VI

Tebrys. — Podróż wallieta do Teheranu. — Kilka słów o Muzaffer-Eddinie. — Drogą od Tebrysu do Teheranu. — Mianeh. — Zendżan. — Kasbin. — Ruiny zamku nabateńczyków. — Droga od Kasbinu do Teheranu.

Tauris, Tabris lub Tebrys, miejsce zamieszkania następcy tronu, pełniącego zazwyczaj funkcje gubernatora prowincji Azerbejdżanu, jest dziś najwięcej ludnym miastem w Persji. W podręcznikach geograficznych dają mu zaledwie 120 tysięcy mieszkańców, podczas gdy Teheran obdarzają hojnie 150 tysiącami. Cyfry te są bezwarunkowo niedokładne, gdyż miasto wallieta105 posiada w swych murach ludność większą niż stolica Wszechiranu.

Tebrys, jak wiele innych miast Persji, założony został w epoce Haruna ar-Raszyda, owego kalifa z Bajek tysiąca i jednej nocy, o którym opowieści czarowały i czarują jeszcze młodociane umysły. Wybudowała go jedna z żon Haruna, przecudna Zobeida, w końcu ósmego wieku naszej ery.

Chardin106 w swej Podróży do Persji mówi o Tebrysie jako o mieście wielkim, bogatym, handlowym, liczącym 500 000 mieszkańców! Niestety, minęły już czasy tej świetności. Potężne trzęsienie ziemi w 1721 roku sprawiło straszliwe spustoszenia i powaliło w gruzy większą część miasta, pod którymi zostało, według współczesnych historyków, 100 tysięcy ludzi. Jednakże Tebrys pozostał po dziś dzień najpoważniejszym centrum handlowym Persji i jednym z głównych punktów handlowych traktów Azji. Tu docierają karawany idące z Trebizondy tąż co my drogą, tu dążą inne przez Dżulfę107 z Tyflisu, Chiny i Indie nadsyłają tu swe produkty.

W samym mieście wyrabiają surowe jedwabie i dywany; ludność zażywa ogólnie dobrobytu, istnieją wielkie fortuny kupieckie. Bazar rozsiadł się na ogromnej przestrzeni i rozgałęził w niezliczone ulice. Wre w nim ruch, zgiełk, wrzawa, przesuwają się barwne tłumy, mieszają wszystkie rasy Azji. A bazar — to serce miasta i wyraz jego życia.

Bazar ten zwiedziłam bardzo pobieżnie, gdyż niedomagałam ciągle podczas dwutygodniowego w mieście pobytu. Za to w bazarze Teheranu byłam w przeciągu dwóch lat razy kilkanaście, jemu więc poświęcę opis obszerniejszy.

Nadmiar zmęczenia, który przykuł mnie nawet na dni kilka do łóżka, vulgo108 materaca, gdyż rozkoszy wypoczęcia na odpowiednim do tego sprzęcie i tu jeszcze nie zaznałam, nadmiar znużenia więc nie pozwolił mi na wycieczki po mieście. Niewiele, co prawda, pozostało w nim rzeczy godnych zobaczenia. Nie ma tu już starych gmachów; rezydencje zaś nowoczesne dygnitarzy i magnatów, jako też pomieszczenia instytucji rządowych nic zupełnie nie przedstawiają godnego uwagi. Dostęp do meczetów zamknięty dla niewiernych, gdyż aczkolwiek Persowie umysł mają dość otwarty, nie odznaczają się jednak zewnętrzną religijną tolerancją Turków, którzy za pieniądze pokażą najbardziej czczone świętości, relikwie i przybytki. W Persji nawet za pieniądze meczetu wewnątrz obejrzeć nie wolno.

