóżka tu bowiem tak były ustawione wysoko, że wszedłszy na rusztowanie, mające trzy czy cztery schodki, trzeba było krzesło jeszcze przystawić i po nim dopiero dostać się na owo łoże, które było równie twarde, jak ogromne.

Przecież wgramoliłyśmy się jakoś szczęśliwie, zostawiwszy drzwi otworem, gdyż w tej błogosławionej krainie ani zamków, ani klamek nie ma. Gałka u drzwi do popchnięcia ich — oto wszystko.

Usnęłam prędko i mocno, ale niebawem zbudził mnie odgłos jakiś, z którego sobie sprawy zdać nie mogłam. Siadłam na posłaniu; pokój był pełen blasków miesięcznych, które trzema smugami przez okna wpadając, na podłodze i na ścianach się kładły. Za oknem słychać było śpiew męski, jednostajny, prosty, w krótkich strofach padający w ciszę.

Czy pamiętasz hejnał ten wieczorny, który halabardnicy w drugim akcie Hugonotów454 śpiewają? Otóż hejnał ten to jest pieśń stróża nocnego z Salurn, którą Meyerbeer w Tyrolu za skrzydła schwytał kędyś455. Tylko, że na żadnej scenie świata nie robi pieśń ta takiego wrażenia, jak tu, w tej mieścinie w górach zapadłej, stojącej pod pełną duchów ruiną starego zamczyska swego, o tej godzinie, wśród nocy miesięcznej, głosem pełnym prostej, głębokiej wiary śpiewana.

Tyle już czasu minęło, tyle pieśni słyszałam już odtąd, a przecież, kiedy się obudzę w noc podobną, myślę o tym dalekim śpiewaku i słyszę hejnał jego.

Nazajutrz szarym jeszcze rankiem ruszyłyśmy z Salurn piechotą.

Mgły leżały na górach, chłód był przejmujący, Adyga przewalała się w pianach mętnych, groźna choć leniwa. Rzuciwszy brzeg jej na prawo, przeszłyśmy po kładce niezbyt szeroką łachę pod tartakiem i okrążywszy miasteczko z drugiej strony, wyszły wpośród winnic cichych, obsadzonych niskim żywopłotem. Szałwie tu pachniały i lawendy, i hyzop drobny, a rosy tak było, jakby kto pereł nasuł456 między zioła. Ptaki budziły się dopiero i otrzepywały ze snu pióra, próbując pierwszych świergotów, wkrótce też rogi pastusze grać poczęły we mgłach tu, to tam, dając odzew klekotkom kóz, pasących się na wrzosach.

Góry ożyły.

Wiatr poranny przeciągnął raz i drugi, i wnet różaność złota zaczęła się przez liście klonów siać, a kiedym się obróciła ku wschodowej stronie, na kamiennym cyplu Alpów gorzało słońce.

Proboszcz z Curtinay, który tego ranka po kawie z fajeczką i w pudermantlu457 na ganek plebanii wyszedł, miał przed oczyma widok niezwykły w tym kącie w górach zapadłym.

Obaczył mianowicie dwie podróżne kobiety w rynku miasteczka na kufrach swoich siedzące, a wkoło nich kupę dzieci i trochę cieląt, które na pastwisko idąc, przystanęły, aby się na wędrownice popatrzeć. Proboszcz wychylił się z ganku i fajka mu zgasła w zębach, to jednak nie zmieniło w niczym losu obcych kobiet, które się nie miały gdzie podziać, do jedynej bowiem oberży w Curtinay przybywał w tej chwili gość równie krzykliwy, jak mały, dla którego kołyskę natrząsano świeżym sianem właśnie...

Posiliwszy się tedy mlekiem na ulicy, pozostałyśmy i nadal przedmiotem obserwacji dzieci, cieląt i proboszcza, póki Jul Prell, Tyrolczyk, ogromnych barów i wielkiej fantazji słowa, nie wytoczył wózka, którym nas dalej powieźć miał. Zaprzęganie wózka tego było całą epopeją.

