7

Kościół w St. Wolfgangu — Tryptyk — Szkolna przygoda Świętego — Skarbczyk — Widok na jezioro — Ave Maria — Szwajcar hotelowy i jego kość grzbietna — Znaki czasu — Gniewy i żale — Ostatnia rozmowa.

Cisza była i zmierzch w wielkiej, pustej nawie pobenedyktyńskiego kościoła w St. Wolfgangu, kiedy ciężkie drzwi boczne, do niej wiodące, otwarły się przede mną, zgrzytając na zardzewiałych zawiasach.

Nabożeństwo wieczorne skończyło się przed chwilą; organy drżały jeszcze ostatnim akordem psalmu, pod sklepieniami chodziły dymy sine, woń mirry niosące, powietrze nie ochłodło od żaru westchnień tych, co się tu prostym sercem modlili. Od ścian poczerniałych szedł mrok i osiadał na ławach pustych, a migocąca żółtym płomykiem lampa rzucała niepewne błyski na wypełzłe kobierce i wyżłobione tafle kamiennej podłogi. Z zachodu tylko, wąskim, wysokim oknem gotyckim bił światła snop — i zażegał ogniem potężny tryptyk, wznoszący się w głębi nawy, wprost chóru.

Główną część tryptyku tego zajęła grupa figur, jakoby z ołtarza Mariackiego żywcem tu rzuconych.

Snycerz to był nielada, co te postacie w drzewie ciął, a misternym je malowaniem oblekał; Stwoszów142 to uczeń może — a kto wie, może i sam mistrz. Jemu to właściwa ta potężna ekspresja oblicza i gestu, ten układ, pełny ruchu i życia, a nawet te ciężko łamiące się draperie i realna codzienność twarzy.

Zagadnąć o to nie miałam kogo; ale wrażenie głośno mówiło za tym domysłem, który utwierdził się jeszcze, kiedym, obszedłszy tryptyk, znalazła się wobec dwóch aniołów, po bokach jego stojących.

Anioły to, co mogły się pasować ponocną tajemniczą walką jakubową ot, choćby z Tatarzynem dzikim — i na kresach stać, i mieczem pod księżycowy nów błyskać. Twarze ich męskie, surowe, skrzydła — jak na bój husarski wzniesione, szaty ciężkie, nie wzlotowi, lecz dostojnym krokom podatne. Duch Stwoszowy bił na mnie z każdego rysu ich oblicza, z każdej fałdy draperii, z układu włosów nad czołem przyciętych, a na ramiona puszczonych, z tej słowiańskości typu, która uderza czymś silnym a smutnym.

Kiedym tak stała w głębokiej zadumie, opamiętać się jakoś nie mogąc, stary zakrystian kichnął tak potężnie, jak moździerz na rezurekcję bijący. To mnie przywołało do rzeczywistości. Snop światła zagasał na bocznych drzwiach tryptyku, zapalając różanymi ogniami złocenia ich i lazury; w kościele robiło się coraz ciemniej. Skorzystałam z ostatnich blasków dnia, aby obejrzeć obrazy, po ścianach prezbiterium wiszące. Były to sceny z życia św. Wolfganga, które naiwny malarz długimi napisami opatrzył. Na jednym z pierwszych płócien widzimy wnętrze ubogiego domu, gdzie się wychowuje przyszła chwała benedyktynów. Zrazu wszystko idzie wybornie. Mały Wolfgang — jest to tłusty chłopczyna, mający białą pościółkę, starą nianię i ojca w zielonym spencerze. Wprawdzie uparty jakiś promień pomarańczowego światła prześladuje go ciągle, świecąc mu prosto w oczy, gdy śpi lub igra z kundlem domowym; ale któż jest wolnym od wszelakich życia przykrości? Niebawem jednak zaczyna się cały szereg prawdziwie tragicznych wypadków. Oto rodzice Wolfganga odprowadzają go do szkoły benedyktyńskiej; malec płacze, kundys biegnie za nim z miną niewróżącą wiele współczucia dla wyższej oświaty, stara piastunka wyciąga ręce z oddali. Co najsmutniejsza, ów promień pomarańczowy, który teraz właśnie powinien by świecić najjaśniej, mdleje i zaciera się do niepoznania.