Najciekawszą pamiątką dawnych dziejów jest tak zwany meczet niebieski, mosquée bleue, wzniesiony przez szacha Alego109. Z wyniosłego gmachu pozostały dziś imponujące potężną masą ruiny. Nazwano go meczetem niebieskim, ponieważ z zewnątrz i wewnątrz całkowicie niemal był pokryty szafirową, błękitną i białą majoliką110. Barwy te przeważają z dekoracji wszystkich chyba meczetów Persji i wszystkie „niebieskimi” nazwać by było można. Iskrzą się turkusowymi, złocistymi w słońcu sklepieniami łuków, kopułami i wieżycami minaretów. Inne kolory: brązowy, żółty, zielony, fioletowy lub czarny dodatkowo tylko mieszają się do zasadniczego tła niebiesko-białego.

Stolica Azerbejdżanu rozłożyła się w nagiej, pozbawionej roślinności dolinie, którą przecinają jednakże dwie niewielkie rzeczki. Choć za tło służą miastu góry, nie dodają mu ani powabu, ani malowniczości. Mieszkańcy Tebrysu zdają się bardziej dbać o suchość i czystość jego krętych i wąskich ulic, bo nie narażając się na unurzanie w błocie, można tu odbywać swobodnie piesze wędrówki. Niezwykły to istotnie fenomen na Wschodzie.

Miasto przerżnięte jest, jak Khoj, jak Teheran, jak wszystkie zresztą środowiska ludzkie, siecią podziemnych kanałów doprowadzających wodę z górskich źródeł. Zewnętrzne otwory tych kanałów, zwane kanotami, przedstawiają najpierwotniejszą postać studni. Kanotów takich jest kilka na każdej ulicy.

Klimat północno-środkowej Persji, przedstawiającej jedno wielkie płaskowzgórze, jest zimą bardzo ostry. Przyjeżdżamy do Tebrysu w ostatnich dniach listopada, w mróz siarczysty, który trwa przez cały czas naszego tam pobytu.

Pierwotnie mieliśmy zamiar zabawić w tym mieście dwa lub trzy dni najmniej. Lecz ku wielkiemu naszemu przygnębieniu dowiadujemy się, że niepodobna będzie znaleźć koni ani pojazdu wcześniej jak za dwa tygodnie. Muzaffer-Eddin bowiem, ówczesny walliet, a szach teraźniejszy, wybiera się z wizytą do ojca do Teheranu, w otoczeniu pięciotysięcznej świty. Ta dworska czereda zaopatruje się w ogromne zapasy żywności, wiezie z sobą namioty, pościel, dywany, sprzęty domowe i kuchenne, niezliczone skrzynie i paki z ubraniem. Walliet pośpiechu nie lubi, podróż długo potrwa. Dla kolosalnego ładunku książęcego orszaku trzeba było koni, osłów, mułów niezliczone mnóstwo. Więc urzędnicy Muzaffer-Eddina zagarniali wszystkie zwierzęta, jakie znajdowały się w mieście. Czerwadarzy chronią się, jak mogą, w okolicznych wioszczynach i ukażą się dopiero w Tebrysie, gdy jego książęca mość opuści go wraz ze swą świtą. Biedacy boją się jak ognia szczęścia wynajmowania swych zwierząt wallietowi i jego otoczeniu, gdyż bardzo nieszczególnie na tym zaszczycie wychodzą.

Sam Muzaffer-Eddin nie pozbawiony jest biernej, apatycznej dobroci, a w stosunku do dość szczupłej swej szkatuły sypie hojnie pieniędzmi na wszystkie strony. Lecz czerwadarzy nie mają do czynienia z nim bezpośrednio, nie dopuszczani są do pańskiego oblicza. Pośrednicząca zaś armia pijawek siebie przede wszystkim pożywić pragnie i „zapomina” zwykle płacić nędznym pariasom, którzy znów nie śmią protestować, a gdyby nawet podnieśli głos skargi na dziejące się im krzywdy, na nic by to się nie przydało.

Rozumiem teraz, dlaczego Tatar wzbraniał się tak energicznie dowieźć nas do miasta.

