VII. Teheran
Zewnętrzna fizjonomia miasta. — Plac broni, główne ulice. — Dzielnica europejska. — Dobrodziejstwa cywilizacji. — Typy uliczne. — Derwisze. — Spacer szacha. — Kareta Fet-Ali-Szacha. — Charakter zewnętrzny dzielnicy perskiej. — Bazar. — Dellale.
Teheran od lat stu zaledwie, bo od 1795 roku, jest oficjalną stolicą, Persji. Wprawdzie już podczas najścia Afganów szach Hussein133, ostatni z dynastii Sofich134, utwierdził w nim swą rezydencję, lecz dopiero pierwszy monarcha z panującej obecnie rodziny Kadżarów135, Aga-Mohammed-Khan136, ogłosił go ostatecznie za stolicę. Na miejscu nędznych glinianych lepianek dawnej wioski, a późniejszej mieściny, chroniącej się w topolach i platanach, stanęły pokaźniejsze domostwa, pojawiły się gmachy, meczety, pałace, potężnie rozrósł się też i bazar.
Pietro della Valle, który zwiedzał był Persję i Teheran w XVII wieku, podczas panowania Abbasa Wielkiego, nic godnego w mieście nie zaznacza, prócz wielkiej ilości platanów; nazwał je też „miastem platanów”.
Stolica Persji rozpostarła się na wielkiej przestrzeni, jak w ogóle zresztą wszystkie tutejsze miasta. Każda rodzina, nawet najbiedniejsza, posiada własny dom, najnędzniejsze choćby oddzielne pomieszczenie. Przy domostwie znajduje się ogród, czy ogródek, wskutek czego każda grupa rodzinna rozsiada się na szerokim obszarze.
To, co mówiłam o Khoj, w zupełności zastosowuje się do zewnętrznej fizjonomii każdego perskiego miasta. Wzdłuż ulic biegną z dwóch stron mury z gliny i błota, sponad nich wyglądają wierzchołki drzew ogrodu. Furtki lub niskie bramy o ciężkich żelaznych zawiasach i ryglach prowadzą do mieszkalnego budynku, otaczającego czworobokiem ogród. Domy zazwyczaj parterowe, z rzadka posiadają jedno piętro — balakhaneh137. Dachy mają płaskie, lepione ze słomy i gliny i oparte na wątłym, drewnianym belkowaniu. Dachy te zapadają się z niesłychaną łatwością, gdy nadchodzi pora deszczów wiosennych, krótkotrwałych wprawdzie, lecz ulewnych. Nie ma prawie domu, w którym by jeden choć pokój nie ucierpiał, jakkolwiek mieszkańcy energicznie i wytrwale wodę z dachów zmiatają; rynny oczywiście nie istnieją. Na dachach gwarno i wesoło latem. Siedzą tam przez dzień cały, jedzą, pracują, modlą się i bawią.
Środek ogródka zajmuje nieodzowny basen w wianku róż, tamaryksów138, bzów i granatów. Woda, niezbyt często odnawiana, zamienia się w upalne dnie lata w kałużę zielonkowatego błota. Podróżnicy unoszący się w zachwytach nad tymi basenami zwiedzali widać wyłącznie ogrody szacha i dostojników, gdzie woda zbiorników jest rzeczywiście jak kryształ przejrzysta i świeża, gdyż sprowadzają ją z niemałym kosztem z górskich strumieni. Lecz zawartość w basenie przeciętnego śmiertelnika zmieniana bywa raz lub co najwyżej dwa razy na miesiąc, a w Europejczyku wprost budzi odrazę. Persowie jednak nie dzielą naszych na tym punkcie uprzedzeń. Myją się w tym cuchnącym płynie, pocierając nim twarz i ręce; są przy tym najmocniej przeświadczeni, że czynią zadość wszystkim wymogom higieny i czystości, tym bardziej że odczuwają potrzebę nurzania rąk w lepkiej mazi basenu po kilkanaście razy dziennie. Widziałam niejednokrotnie Persów z najlepszej sfery, wysokich dygnitarzy, przybywających do mego męża na konsultację lub z wizytą, jak przed wejściem do poczekalni pochylali się nad basenem, ażeby obmyć ręce w jego podejrzanej przezroczystości wodzie.
W ogóle też lubią przesiadywać przy basenach godzinami całymi; rzekłbyś, że woda ich hipnotyzuje. Może dlatego, że kraj w nią nie obfituje, że z gór mozolnie ją do kanałów sprowadzać trzeba, że rzeki świecą częściej wyschłym kamiennym łożyskiem niż srebrną wód falą. Faktem jest w każdym razie, że spędzają długie dnia godziny wpatrzeni w głąb mętną, zieloną, zadumani głęboko, ująwszy głowę w dłonie lub ciągnąc machinalnie kalian. Co widzą w tafli wodnej? O czym myślą? Czy myślą?
