Dzień chytrego Rosomaka

Rubinowe latarnie w okiennicach i krzątanie się Żurawia budziły wodza. Szedł do kąpieli i spóźniał się na śniadanie, bo tu i ówdzie zajrzał. Ze wszystkich stworzeń leśnych najmilsze mu były ptaki — te obserwował i badał z zamiłowaniem. Wokoło chaty pełno było skrzynek na drzewach i Rosomak doskonale znał historię i sprawy każdego skrzydlatego stadła. Żaden z leśnych ludzi nie mógł się pochwalić, że odkrył jakieś nowe gniazdo, bo ledwie zaczął, już wódz podpowiadał:

— W leszczynie, prawie na ziemi. Wiem, to dzierzba! — Albo: — Na sośnie za garbem. widziałem, to sikora czubatka zajęła stare wiewiórcze.

Miewał specjalnych faworytów.

W zmurszałym pieńku brzozowym niedaleko krynicy odwiedzał co dzień raszkę siedzącą na jajach. Pierwszego dnia sfrunęła; gdy wróciła, znalazła kilka mrówczych jaj w gniazdku. Na drugi dzień, gdy ujrzała nad sobą twarz olbrzyma-człowieka, zdrętwiała. Czarne jak paciorki oczki wyrażały bezgraniczną grozę. Olbrzym rzucił znowu kilka mrówczych jaj i odszedł. Na trzeci dzień już przysmak porwała od razu i odtąd, słysząc trzask gałęzi pod stopą olbrzyma, czekała na odwiedziny nietrwożna.

Po śniadaniu Rosomak oprawiał lampkę przed Królową, rąbał szczapy, wzuwał chodaki i szedł w las.

Brał ze sobą torbę, siekierę, sznur z hakiem na końcu i przepadał bez śladu. Szedł zwykle bardzo wolno, cały w słuch skupiony. Przystawał często, do pnia przytulony, albo wyciągał się pod krzakiem nieruchomy.

Las ledwie porastał drobnymi liśćmi; była to najlepsza, ale krótka pora do spostrzeżeń ornitologicznych.

Co dzień też Rosomak odwiedzał pszczoły. Od paru lat zajmowały dziuplę w starej wierzbie. Znał je dobrze. Czarne były, małe, bardzo cięte — dzikie, borowe.

Gdy leśni ludzie zajęli chatę, już je zastali. Ale dotąd nie było z nich pociechy.

Dziupla była nieszczelna, zmurszała, drzewo marne. Dobierały się do niej dzięcioły zielone, niszczyły myszy. Po zimie ledwie zostawała garść narodu, a zanim się wyhodowały pszczoły, nadchodziła jesień.

W tym roku działo się najgorzej.

Ledwie chodziły na kwiaty, robota szła ospale, nie przynosiły do ula pyłku.

— Nie ma matki! — rzekł Rosomak po dłuższej obserwacji.

Ruszył w puszczę i rozmyślał.

Na leśnych fiołkach, co właśnie zakwitły, na łozowych kocankach pszczół było pełno.

Musiała istnieć druga dzika barć, bo od osad ludzkich, od sadów i pól, przez te bagna i moczary za daleko było pszczołom lecieć. Barć musiała być — ale gdzie? Przez lat parę Rosomak ten swój raj schodził z końca w koniec, z kąta w kąt — i nigdzie barci nie widział drugiej.

Teraz znaleźć musi, te sieroty poratować. Położył się na polanie liliowej od fiołków. Pracowity naród zbierał słodycz skrzętnie i odlatywał. Każdą pszczołę człowiek leśny oczami odprowadził i zrazu niczego się nie dowiedział. Snuły się tu i ówdzie. Wreszcie wypatrzył, że jedne były małe i ciemne, inne większe i żółciejsze.

Po godzinie cierpliwości badacz stwierdził, że te pierwsze wracały ku wierzbie, drugie zaś wznosiły się nad drzewa i kierowały na wschód.

Miały przy nóżkach koszyczki złotego pyłku, a przy robocie nuciły wesoło.

Rosomak powstał z triumfem.

— Tam są i mają matkę! — rzekł, puszczając się za nimi na wschód.

Po drodze obejrzał każde stare drzewo; co raz na polankach przystawał, znowu owady śledził, znowu za nimi dążył, aż stanął nad nieprzezwyciężoną zaporą.

Była to smuga trzęsawiska.

— Aha! W borze barć mają! Żółte są jak żywica. Że mi to na myśl nie przyszło! Tam ich raj, w tej choinie.