Przede wszystkim dowiedziałyśmy się, że nim to właśnie gospodarz nasz przed trzydziestu laty na ślub swój do Tramin jechał; potem nastąpiła historia Marcina Holerejt, który na wózek ten od dawna zęby ostrzy i daje za niego dwadzieścia guldenów458 i pół, ale ho, ho! Niedoczekanie to jego! Chyba by się dziś na tej piekielnej drodze gdzie rozleciał. Zrobiwszy nam tak miłą nadzieję, Jul Prell wyniósł dwie dery, z których każda miała osobną historię, gdyż na dwóch jarmarkach w Kaltern z różnymi przygodami kupowane były, a kiedy się i to szczęśliwie skończyło, Tyrolczyk nasz wyprowadził chlubę swoją całą, swoje dwa konie. Ale co za konie! Drugich takich chyba w Margreit szukać. Jeden z nich, szkapa dobrze już letnia459, zwał się Schimele460 od przyprószającego ją szronu, drugi, młodszy, miał imię Juvele461 i wart był imienia swego.

Przede wszystkim musiałyśmy wysłuchać historii tych zacnych zwierząt, o tyle wzruszającej, o ile śmiertelnie długiej, po czym Jul Prell raz jeszcze po bat się wrócił, a następnie wykończywszy przy nas toaletę swoją podróżną, na rozworze siadł i przewiesiwszy nogi, ruszył szczęśliwie, wprost przez podmiękłe bruzdy i zagony, gdyż drogą woda szła jakoby wielka rzeka. Nie wiem, o ile na wózku Jula Prell do ślubu jechać by miło; ale do Kaltern na przykład trzęsie on niemiłosiernie. Czyś chciał, czyś nie chciał, mogłeś się po godzinie drogi takiej dorachować wszystkich kości swoich, gdyż każda bolała cię osobno.

Byłoby to jeszcze bardzo pomyślnym zdarzeniem, gdyby Jul Prell nic innego nie miał na świecie prócz wózka, dwu derek i koni.

Na nieszczęście miał jeszcze — zięcia. Nie przypuszczałam nawet, aby zięć jaki w ogóle tak komu zbrzydnąć mógł, jak mnie ten nieszczęsny chłopak, co się z jedynaczką Jula Prell ożenił. Nimeśmy pół drogi do Margereit zrobili462, wiedziałam z jakiego rodu „zięć” ten idzie, ile nań schedy po rodzicach spadnie, jakie oporządzenie przed weselem dostał, co wreszcie robi w dzień, a co w nocy, z czego ostatecznie taka wynikała konkluzja, że się Jul Prell pierwszego wnuka spodziewa.

Koniki tymczasem przystawały sobie po trosze, z namysłem zabierając się do każdego pociągnięcia dyszlem, wtedy gospodarz nasz przemawiał do nich pieszczotliwie grubym swoim głosem:

Zieh’, Schimele, zie’h!... Juvele, na Juvele! zie’h doch, na!...463

I tak jakoś wreszcie dobiliśmy się do Margereit, mieściny tyleż, co i Curtinay wartej. Tu, posiedziawszy na wózku z godzinę może, podczas której zrobiło się koło nas powszechne zbiegowisko, miałyśmy szczęście ujrzeć owego historycznego „zięcia”, który prowadził szkapę na przyprzążkę, gdyż Jul Prell zabierał Schimele do domu, Juvela tylko powierzając wraz z nami i wózkiem przyszłemu ojcu swego pierwszego wnuka. „Zięć”, był to młody, barczysty, koloru palonej cegły chłopak, który wytrzeszczywszy na nas okrągłe swoje oczy, zarzucił lejbik na ramię i pieszo przy wózku ruszył. Tłum dzieci biegł za nami poza Margereit jeszcze, póki coraz bardziej zniżający się grunt nie spłynął wodą, tak że cała okolica stała się jednym jeziorem, z którego przed oczyma naszymi wstawały wapienne skały i góry lasem obrosłe, dźwigające na sobie zamki stare, z imienia nawet zapomniane przez lud, którego karki niegdyś gniotły.