W domach ludzi mniej zamożnych enderum i birun, jakkolwiek wyraźnie rozgraniczone, w jednym mieszczą się budynku. W sferach bogatych i arystokratycznych kobiety posiadają oddzielne domostwo, umieszczone za birunem, w głębi ogrodu.
*
Teheran otoczony jest wałem obronnym i murem. Wał jest podobno nieszczególny, mur zlepiony z ziemi kruszy się i szczerbi wyłomami. Słabą nader byłby ochroną przeciw nieprzyjacielowi. Dwanaście bram, Derwaseh, w tym murze otwartych, prowadzi do dwunastu różnych części miasta. Wszystkie zdobne są jednakowo w smukłe wieżyczki, ze wszystkich świecą niebieskie, białe, szafirowe majoliki, mozaiki kwiatów, liści, arabesek, ptaków, zwierząt i wojowniczych postaci.
Nad najbliższą naszego domu Bramą Szimrańską króluje w mozaice Fet-Ali-Szach, roztaczając olbrzymi wachlarz swej czarnej brody.
Środkowy punkt miasta stanowi wielki czworokątny plac, Majdani Tophaneh139, plac broni (dosłownie: plac domu armat), otoczony ze wszystkich stron jednostajnymi zabudowaniami arsenału i otwierający łuki sześciu bram, przybranych w majolikę jak bramy miejskie, na sześć głównych ulic. Budynki okalające plac wymalowane są na jaskrawe barwy; od tła czerwono-zielonego odbijają żywo dobroduszne lwy i naiwne słońca Iranu.
Na środku placu kilkanaście drzew tworzy niewielki skwer czworokątny, w którego rogach ustawiono cztery armaty. Abbas Wielki zabrał je był na Portugalczykach. Wystrzał, rozlegający się z jednej z tych armat zwiastuje miastu południe, drugi wystrzał obwieszcza zachód słońca. Przez miesiąc Ramadanu, miesiąc postu i umartwienia, wystrzały rozbrzmiewają trzy razy dziennie. Pierwszy z rana, o wschodzie słońca, nakazuje wiernym, by jeść przestali, drugi oznajmia godzinę południa, trzeci o zachodzie słońca, zwiastuje chwilę, w której wolno zabrać się na całą noc do wchłaniania pokarmów. Ludzie przepisy religii ściśle obserwujący140 mogą bowiem przez Ramadan jeść jedynie pomiędzy zachodem i wschodem słońca. Lecz o tym później.
Z trzech stron placu ulice prowadzą do dzielnic czysto perskich: do bazaru, do głównego meczetu, do pałacu miejskiego szacha, na plac musztry, do merizkhaneh141, szpitala, wzniesionego staraniem Nasr-Eddina.
Z czwartej, ostatniej strony dwie bramy wychodzą na dwie równoległe ulice biegnące ku Derwaseh Szimrani, za którą rozpoczyna się właściwa wieś Teheranu. Stąd ciągną drogi do podmiejskich pałaców szacha, do gór i wiosek w nich ukrytych, dokąd Europejczycy podążają w skwarne miesiące lata.
W dwóch tych dość długich ulicach, tudzież w kilku przylegających do nich skupia się całe życie europejskiej kolonii.
Tu — z wyjątkiem rosyjskiej — mieszczą się legacje142 wszystkich mocarstw, tu wznosi się kościołek katolicki, tu zakład sióstr świętego Wincentego à Paulo, które pod protektoratem francuskim założyły szkołę dla dzieci armeńskich i szpital dla wszystkich potrzebujących pomocy, bez różnicy ras, narodowości i wyznań.
Tu mieszkają Europejczycy pozostający w służbie rządowej, a więc instruktorzy wojska, profesorowie Collége Impérial, wyższej szkoły o zakresie mniej więcej uniwersyteckim, doktorzy, dyrektorzy banków, urzędnicy telegrafu angielskiego, wreszcie kilku przedsiębiorców.
Tu wreszcie znajduje się klub, bez którego Europejczyk nigdzie obejść się nie może, a na który Pers patrzy z mieszaniną strachu, pogardy i zaciekawienia.
Klub posiada bilard i rozklekotane pianino, otrzymuje kilka pism różnojęzycznych, przeważnie jednak francuskich, prowadzi kuchnię i stołuje młode filary dyplomacji, urządza zebrania rodzinne, wreszcie pozwala miłośnikom damy pikowej na straszliwe zgrywanie się w écarté143, pokera i wista144. Bakarat został zabroniony na skutek przegrania przez pewnego attaché145 ambasady tureckiej dwustu tysięcy franków w ciągu jednego wieczoru.
Legacji i domów Europejczyków pełniących służbę rządową strzegą wojacy tak obdarci i brudni, że nie opisze ich najwięcej realistyczne pióro.
Od czasu do czasu nadziewają niezdarne czerwone mundury i idą na musztrę; za powrotem do domu nakładają znów pospiesznie swe postrzępione łachmany, w których widocznie lepiej się czują.