Posępne skutki tego obrazu dają się wkrótce ocenić; bo oto dwa, trzy płótna dalej, widzimy tęż samą klasztorną szkołę, na której drzwiach wypisano ogromnymi literami silentium143, a u drzwi tych, plecami do nich zwrócony, stoi mały Wolfgang z zapłakaną twarzą i z węzełkiem chudoby144 swojej pod pachą.

Biednego wędrowca zdaje się naglić do wyjścia mnich tłusty, z obnażoną z kaptura głową łysą, z twarzą gniewem zapaloną, z ręką wzniesioną, jakoby od zamachu stygnącą. Nieład włosów chłopięcia zdradza, iż ciężka ta, żylasta ręka starego benedyktyna była z nim przed chwilą w więcej niż wypadkowym zbliżeniu.

Pomarańczowego promienia — ślad ledwo.

Co malec zbroił w szkole, nie wiadomo; owo silentium strzeże po dziś dzień tajemnicy; widoczną atoli jest rzeczą, że tylko kundys i piastunka stara ucieszą się powrotem pacholęcia145; co do rodziców, a zwłaszcza ojca w zielonym spencerze, to daj Boże, aby na powitanie nie dołożył coś więcej do benedyktyńskiej pamiątki.

Dobre to jednak były te stare czasy, w których wypadek podobny nie przeszkadzał bynajmniej zostać profesorem, biskupem, a nawet — świętym.

Na jednym bowiem z dalszych obrazów widzimy, jak młody Wolfgang obejmuje katedrę nauk wyzwolonych w Berkenau, jak potem z rąk Ottona Henryka bierze regensburskie biskupstwo, jak wreszcie z pustelni swojej w Finster Waldau, w benedyktyńskich sandałach przechodzi po wierzchu jeziora, udając się do Friulu i Pipinheimu. Właśniem się sandałom tym przypatrywała146, kiedy szmer jakiś dał się słyszeć w progu. Drewniane podeszwy stuknęły po kamiennych płytach, a we drzwiach, przez które wpadły różowe łuny zachodu, ukazało się pięć, sześć główek dziecięcych. Malcy się szturchali, szeptali między sobą, ciekawi, co też w pustym kościele, kiedy organista nie śpiewa, a dzwonnik nie dzwoni, tak długo robić można. Za dziećmi wpadł wróbel. Jak czarna błyskawica obleciał gzymsy i siadł, świergocąc, na łysej czaszce benedyktyna, którego mistrz jakowyś kamieniarskiej sztuki postawił był u ołtarza z rozciągnionymi ramiony.

Tymczasem stary zakrystian zaczynał także znajdować nudnym przydłuższy pobyt w kościele; kaszlał więc, spluwał, kluczami brząkał, a tak wyszliśmy wszyscy. Mnich tylko został kamienny i wróbel.

Zewnątrz tynki i bielidła pozacierały prawie zupełnie starożytne cechy tej świątyni; skarbczyk się tylko dawny uchował w poczerniałej śniedzią147 wieków cegle; ale nie miał on już co zamykać ani czego strzec.

Kilka spękanych płyt ciosowych, z zewnętrznych murów kościoła wydartych, walało się po nim, między deskami z mularskich rusztowań rozbitymi świeżo, kusząc oczy do odczytywania napisów, gotykiem rytych, na wpół zatartych, przez pleśń zjedzonych. Ale były to tylko głuche echa umarłej przeszłości, kilka imion, niebudzących dziś ani miłości, ani nienawiści, parę dat, ostygłych z łez śmierci i narodzin. Ciężkie odrzwia, piękną snycerszczyzną i misternym okuciem zdobne, prowadziły do skarbczyka tego, który też i za loszek do wina sługiwać kiedyś musiał, jak o tym świadczą wmurowane tu i ówdzie ligary i rozsypane po kątach obręcze a klepki148. Podobne, niższe tylko odrzwia, z zawias kędyś wyparte, stały u ściany w głębi, mając na czole trupią pajęczyną osnuty napis: pax vobis149.

