5
Droga do Gmunden — Jezioro we mgłach — Miasteczko „najpiękniejsze” i stróż porządku w kasynie — Wildstein — Tęcza na ziemi — Siano biedaków — Droga do Hallstadt — Pasażerowie — Gemütlich — Jaskółcze gniazda — Wodospad
Prócz świata gór, jest tu świat wód, świat jezior zadumanych, które jak perły rozsute tu, to tam, świecą wśród zmierzchu Alpów90 matową jasnością swoją, czekając na łódź twą i... na ciebie.
Ej, pluśnij wiosłem a puść się91 jako czajka lotna, a łodzi swojej daj zbrodzić te wody wzdłuż i wszerz! Będąż92 ją huśtać a kołysać, a czarować pieśnią zaklętą, że ani zechce powracać do brzegu. Nie czekaj też koniecznie słońca, by ponieść się po jeziorze takim; we mgłach widziałam Gmunden i we mgłach też raz jeszcze obaczyć bym je rada.
Był wówczas ranek cichy, ciepły, wilgotnym tchem dyszący.
Po iglicach a gniazdach skalnych wieszały się płachty mgły sinej, zbite spodem w kłębiska mokre, ociężałe, a górą rozdmuchnięte w leciuchne93, rusałczane przędze. Z lewej i z prawej strony stał las milczący, zatajony w sobie; najwyższym jego sosnom kurzyło się z czubów czarniawych jakoby z komina, a z jarów i oparzelisk szły dymy błękitne, pokotem ścielące się po świerkowinie młodej.
Dzwonki trzód niewidzialnych klekotały głucho z głębi łąk w oparach stojących, a hukania pastusze tępo szły w powietrze, wilgocią jak gąbka nabrane, i tonęły w nim bez echa, bez rozgłosu.
Wskroś mgły tej, wskroś tych oparów, przelatywał nasz Akteon, sapiąc i dysząc ciężko. Góry zabiegały mu drogę to z lewej, to z prawej strony; przebijał je tedy94 głową, wpadał w tunele, warczał i wyrywał się na dzień boży, pędząc przed sobą wilgotne kłębiska pary gęstej, a za sobą wlokąc dymy gryzące, aż wypuściwszy ducha w długim poświście, wysypał w Ebensee garść wędrowców, która się też zaraz na kupki rozbiła, szukając — kto łodzi, kto miejsca na statku. W jednej z kupek takich zauważyłam pięknego bruneta, prawiącego coś z wielkim ferworem ślicznej, młodej chichotce, która śmiejąc się, przechylała w tył główkę, obciążoną grubymi warkoczami, i pokazywała białą szyjkę o niebieskich, drgających żyłkach. Wielki kapelusz rzucał cień głęboki na jej delikatną twarzyczkę, błyskawicznie oświetloną białymi ząbkami i ciemnym ogniem źrenic, sypiących iskry spod długich rzęs. Tak się zapatrzyłam na młodość tę i na tę urodę, że zbudziło mnie dopiero posłyszane w pobliżu słowo polskie. Para staruszków, jak gołębie siwych, szła, swarząc się95 z ukraińska, mocno widać zirytowana, ale równie mocno trzymająca się siebie.
— Cóż mi tam jejmość raz w raz z tą flanelą wyjeżdżasz? — mówił jegomość rozczerwieniony i zły widać setnie. — Myśleć kto gotów, żem jaki niedołęga czy co u kata?
— Taże wilgoć, a to i drze po kościach — broniła się starowina.
— Gdzie drze? Kogo drze? Co się jejmość cudzymi sprawami zajmuje? To czysta szykana!...
I podreptali ku wyjściu, on głośno stukając laską, ona markotna i trzęsąca głową.
A tuż, tuż za stacją rozlewało się jezioro ogromne, mglistym tumanem nakryte, dymiące z kotlin tajemnych, jakoby z kuźnic zaklętych, zatopionych tu przed wiekami. Zdawało się, że łódź, co się tam waży, po wrzątku pójdzie — taka para szła z głębiny tej wodnej, pełnej majaków dziwnych, bezładnie z sobą splątanych. U brzegowiska rozlegały się strome ściany skalne i rozsypały się wyrwy odwieczne, a wodospady, hucząc głucho we mgłach, leciały niewidzialne, groźne, ziejące kłębami zgęszczonych oparów.