Rząd udziela tym obrońcom kraju pensje minimalne i nakłada na nich obowiązek żywienia się własnym kosztem.
Od osób, których całość i bezpieczeństwo powierzone są ich pieczy, pobierają płacę 7–10 kranów146 miesięcznie! I pomimo tak niesłychanie szczupłych środków istnienia zbierają grosze.
Nie próbuję nawet zrozumieć, w jaki sposób kombinują swój budżet, stwierdzam tylko, iż wszyscy bez wyjątku zajmują się drobną lichwą.
Ulice w dzielnicy europejskiej przedstawiają się względnie czysto. Mówię względnie, gdyż, moim zdaniem, Teheran mimo swej nazwy (tehran znaczy czysty) jest miastem rzetelnie brudnym, a w wiosenne dni deszczów, trwających do dwóch tygodni, zamienia się w jedną rozlewną kałużę, po której niepodobna chodzić pieszo.
Na szczęście dla ludzi nieposiadających własnego powozu, istnieją tu dorożki, opłakane wprawdzie gruchoty, drogie przy tym niemiłosiernie, ale umożliwiające przynajmniej jako tako komunikację. Dorożki należą do prywatnego przedsiębiorcy, Belga.
Belgowie nie ograniczyli się na obdarzeniu miasta tym dobrodziejstwem. Im również zawdzięcza Teheran kolej: maleńką, na kilkunastu kilometrach wyciągniętą linię, prowadzącą do słynnego meczetu Szah Abdulasim147, celu wędrówki pobożnych tłumów. Podburzana przez fanatycznych mułów gawiedź porozbijała pierwsze wagony i lokomotywę, zabito maszynistę. Z czasem niechęć ostygła; kolej mogłaby funkcjonować z prawdziwym powodzeniem, ale jedyne cztery lokomotywy, sprowadzone z Europy, zepsute są najcałkowiciej. Udało mi się jednak odbyć wycieczkę do Szah-Abdulasim za życia ostatniej z lokomotyw.
Otwarte, letnie wagony przepełnione były seidami i mułłami148.
Do towarzystwa belgijskiego należą też tramwaje, przerzynające kilka ulic; biedniejsi Persowie korzystają z nich bardzo chętnie, Europejczycy natomiast zupełnie ich nie używają.
Belgowie wreszcie założyli fabrykę szkła i fabrykę cukru, naokół której urządzają plantacje buraków.
Nie wiem, czy buraki nie wschodzą, czy brak rąk roboczych, pewna jednak jestem, że niczyje oczy nie oglądały jeszcze cukru fabryki belgijskiej. Może zresztą obecnie lepiej jej się dzieje.
Fabryka gazu założona znów została przez prywatnego przedsiębiorcę Francuza, który zainstalował również gazowe oświetlenie. Szafirowe i czerwone słupy latarń szpecą ogrody szacha i wielkiego wezyra, tudzież z rzadka rozrzucone są wzdłuż ulic. Gaz cierpi na ogólną anemię: gaśnie, nim go zapalą. W ogóle dzieją się z nim dziwne tragedie i istnienie jego jest raczej symboliczne niż realne. Wieczorami zalegają ulice fantastyczne mroki, wychodząc więc na miasto, należy brać z sobą karauła149 niosącego fanus, tj. wielki, papierowy, w mosiądz oprawny lampion.
Oto wszystkie nabytki cywilizacyjne stolicy króla królów.
Cała sieć linii kolejowych pokryje podobno wkrótce Iran od Morza Kaspijskiego do Zatoki Perskiej.
Cywilizacja wleje się potężną falą, przyniesie wszystkie swe zdobycze i wynalazki, wszystkie swe cuda...
Lecz kiedy dymy lokomotyw plamić zaczną szafir nieba i czepiać się czarnymi kłębami po gór skłonach, kiedy zgrzyt kół fabrycznych zagłuszać będzie monotonne, żałosne nawoływania derwiszów150 i kłócić ciszę wieczorną, gdy trotuary zalegną brzegi ulic, a sklepy zajaśnieją blaskiem świateł elektrycznych, Persja przestanie być jednym z ostatnich zakątków ziemi, gdzie artysta szukający natury jeszcze niezgwałconej przez człowieka, rozkochany w harmonii barw, światła i tonów napawać może wzrok obrazami, których wspomnienia na zawsze mu pozostaną w myśli i wyobraźni.
W teraźniejszym Teheranie pewne części dzielnicy perskiej, pewne widoki, obchody, uroczystości są jakby obrazami zamierzchłych dziejów; patrząc na nie, zapomina się o chwili obecnej. Wieki się cofnęły, czas stanął w biegu. W krajobrazach, w gestach, w kostiumach ludzi odżywają minione chwile historii świata.
Gdy wyjeżdżam na spacer za miasto i patrzę na pracujące w polu kobiety w lekkich, jaskrawych czadurach, zdaje mi się, że widzę Rut i Noemi151, zbierające kłosy. Gdy czerpią ze strumienia wodę w wielkie gliniane amfory i zręcznym ruchem stawiają na ramieniu, przypominają Rebekę152 przy studni.