Za trzęsawiskiem, jakby wyspa wśród morza, była wyniosłość niewielka, porosła starymi sosnami.

Widział wyraźnie ich złote pnie, grube konary i czarniawe korony. Jedna, jakby przodownica, nosiła olbrzymią czapę z bocianiego gniazda.

— Zda się, ręką do nich sięgnąć, a „wara” mówi topiel. Bezdenna jest; ani krzaka, ani drzewka, ale wąska! Nie więcej jak półtorasta85 kroków! Dostać się tam trzeba!

Położył się i rozważny plan układał. Zaraz też spróbował gruntu, cofnął się i zaczął rąbać łozy, układać w snopy i wiązać.

Robotę przerwał mu sygnał obiadowy. Gdy zasiedli do stołu, każdy opowiedział o swych przeżyciach i wrażeniach.

— Wiecie, wodzu, dudek zagląda do skrzynki! — pochwalił się Pantera odkryciem.

— Toś rewidował skrzynki?

— A tak mnie ochota wzięła Kubę naśladować! Przejrzałem siedemnaście.

— Ładna porcja jak na jeden dzień.

— Byłoby więcej, ale na jesionie ladaco gałąź mnie zdradziła. Gruchnąłem o ziemię i zwichnąłem rękę.

— No i co?

— Ano nic, wyhukałem Żurawia-doktora, w mig mi nastawił, ale zabronił udawania Kuby przez parę dni.

— I bez mego zakazu nie mógłbyś pokazywać łamanych sztuk w tej chwili: ścięgno masz mocno naciągnięte.

— Cóż znalazłeś w skrzynkach?

— Najwięcej sikor-bogatek. Mają już pisklęta; w jednej naliczyłem dwanaście rozwartych gardzieli. To dopiero robota wykarmić taką chmarę. W kilku muchołówki, te małe, nakładły błękitnych jaj. W dwóch są sikory-modraczki; wysiadują tak twardo, że je można ręką brać. W jednej syczał na mnie krętogłów jak wąż, w innej złajały mnie szpaki, ale na tym jesionie właśnie miałem najgorsze przyjęcie. Zgadnijcie, kto go zajął?

— No któż by? Może dzięcioł?

— Trzmiele! Niewielkie, szare. Sypnęły mi się do oczu, więc zmykałem co tchu i przez to na gałęzie nie zważałem. I gruchnąłem.

— No, a w którejże było to gniazdo gołych mysząt, coś mi je łaskawie włożył do maszynki kawowej? — spytał spokojnie Żuraw.

— Ja? Myszęta? Jakie? Kiedy?

— Ach, prawda! To także pewnie „domowy”! Żeś go nie wołał na pomoc przy zwichniętej ręce!

— „Domowy” na medycynę nie chadza.

— A ja mam złą wieść. Pszczoły w wierzbie nie mają matki!

Zafrasowali się86 obydwaj i jęli radzić.

— Pójdę po czerw87 do Odrowąża — ofiarował się Pantera.

— Kładki do Odrowąża są jeszcze pod wodą, a takie kręte, że sto razy można się pomylić i w bagno wpaść.

— Może do domu pojechać, bo i chleba już mamy niewiele. Nawet nie mogę zrozumieć, gdzie mi tak prędko wyszedł — rzekł Żuraw.

— Gdzie? Pewnie „domowy” wyniósł i schował lub przepasł nim Hatorę — zaśmiał się Rosomak.

Obydwaj spojrzeli na Panterę, który z miną niewiniątka wciągał sznurki w świeże chodaki łykowe.

— Do domu jechać w tych dniach nie można — rzekł, jakby końca rozmowy nie słyszał — bo mi Łatana Skóra powiedziała dziś na ucho, żebym jej akuszera sprowadził. Czy pan doktor będzie łaskaw? — zwrócił się z ukłonem do Żurawia.

— Wypatrzyłem drugą barć — rozstrzygnął kwestię Rosomak.

— No to po co majaczysz i nas się radzisz?

— A po to, żem fajki poobiedniej nie dopalił, a wyście statków nie zmyli. Jak się to skończy, to ruszymy wszyscy na ciężką robotę. Barć jest na Chojowej Górze, za topielą.

— Aha, musimy faszyną88 jakie takie przejście wymościć i jeszcze się skąpiemy po pas. Dobra nasza! Jazda! — porwał się Pantera do zmywania.

Po chwili ruszyli wszyscy trzej, zostawiając chatę pod opieką Opatrzności. Nawet Kuba, zgorszony tą ogólną wyprowadzką, dopędził ich i wsunął się na poobiednią drzemkę do kieszeni Żurawia.