Tak minęliśmy Kurtatsch, Tramin, Egna, po skałach jak dzikie ptactwo się gnieżdżące, po czym, zostawiwszy na prawo Neumarkt, do którego teraz nie dawała przystępu Adyga, dźwignęliśmy się z doliny Fleimser i podnieśli na górniejszą już drogę.

Tu wszakże wózek nasz tak okropnie dał mi się we znaki, żem porzuciwszy towarzyszkę moją, pieszo poczęła iść, mając po prawej ręce kapiące bluszczem i kaliną góry, a u stóp na lewo, ogromne jezioro Kaltern, po którym cienie lasów czarnych szły zasypane modrymi iskrami falującej powierzchni jego.

Poza jeziorem rozciągały się sławne winnice tutejsze i bielało na górze miasteczko, które ciągle zdawało się być bliskim, a było zawsze dalekim.

Oberża Kaltern mieszcząca się, jak zwykle w Tyrolu, na poczcie, była dnia tego niezmiernie ożywioną i gwarną, pierwszy dyliżans po długiej przerwie do Bozano szedł, Oberdanka schwytano, w Meranie ktoś się zastrzelił, pełno było wrzawy i uciechy.

Ledwośmy wśród ciżby tej kąt dla siebie znalazły, kiedy trąbka ozwała się raz i drugi, więc jak kto stał, tak się od stołu zrywał, ten do drzwi, ów do okna.

W dyliżansie — jak nabił464; na stopniach, na koźle465 wieszali się mniej wymagający pasażerowie, byle dziś jeszcze w Bozano stanąć.

Tłusty brygadier, dama w sukni wyciętej z mężem dobrodusznie uśpionym i trzech księży do Innsbrucku jadących, zajmowało miejsce przeciw nas, dając nam z siebie nieocenione widowisko. Gwarna rozmowa szła mieszanym trybem; brygadier rżnął po niemiecku, wspaniały brunet z tonsurą po włosku przyszeptywał z boku, a dama przy nim siedząca odcinała się mezzo Tedesco, e mezzo Lombardo466. Słowem wszystko było w porządku.

Zaraz za miastem droga z takiej wysokości wagę w dół poczęła brać, że trzeba było dyliżans hamulcem trzymać, żeby konie za łby nie runęły w przepaść. W powozie powstały krzyki, kobiece zwłaszcza; uważałam jednak, że towarzystwo nie było nierade zamieszaniu temu.

Zaczęliśmy się teraz przedzierać poszarpanym łańcuchem mittelsberskich Alpów, z porfirów swoich sławnych, wypadło nam góry okrążać, za suchsze podchwytywać przęsła i trzymać się ciągle między ścianą, która runąć chce, a otchłanią, w którą runąć można.

Droga to była męcząca, dla oczu nawet, które tą groźbą natury zasmucone się czuły i błądziły niespokojne po wieżycach zamków i kościołów nad przepaściami wiszących.

A tam, na wschodzie, podnosiły się ostro cięte dolomity Alpów Fassańskich i Adyga obwieszczała się hukiem złowróżbnym, dalekim.

Wieczór się zbliżał, kiedyśmy stanęliw Sigmundskron. Po lewej ręce wzburzona rzeka toczyła się, a tuż zrujnowana, zniesiona zupełnie linia kolei żelaznej, najsmutniejszy przedstawiała widok. Wszystko tu spienione, wściekłe z pasji jakiejś tajemnej. Połowa mostu wisiała jeszcze u przyczółka swego, druga połowa runęła w wodę z całym nasypem i palami. Nieco dalej sterczały szyny żelazne, w powietrzu nad rzeką wiszące, gdzie indziej woda garnęła belowinę dębową, z posad wyrwaną; słowem spustoszenie zupełne.

Tutaj czekała nas ciężka przeprawa, gdyż na drodze naszej, pomiędzy Sigmundskron a Bozano, stały zatopione sady, przez które trzeba było wiosłem drogi szukać wśród niewidzialnych pniów grusz i jabłoni.

