6
Powrót z Hallstadtu — Tamino, Rudi i doktorzy — Obrazki z balkonu — Hans Peter — Wycieczka do Nusselsee — Droga leśna — Jezioro — Kawiarnie — Przewoźnik — Cesarskie drzewo — Na łodzi.
Hej, lesie ty bujny! Hej, wodo ty chłodna, srebrnym pyłem ze skały lecąca! Nie na dobre, jeno na złe nawiodło mnie słuchanie huków waszych a szumów.
Z gorączką wróciłam z Hallstadtu, a wróciwszy, przeleżałam długie dnie. Jedyną w nich pociechą były mi listy z kraju, a jedyną rozrywką — Rudi.
Do łóżka mego przynosiła go Lina, siostrzenica gospodarza naszego, której pokrewieństwo to nie przeszkadzało bynajmniej prać, gotować, zamiatać, nosić mocno krochmalonych sukien i wujenki swojej nazywać: Gnädige Frau120. Za Liną wbiegał zwykle w wielkich susach Tarnino, a za trójką tą wpadały gorące dnia blaski, rozjaśniając na chwilę zielony zmierzch sypialni, siejący się od przychylonych żaluzji.
Lina sadzała malca na łóżku, a sama ciężko opuszczała grube, okrągłe, czerwone ręce, którym też należało się trochę spoczynku.
Tarnino tymczasem, obleciawszy wichrem wszystkie cztery kąty, zaczynał wyprawiać zwykłe swoje psie figle. Wskakiwał na krzesła, o dywan ostrzył pazury, gonił swój piękny, puszysty ogon, kichał, parskał, naszczekiwał, słowem — na łbie stawał.
Naraz — podbiegał ku oknu, opierał na nim przednie swoje łapy, podnosił uszy i patrzał poważny, melancholiczny, zadumany niemal.
Prócz Tarnina i małego Rudi, odwiedzało mnie dwóch lekarzy: Mr Schütz, który mówił złą francuszczyzną, miał wielkie, białe ręce i pasł mnie morfiną; Mr Kottowitz, który mówił francuszczyzną jeszcze gorszą, rzucał oczyma po kątach, zażywał tabakę i ordynował pijawki. Specjalistą od pijawek okazał się niejaki p. Pechowitz, człowiek mocno wydłużony, kształt bicza mający, który nad obu doktorami miał tę wielką wyższość, że po francusku wcale nie mówił.
Mąż ten brał po guldenie za każdą pijawkę, do Kottowitza przemawiał półgębkiem, do Mr Schütza odwracał się wprost plecami i zdawał się być w przededniu zreformowania całej medycyny.
Ściśle rzeczy biorąc, nie umiem powiedzieć, co mnie właściwie uzdrowiło: morfina, zła francuszczyzna, pijawki, czy też ich cena; dość, że podniosłam się z łóżka na fotel, a z fotela na balkon.
Na balkonie powitał mnie szczebiot jaskółek, których małe puszczały się już z gniazda, i buchający śmiechem gwar dziatwy, co się huśtała na desce u płota. Dzieciaków było czworo: trzech chłopców w kurtach tyrolskich i dziewczyna w miejskiej sukni z długim stanem, która ją serdecznie szpeciła. Kijanką wybijała matka chleb dla tej gromadki, całymi dniami piorąc bieliznę u rzeki.
Schylona, w modrej swojej podgiętej spódnicy, po kostki w wodzie stojąca, podnosiła głowę od chwili do chwili, wołając na malców z daleka:
— Anton, ab!... Mitzel! na, wirst du schon sehen! Johann! um Gottes Namen!121
Johann w tej chwili właśnie wywracał pysznego kozła.
Kędzierzawa głowina i dwie bose stopy błysnęły naraz w powietrzu, po czym wszystko przepadło kędyś bez wieści za płotem.
Obawiam się mocno, że imię Boże nadaremnie w tym wypadku wezwane zostało.
A za rzeką, wzdłuż skalnych gniazd Kaiserbergu, ciągnęły wozy z drzewem od lasu. Nie znam większych malkontentów na świecie jak wozy takie. Skrzypi to, piszczy, jęczy, skarży się bez żadnej folgi122.