Szli poza drogą za Rosomakiem i mówili o zamierzonej robocie.

— Co roku na świętą Annę89 spoglądam na tę Chojową Górę i łeb suszę, jak by się tam dostać — rzekł Pantera.

— Dlaczegóż specjalnie na świętą Annę? — spytał Żuraw.

— Bo święta Anna grzyby sieje. Nie wiesz? Na Chojowej Górze rosną pewnie od początku świata co roku i nikt nie zbiera, boć tam nawet zimą trudno się dostać. Przeklęta topiel!

— Dla innych przeklęta, a dla nas błogosławiona — poprawił Rosomak. — Mielibyśmy to taki swój świat i raj, gdyby bite drogi szły do chaty? Ucieklibyśmy po tygodniu, bo ludzie by nam życie zatruli.

— Pewnie. Chłopi i baby do Żurawia z chorobami, Żydzi po ryby, no i goście. Rany Pańskie! Jak kiedy posłyszycie w nocy, że jęczę, wiedzcie, że mi się to śni.

— Niech no kładki do Odrowąża nad wodą się pokażą, stary wnet się zjawi prawić mi o łamaniu w kościach! — rzekł Żuraw.

— Ten do nas pasuje. Jemu jestem rad — uśmiechnął się przyjaźnie Rosomak. — On mnie uczył leśnego bytu.

Stanęli nad topielą i zaraz zawzięcie zabrali się do roboty.

Wiązali faszynę i słali jakby pomost. Całe bagno chybotało się pod stopami; musieli omijać zupełnie nieporosłe bezdnie, szukać choć nikłej skorupy białawego, gąbczastego mchu. Coraz to któryś zapadał się i towarzysze musieli go wyciągać na sznurze. Zmoknięci, czarni od szlamu, parujący potem, mordowali się, walczyli, zdobywali krok za krokiem — tak w swym uporze zaciekli, że nawet się nie odzywali. A wszystko dla zdobycia tej krzyny czerwiu dla sierocego roju pszczelego.

Gdy hejnał wieczorny odtrąbiły żurawie, pół brodząc, pół pełznąc, Rosomak wydostał się z grzęzawicy i bez tchu legł pod sosną-przodownicą. Towarzysze słali bezpieczniejsze przejście, ale już też byli bez sił.

— Wracaj, pora do chaty! — zawołał Żuraw.

— Wracajcie, ja tu zostanę, zanocuję. Jutro rano przynieście, ile znajdziecie, sznurów, garnek z żurem, kapelusz z siatką, co wisi na ścianie w komorze, no i chleba kawałek na śniadanie.

— Zgłodniejesz, zmarzniesz w mokrej bieliźnie! — wołał Żuraw troskliwie.

— Zapałki i tytoń miałem w czapce, więc są suche, siekiera i nóż jest, chrustu nie brakuje. Przenocuję doskonale, o świcie już barć znajdę i co trzeba, przygotuję, zanim przyjdziecie. To nie ramowy ul90, co tylko daszek uchylić. Będziemy mieli jeszcze kramu co niemiara. Spocznę przed ciężką robotą. Żegnajcie!

— Do zobaczenia! Będziemy o świcie.

Rosomak został sam. Wypoczął chwilę i wnet zaczął się rozglądać i po swojemu otoczenie badać.

Zdziwiła go niespotykana cisza tego ostępu. Był pewny, że zastanie ptasie królestwo bezpieczne — a była pustka.

Ani ujawniania się, ani świergotu, ani przedwieczornego rozgardiaszu.

Sosny stały jakby nieme; nawet wokoło wydawały się puste. Życie kipiało dopiero za topielą.

— Jakiś zaklęty kąt! — szepnął, powstając.

Obszedł brzegiem, rozglądając się. Ród starych sosen mieszał się dalej ze zwartym świerkowym porostem, podszytym gęstwą paproci i jeżyn.

Gdy przystanął, szukając możliwej szczeliny, nagle na sośnie, tuż za nim, zaszczekał pies.

Rosomak instynktownie za pień się cofnął i spojrzał w górę.

Na konarze, obok siebie, siedziały dwie nieruchome, wielkie, bure postacie. Patrzyły na niego dwie pary jaskrawopomarańczowych, okrągłych oczu, mrugając; twarze starych skąpców czy zbrodniarzy wykańczał — w typie zbójeckim — czarny, potężny, zagięty nos-dziób.

Bez ruchu i głosu człowiek i para wielkopańskich rycerzy-rabusiów patrzyli na siebie.