Łodzie, co odbijały z przystani, przemajaczone tumanem, roztrącanym i łączącym się za każdym uderzeniem wiosła, sunęły ciche, bez plusku, jakby cienie dantejskie, a rybak, co ciągnął u brzegów swą zdobycz, wydawał się potępieńcem mglistym, łowiącym w sieci srebrny dech jeziora. Ziew jakiś, pełen nudy i troski, szedł między niebem a ziemią, co stały przeciw sobie zadumane, posępne, niewiedzące czego się jąć. Trącone łodzią, wody jeziorne kołysały się przez chwilę na piastach swoich z osłupieniem, gwałtem z bezruchu wyparte, a potem znów wracały do martwoty swojej.
Jeżeliś wzrok puścił w górę, widzieć mogłeś nad głową jezioro mgieł wiszących, jeśliś go zasię96 w dół puścił, ujrzałeś pod burtem swej łodzi skały brzeżne, trzonami w górę wywrócone, jakoby się świat na nice97 brał, a na głowie stawał.
I przedtem, i potem, widziałam wiele wód żywych, niosących się w szumach i blaskach słonecznych, ale nigdy nie zapomnę jeziora tego, utopionego we mgłach beznadziejnych.
O Lenau98, o pieśniarzu smętny! Tyś mógł, zaiste, patrząc na te wody chmurne, śpiewać pieśni łez pełne, od których echa drżały aż przy Wiśle kędyś99!
Jużeśmy byli w połowie drogi niemal, kiedy przez ten zmierzch perłowy zaczęło się przesiewać — jakoby księżycowe — światło, a w tej przyćmionej jasności dźwignął się przed oczyma olbrzymi Sonnenstein.
Tytan snadź100 jakiś walczył tym odłamem zgaszonego słońca i porzucił tutaj tę maczugę swoją, sterczącą wrogo przeciw błękitom wspomnieniem wiekuistego rozterku. Dalej... na wyrwie skalnej, wysypanej w samą gardziel jeziora, przebłysnął Traunkirchen, ze starym kościółkiem swoim i białymi domkami, a jeszcze dalej Traunstein, kipiący w górę iglicą zuchwałą, rozszczepioną na dwoje, którą jak urzeczony, obracał za nami po zakrętach brzeżnych, świecąc nań urokiem swoim wskroś tumanów mglistych.
Tymczasem wiatr wschodni poruszył wody jeziora i plusnął nimi o skały, i napiął obwisłych mgieł żagle, i pchnął je precz od siebie, i odkrył szmatek błękitu. A tuż doleciały nas gwary i okrzyki, i obtarły się o nas tratwy, wiozące z Ebensee do Linzu sól, wywarzoną z jezior tutejszych. Białe, drobne mewki błysnęły lotem skośnym ku wodnej głębinie, a niepewny promień słońca przyszedł nam oświecić przystań w chwili, kiedy barczysty przewoźnik krzyknął: — Halt da!101 — i zarzucił sznury na pomost.
Samo miasteczko z daleka tylko oczy porywa ku sobie wdzięcznym ugrupowaniem swoim, esplanadą, tarasami i widniejącą w dali rezydencją ekskrólów hanowerskich, gdzie kalina rozwiesza teraz jagód swoich purpurę, a dąb siwy jest heroldem jedynym.
Z bliska widziane Gmunden traci wiele ze swoich uroków, a kto przebiegł park i Most Maryi, spod którego Trauna wyrywa się, hucząc, w białych pianach cała, ten może — bez wielkiego wyrzutu sumienia — odwrócić się plecami do wykwintnych hoteli i patrzeć na jezioro, mglistych tchów pełne, na łabędzie, ważące się na śniegu rozwianych swych puchów, i na tę młodą wioślarkę, co całą siłą obnażonych ramion odbija łódź lekką od brzegu.
Okoliczne góry czarodziejstw są pono102 pełne, ale ich w krótkiej wycieczce zwiedzić nie miałam czasu.
Nie sądź jednak, że dość opuścić Gmunden, aby się od mgły tej uwolnić. Goni cię ona aż do Ischlu i tu zamienia się w deszcz drobny, uparty, z przestankami103 po całych dniach płaczący. Takie dnie dżdżyste są największym utrapieniem tutejszego pięknego świata.
Po prostu nie ma co robić wtedy. Genialne kombinacje świeżych toalet upadają bez ratunku: „Ferencz” występuje wieczorem dopiero, hotele i sklepy ziewają, istna rozpacz. Z nudów tedy piękne panie zmuszone są chwycić się lektury. Biada ci jednak, spokojny człowieku, jeśliś i ty w dniu takim, umyślił zajść do czytelni.