Powiedziałam, że Muzaffer-Eddin nie rozporządza znacznymi funduszami. Obecnie spadły na niego dziedzicznie kolosalne skarby Nasr-Eddina, lecz za życia ojca był najbiedniejszym z trzech braci i niejednokrotnie, pogrążony po uszy w kłopotach pieniężnych, szukał ratunku w dobroczynnym lombardzie Tebrysu. Największą fortunę w rodzinie posiadał Zille-Sultan, gubernator prowincji Ispahanu111, rządzący ze swego miasta najbogatszymi ziemiami Persji. Ambitny ten książę nie żywi bynajmniej dla brata gorącej miłości. Gdyby nie smutna ta okoliczność, że się urodził jako syn niewolnicy, a nie księżniczki z rodu Kadżarów, on niewątpliwie byłby następcą tronu na zasadzie prawa starszeństwa. Więc nie może darować Muzafferowi szczęścia, iż pochodzi on z krwi szlachetnej.

Najmłodszy z synów Nasr-Eddina, książę Naieb-Saltaneh, naczelny dowódca armii perskiej, nie płonie również dla dzisiejszego szacha nadmiarem uczuć braterskich. Po śmierci ojca snuły mu się po mózgu różne plany... W rodzinie swej przedstawia on element światowości i elegancji. Jest ugrzeczniony, miękki i niezdecydowany.

Muzaffer-Eddin nie odbywał za życia ojca dłuższych podróży. Rokrocznie wybierał się tylko na miesiąc lub dwa do Teheranu, otoczony swą średniowieczną świtą. Lecz zawsze pragnął poznać Europę, do której ojciec, choć sam namiętny podróżnik, nie pozwalał jechać żadnemu z synów. A ich naiwną ciekawość tak ciągnie Frengistan112, który przedstawiają sobie jako olbrzymi bazar błyszczących cacek, ordynarnie jaskrawych drobiazgów, jakie ojciec ich zwozi masami z każdej podróży i tryumfalnie za kryształami witryn ustawia. Każdego też frengi wypytują bez końca o cuda jego ojczyzny.

Gdy Muzaffer-Eddin dowiaduje się, że hakim-baszi-czeszm113, przybywający z Paryża, przebywa w Tebrysie, natychmiast naznacza mu audiencję, choć jest już w przededniu wyjazdu do stolicy. Jest miły, uprzejmy, pełen zbytniej może prostoty. Lecz trudno mu zrozumieć, jak lekarz może być specjalistą w jednej gałęzi wiedzy medycznej. Jego doktorzy posiadają wszechwiedzę!

To przeświadczenie o głębi ich uzdolnienia byłoby prawdziwym szczęściem, gdyby wiara uzdrawiać mogła. Niestety, nie zdaje mi się, by Muzaffer-Eddinowi zaufanie do swych lekarzy pomagało choć trochę. Wciąż jest chory. Dr Adkock (Anglik) i Hakim-el-Mulk, Pers z pochodzenia, jego nadworni lekarze, większy widocznie wywierali w owej epoce wpływ na duszę księcia niż na zdrowie jego ciała. Dodam w nawiasie, że dr Adkock dotąd przy monarsze przebywa, a Hakim-el-Mulk, zmarły obecnie, cieszył się wielką przyjaźnią szacha i był na dworze Persji wszechpotężny.

*

Walliet z całym swym orszakiem opuścił wreszcie Tebrys. Powoli, ostrożnie zaczynają powracać do miasta czerwadarzy, zjawiają się też muły, osły i konie.

Znów nas w furgon ładują. Za dni 15 dopiero staniemy w Teheranie, choć dzieli nas odeń zaledwie odległość 480 kilometrów. Lecz przy pośpiechu, z jakim na Wschodzie wszystko się odbywa, z jakim woziska tłuką się po wyboistych rozdołach, marzyć nawet nie można o robieniu choćby 40 kilometrów dziennie.

Sądziłam, że podróż dalsza odbędzie się w wygodniejszych niż poprzednio warunkach. Omyliłam się jednak okrutnie. O produkty życiowe łatwo wprawdzie: co dzień jadamy kury i rozpływające się w ustach niezrównane melony; jajka sprzedają za bezcen. Lecz droga usiana rowami, dołami, zsypami kamieni, a noclegi wiele pozostawiają do życzenia.