Zrozumiał Rosomak ciszę i pustkę tego ostępu. Panowała tu tyrania bandyty w pióropuszu na głowie.

Zniszczył życie wokoło, wymordował wszystko i królował, i władał — mocarz siły ponad prawem.

— Tuś mi, krzyżacka wywłoko! — warknął zajadle Rosomak. — Tuś mi, herbowy rakarzu91, kacie leśnego stworzenia, bezbożniku możny, tyranie słabych, cichych i spokojnych! Teraz na cię sąd i prawo! Teraz na cię kres! Słyszałem nieraz w nocy twe krwawe hasło i jęk ofiar i szukam cię już lata. Aż mnie tu przyprowadził opiekun pomordowanych ptasząt, byś za żywot łotrowski gardło dał. Ostatnia to twoja noc!

Zawrócił i odszedł, rzuciwszy tę groźbę. Jeszcze korzystając z ostatnich chwil dnia, odszukał barć. Wskazały mu ją wracające z boru pracownice i ucieszył się, że była niewysoko i otwór miała dość szeroki.

— Teraz spocznę i ciszy posłucham — rzekł, wyciągając się na mchach.

Ale odpocząć nie mógł. Słońce zgasło, z bagien wstawały chłodne opary; ogarnął go ziąb. Więc się rozebrał, wytarł ciało do czerwoności mchem i znowu wilgotną bieliznę naciągnął. Teraz się rozgrzał, na głód fajkę wypalił i rozdmuchał na brzegu niewielki ogieniaszek.

Obruszyło to panów ostępu.

— Uhu, uhu! — rozległo się ponuro, groźnie.

Czarny cień wysunął się z gąszczy, miękkie skrzydła musnęły go prawie w locie, zakołowało straszydło nad ogniem i popłynęło nisko nad topielą do lasu po łup. Po chwili drugi za nim podążył.

„Uhu, uhu!”. Unguibus et rostro92! Szponami i dziobem! Herbowa dewiza i bojowy zew! „Uhu, uhu!”.

Wyciągnięty przy ogniu Rosomak słuchał. Od puszczy grzmiał weselny, wiosenny chór: łkanie słowików, bełkotanie cietrzewi, pobekiwanie kozłów. Na bojowe hasło rabusia — zaledwie chwila ciszy i znowu radosne hymny młodego życia.

Nagle rozdarł powietrze krzyk bólu, grozy, śmierci — i znowu cisza.

— Zadarł93 zająca! — szepnął Rosomak.

Na niebo wypłynął księżyc. Mgły w jego widmowym świetle utworzyły korowody tańczących mar w gzłach powłóczystych. Żabie kapele im grały, powiew wiatru układał figury, grupy i koła.

Gdzieś daleko chlupnęła woda, coś zatętniło, zaklekotało, rozdarło korowód mgieł.

— Łoś idzie przez pohybelnik94! — szepnął Rosomak. — Dlatego nie ma topieli.

Jak widmo, bez szelestu piór, rabuś znowu nad nim przeleciał i zapadł w gąszczu.

— Z łupem wraca! Ma w gnieździe małe!

Ale wreszcie ze zmęczenia i trudu ogarnęła Rosomaka senność. Jeszcze patrzył, jak dym ogniska ku mgłom ruszył i w tan się wmieszał, jeszcze słyszał ostrzegawcze krakanie krzyżówki-matki i nagle ruszył i on za dymem i mgłami.

I taki był lekki jak one. Zrobił się dzień, a on szedł przez topiele, zaglądał do gniazd, głaskał ręką ptaki, przepływał rzekę, objąwszy ramieniem łosia za szyję, przypatrywał się, o krok stojąc, jak bąk-odludek zatapiał dziób w szlamie i buczał donośnie, i odtrącał pięścią puchacza od srokatego koźlęcia łani.

I takim snem czarodziejskim skończył się pracowity dzień wodza-Rosomaka.

Zbudziły go żurawie poranne trąby. Zerwał się. Ledwie bursztynowe były zorze na wschodzie i jeszcze senność w przyrodzie. Szpilki sosen miały na końcach paciorki z rosy; na próg barci wyszło kilka pszczół-wartownic i przecierały skrzydełka. Żaden ptak nie śpiewał. Czając się, unikając gałązki pod stopą, Rosomak ku gąszczom się przysunął.

Na tym samym konarze puchacze siedziały nieruchome, nadęte, ze złożonymi czubkami i spały — syte mordem.

Na dziobach i pazurach miały śliskość świeżej posoki95.