Gromadki kobiet siedziały przed opustoszałą stacją, płacząc i o biedzie swej radząc; wylękłe dzieci spały lub na wodę patrzyły bezmyślnie. Mężczyźni hakami wyciągali belki, inni rzucali z łóżek siecie rybackie, aby pochwycić pływające jabłka i melony. Były to wody dziwne, ludzkimi łzami i krzywdą biedaków wezbrane. Z żałością też raczej niż z obawą przebyłam je, oczy mając utopione w głębinie mętnej i w smutku.

Nie było czasu wypoczywać w Bozano i zaraz z wieczora przybywszy, zaczęłyśmy się krzątać koło jutrzejszej podróży.

Teraz już naprawdę strach brał, bo przed Adygą uciec już nie sposób, tylko się trzeba biegu jej aż ku Brixen kędyś pilnować. Mówiono o całych górach w rzekę strąconych, o zapadających się mostach, po prostu o niemożliwości wydobycia się dalej z Bozano.

Doświadczenie jednak nauczyło już nas, że w takich razach właścicielom hotelu niekoniecznie wierzyć należy, i właśnie chciałam zbiec na dół dla zasięgnięcia pewniejszych jakichś wieści, kiedy na wstępie samym uderzył mnie widok niezwykły. W końcu przyćmionego trochę korytarza, wisiał na ścianie ogromny Chrystus ukrzyżowany na wielkim czarnym krzyżu, sięgającym od pułapu, aż do kamiennej podłogi, przed nim paliła się krwawym płomykiem brązowa lampa na łańcuszkach wisząca.

Przyznaję, że byłam zdumioną. Wielu bowiem rzeczy spodziewać się można w hotelu, ale najmniej — ołtarza.

Wczesnym bardzo rankiem, kiedy Bozano ze snu dopiero budzić się zaczyna, myśmy się znów już zbierały do drogi, która też miała pieszą być. Przez miasto tylko, do tunelu odwieźć miano rzeczy nasze, a potem... któż tam wiedzieć mógł, co nastąpi potem. Radziłyśmy właśnie o dalszych losach naszych w sali gościnnej na dole, kiedy podróżny jakiś, chodzący tu i tam, przemówił do nas po polsku.

Było to pierwsze polskie słowo od bardzo dawna z ust obcych słyszane. Kto był ten ziomek mój i jak się zwał, nie wiem, bo nam się poznać nie przyszło; jeżeli przecież kartki te wpadną mu kiedy w ręce, niech wie, żem ja miała wtedy błogą chwilę, słuchając mowy polskiej na dalekiej ziemi.

Jak my, jeniec tyrolskiego zalewu, wędrowiec ten przesiedział w Brixen dni dziesięć, zanim się do Bozano pieszo dostać mógł, a widząc nas, zabierające się do drogi, którą on już zostawił za sobą, odradzał nam gorąco nasz pośpiech i chciał nas koniecznie skłonić do zatrzymania się w Bozano dni kilka, póki by oślizłe w górach ścieżki bezpieczniejszymi nie były. Ale nas już coś porywało, coś unosiło dalej, dalej...

To była tęsknota.

Ruszyliśmy tedy niecierpliwie, śmiałymi oczyma niebezpieczną drogę naszą mierzące.

Drobny deszczyk, który z nocy zaraz mżyć począł, wzmógłszy się teraz nieco, obiecywał być przez dzień cały cierpliwym towarzyszem podróży. Ale tyle już było w drodze tej wody, że jedno wiadro mniej albo więcej nie przestraszało nikogo. Jakoż z dobrą fantazją stanęliśmy u wejścia do ogłuchłego tunelu, przez który droga do Brixen szła, my dwie i czterech tragarzy, niosących rzeczy nasze. Zaraz za nami wpadło tam dnia trochę jasnością siną. Dalej — noc była, a wytężone oko nie dostrzegało jej końca.

Przewodniczący zażegli pochodnie i szli w czeluść tę czarną przed nami, sypiąc iskry czerwone, z trzaskiem w powietrzu gasnące, i otrząsając na ziemię grube bryzgi palącej się smoły.