Dwukrotnie zatrzymujemy się na noc w na wpół rozwalonych olbrzymich karawanserajach, budowanych za czasów szacha Abbasa114. Ściany gmachów układane są z drobnych cegieł, mury potężne. Lecz drzwi powybijane, okna nie istnieją, ognia rozpalić niepodobna.

Takie ruiny karawanserajów spotykamy często, co dzień prawie. Kolosalne rozmiary i ilość tych gościnnych dworów karawan świadczą, jak szerokie pulsowało tu życie za czasów szacha, z którego imieniem związane są wspomnienia chwały i świetności Iranu. Handel zamienny Wschodu kwitł wtedy w całej pełni. Setki i tysiące wielbłądów, koni, mułów, ciągnęły tymi szlakami i wypoczywały w tych serajach. Teraz wszędzie pustka, walące się w gruzy wiekowe mury, cisza śmierci i rozkład. Bezpłodna i jałowa pustynia ściele się tam, gdzie stały gaje i ogrody, zieleniły się żyzne pola. Wyschłe, zapuszczone kanały czernieją otwartą paszczą kanotów. Najtrudniejszym do przebycia punktem tej części drogi jest góra Szabli czy Szybli115. Powóz wallieta wciągano na nią na postronkach. My przebywamy ją na własnych nogach. Osiem koni mozolnie ciągnie nasz furgon.

Trzy stacje zasługują na wyróżnienie na przestrzeni od Tebrysu do Teheranu. Są nimi miasta Mianeh, Zendżan i Kasbin116.

Mianeh rozgłośne jest na całą Persję nie z przyjemnej, niestety, strony. Smutną swą sławę zawdzięcza jadowitym pluskwom, których ukąszenia przyprawiają podobno nawet o śmierć, a w każdym razie o chorobę i silne opuchnięcia. Ręczą nam wprawdzie miejscowi mieszkańcy, że niebezpieczeństwo ukąszenia grozi wyłącznie w lecie, że obecnie pluskiew nie ma wcale. Zachowujemy się sceptycznie wobec tych zapewnień i korzystając z wyjątkowo łagodnego powietrza — w połowie grudnia nocujemy w furgonie. Zdaje mi się, że nigdy przez dwa miesiące podróży nie spałam równie dobrze.

Zendżan, drugie większe miasto na tym szlaku, słynie ze swych filigranowych wyrobów srebrnych, które rozchodzą się stąd na całą Persję. Delikatne te drobiazgi przypominają filigrany weneckie, lecz nie dorównywają im w wykonaniu. Mnie podobają się szczególniej mikroskopijne łyżeczki do herbaty, wyrzeźbione w ażur w środku. Pić nimi nie można, służą jedynie do mieszania. Kupujemy ich kilka tuzinów, różnej wielkości i rodzaju.

Ładne są również tacki, spodeczki, efektowne sitka do herbaty i podstawki do używanych na Wschodzie do kawy porcelanowych czareczek bez ucha. Dla mnie wszystko to zbyt jest misterne, a jednocześnie nie dość starannie wykończone. Przekładam nad filigrany zendżańskie srebrne wyroby z Ispahanu, na których biegną ciekawe wypukłorzeźby, pełne bogatej fantazji postacie wojowników, dziwne chimery117, zwierzęta, oryginalnie interpretowane kwiaty, ptaki, arabeski.

W chwili gdy zwiedzamy bazar Zendżanu, jest on podobno zupełnie opustoszony: walliet wykupił najpiękniejsze rzeczy. W Zendżanie doganiamy jego orszak i wyprzedzamy go nawet, bo książę kilka dni tu wypoczywa.

Zapomniałam napisać o jednym jeszcze wyrobie lokalnym: kiefsz118 Zendżanu ogólnie są znane. Są to zgrabne, o wąskich, zadartych nosach pantofle, szyte z wąskich pasków skóry kolorowej. Z przodu różnobarwna bawełna sczepia te paski, tworząc deseń ażurowy.