Wkoło kościoła rozciąga się stary cmentarz klasztorny, obwiedziony murem wysokim, z przebitymi na wylot arkadami. Przez te arkady pada drżąca, błękitna jasność wód, pluszczących tuż u stóp góry, na której dźwignięto kościół. Wody te, to jezioro św. Wolfganga, które potężnym rozlewiskiem rozsrebrzyło się ze wschodu na zachód, od Strobl i St. Gilgen, aż ku Scharflingowi kędyś. Długości jeziora tego spojrzenie twoje nie przejmie ani przemierzy; ale szerokość łatwo ci przerzucić okiem i sięgnąć do skalnych gniazd, co stoją u przeciwnego brzegu, nieużyte, groźne, surowe.

Ku wschodowi tylko rozsuwa się granitów ściana i na łaskawszych gór stokach puszczają się lasy szumne, a pod nimi stoją w rosach świeżością dyszące jary, pełne tajemniczych cieniów, ptasich poświstów, woni kwiatów dzikich i upojeń życia. Hej, młody mnichu! Nasuń kaptur na oczy, a nie chodź tędy zmierzchem letnim, wieczorne pacierze szepcący. Bo zagoreją ci oczy i usta zapłoną, i pierś ci ruszą tęsknoty namiętne, i wyciągną się ramiona twoje, i łuny gorące pójdą ci przez oblicze od krwi młodej waru, i modlitw zapomnisz, i własną głową mur ten roztrzaskać zechcesz. Wróć lepiej do stęchłej swej celi, a zamknij ją na wrzeciądz150, a piersiom swoim i porywom swoim daj napis: pax vobis.

Tam, tam, od St. Gilgen, od wschodu, puściła się łódź drobna, znacząc za sobą ciemniejszy gościniec wód rozbitych wiosłem. Kilku mężczyzn w zielonych spencerach siedziało w niej, paląc fajki. Łódź chwiała się wolnym ruchem; nikt jej do biegu nie naglił, za nią leżały zmierzchy liliowe, przed nią — ostatnie dnia blaski. Wtem stary dzwon benedyktyński huknął z wieży raz, drugi i trzeci. Umilkł, i znów huknął przeciągle, jęcząco. I odbił się głos jego o Leuchtthurm ceglany, spośrodka jeziora zrywający się ku błękitom gotyckimi blanki — i ucichł.

I raz jeszcze huknął i rozbudził echa, w Falkensteinu skałach drzemiące, i poniosły się echa po górach i jarach, i zerwał się płacz w powietrzu, i skargi, i narzekanie i wrócił głos bić o kościelną wieżycę — i ucichł.

A łódź tymczasem płynęła wolno mdlejących blasków smugą; wioślarze powstali i odkryli głowy.

Ave Maria!


— Dromionie, oskrob ryby! A ty, Macherionie,

Wyjm kość grzbietową z szczupaka morskiego...151

Tak przemawiał do towarzyszów swoich Antrax w starej Plautowej152 komedii. Zdaje się jednak, że ów biedak Macherion ogłuchł był nieco pod owe czasy, skutkiem łoskotu żarn piekarskich, obracanych przez Plauta, i zamiast ze szczupaka morskiego, wyjął kość grzbietową ze szwajcara hotelowego w St. Wolfgangu.

Oto siedzi na ławce u zajazdu, zasępiony, zły czegoś, kwaśny.

Ręce trzyma w kieszeniach, spluwa na prawą i na lewą stronę, ale widocznym jest, że mu to małą zaledwie ulgę przynosi. Patrzy na Schafberg: góra stoi, jak stała, przeklęta oberża na niej stoi takoż153; odwraca tedy głowę i gwiżdże przez zęby.