Łańcuchami go zepniesz — gorzej jeszcze. Koń — oto mi filozof na takie rzeczy. Owsa nie wąchnął, zgrzebła nie widział, a przecież idzie stoicko pod górę, wciągnąwszy w siebie boki schudzone, sierzchółów123 pełne, rzemieniem otarte i wnurzywszy w ziemię łeb ciężki. Koło ucha wystrzępionego krwawo i oblężonego przez muchy wetknął mu gospodarz za wozem idący wesołą wiechę zieloną; ironia ta nie miesza go wcale.
Wóz skrzypi, konisko ciągnie, a góral potrzaskuje krótkim batem i z fajeczki pyka.
Hej, szkapo mazowiecka, nie masz się co skarżyć!
Z dawna już słyszałam o jeziorze Nusselsee, jeziorze tak małym, że w porównaniu z takim Attersee albo i Gmunden, łupiną orzecha jest prawie; odzyskawszy też trochę sił, postanowiłam odwiedzić je pieszo. Droga wprawdzie nieznaną mi była, ale o to kłopot tu najmniejszy.
Przed domostwem w Ahomort rąbał drwa dziad zgięty we dwoje. Garść tylko siwych włosów miał na głowie, pierś zaklęsłą, dychawiczną124, kamizelkę łataną; chude, bose nogi tkwiły mu w drewnianych sandałach.
Wyschłymi rękoma podnosił on siekierę nad głową i opuszczał ją z głośnym stęknięciem. Kiedyś słuchał, nie wiedziałeś, co jęczy: drewno, siekiera czy człowiek. Choćby jęczało wszystko troje, zaiste, nie byłoby mi dziwno.
Kiedym go zagadnęła, czy by mi przewodnikiem do Nusselsee być chciał, dziad nieco głowę podniósł, siekierę w rozszczepionym zostawując polanie125.
Popatrzał na mnie, popatrzał w słońce i już mi coś odrzec się zbierał, kiedy z izby buchnął swarliwy głos kobiecy.
— Hans Peter! A co, odpoczywacie? Do wieczora jeszcze daleko!
Stary głowę w ramiona wnurzył, jakoby się wskróś ziemi przepaść chciał, a podjąwszy polano, o ligar126 na trzaski je rozbił.
W progu stanęła gospodyni. Gdyby w nocy, sądziłbyś, że miesiąc wszedł — taką pełnią świeciła z dala twarz jej czerwona.
Wytoczyłam sprawę o Nusselsee; poszło jej to jakoś po sercu.
Fuknęła też od razu na starego, czemu siekiery nie kładzie, a potem do izby weszła, a wyniósłszy piękny czerwony parasol, zielonym sznurkiem związany, poczęła się rozwodzić, jako to jest miłosierdzie boże, iż deszcz dzisiaj nie pada. Dziad tymczasem złożył drewka, zgarnął wióry, siekierę do sionki127 wniósł i spencer128 na grzbiet wciągnął. Po czym sięgnął nad odźwierek129, zdjął fajkę z krótkim cybuszkiem130, wytrząsnął ją, przedmuchnął — i gotów stanął do drogi.
Przez las my poszli, w górę się wziąwszy, od siebie.
A las to był na bagniskach stojący, pełny źródlisk podskórnych, mchów brunatnych i trzęsawicy grząskiej. Szelesty poników biły z dala i łomoty trzaskających gałęzi borem szły, jakoby się drzewa za łby po gąszczach wodziły. Pełno w nim było ścieżek mylnych, przygodnie wydeptanych delikatną racicą sarny, ku zdrojowiskom, ku polankom świeżym przebierającej się z gęstwiny.
Byłać tam i dla ludzi drożyna131, a nie tyle drożyna, co jar strumienisty, kędy wody świeżo po deszczach szły, opłukując żwiry a kamyki ostre. Pod górę trzeba się było jarem tym piąć, z kamienia na kamień brać — i ostro trzymać jakoby na ślizgawicy jakiej.