W dwa dni po opuszczeniu Zendżanu dościga nas w polu rozszalała zamieć śnieżna, przed którą chronimy się do pierwszej spotkanej lepianki. Wnętrze jej stanowi jedna ciasna i brudna izdebka, na środku której stoi szeroki, a bardzo niski stół: siedząc na ziemi można oprzeć się na nim łokciami. Stół przykryty jest wielką watowaną kołdrą, zwieszającą się ze wszystkich stron do samej ziemi. Pod stołem umieszczona dużych rozmiarów fajerka z żarzącymi się drzewnymi węglami, a naokoło stołu siedzi cała rodzina: ojciec, matka, gromada dzieci, obdartych, bladych, rachitycznych, o twarzach chorobliwie nabrzmiałych. Nie potrzebuję objaśniać, iż nogi trzymają wszyscy pod kołdrą przy nagrzanym kursi — tak zwie się ten przyrząd. Przez cały dzień siedzą tak bezczynnie i nieruchomo, wchłaniając trujące wyziewy. Lecz widać specjalnie są zahartowani przeciw ich zabójczemu działaniu.

Jakkolwiek skostnieliśmy od zimna, nie marny odwagi korzystać z dobrodziejstw kursi. Jednak po paru godzinach słabniemy w postanowieniu i przezwyciężając obrzydzenie, wsuwamy końce nóg pod zbiorowy łachman.

Kończy się jednak ta próba nader niewesoło: mdlejemy oboje i nieprzytomnych wynoszą nas z chaty na powietrze, ażeby ocucić. Biedni gospodarze szczerze są zmartwieni, ale też i osłupieni na widok ludzi tak marnych, że nie mogą znieść dobrodziejstw kursi. A oni pędzą przy nim dni, tygodnie i miesiące zimy.

Następnego dnia mijamy wioskę i pałac Sultanie, jednej z niezliczonych rezydencji „króla nad królami”, największego z koczowników swego państwa. Mówię tu jeszcze o Nasr-Eddinie — który z jednego do drugiego pałacu wciąż przejeżdżał, gnany gorączkową potrzebą ruchu i zmiany miejsca. Lecz Sultanie zbyt jest od stolicy oddalone; Nasr-Eddin nigdy już, zdaje się, tam nie docierał, mając naokół Teheranu mnóstwo will i zamków.

*

Oto przed nami, rozrzucone na wielkiej przestrzeni ogrody, gaje pistacjowe, winnice. Zbliżamy się do Kasbinu, ostatniej stacji przed Teheranem. Furgondżi cmoka językiem i zapewnia mnie, że znajdziemy w Kasbinie niezwykłej dobroci engur119 i doskonałe wino. Rzeczywiście, jakkolwiek kraj cały obfituje w winogrona, jakkolwiek w Teheranie do 20 gatunków tego owocu się spożywa, pierwszeństwo nad innymi należy się stanowczo winogronom kasbińskim. I 24 grudnia dane mi jest spożyć na wigilijny deser w memhan-khane (dom gości, czyli hotel) winogrona z okolic Kasbinu, za jakie o tej porze roku w Paryżu płacić trzeba na wagę złota, a które tu nic prawie nie kosztują.

Kasbin zbudowany był w III wieku naszej ery. Harun ar-Raszyd upiększył wspaniale to miasto. Lecz podczas późniejszych wojen domowych zostało ono na poły zburzone. Gdy z ruin się odrodziło, zniosły je znowu w połowie XI i XII wieku dwa straszne trzęsienia ziemi. Ale na nowo wzrosło w potęgę: w XVI wieku szach Tamasp I120 uczynił zeń stolicę Persji. Stąd Abbas Wielki przeniósł ją do Ispahanu.

Chardin opisuje Kasbin jako miasto o tysiącznej ludności, którego madresseh (szkoły) słyną szeroko w Iranie. Podróżnik z początku XIX wieku, Jacques Morièr, twierdzi, że Kasbin większy jest od Teheranu. Lecz skończyły się dlań dni powodzeń i sławy: obecnie liczy zaledwie 30 000 mieszkańców. Persja współczesna biedniejsza jest niestety w ludność, w pieniądze, w ziemie uprawne i w miasta handlowe niż Persja z czasów Chardina.