Derwisze w białych sukniach, o długich splotach czarnych i ciemnorudych włosów, o twarzach pięknych i ściągłych, promieniejących nieraz ascetyczną ekstazą, derwisze-anachoreci153, wyzuci z potrzeb doczesnych — przywołują na myśl proroków Testamentu.
Pospieszam dodać, że mówię o czysto zewnętrznej stronie rzeczy. Wiem, iż ci ludzie wyzuci są z potrzeb, lecz nie wiem, czy liczą w swym gronie wielu natchnionych proroków. Wiem za to, że z zamiłowaniem i powodzeniem oddają się żebraninie. Mam swoich derwiszów, którzy po prostu przejść mi przez ulicę nie dają i gdziekolwiek mnie ujrzą, wyciągają rękę o datek jak o rzecz należną im z prawa. Żebrzą z wytwornym wdziękiem i przyjmują jałmużnę z godnością i powagą; miedzianych monet, zwłaszcza od frengi, nie uznają: trzeba im srebra.
Na ulicach coraz to nowe, niespodziewane widowisko wzrok przykuwa. Oto dąży do pałacu monarszego pyszny orszak magnata. Spod stóp koni ogień pryska; z krzykiem „hawarda, hawarda”154 pędzą ferrasze, pałkami tłum rozganiając; w tumanach pyłu toczy się za nimi powóz lub kareta, przez cztery, czasem sześć arabskich koni niesiona, w niej nieruchoma hieratyczna postać. Za pojazdem sunie ciżba konnych pachołków.
A orszak szacha! Gdy „król królów, biegun świata, źródło wiedzy” wyrusza na spacer lub wraca do Teheranu z podmiejskich zamków, biegną przodem ferrasze z pałkami, za nimi jeźdźcy o laskach z wielką srebrną gałką, dalej piesze laufry155 w olbrzymich czapkach, krótkich czerwonych ubraniach, białych pończoszkach i trzewikach o wysokich obcasach — wreszcie powóz królewski.
Szach jest w nim zawsze sam tylko; żaden z jego poddanych, żaden nawet z książąt krwi nie może dostąpić zaszczytu towarzyszenia monarsze.
Za karetą cała kawalkada przybocznej świty: jenerałowie, oficerowie, dygnitarze, Persowie, Turkomani, Afganowie w swych malowniczych kostiumach, w zawojach jedwabnych o żywych barwach z frędzlą zawadiacką na bok się zwieszającą — smukli, szczupli, nerwowi.
Dalej jadą gulami156, wiozący w dywanowych kurdżynach157 kaliany i rozliczne sprzęty, bez których Szah-in-Szah na krok się nie rusza, broń monarchy i dygnitarzy, przybory kuchenne.
Setki ludzi, setki kostiumów, setki typów; przed wiekiem, przed laty trzystu i przed laty pięciuset tak samo wjeżdżali do swej stolicy, w tym samym otoczeniu, w tej okazałości pełnych fantazji kostiumów, z tymże ceremoniałem Tamasp I, Abbas Wielki, Fet-Ali-Szach. Nie niosły ich tylko europejskie karety.
Pietro della Valle opowiada bowiem, że podczas jego bytności w Ispahanie Anglia, od dawien dawna kokietująca Persję, ofiarowała Abbasowi Wielkiemu wspaniałą karetę; monarcha wschodni pogardził wszakże tym prezentem, bo nawet na próbę wsiąść do pojazdu nie chciał. Zamknięto powóz i zapomniano o nim na zawsze.
Poselstwo angielskie przybyłe do Teheranu w początku XIX wieku, w r. 1812, przywiozło również w darze karetę panującemu wówczas Fet-Ali-Szachowi. Nie mogę oprzeć się chęci opowiedzenia, w jaki sposób wręczono królowi ten upominek158.
Otóż poselstwo wiozło z sobą mnóstwo bogatych prezentów dla króla: kilkadziesiąt zwierciadeł weneckich, fortepian, różne meble, wreszcie parę karet. Persja nie posiadała widać jeszcze w tej epoce nawet swych przedhistorycznych furgonów. Rzeczy, przybyłe z Europy przez Zatokę Perską, stamtąd przez Bussyr159 i Sziraz przyciągnięte zostały do Teheranu przez ludzi, ponieważ z powodu potężnych rozmiarów pak niepodobna ich było ładować na wielbłądy. Miły temat do rozmyślań: ten parias-człowiek ponoszący trud fizyczny, którego bydlę przenieść nie jest zdolne...