Zaledwieś bowiem wyszukał sobie kąt cichy, gdy słyszysz w progu szelesty, śmiechy i głośną rozmowę. Drzwi otwierają się i zamykają z drażniącym łoskotem, a najpiękniejsze z istot stworzonych wkraczają zwycięsko do salonu. Zgubionym jesteś, jeśli zamiast złożyć natychmiast gazetę i oddać się kontemplacji ich wdzięków, usiłujesz dalej zrozumieć to, co czytasz. „Najpiękniejsze” potrącają krzesło, na którym siedzisz, gazetę, która ci przeszkadza podziwiać ich uroki, przewracają parasol, któryś postawił przy sobie; wszystkie, najcięższego nawet kalibru, dzienniki zamieniają w „Fliegende Blätter”104, a strąciwszy ze stołu twój kapelusz mówią ci: excusez105 i rzucają się na kanapkę, aby śmiać się z twoich okularów i łysiny, jeśli masz łysinę albo okulary. Przypuszczam, że bierzesz na kieł106i czytasz dalej. Wówczas wysuwa się z kąta mały, chudy człowieczek, strzepując z palców resztki tabaki. Nie lękaj się, to nikt obcy, co by ci mógł przeszkodzić; to owszem stróż porządku w czytelni, typ bardzo zbliżony do naszych woźnych, zresztą zupełnie niewinny. Kaszle, krząka, szurga nogami i zaczyna robić „porządek”.
Porządek ten na tym się zasadza, aby na każdym ze stołów leżały pisma jednego formatu, a jeśli do tej wymyślonej przez siebie symetrii brak mu dziennika, który masz pod ręką, potrąca cię, chwyta go i przenosi w drugi róg salonu, aby go zamieszać między dwadzieścia innych pism tej samej wielkości. Co gdy uczynił, z łoskotem ustawia krzesła, pogląda z lubością na swoje dzieło, zażywa ogromny niuch tabaki, a kichnąwszy z głębi duszy, oddala się, szurgając starymi nogami i ucierając głośno nos swój potężny w czerwoną bawełnianą chustkę.
Nazwałabym cię bohaterem, gdybyś czytał dłużej jeszcze. Ale nie jesteś bohaterem. Chwytasz więc kapelusz, podnosisz parasol i opuszczasz plac boju, odprowadzony do drzwi wybuchem śmiechu „najpiękniejszych”.
Jest na wysokiej górze ruina zamku Wildstein, roztrącone gniazdo jakiegoś potężnego grafa, którego dziedzicami są teraz jaszczurki i dzikie chmiele, potrzęsione rosą. Śmiały występ odwiecznego budowania wiesza się nad przepaścią ciemnej zieloności, wskroś której śmigają olbrzymie jodły, podnosząc ku stopom twoim czarne swoje wierzchoły.
W rozsypanych strzelnicach stoją napięte krosna pajęcze, malowane przygodnym dnia blaskiem. Tam to, po długich słotach, które mnie zapoznały z czytelnią w kasynie, obaczyłam tęczę. Cicha i jasna leżała na piersiach góry, u nóg moich prawie, przeciw słońcu, które się ukazało na chwilę. Zdawało się, że dość się schylić, aby ją podnieść, jak wstęgę rzuconą. Wskroś niej przebłyskiwało pośpiesznym lotem ptactwo, z gniazd światłem ruszone, a nad nią stało jej widmo rozwiewne, mdlejące. Chwycona czarem tego zjawiska bez tchu stałam, bez słowa, opamiętać się nie mogąc na razie. Dziwno mi było widzieć tęczę, tak bez ceremonii na ziemi leżącą. Dopiero kiedy zaczęła gasnąć w sobie i roztapiać się w wieczorne zorze, grające po wodospadach różowym blaskiem swoim, zeszłam w dół kamienistą ścieżką, niosąc w dom dobrą nowinę, że jutro będzie pogoda.
A pogody, jak na toż107, pilno było potrzeba.