Domy, jak we wszystkich miastach i wioskach, kryją się za nieskończonymi szeregami murów. Lecz główna ulica bardzo jest szeroka i ładnie drzewami zacieniona. Przypomina zakątek Europy ze swymi telegraficznymi słupami, jaskrawo na szafir wymalowanymi i szpecącymi obrzydliwie pejzaż.

Kasbin niewiele już liczy pamiątek minionych epok swej wielkości. Główną jego ozdobą są dwa meczety, nie najlepiej przechowane. Jeden z nich, meczet Dżami, wzniesiony został przez Harun-al-Raszyda; drugi meczet Szach121, zbudowany był w XVI wieku przez Tamaspa. Całe są w mozaikach turkusowych i białych, tworzących artystyczne sploty linii i kwiatów.

Pietro della Valle, podróżnik wenecki, który zwiedzał Persję podczas panowania Abbasa Wielkiego, w okresie wspaniałości Kasbinu, mówi ze szczególnym zachwytem o pałacu zbudowanym przez Tamaspa, stanowiącym rezydencję monarchy. Obecnie z pysznego gmachu pozostało niewiele, a cudzoziemców do zwiedzania tego, co pozostało, nie dopuszczają. Tylko monumentalna brama wchodowa o ciekawych rzeźbach z kamienia pozwala przypuszczać, że opis Wenecjanina nie był zgoła przesadny.

Chardin, jako też i inni podróżnicy, dawni i współcześni, opowiadają o ruinach zamku feudalnego położonego o kilka mil od Kasbinu, u stóp góry Syalar.

Obrali byli w nim siedzibę rozbójnicy, należący do sekty nabateńczyków122 (koczujące plemię arabskie) i sieli stąd daleko postrach przez lat 200. Marco Polo, Wenecjanin, w nadzwyczaj ciekawej swej relacji z podróży po Persji odbytej w końcu XIII wieku opisuje żywo i malowniczo to orle gniazdo i gnieżdżącego się w nim starego władcę gór, króla rozbójniczej braci: „le Vielz de la Montagne qui avait à nom Alasdin123. Smutny koniec spotkał wojowniczych łupieżców. Po trzymiesięcznym oblężeniu zamku dostali się w tatarską niewolę „e fut ocis le Vielz qui avoit a nom Alasdin, con tute sez homes124.

Dziś romantyczne dzieje tego wschodniego barona-rabusia nie pozostawiły we wspomnieniu nawet legendy, ruiny zamku zaś są smutnym, bezkształtnym zwaliskiem gruzów.

*

Cywilizacja znalazła w Kasbinie swój wyraz w postaci hotelu urządzonego do pewnego stopnia na sposób zachodni. Gościnne pokoje nie odznaczają się, co prawda, luksusem, ani nawet wygodami, lecz kuchnia za to jest smaczna i przyzwoita i potrawy przyrządzone po europejsku.

Z innych jeszcze względów przedstawia Kasbin „wrota do raju”, jak go przesadnie nazywają Persowie. Prowadzi odeń do Teheranu, na przestrzeni 150 kilometrów, szeroka, równa pocztowa droga, przeprowadzona przez Nasr-Eddina.

Droga kosztowała podobno półtora miliona franków, z której to sumy więcej niż połowa zniknęła w kieszeni przedsiębiorcy. Sądzę, że wybaczą mu to ludzie najsurowszej cnoty, którzy dotarli tu po długiej podróży, pogruchotani torturą furgonu, kedżawe lub tachtarawanu125. W Kasbinie dzięki „królewskiemu gościńcowi”, tak zowią ten trakt pocztowy, można wsiąść do prawdziwego powozu i w niecałą dobę (18–20 godz.) przebyć 150 kilometrów dzielących go od Teheranu. Czapar-khankh126 — stacje pocztowe rządowe — liczne są na tej przestrzeni; o konie na nich łatwo. Zaledwie, zatrzymawszy się, zdążymy wypić parę szklanek herbaty, a już ruszamy dalej.