Wtem słychać nadjeżdżające powozy. Szwajcar154 się zrywa, przykłada rękę do oczu i od razu poznaje, że to są Anglicy. Podbiega tedy rozpromieniony, rzuca się prawie pod konie, staje u drzwiczek zgięty, złamany w pół, w troje, w czworo — i jeszcze trochę. Migdałowa jego, dobrze tresowana kapota, sama się na kark zasuwa; poły jej przednimi końcami sięgają piasku, jak również ręce jego, wychodzące z ramion, tuż pod uszami wtulonych.

Oczy przymknięte, twarz błogości pełna, usta namaszczone słodyczą.

Goście wysiadają, on ściele się przed nimi, unicestwia, dech traci, nie śmie patrzeć, jest niczym, albo i mniej jeszcze. Wysiedli i weszli wreszcie, a szwajcar zwraca się za nimi w tej samej złamanej postawie i stoi tak jeszcze chwilę. Nareszcie odprostowywa się, podnosi głowę i spostrzega stajennego chłopca, pięknego, smukłego górala w kurtce tyrolskiej, który, patrząc na niego z drwiącym uśmiechem, gryzie pestki i pluje nimi tuż pod nogi wielmożnego szwajcara.

Nadął się pan w liberii, ręce w kieszenie zasadził, brwi zmarszczył, poczerwieniał z gniewu i podniósł wysoko twarz swoją spłaszczoną, udając, że mu nikt nigdy jako żywo kości grzbietnej nie wyjmował.

Biedny szczupak!

Wyprawa moja do Wolfgangu była ostatnią większą z Ischlu wycieczką. Czas naglił, kilka już dni tylko dzieliło mnie od chwili wyjazdu.

Żal mi było rzucać te miejsca, wyznaję. Owego modnego Ischlu, z jego promenadami, pięknym światem, komerażami155, nudą i czczością zebrań — nie zaznałam prawie, ale żal mi było gór i lasów, ścieżek niedeptanych, wesołego „jodlera”, dalekich strzałów huku, dziatwy zdrowej i czystej, kaskad po jarach bijących, dzwonków trzód, łąk świeżych, domków zgubionych w zieloności, parasoli nawet.

Tego mi było żal i za tym oglądały się oczy moje, kiedy mi zebrać się przyszło i dalej precz jechać.

Byłże mi nie na rękę, nie w ład, wyjazd ten!

Na pólku, za lasem, za paprociowym wzgórzem, niesprzątnięty owies czerniał jeszcze, na chojaczkach156 obłamanych, wbitych rzędem w ziemię, złożony, a wróble, zlatujące się gromadą, skubały, okradając ziarno.

Stary Sebald strugał właśnie najpiękniejszą kozicę z lipiny i najmniejszym z dłutek swoich suchą jej główkę ożywiał podłużną źrenicą.

Kwiaty leśne nie okwitły, na łąkach brząkały grabliska; na nowej drodze ku almom drwale las cięli, kładąc na pował jedlice, z których ciekły smołki białe i krzepły w jasne bursztyny.

Nie przeszumiały zdroje, kaskady z gór nie spadły; woń samotności, woń zadumań cichych, biła na mnie z każdego jaru, z każdego załomu, po których chodziły oczy moje, ucząc się kształtów ich i świateł, i cieniów — a jakoż mi żal być nie miało.

Mieszkańcowi równin jest przyroda matką karmicielką, z łonem płodnym, z poważnym a jednostajnym obliczem; tu, w górach, jest ona człowiekowi kochanką piękną, a kapryśną, której pieszczota upaja urokiem niezrównanej świeżości i siły.

Tu cię ona opasze uściskiem horyzontów zwężonych, które cię obejmą i tulić się będą do ciebie, na piersiach kładąc ci chmury, a na ustach różowy płomień zorzy alpejskiej. Tu, przed oczyma twymi jak włosów płaszcz, rozrzuci po ramionach góry las ciemny; tu ci się kryć będzie za mgły i srebrne zasłony i hukać, i pluskać się, i wabić jak rusałka w strumieniach chłodnych.