Cicho było, nikt nie wymówił słowa. Od czasu do czasu przewodnik podnosił pochodnię, a wtedy widać było strop, opełzły wilgotnymi mchami i pleśnią zieloną. Kroki nasze odbijały się głucho w tej pustce, a powietrze ciężkie było od żywicznych dymów.

Wreszcie pochodnie jedna po drugiej przygasać zaczęły i rzucone o ziemię, dopalały się gorejącymi kręgami, a u wyjścia świtał dzień chmurny. Tuśmy usiedli467, by odpocząć trochę, po tym, co było, i przed tym, co będzie.

Jeden z tragarzy, Hans Michael, podjął się kufer mój sam na plecach nieść i odprawił do domu pomocnika swego, więc już tak we dwoje tylko razem my się odtąd trzymali, wyprzedziwszy znacznie towarzystwo nasze.

Deszcz nie ustawał wprawdzie, ale mu znów tak bardzo nikt za złe tego nie miał. Od Lavis jeszcze porzuciłam kapelusz i rękawiczki, lekkie okrycie i chusteczka na głowie czyniły też zbytecznym dźwiganie parasola. A tak mając ręce swobodne, szłam, podpierając się kijem, kupionym w pierwszej spotkanej poza Botzen chacie, i błogosławiąc zacnego szewca z Salurn, który mi po góralsku, choć z gruba, buciki przyrządził. Przede wszystkim trzeba było przekroczyć Adygę i dostać się na jej brzeg lewy. Nie było to łatwym.

Most, przez który dawniej kolej szła, runął teraz jak długi i jednym tylko przęsłem gruntu się jeszcze trzymał, do tego to przęsła przyrzucono sośnic kilka, po których Hans Michael puścił się naprzód, jak wiewiórka leśna, aby mi pokazać, że tu można iść, a potem wrócił, i chwyciwszy mocno za rękę, powiódł mnie po tych pniach potężnych, które gałęźmi zamiatały pianę mętną.

Zaraz za rzeką urywała się droga, bo nasypy kolei zupełnie zniesione były, a powódź tak tu szalała, że na znacznej przestrzeni obdarła Alpy do żywego granitu z ziemi, z traw, z drzewin po stokach rosnących, ze wszystkiego, co dało się unieść, rozbić, zdruzgotać.

Od razu tedy wynieśliśmy się wysoko w góry, przebierając się przez nie, jak Bóg dał, obchodząc turnie, drąc się przez wąwozy zarosłe. Mnie to nic jeszcze, ale Hans Michael, przyciśnięty tak znacznym ciężarem, wpół zgięty szedł, potem kipiąc cały. Prosiłam go, aby odpoczął nieco, lecz chłopak uśmiechał się tylko swoją szeroką, czarną, ospowatą twarzą, która wyglądała tak, jakby ją kto świerkową korą obszył, po czym kręcił głową i szedł dalej.

Już tedy nic nie mówiąc, przyzostawać zaczęłam, zbierając sobie goryczki błękitne i paprotki drobne, bom chciała, aby przewodnik mój wypoczął sobie trochę; Hans Michael wszakże szedł ciągle, a ile razy stracił mnie z oczu, wracał się po mnie natychmiast, zestraszony cały, czy mu się nie zbłąkałam kędy. Wszakże ktoś inny jeszcze prowadził mnie gromkim głosem swoim. Był to huk i łoskot Adygi rwącej nagle zwężonym łożyskiem w iskrach i w kataraktach, i w pianach, wyrzucanych aż na czoła górom.

Wściekłość to jakaś była, jakaś żądza wywarcia całej siły swojej, całej mocy podnieconej wewnętrznym parciem strumieni, aby potem omdleć w dolinie Grödener, i przewalać się, jak boa, kiedy zdobycz trawi.

— Co za zniszczenie! — mówiłam do przewodnika mego, patrząc na powałem leżące winnice małej wioszczyny, którąśmy spotkali odartą, spustoszoną, nagą, jakby po Tatarach.

Hans Michael podniósł głowę i popatrzył.

Wir leben doch468 — odrzekł mi po chwili spokojnie, z tą jakąś dumą ludzi wkorzenionych w ziemię swoją, którzy grunt pod nogami czują bądź co bądź.