Nasz powóz to jakaś odwieczna staroświecka kareta, wybita czerwonym aksamitem. Zdaje mi się, że jestem w królewskim pojeździe i tonę w błogości niezmiernej, tak zmieniają się wymagania ze zmianą szerokości geograficznej. Mrok już zapadł od dawna, gdy wyruszamy w drogę, gęsty śnieg świat przesłania, niewyraźnie majaczą w dali ciemne zarysy łańcucha Elbursu, u stóp którego rozkłada się Kasbin i wzdłuż którego jechać będziemy do samego Teheranu.

Kiedy brzask świtać zaczyna, widzę wioski i osady, tulące się u podnóża gór w wiankach topoli i jujubów. Pełno sadów owocowych, winnic, pól uprawnych; wiosną i latem musi być to uroczy zakątek ziemi. Czuć w nim czynne życie, widać pracę człowieka. Słońce przebija szare mgły rannych tumanów i wypływa na niebo we wspaniałym majestacie, opromieniając weselem cały krajobraz zimowy. Fantastycznie poszarpane cyple gór twardo i ostro wcinają się w ciemny szafir nieba. Przed nami, daleko, na skraju horyzontu widnieje Demawend w wiecznych śniegów koronie.

Demawend, leżący o kilkanaście kilometrów wgłąb za Teheranem, wznosi się na 7000 metrów nad poziomem morza i o dwa przeszło tysiące przewyższa szczyty otaczającego go gór pasma. Persowie, w których wyobraźni ojczyzna ich, w tym co dała jej natura i co dokonali ludzie, jest najpierwszym spomiędzy krajów ziemi, uważają Demawend za „wszystkich gór matkę, górę świętą”. Arka Noego zatrzymała się, według ich podań, na tym szczycie, który jest „źródłem światła, kolebką ludzkości”. Legendy kosmogoniczne azjatyckich narodów ogromnie kazały błąkać się tej arce, bo oto stanęła podobno również, jak twierdzą miejscowe podania, na górze Salazan127, na północo-wschodzie od Tebrysu. Salazan (4800 m) jest, zarówno jak Demawend i Ararat, wygasłym wulkanem.

Wioski coraz częstsze, ruch coraz większy, czuć bliskość wielkiego miasta. Dodać też należy, że trakt kasbiński jest wspólną drogą karawan idących z Małej Azji i od Morza Kaspijskiego. Nieskończonym sznurem wyciągnięte, kroczą wielbłądy z kryształowym śpiewem dzwonków, roznoszącym się dalekim echem w przeczystym powietrzu. Osiołki, obładowane workami złotych pomarańcz, olbrzymich, podłużnych melonów i czerwonych granatów, niosą do stolicy codzienną daninę owoców. Muły, objuczone górami chrustu, wyglądają jak wielkie ruchome krzaki. Wciąż mijają nas w błyskawicznym pędzie jeźdźcy na przepysznych rumakach.

W podróży przez góry mogłam była ocenić nadzwyczajną zręczność i wytrzymałość zwierząt, lecz nie spotykałam właściwie tych pięknych koni, o których szeroko rozpowiadali mi w Paryżu znajomi Persowie. W Tebrysie zobaczyłam po raz pierwszy prześliczne białe, półarabskie wierzchowce, jakich nie powstydziłyby się w Europie stajnie królewskie, a które tu posiadają najzwyklejsi śmiertelnicy. Nie ma prawie Persa tak biednego, który by nie miał choć jednego konia, a nie ma znów prawie koni nierasowych. Persowie celują w konnej jeździe i ćwiczą się w niej od dziecka. Siedmioletnie chłopięta pędzą galopem na oklep, nie trzymając nawet uzdy. W ogóle nadużywają tu galopu, nie znają kłusa, lecz dobrze wyglądają na koniu w szalonym swym biegu. Za to kobiety nie śpieszą się w drodze, gdy podróżują na ośle lub konno. Zwierzę stąpa krok za krokiem, przy nim wlecze się opieszale sługa lub przewodnik, towarzyszący zawsze najuboższej choćby hanum.