Coś namiętnego chwytasz w piersi i z każdym odetchnieniem puls życia czujesz w ziemi, którą depce stopa twoja, i słyszysz szelest skrzydeł własnej duszy.

Ostatnie dnie pobytu mego w Ischlu przebłysły mi na żegnaniu ulubionych zakątków po górach i lasach. Zachodziła jesień. Wrzosy zakwitały różowo, zieloność drzew mienić się poczynała, konopie wyziewały wieczorami przenikliwe wonie. Na Hochjochu, na Langewandzie, na Rasbergu, na Jägerze gęste strzały biły co dnia, pod noc zwłaszcza albo świtaniem.

Przed domostwami słychać było stuk siekiery, obrąbującej z korzeni wykarczowane wiosną pnie smolne; nad rzeką zbijano pośpiesznie tratwy; szluza „Choryńskiego” huczała, spławiając lasy; starsza dziatwa ciągnęła z wózkiem na zbieraninę suszu i mchów do utykania obórek a szop157 rozlicznych. Grube trawy, na wpół przewiędłe, chwytano o południu na świeżą paszę; u okien suszyły się pęczki mietlic srebrzystych, pełnych siemienia dla domowych czyżów, piegży i rudzików. Ogarniano się, tulono, gromadzono skrzętnie zapasy.

Miasteczko pustoszało także. W hotelach kelnerzy ziewali przed bramą, nie mając obsługiwać kogo; w willi Sikingen szwajcar, zrzuciwszy liberią, kosił z nudów trawnik zarosły; handlarze ogłaszali wielkie wyprzedaże małych towarów, letnie mieszkanie arcyksięcia Rudolfa stało pustką, a kto chciał stracić guldena, mógł obejrzeć seledynowe kotary sypialni i spróbować fortepianu w salonie. Wszystko to były znaki czasu.

Tymczasem góry moje i lasy, jakoby też nierade z odejścia mojego, zaczęły się czegoś chmurzyć, kwasić, zasępiać mgłą siną. Dymy z nich wieczorami szły i zmarszczenie jakieś; Rettenbach huczał gniewnie; Dachstein, widny z zachodniej Sterzena strażnicy, chmurami się odział i na świat patrzeć nie chciał; świerkowe lasy wpadały w długie zadumania, stojąc dniami całymi bez tchu, bez szelestu. Chodziłam teraz po górach, pokorna i cicha, oddając ducha mego ich samotności potężnej, i chodziłam po lasach, tęskna i marząca, nie wiedząc, jakby zabrać ten skarb ukojenia, który mi dawała ich cisza.

Aż naraz — pękły te gniewy i kwasy, i deszcz się puścił rzewny, szlochający; zaszumiały drzewa i jary, a tak rozstawaliśmy się we łzach.

W wigilię odjazdu mego przyszedł do mnie Hans Peter. Zaturbowany był jakiś, żółty, zmęczony.

— A co? Pójdziemy gdzie znowu? — zagadnęłam go żywo.

Suchym kaszlem zaniósł się stary.

— A pójdziemy, pójdziemy — odpowiedział po chwili — jeno lasy zrąbiemy na drewka, a góry rozkopiemy na żwiry, pójdziemy.

— Jakże wy tu zostaniecie przez zimę?

— A co? Będziemy wyglądać lata. Żeby tylko tyle roboty!

Stary machnął ręką.

— A gospodyni-ż wasza?

— Poszturchała mnie dzisiaj baba; a no, ze świata nie wypchnęła przecie; trzeba będzie do Pernegu. Czekać, czekać jeno, to się człowiek wszystkiego doczeka, nawet trumny. — Umilkł stary i trząsł głową siwą.

— A cóż jezioro nasze — rzekłam, żeby go rozruszać cokolwiek.

Hans Peter spojrzał mi bystro w oczy, a potem rzekł z cicha:

— Pan Bóg po nim chodzi.