W wioszczynie owej zrobiliśmy sobie mały odpoczynek; ja, siedząc na przewróconej do góry dnem taczce pod szopą jakąś gromadzką, gdzie wozy i narzędzia rolne całej tej ubogiej osady złożonymi były; Hans Michael, popijając kwaśnym winem i rozprostowując ramiona. Po czym raźniej już puściliśmy się w drogę, zawsze tym samym łańcuchem gór Ortles, szukając sobie przejścia na lewym brzegu Adygi, kędy też gromadki robotników włoskich pracowały z wielkim pośpiechem nad naprawą gościńca. Co do kolei żelaznej, na niższym niż gościniec ten poziomie zbudowanej, wszystko tu tak było zniszczone, że Tyrol wpierw miliony zebrać musi, nim wody swoje znów okiełzna i drogi w ruch puści.

Jużeśmy z godzinę szli albo i więcej może, kiedy nagle rozległ się w górach śpiew, a w chwilę potem ukazało się kilku podróżnych, którzy z przewodnikiem, niosącym bagaże, zstępowali w wąwóz górski, drogę sobie śpiewem skracając. Była to prosta, ludowa piosenka, którą Hans Michael w lot pochwyciwszy, rozłamał głos swój na echa niknące i na poświsty ciche, i tak z nuty w nutę, oddał się cały śpiewaniu.

Podróżni pozdrowili nas hucznie; od Klausen szli i radzili trzymać się ostro na oślizłych od deszczu ścieżkach. Zrazu prowadziło nas krzemieniste dno jakiegoś parowu, wśród ogromu skał dzikich, królujących w majestacie nieujarzmionej, wolnej jeszcze przyrody. Strumienie tak gęsto tu biły, że ciągły szum napełniał powietrze perłowe; stronami świerkowina rzucała się po stokach, wyżej mchy siwe pełzły po kamiennych ścianach, tak wygładzonych nieraz, jakby to były tablice spiżowe, czekające nieśmiertelnego imienia. Ale sława ludzka nie znała tu drogi. Potem grunt zniżał się coraz i stawał bardziej gliniastym, aż wreszcie zeszliśmy ku Tierserthal, między podmiękłe winnice, ciągle się przecież pilnując podgórza i twardszych posad jego.

Kawał już było z południa, kiedyśmy się do Atzwang dobili, kędy też strumień jakiś wielkiego wichrzyciela i rewolucjonistę udawał, przeskoczywszy aż trzy kładki i stargawszy babom konopie. Hans Michael powiedział mi, że to jest Finsterbach, a mówiąc to, miał w oczach błyski i uśmiech.

Na kamieniach siedząc przydrożnych, doczekaliśmy się wreszcie i reszty gromadki naszej, i tak już razem do miasteczkaśmy się dowlekli469, gdzie nam w altanie podała obiad świeża jak śnieg górski Julchen, znajoma Hansa mego, któremu też z lekkim okrzykiem zadziwienia przyszła uścisnąć rękę. Hans Michael w milczeniu dłonie jej ujął i w długim uścisku trzymał, a potem powiedział tylko Mädchen!470... i umilkł.

Zrozumiałam teraz, dlaczego nieśliśmy sami kufer i nie chcieliśmy w drodze odpoczywać, i byliśmy tu wcześniej niż inni. Hans Michael byłby tak może do wieczora stał, nie czując nawet zmęczenia, ale Julchen pierzchnęła nagle, odwołana głosem gospodyni, gdyż przed oberżę, która była i pocztą zarazem, zatoczył się powozik jednokonny z parą żółtych butów ze sztylpami i dodanym do nich Anglikiem.

Najpierw ukazał się but lewy, potem kawał płóciennego chałata, potem but prawy... ale nie, nie mam czasu przypatrywać się Anglikowi temu! On przyjechał — a więc tam jest droga! W chwilkę potem wszystko już było umówione. Powozik przybywał z Klausen i powracał tam, zabierając nas z sobą.