Na drodze kasbińskiej spotykamy, jak mówiłam, jeźdźców mnóstwo. Rynsztunek niektórych koni wspaniały. Czapraki z jedwabnych cennych dywanów lub też szyte złotem na ispahańskim aksamicie. Uździenice i lejce pokryte są złotą i srebrną łuską. Widzę sokolników, trzymających na łańcuszku zakapturzonych drapieżników. Mijają też wspaniałe kawalkady: to magnaci, paradujący w otoczeniu sług i dworzan. W Persji żaden dygnitarz i żaden pan wielki kroku sam nie zrobi; jak grand hiszpański dawniej, Pers do dzisiejszego dnia skrępowany jest wielkością rodu, imienia, dostojeństwa: nie wolno mu ruszać się jak prostym śmiertelnikom. Gdy czasem nawet odbywa pieszy spacer, idą przed nim i za nim słudzy. Gdy jedzie powozem lub konno, przodem pędzą przyboczni ferrasze128, rozganiając tłum i torując drogę, z tyłu, za pojazdem posuwa się cały orszak postaci w kostiumach bogatych i jaskrawych. Dzikie to i barbarzyńskie z pewnością, ale niezaprzeczenie bardzo malownicze. Coraz więcej sadów i winnic. Okolicę użyźnia rzeka Kerech, której źródła wypływają z gór Elbursu129. Dojeżdżamy do ostatniej stacji przed Teheranem.

To Szach-Abbad130 z pałacem Soleimanieh, zbudowanym przez słynnego Fet-Ali-Szacha131, drugiego króla z dynastii Kadżarów. Jedna to jeszcze z letnich rezydencji Nasr-Eddina, niezmordowanego podróżnika, nie darmo panującego nad licznymi plemionami nomadów. Monarcha nie często tu przebywa; wspaniały pałac jest zaniedbany, a otaczający go naokół rozległy i cienisty park wygląda na raj opuszczony.

Wciąż mamy przed sobą Demawend, którego śniegi olśniewająco iskrzą się w słońcu.

Do Teheranu dojeżdżamy, nie spodziewając się go prawie. Nie poprzedzają go bowiem, jak Khoj i Kasbin, długie szeregi ogrodów i szarych murów. Nagle widzę spoza skrętu drogi kilka kopuł, kilka minaretów, szare błotniste masy domów i ogrodzeń, nagie szczyty topoli i rozłożyste gałęzie platanów. Oto już Derwaseh Kasbini132, jedna z dwunastu bram miasta, zdobna w niebiesko-białe majoliki i strzelająca w niebo smukłymi turkusowymi wieżycami.

Bramy strzegą wojownicy o minach sennych, przybrani w czerwone mundury. Na głowie mają niskie czapki barankowe, ozdobione z przodu złocistą blachą, na której nad lwem Iranu wschodzi pucołowate słońce.

Jesteśmy w mieście. Jedziemy wzdłuż brudnych, o niezachęcającym wyglądzie ulic, między murami z błota, tudzież rzędami topoli i platanów. Przez nową, niższą, mozaiką zdobną bramę wjeżdżamy na obszerny plac kwadratowy, na którym panuje ruch ożywiony: krążą tu pojazdy i toczy się tłum przechodniów. Dalej przez takąż jak poprzednia bramę w barwne mozaiki wydostajemy się z placu na szeroką ulicę zda się w prostej linii ku górom biegnącą; przed nami znów śnieżne szczyty, które świeciły nam od samego Kasbinu. Lecz tuż za bramą przystajemy przy jednym z pierwszych domów. Jest to piętrowy, przyzwoicie przedstawiający się budynek hotelu trzymanego przez małżeńską parę Szwajcarów. Tu zatrzymamy się przez dni kilka, zanim urządzimy się u siebie.

Bo wędrówka skończona — dotarliśmy do portu.