Za nami, przed nami i w pobok jedlice stały gęste, jaśniejszym przerzucone grabem, a zbite ich korzenie, grudą się pod nogami ścieląc, nie pomagały do drogi. Od chwili do chwili, tam gdzie las rzedniał, nagła błękitność wśród drzew się rozlewała, a po skrajach plątały się złote nici blasków słonecznych, skośno już nad ziemią idących.
Wprędce też zmierzch począł się robić od gąszczu onego i ledwo się domyślać można było słońca, które za ścianą lasu na zachodzie gorzało.
Zrazu gawędziliśmy oboje. Hans Peter był rodem z Gossenau, ze swoich nie miał już nikogo; w Ahom za posługę łyżkę jadła miał i na noc przytulenie w obórce; a kiedy mu tam roboty brakło do Perneg szedł, żwiry taczką wozić i przez arfy132 je siać na gościńcu. Opowiedziawszy mi to, starowina sam do siebie mamrotać coś począł, a we mnie też zagadały własne myśli moje. A tak szliśmy w milczeniu prawie. Jar nasz wyprowadził nas na wyżynę, potem znów w kępy zapadłe, kędy żaden głos życia nie dolatywał.
Dzikość miejsca była niezrównanej piękności. Na oparzeliskach puściły się wilcze łyka, naparstnice i bluszcze, którymi cały las kapać się zdawał. Skalne odłamy tkwiły wśród bluszczów tych, jakoby na wielkim, rozbitym mogilniku133 leżące.
Nie było tu ptaka, co by pieśnią ciszę potrącał i skrzydła na tych zmierzchach kładł; nie było powiewu, co by ją mącił; Hans Peter nawet zamilkł zupełnie. Aż tu naraz — jasno się zrobiło wokoło. Las cofnął się w siebie i zwinął jak czarna wstęga, odsłaniając przed nami stoczystość łagodną, od traw świeżych miękką, zstępującą ku dolinie zalanej różowym światłem zachodu. Kilka dębów starych, rosochatych stało tu jakoby na wiecu radzący, a pod nimi krokusy liliowe otwierały subtelne swoje kielichy.
Stanęłam tu i spojrzałam, spojrzałam i o mały włos, że się staremu Hansowi nie rzuciłam na szyję — tak pięknie tu było! Przede mną, tuż u nóg moich, srebrna toń jeziora drżała lekko w łunach zórz gasnących, jakby w nią kto różowych gwiazd nasypał.
Czarny Rabennest i Lorsberg, posępną zielonością odwiecznych świerków odziany, stały tam, patrząc w tę szybę wodną — jakoby w żywą źrenicę, w której się palą duszy promienie. Z trzech stron skały zamknęły do jeziora przystęp; z czwartej — dolina owa dawała mu wolny dech na świat boży. Po szczytach Rabennestu paliły się jeszcze ostatnie dnia blaski, odrzucając potężne cienie; wszystko tu było ostre, skłócone z sobą; harde linie łamały się z sobą jakoby kark kręciły. W blaskach tych, na najwyższej iglicy, zarysowała się przez chwilę nieruchoma postać kozy; stanęła z głową odwróconą ku zachodowi, a potem przebłysła samym środkiem ognistej strugi światła i przepadła w jarach tajemnych.
Gdym oczy upojone zdjęła z skał tych czoła, jeziorko moje ciche już było zagasło134 i zachodziło tchem nocy.
A od lasu wybłękitniał się wschód i księżyc wstępował na rozjaśnione powietrze, i widać było, jak się chmurki leciuchne, srebrem szyte, do snu po górach kładły.
Wiekuistego piękna duch szedł z tajemniczych państw swoich i stawał groźny na skałach, i sine gwiazdy kładł im na czoła.
I bladły skały, i przechodziły w przejrzystość jakoby też duchy.
A zaś zstępował niżej i wlókł za sobą płaszcz świerków czarnych, i grał na przedsennych szumach lasów nieśmiertelnej tęsknoty pieśń. I szła pieśń przez powietrze, trącając duchy jako lutnie i podniosła się pierś ziemi pragnieniem nieskończonym.