Wprawdzie był on tak szczupłym, że kufry nasze pomieścić się na nim nie chciały; jeden ciągnął nas i przechylał w tył, drugi nam na kolana spadał. No, ale bądź jak bądź, nie było to przynajmniej piechotą.

Najwięcej wątpliwości przedstawiał woźnica.

Był to czternastoletni Alois Flinks, syn mieszczanina z Klausen, do którego należał i koń, i powozik. Alois Flinks skończył wprawdzie cztery klasy w normalnej szkole miejskiej, ale tak był mały i drobny, że aż strach brał pomyśleć, jak się ten dzieciak na taką drogę waży. Przecież ważył się — i my z nim.

Deszcz ustał trochę, niebo wyjaśniło się na zachód. Przed nami pełne winnic podgórza opadały ku cichej dolinie, rozjaśnionej błogim latem plonów, których Adyga nie śmiała tknąć, bokiem się kędyś wygiąwszy. Na miękkich stokach bieliły się wioski utulone w zieleni, jako łabędzie śpiące.

Gniazdo jakieś rycerskie na straży doliny tej stało, wybrawszy sobie na posadę najwyższej góry szczyt. Alois Flinks powiedział nam, że to jest Frostburg, zamek hrabiów Wolkenstein. Kilka ostatnich promieni słońca gasło cicho na skraju tej czarodziejskiej doliny, kiedy naraz góry dźwignęły się groźnie i przystąpiły bliżej, i zsunęły porfirowe ściany, i pokazały nam w nagłym zmierzchu posępne swoje oblicza.

Wnet też i rzeka huczeć poczęła głucho, gwałtownie wyprężywszy się ku nam, i napełniła złowrogim łoskotem cały wąwóz, który zamykał dolinę ową cichą.

Jeszcześmy się nie mogły obaczyć w tej nagłej zmianie, kiedy Alois Flinks obrócił się ku nam w milczeniu, a potem powstał z kozła i z całej siły zaciął konia, który parskał i cofał się, wszystkie cztery kopyta zbierając razem.

Chciałam krzyknąć, ale już było za późno.

Szum, trzask, huk ogłuszył mnie zupełnie, stalowe bicze wody spadły na nas potopem całym, zrobiło się ciemno jak w nocy. Co to było — nie wiem.

Pamiętam tylko, że w chwili, kiedy mi się zdawało, że jakaś przepaść nas pochłania, poczułam nagle świeżą woń malin dzikich w zbylczyckim lasku, w jarze rosnących. A kiedy się opamiętałam wreszcie, kilku robotników otaczało powozik nasz wodą zalany, a jeden z nich wstrzymywał za uzdę zastraszonego konia, który zrywał się, parskał i uszami strzygł. Z zapalczywej ich mowy tyle tylko na razie wyrozumieć mogłam, że grożą chłopcu, który też blady był jak płótno i czapki na głowie nie miał.

Spojrzałam.

Za nami z prostopadłej skalnej ściany rzucał się strumień... nie, cała rzeka wody, która szaloną kataraktą przeskakiwała wąską, miejscami powyrywaną drogę i spadała z nierównym pędem wprost w Adygę, prawie na poziomie drogi otwierającą przepaści swoje. Jakeśmy to przebyć mogli, jakim sposobem ten wodospad straszliwy nie zmiótł nas, nie porwał z sobą do rzeki — nie pojmuję. Zuchwalstwo jakieś zbawiło nas albo też ciężkie kufry dodały wagi lekkiemu wózkowi naszemu, a tak przecież fatałaszki kobiece choć raz się na coś przydały.

W ciszy i osłupieniu jakimś przybyliśmy do Klausen i tu, nie wysiadając nawet z powozu, przestali godzinę jakąś na ulicy, podczas gdy Alois Flinks, opowiedziawszy ojcu, że podróżnych dalej jeszcze wiezie, konia swego bułką w czerwonym winie maczaną z ręki pasł. Po czym przy ostatnich dnia blaskach puściliśmy się dalej, ku Brixen drogą, która też roztoczyła się przed nami spokojniej, równiej, pozwalając odetchnąć nam po przebytych wzruszeniach uroczystą ciszą alpejskiej nocy.