Dary Wielkobrytanii dotarły do Teheranu w stanie opłakanym: lustra były potłuczone, meble połamane. Jednakże udało się wyreparować jedną z karet. Gdy ją przed pałac królewski przyciągnięto, Fet-Ali-Szach obszedł ją naokół po kilkakroć i podziwiał wspaniałość wyrobu. Wreszcie, zdjąwszy obuwie, wszedł do karety i usiadł na aksamitnych poduszkach. Wtedy kilku najwyższych dostojników kraju poczęło ciągnąć pojazd. Rozrywka trwała godzinę, król królów bawił się znakomicie i wyraził ambasadorowi swe zadowolenie, obdarzając go cennym podarkiem. Po czym zamknięto karetę do składów i światła dziennego więcej nie ujrzała.
Wracam do obrazów ulicznych Teheranu. Szukać ich należy przede wszystkim w dzielnicy perskiej, w jednej z ulic przylegających do bazaru. Nikłe cienie kobiet owiniętych w ciemne czadury, w fioletowych lub zielonych szarawarach, suną tajemniczo wzdłuż murów. Inne jadą na osłach, prowadzonych za uzdę przez służących. Tam kroczy muł, objuczony kołyskami kedżawe, tu ciągnie do bazaru karawana wielbłądów, prowadzona przez posępnych i dzikich czerwadarów, tłum ludzki płynie zwartą falą; Persowie w długich swych sukniach, spadających w prostych fałdach na atłasowe żupany, w wysokich barankowych kholach, Tatarzy w tułupach i płaskich szerokich czapach, Kurdowie o pięknych energicznych twarzach, w zawojach czerwono-niebieskich, Indusi i Afgani, Arabowie i Turcy, Armeńczycy i Czerkiesi, mułłowie i seidzi, robotnicy z bazaru i handlarze uliczni w krótkich fałdowanych tułupach i wojłokowych myckach, wędrowni derwisze, skórą okryci, półnadzy, z pałką jak maczuga w ręku. Niewyczerpana to skarbnica studiów dla artysty, niezliczone bogactwo typów, obrazów, barw, kostiumów, a na wszystko płyną z nieba potoki światła i słońca.
A bazar? Kto go nie widział, nie wie, czym jest miasto wschodnie. Bazar to jego serce, nieprzerwanym życiem tętniące, wchłaniające całą jego energię, przetwarzające ją i oddające znowu. Miasto to w mieście, mające swe ulice, swe meczety — jest ich cztery w bazarze teherańskim — swe karawanseraje i swe dzielnice: każdy przemysł i każda narodowość w innej części się mieszczą, bazar perski oddzielony jest całkowicie od bazaru armeńskiego.
Zwiedzać można to szczególniejsze targowisko po kilkanaście i kilkadziesiąt nawet razy i na pewno nie obejrzało się jeszcze wszystkich jego zaułków. W Teheranie, tak jak w Tebrysie, nad ulicami bazaru rozciąga się dach, w którym umieszczono dość liczne otwory pozwalające przenikać światłu. Sklepy są przeważnie tak małe, że wejść do nich trudno. W otwartych drzwiach na podwyższeniu okrytym dywanem siedzi majestatycznie kupiec, podwinąwszy pod siebie nogi, zapijając herbatę lub paląc kalian. Przed nim i za nim rozłożone bogactwa jego sklepu; nieraz te ciasne izdebki mieszczą prawdziwe skarby. Kupiec, nieruchomy i poważny, nigdy gestami ani słowem nie zachęca przechodnia do oglądania lub kupowania.
Są też w bazarze wielkie składy towarów europejskich; tym już brak wszelkiej odrębności, tym bardziej że sprzedają najordynarniejszą tandetę: porcelany i szkła we wszystkich kolorach tęczy, jaskrawe muśliny, kretony i materie, wstążki i kwiaty; pończochy i rękawiczki jedwabne, zielone lub fioletowe. Ulubione to kolory kobiet perskich: używają ich i nadużywają bezmiernie.
W bazarze właściwych wyrobów wschodnich wzrok mój najwięcej ciągną dywany i jedwabie. Dywany, od najskromniejszych wojłoków do najpyszniejszych kobierców jedwabnych, idą całą gamą tonów, cieni i połysków. Tu wyroby turkomańskie o deseniach regularnych, granatowych i białych na tle czerwonym; dywany to drogie, lecz niezniszczalne. Dywany z Dagestanu mają tła jasne, po których biegną delikatne arabeski; dywany Hamadanu najwięcej są do europejskich doborem kolorów i deseniem zbliżone; przecudne wreszcie kobierce z Heratu, jedwabne i półjedwabne mienią się najpiękniejszym skojarzeniem barw i tonów. Na ich tle biało-złocistym, srebrzysto-popielatym, niebiesko-stalowym lub ciemnoróżowym plączą się ze znakomitym zmysłem ornamentacyjnym pomyślane arabeski, kwiaty, rzucane delikatnie kiście palm jak na szalach perskich. Wznoszą się też na nich, jak na obrazach prymitywistów, naiwnie rysowane hieratyczne drzewa o czerwonych owocach. U stóp drzew stoją pawie, rozpościerając zielono-szafirowe wachlarze swych ogonów. Po tych dywanach stąpają tylko królowie i miliarderzy. Zwyczajni śmiertelnicy zawieszają je na ścianach jak obrazy.