I zstępował niżej jeszcze i stopą cichą po jeziorze chodził, i milczeniem na świat powiewał, aby uśpił bóle tych, którzy cierpią.
A kto widział go i słyszał, i czuł w onym zmierzchu letnim, ten dożył dobrej chwili życia swojego.
Klęską wszelkich miejsc uroczych bywają w kraju tym kawiarnie. Niech trzy brzozy zejdą się razem w kupkę, niech się pomiędzy skałami rozzieleni trzy garście ziemi, aliści135 zlata się tu cały ród oberżystów, ich Mädchen136, ich kury, ich pies, ich muchy i komary. Wnet stawiają szopę, wnet dom budują, wnet improwizują altanki. Wnet kupują wielkie zapasy cykorii, rozpalają ogień i przydymiają mleko. Aż tu już ściąga się od wschodu i zachodu krzykliwy tabor gości; jeden woła kawy, drugi piwa, trzeci zahlen137. Mädchen traci głowę, biega, wydaje ci resztę z pieniędzy, których jej nie dałeś, i przynosi ser zamiast zapałek — słowem, zaczyna się panowanie najpospolitszej pospolitości.
Przed taką to kawiarnią, gwoli piękności miejsca świeżo zaimprowizowaną, siedział Hans Peter jedząc podwieczorek, podczas gdym ja na przewoźnika czekała. Do bułki, którą stare jego ręce, trzęsąc się, ku ustom niosły, zbiegła się cała gromada rabusiów. Zrazu i kogut miejscowy, i kury obchodziły go dyskretnie dokoła; potem jarzębata kokoszka odważyła się podnieść okruchę tuż przy jego wielkim, drewnianym sandale; wtedy to i reszta rzuciła się z całą zajadłością, porywając mu z rąk bułkę, skacząc na kolana, na głowę niemal.
Chciałam mu właśnie na odsiecz iść, kiedy przewoźnik łódkę odwiązał i przyparł ją do brzegu.
Łódka to była szczupła, lekka, a chody po jeziorze tym na pamięć znała. Kołysząc się też, jakoby z niechcenia, wody piersią sama garnęła pod siebie i wiosło nie miało co robić prawie. Fala podawała się miękko, jakoby pieszczoty pragnęła.
Naraz zakręciła się łódka; omijaliśmy przeszkodę jakąś. Zapytałam przewoźnika, co by to było.
— A drzewo, co by być miało? Zwali się w wodę z góry, to i leży.
— A czemuż ludzie nie uprzątną tego? Czyż im się nie przyda?
— Gott bewahrl138 — to przecież cesarskie drzewo! Cały las porachowany i zapisany, i z regestru trzymany!
— I z regestru gnije?
— A niech gnije! Asterowa dotąd płacze po guldenach, co je sztrafem139 zapłaciła za taki obałek140 z wody. Cesarskie drzewo. Nie ma co!
Podpłynęliśmy do brzegu. Chciałam, aby i Hans Peter łódką zabrał się z nami; stary się wzdragał, ale nareszcie usiadł na brzeżku, trzymając w obu swoich trzęsących się i zgrzybiałych dłoniach bukiet świeżych leśnych kwiatów, którym sobie po drodze do Nusselsee zebrała. Na siwej głowie dziada księżyc kładł drżące blaski swoje i oblewał mu twarz wyschłą potokiem czystego światła. Hans Peter czuł się tym podrażniony, zaniepokojony jakoby; kręcił się, mruczał, w bok poglądał, aż podniósł oczy ku niebu.
Kto wie, jak dawno nie patrzał już na nie, zgięty nad swoją taczką lub siekierą. Podniósł oczy i spuścił jakoby olśniony; potem znów podniósł i westchnął — i tak je już zostawił zawieszone na błękicie, pijące ciche światło miesięczne, pełne jakichś tępych, głuchych smutków. Tymczasem wiosło pluskało w uciszoną toń jeziora, bukiet mój pachniał wiosną, a od gór, od lasów, niosła się pieśń nocy.
Hans Peter słuchał, słuchał, aż wreszcie oczy kułakiem141 otarł.
Ot, z rosy może!