Pod oknem moim, od wschodu, leżał płachetek108 łąki, od dawna skoszony, na którym w pięciu czy sześciu kupkach stało siano, moknące na dżdżach ustawicznych. Biedni jacyś ludziska, mąż i żona, siano to trzęśli, przewracali, staczali, znów rozrzucali, i tak co dnia, jak tylko deszcz choć na chwilkę sfolgował109. A siano coraz było czarniejsze, a kupki coraz mniejsze, a żona gderała coraz częściej, a mąż coraz silniej drapał się w głowę. Otóż, wracając, zastałam ich na łączce oboje. Kobiecina siedziała na ziemi, trzymając przed sobą pusty garnczek i dwie łyżki drewniane, a stary Johan stał oparty na grablisku; oboje z niepokojem śledzili drobne chmurki, na zachodnim wietrze płynące. Gdybym ja była słonkiem, świeciłabym jutro dzień cały! Lecz nie tylko ci biedacy, wszyscy my chciwie czekali pogody. Za pierwszym też jej uśmiechem ruszono się z kilkodniowego zamknięcia, a w tym powszechnym zapale i ja znalazłam się na drodze do Hallstadtu. Dzień był świeży, słoneczny, lekkim powiewem od wschodu otchniony110. Jezioro przejrzyste, głębokie, drżało w ruchomych blaskach całe. Za łodzią, za wiosłem rzucały się drobne fale jakoby z malachitu cięte, roziskrzone na grzbietach pianą leciuchną, niby misternym cyzelowaniem w srebrze...
Sarstein, Deimling, Landfrieden wynurzały się z mgieł błękitnych, opływających najniższe ich stoki, tworząc jakiś świat zamknięty, uroków a czarów111 pełny. Na pokładzie statku towarzystwo było gwarne, zmieszane, pstre. Pierwsze spojrzenie twoje chwytał barczysty, niemłody już Tyrol, z twarzą burzliwą, w kapeluszu spiskiem tchnącym, czytał on wiedeńską „Presse”112 i widocznie zirytowany, uderzał od czasu do czasu szeroką dłonią w obnażone mięsiste kolana. Przy nim stała piękna strzelba, a u nóg jego leżało ogromne psisko, biorące żywy udział w czytaniu gazety. Ilekroć bowiem pan jego szarpnął się i w kolano uderzył, pies, wpatrzony w jego oczy, oszczekiwał się krótko i bił w ziemię potężnym ogonem.
Obok tej pary, tak żywo polityką zajętej, grupowali się turyści, każdy z oczyma wlepionymi w swego Bädeckera113. Ludzie ci nie ośmielają się nigdy doznać wrażenia na własną rękę w miejscu nieoznaczonym gwiazdką w swojej książce; nigdy też nie wyrażają zdania swego o krajobrazie jakimś, nie przekonawszy się pierwej, co o tym Bädecker powiada.
Istotnie, zachodzi w takich razach poważna wątpliwość, czy nazwać widok dany: grossartig114 czy wildromantisch115, czy prächtig116, czy hochmalerisch117, czy całkiem skromnie gemütlich118.
Na to ostatnie określenie decydują się wszakże najsamodzielniej.
Słówko to używa tu szerokiej popularności.
Nasza gosposia, panna Saint-Ange z domu, córka dzielnego pułkownika Francuzów i mieszczaneczki w Karlsruhe, opowiada mi np., że przeszłego lata mieszkało w ich domu młode jakieś małżeństwo z Warszawy.
Naturalnie byli oboje sehr gemütlich; ale co większa, mieli samowar. Podobnie pięknej rzeczy gosposia nasza nigdy nie widziała. Nastawiano go, podawano na stół, szumiał, pryskał, wtrącał się do rozmowy niemal, und ach! Das war so gemütlich zu sehen. Gemütlich także byli młodzi nasi rodacy, Wołowski i Kosiński, których gosposia nasza jako studentów w Karlsruhe znała, a z których jeden zginął w pojedynku o piękną dziewczynę. Tuż obok nich gemütlich była i poranna czapeczka, którą córka dzielnego pułkownika robiła dla męża i walc Straussa, którego grywała na starym klawikordzie.
Najbardziej jednak gemütlich był Rudi, mający jedenaście miesięcy, siedem zębów, tłuste, różowe nóżki i świeżo sprawione łóżeczko.
Biedny Rudi! Kiedyś się wpatrywał wielkimi swymi czarnymi oczyma w piękną siatkę z zielonego sznurka, otaczającą poręcze twego nowego gniazdka, nie przeczuwałeś, że właśnie ten wspaniały sprawunek jest zapowiedzią najsmutniejszej dla ciebie zmiany. O Rudi! W tej kołyseczce twojej dawnej, przysłoniętej dyskretnie muślinem, położą wkrótce maleńkie bobo, które jeszcze bardziej niż ty będzie gemütlich!