W bazarze materii, przy mieniących się, brzydkich i sztywnych jedwabiach wyrobu miejscowego lśnią aksamity i jedwabie z Kaszanu, na których tle czerwonym lub fioletowym rzucane są zygzakowate linie promieni żółtych i zielonych. Jedwabie z Brussy160 i fulary indyjskie o szafirowo-żółtych motywach, tak miękkie i wiotkie, że przez pierścionek przeciągnąć je można, sąsiadują z materiami ispahańskimi, szytymi złotem, srebrem i jedwabiami o przyćmionych barwach. Z kosztownych tych tkanin robią cenne chałaty161.
Dalej idzie szereg sklepów z wyrobami sukiennymi z Resztu. Na tło jednego sukna nakładają — w desenie liści, kwiatów, zwierząt, ptaków itp. — kawałki innych sukien zahaftowane kolorowymi jedwabiami. Brutalna jaskrawość barw i wulgarność rysunku cechuje nowoczesne wyroby tego miasta. Ale między dawnymi są prawdziwie artystyczne czapraki, serwety, zasłony. Gonią się na nich fantastyczne chochliki i zwierzęta, wykwitają wielopromienne słońca i dziwne drzewa rozpościerają szerokie konary.
Tam znów rozłożone są jedwabne haftowane serwety, przezroczyste zasłony, przesnute złotem, grube płótna bucharskie, wyszyte w śmiałe rzuty kwiatów, ptaków i arabesek.
Tam jeszcze sprzedają ispahańskie kalemkory, wyrabiane, jak twierdzą złośliwe języki, w Manchesterze. Rzecz to najzupełniej możebna, bo te nowoczesne kalemkory różnią się całkowicie od dawnych, nieskończenie delikatniejszych, jako wyrób i koloryt. Lecz nowoczesne, dajmy na to manchesterskie kalemkory, są mimo niedbałego rysunku i ostrych kombinacji kolorów efektowne i ciekawe. Są to wielkie płótna drukowane, na których tle, najczęściej białym, a rzadziej czerwonym lub granatowym ciągną się wielkie bukiety kwiatów i wężowate sploty fantastycznych liści, ujęte w szeroką ramę napisów z Koranu. Rysunki innych kalemkorów przypominają sceny ze Starego Testamentu, wieżę Babel, ofiarę Izaaka. Na innych jeszcze widać drzewo wiadomości złego i dobrego, Rustema162 depczącego diabła, Fet-Ali-Szacha z rozłożystą czarną brodą, sceny z życia obyczajowego: kobiety w sukniach jak balony nadętych, palące kaliany i zajadające ssirini. Szeroki uśmiech zastygł na ich księżycowych twarzach. A wszędzie pawie i w ogóle ptaki. Ptak, muzy, króluje w ornamentyce perskiej nad innymi motywami. Odtwarzają go na kalemkorach, bucharach, dywanach, starych malowidłach i porcelanach, które wyrabiali tu na miejscu przed stu laty chińscy garncarze; robią go ze stali inkrustowanej złotem, ryją go dłutem w miedzi, mosiądzu, srebrze.
W bazarze wyrobów miedzianych oglądać można rzeczy przepiękne; panuje w nim tylko hałas nie do wytrzymania. Wyrabiają tu przedmioty codziennego użytku: misy, miseczki, okrągłe olbrzymie tace, na których podają na Wschodzie posiłek. Lecz są tu i wyroby dawne z Kasbinu i Ispahanu: wazony, amfory, miski, tace staroświeckie, na których robotnik-artysta wyrył dziwaczne chimery, sploty liści, zwierzęta, ludzi, epizody wojenne i sceny obyczajowe w obramowaniu oryginalnych napisów z Koranu.
W tejże części bazaru nęcą wzrok stare bronie, szable i kindżały, całe rynsztunki rycerskie, szyszaki i naramienniki, tarcze stalowe, inkrustowane złotem i srebrem w bogatej fantazji desenie. Dalej skrzynie, skrzynki, skrzyneczki z hatemu — mozaiki z kości słoniowej, perłowej masy i delikatnych blaszek złota. Skrzynki ispahańskie z aksamitu haftowanego bladymi jedwabiami, złotem i srebrem; ciężkie skrzynki żelazne i stalowe, wysadzane złotem w wojownicze postacie królów otoczonych przez kornie schylonych dworaków.
Kto wejdzie do bazaru z dobrze wypełnioną sakiewką, nie oprze się pokusie opuszczenia go z próżną kieszenią. Bo nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego, co się w nim kryje. Oto srebrne wyroby z Ispahanu i Szirazu, wypukłorzeźby pokrywające tace, solniczki, kalemdany163. Oto prześliczne staroświeckie malowidła: kolory i złoto nakładane jak u prymitywistów, niesłychanej subtelności ornamentacje; oto delikatne miniatury na kości słoniowej i inne pospolitsze na metalowej płycie. Oto słynne reflets mètalliques, palone w ogniu gliny, mieniące się blaskami roztopionych metalów; sekret ich wyrobu zaginął dziś całkowicie i najmniejsze zabytki sprzedawane są na wagę złota. Ze współczesnych garncarskich wyrobów przypominają je najwięcej rzeczy wyszłe164 z pracowni Golfe-Juanu.
A bazar kalianów! Są w nim kaliany najprostsze, z grubego szkła, ordynarnej165 porcelany lub szyfrowego166 kamienia korassańskiego, i najdroższe, najwspanialsze, staroświeckie i artystyczne, zdobne w emaliowane medaliony i okolone festonami167 pereł, turkusów, szmaragdów.
W bazarze jubilerów kryją się miliony milionów. Olbrzymie turkusy, tak ciemne, jak błękitne niebo Wschodu, szafiry, perły z zatoki Perskiej, szmaragdy z Synaju, brylanty, ametysty, rubiny. Staroświeckie klejnoty, wielkie kolczyki, broszki, naszyjniki w ptaki, kwiaty i liście, sadzone różnobarwnymi kamieniami, wyglądają barbarzyńsko i ciekawie.
*
Rozłożone w innej części tytonie, od jasnozłotych do czarnych prawie, schodzą gamą żółtobrązową. Całe długie ulice zajmuje bazar produktów spożywczych i bazar owoców. Granaty wielkie, czerwone i słodkie, soczyste pomarańcze, cytryny kwaśne i cytryny słodkie, olbrzymie jak głowy ludzkie; bachanalia168 winogron zielonych, złotych, czarnych i rubinowych; jedne z nich maleńkie i jak miód słodkie, schną na gałązkach w rodzenki; inne znów, długie na pół palca, zielono-różowe, najładniejsze są, lecz nie najlepsze. Podłużne melony ispahańskie, białe jak śnieg i jak śnieg zimne, zwyczajne melony stref naszych, figi, daktyle, pistacje. Zdaniem moim, najgorzej dojrzewają na gruncie Persji gruszki, brzoskwinie i wiśnie; nie są ani słodkie, ani smaczne. Porzeczek i agrestu nie ma wcale; maliny hoduje kilku Europejczyków, a truskawki pielęgnują baghbani169 w ogrodach różnych dostojników i sprzedają je za dość słoną cenę, oczywiście bez wiedzy swych panów.
Jednym z najcharakterystyczniejszych obrazów bazaru jest widok ulicznych kuchni. Aszpez170 bazarowy rozdmuchuje leniwie wachlarzem ogień z drzewnych węgli tlący się na małej, żelaznej fajerce, nad którą warzy się na parze ryż w ilościach niezmiernych lub pomidory nadziewane tymże ryżem albo mięsem. Nad innymi fajerkami skwierczą na rożenkach kebaby i gotują się potrawy z baraniny, zaprawione przepalającym podniebienie sosem. W glinianych miseczkach piętrzą się góry marynat (turszi), kwaszonych ogórków, melonów i najróżnorodniejszych jarzyn w occie. Prawowierny Pers nie uznaje bez nich jedzenia. Przy ulicznych tych kuchniach pełno też kahwe-khaneh (dom kawy), w których kipią potężnych rozmiarów samowary i warzy się aromatyczna kawa w miedzianych czarkach o długich rączkach. Persi, tak jak Turcy, nie cedzą kawy przez żadne filtry. Przetartą w żarnach na pyłek drobny jak najdelikatniejsza mąka, gotują z odpowiednią ilością wody i cukru; przyprawiona w taki sposób jest prawdziwym nektarem.
W godzinach południowych naokół kuchni gromadzą się tłumy. Jedni w szmaty chleba zawijają kebaby, inni, biedniejsi, sypki ser owczy. Ryż znika błyskawicznie szybko. Uliczni handlarze herbaty z blaszanym samowarem i skrzynką drewnianą, w której mieści się cukier i szklanki, krążą po wszystkich zaułkach bazaru. Bogatym kupcom przynosi służba na tacach liczne dania.