Taka to kolej na świecie, i takimi to moralnymi stratami okupują się piękne łóżka z zieloną siatką.
Tymczasem statek nasz szumi, pryska, gwiżdże, przelatując obok kościołka, z którego frontowej ściany zstępuje w jezioro olbrzymi św. Krzysztof, z dziecięciem „ciężkim jak świat”. A dalej brzeg stromy dźwiga się wprost przed siebie w góry, kędy na niemożliwych wysokościach bieleją poprzyczepiane domki, istne gniazda jaskółcze udające ludzkie sadyby.
Pomiędzy nimi jest domek malarza, który tu z piękną żoną swoją na miodowe miesiące z Wiednia przybył, a gdy mu po roku umarła jego ukochana, zamknął dom na głucho, na drzwiach wymalował białego geniusza z pochodnią — a sam w świat poszedł i nie wrócił więcej.
Trzy są obowiązki porządnego turysty, który zwiedza Hallstadt: obejrzeć sławny wodospad, obdarzyć smętne gromady kretynów, które się wśród skał tych rodzą i zjeść porcją pstrągów. Żadne prawo miejscowe nie wzbrania zjedzenia, jeśli komu apetyt służy, dwóch albo i trzech porcji takich.
Pierwszy z tych obowiązków znacznie jest trudniejszym od obu drugich. Od niego też zaczynamy. Przez górską ścieżkę, która się tu ulicą nazywa, idź w dolinę, zamkniętą ze wszech stron skałami, zza których nieba nie widać. To Krippenstein, Rauchkogl, Koppen, Zwölfer-Kogl, Hirlaz, olbrzymy granitowe, które Dachstein, król śnieżny, przednią strażą a dworem trzyma sobie. Obstępują cię one dokoła, naciskają, gniotą myśli twoje, chwytają cię między siebie, grożą i bronią wstępu do tajemniczych państw, poza nimi leżącym. Chłód i zmierzch idą na ciebie od ich groźby i od ich oddechu. Cień ich zaciera ślady stopy twojej, a mroki ich piją światło z twych oczu i barwę z twego oblicza. Wyjścia nie widzisz przed sobą i zda ci się, że to już koniec, ostatni zrąb ziemi.
Idź jednak, idź ciągle. Między tymi dwiema skałami jest przejście: naprzód! Otośmy się wyrwali nareszcie! Tu już wolniej oddychać można. Las szumi w dali; wstępujesz weń z uczuciem ulgi niewymownej. Granitowe olbrzymy rzucają tu za przechodniem odłamami skał, walcząc jak bohaterowie Homera; pełno też tu wielkich, obrosłych mchami kamieni, w ziemię zarytych, sterczących rumowiskiem potężnym. Wpośród nich zamodliła się ku błękitom pustelnia cicha, w której żył i umarł samotnik, Max Sztein-Balddinger, „Edle”, jak dodaje napis.
Od tej pustelni droga podnosi się ciągle, wreszcie nie staje ci pod nogami ziemi i mchu; drzeć się musisz po żwirach ostrych pod górę, zawsze pod górę. Ustałbyś może i wrócił nięmesko, gdyby nie huk ten potężny, prawdziwy ryk lwa, którym Dachstein do siebie cię woła.
Idziesz i padasz bez tchu nad jarem dzikim, zawalonym blokami skał, po których z piekielnym łoskotem toczące się wody ducha twojego w przepaść unoszą kędyś. A tam, nad głową twoją, sieje się pyłem srebrnym strumień jak Tarpeja strącony ze skały.
Białej gazy zasłona wieje w powietrzu, roziskrzona słońcem; to Brautschleier, welon ślubny oblubienicy Dachsteinu.
A tuż przeciw temu wodospadowi, uroczej piękności naga turnia krztusi się i dławi, i wyrzuca z piersi całą rzekę wód huczących ogromnie. To organy potężne, na których gra burza.
Przechyl się tam, tam, niżej jeszcze! Widzisz tę przepaść? Tajemnica i noc w niej mieszka. A nad nią motyl biały waży się i krąży, jakoby przyciągany oddechem otchłani. To duch człowieka, to Psyche119, tajemniczej piękności kochanka, co ulata nad przepaściami, tam nawet, gdzie się nie waży żaden promień słońca.