*
Jeżeli brak czasu i możności na odwiedzanie bazaru — bazar sam do domu przychodzi. Codziennie do każdego Europejczyka stuka kilku dellalów, przekupniów wędrownych, przeważnie Żydów. Dellal posiada zazwyczaj osiołka, którego objucza towarem; sam w przepaścistych jak otchłanie kieszeniach chowa mnóstwo najróżnorodniejszych drobiazgów. Gdy go karauł odprawia, nudzi go i prosi dotąd, póki nie uzyska pozwolenia wejścia na podwórze. Dellale opłacają się zresztą służącym i pełniącym straż wojakom. Nie zraża dellala oświadczenie, że nic stanowczo odeń się nie kupi. On też bynajmniej nic sprzedać nie pragnie, chciałby tylko, by hanum, którą on tak kocha (liczy zawsze na słabość kobiet do zakupów), obejrzała, jakie to on ma dziś cuda. „Tamasza bekunid, hanum”171. I z komicznymi grymasami mającymi wyrażać bezmiar zachwytu, jakim przejmują go jego piękne rzeczy — pozbędzie się ich jedynie przez miłość dla frengi — dellal rozkłada jedwabie, dywany, szale, kalemkory, skrzynki, tarcze, hełmy. „Hanum, in Szak-Abbos!!!” Oczy mu w słup stają, gdy pokazuje mi jakiś pancerz pierwotnej bardzo roboty. A ta znów siekierka nasadzana złotem należała do Fet-Ali-Szaha. Kiwa głową, wymachuje rękoma, sam wprost uwierzyć nie może, że los uczynił go posiadaczem tak cennych zabytków, sfabrykowanych zresztą przed paru miesiącami w bazarze przez umiejętnych naśladowców starzyzny.
Dellal miesza zabawnie w mowie do swej perszczyzny kilkanaście wyrazów francuskich, dodających według niego siły i dobitności określeniu. „Hanum, in hejli172 très joli! Hejli antique! In or, argent, brillant, télégraphe-or!!”173 Złoto telegraficzne (?) oznacza w jego pojęciu najszlachetniejszy gatunek metalu.
Rozłożywszy na tarasie domu wszystko, co zawierała nosza osiołka, dellal wydobywa ze swych wielkich jak worki kieszeni łyżki do sorbetów delikatnie rzeźbione w drzewie oliwnym, srebrne pudełeczka emaliowane i inkrustowane, stanowiące rodzaj amuletów i jako takie przywiązywane do ramienia jedwabnymi sznurkami; wierni noszą w nich podobno przykazania Mahometa. Niektóre z nich prześlicznie są cyzelowane i przedstawiają skończenie artystyczne cacka. Z kieszeni dellala wyłaniają się nowe skarby: miniatury, pierścionki, kamienie pozawijane w brudne papierki, monety srebrne z czasów Aleksandra Macedońskiego, główki starych kalianów niebieskie od turkusów. Mimika kupca, rozpływającego się w podziwie nad własnym bogactwem, dochodzi do najwyższego napięcia; w głosie brzmi ekstaza.
Zasadą dellala jest, rozumie się, bezwzględne obdzieranie frengi. Lecz nie obraża się bynajmniej, gdy mu zaproponować dziesiątą część żądanej przez niego ceny. Najczęściej po paru „hanum”, bolesnym wyrzutem nabrzmiałych, po kilku pełnych godności zapewnieniach, że jego samego drożej to kosztuje, wyciąga rękę po zapłatę. „Male szuma, hanum, mniejsza o to, że ja biedny stracę na tym interesie!”
Spomiędzy niezliczonej ilości ulicznych typów dellal jest bez wątpienia najwięcej zajmujący. Szczerze się przyznaję, że lubię jego długie przemowy, przesadne zachwalania i wyrazistą gestykulację. Może obdziera nas trochę, i bardzo, lecz o to nie mam do niego najmniejszej urazy.
W kategorii typów ulicy zaznaczyć jeszcze muszę tabakieszów, dźwigających na głowie nakrytej płaską mycką olbrzymie tace lub wprost drewniane kręgi, na których ustawiają stosy talerzy, baterie kieliszków, szklanek, karafek, kryształowych świeczników, lamp, filiżanek. Z niesłychaną zręcznością przesuwają się przez tłum ze swym ładunkiem i nieocenione oddają usługi przy przeprowadzkach. Nigdy, przenigdy nie stłucze tabakiesz najmniejszego drobiazgu. Wzdłuż ulic krążą też roznosiciele wody z wielkimi skórzanymi bukłakami ociekającymi płynem.
W miejscach, gdzie się ruch koncentruje, siedzą balwierze174 z całym swym przyborem; żołnierze zajmujący się zmianą pieniędzy rozkładają na wywróconych dnem skrzynkach monetę srebrną i miedzianą; handlarze lodów pchają wózki ze swym przysmakiem, cuchnącym łojem bardzo, mimo to przez lud cenionym. Służący rujnują się na ten specjał, nawet karauły ulegają pokusie i wydobywają z brudnych szmatów skrzętnie chowane szai175.
Fizjonomia miasta zmienia się w jednej prawie chwili z nadejściem wieczoru. Zaledwie słońce skryje się za górami, rozlega się z minaretów „Allah-hou” muezinów, wzywających wiernych do modlitwy. Wnet ustaje praca dzienna, opróżniają się ulice i sklepy bazaru, kupcy spieszą do domów; wraz z nocą schodzi cisza. Słychać tylko częste naszczekiwanie psów trędowatych, wyleniałych i poranionych, których gromady wylegują tu pod murami jak w Konstantynopolu. Chwilami rozbrzmiewa przeciągłe i żałosne „Allah-Ali” derwiszów. Miasto usypia, czuwają już tylko Europejczycy.