Cofnął się Rosomak, ognisko rozdmuchał i znowu omamił głód tytoniem.

A tymczasem świat się zbudził, rozbarwił, rozśpiewał z taką ochotą i zapałem, że aż zarażony tym leśny człowiek począł nucić półgłosem:

Co dzień z rana rozśpiewana

chwal, o duszo, Maryję!96

— My som97! Wodzu! — rozległo się za topielą; poderwał się Rosomak.

— Witajcie! Przynieśliście sznury?

— Całe mnóstwo.

— Zwiążcie razem. Przytwierdźcie jeden koniec do brzozy na brzegu, ciśnijcie mi tu drugi z hakiem. Weź cały rozmach, Żurawiu, bo Pantera kaleka!

— Aha, będzie poręcz z braku mostów. A może mamy chodzić po linie? — wołał Pantera.

— Ty nie dworuj98, ale wracaj pędem do chaty, przynieś strzelbę i cztery świeże naboje!

— Co się stało? Ryś tam może siedzi?

— Gorszy zbrodniarz! Śmigaj, chyża Pantero!

Sznur padł w wodę niedaleko sosen. Rosomak go dosięgnął, przytwierdził do drzewa i po chwili Żuraw wylądował obładowany.

— Chleba! — upomniał się Rosomak i dostał pełną torbę.

— Na kogo śmierć? — zapytał Żuraw.

— Zaraz ci pokażę.

Tymczasem jadł chleb i mlekiem popijał, aż pokraśniał na czarniawej twarzy.

— Barć jest?

— Jest, na tej sośnie z krzywą rosochą99. Nie wziąłeś przypadkiem dłutka i małej piłki?

— Wziąłem.

— Toś zuch!

— Ano, tyle lat w twojej szkole. Wykształciłem się. A u nas nowina! Przyleciał z dworu chłopak, że jakiś do ciebie gość przyjechał.

— Kto? Co za licho!

— Mówił, że jakiś panicz.

— No, szczęście, że nie jakaś stara ciotka. „Panicz” może poczekać. Jest tam co jeść i na czym spać. No, syty jestem.

— To mi pokaż zdobycz.

— Poczekaj na Panterę. Nie można bestii płoszyć.

Czekali więc, z cicha gwarząc o swym bycie. Aż ukazał się laufer100 Pantery: po sznurze biegł Kuba, przywitał wodza i śmignął na sosny. Za nim mozolniej chlupał po wodzie i skakał po pękach łozy Pantera.

Zebrali się i wstali do pochodu, gdy Rosomak, patrzący za Kubą, wskazał nań ręką.

Wiewiór wracał z gąszczy bez tchu — po ziemi, oglądając się ze zgrozą.

Dopadł Żurawia, wcisnął mu się za bluzę, głęboko, aż pod pachę. Dygotał całym swym mizernym ciałkiem i piszczał żałośnie.

— Co mu się stało?

— Zobaczył kata lasu. Chodźmy, tylko po łowiecku, cicho!

Wziął Rosomak strzelbę, włożył naboje i z gotową do strzału ruszył.

Podkradli się bez szelestu. Wtedy lufę podniósł w górę, a oni za nią poszli wzrokiem.

— Mnisze plemię grabicieli, zbójów! — szepnął.

— Junkier101 Eduard i Kunigonda! — dopowiedział Żuraw.

— Bić, wodzu! — warknął Pantera.

Strzał padł, po sekundzie drugi. Eduard gruchnął z gałęzi jak gromem rażony, Kunigonda miała tylko czas skrzydła rozwinąć i zawisła na nich — już martwa — w świerkowej gęstwinie.

— To był dubelt102 mistrzowski! — zawołał Pantera.

— Kiedyś, gdy byłem głupi i myślałem, że wolno zabijać, uchodziłem za dobrego strzelca! — rzekł Rosomak, stawiając strzelbę pod drzewem. — Ale dzisiaj nie zabijałem, tylkom spełnił wyrok. Na zasadę siły przed prawem przychodzi dzień sądu i wypłaty. Niech mi las potwierdzi, żem prawy mściciel! A teraz szukajmy gniazda!

— Na ziemi?

— Odrowąż mi mówił, że się gnieździ byle gdzie: na pniaku, na kępie, przy pniu. Zresztą poznamy po trupiarni. Patrzcie, ile tu piór i kości. O, zielone czapki kaczorów, resztki czajczych czubków, cietrzewie, lirowate sterówki. A ot, świeżutki zając marczak. Słyszałem jego śmiertelny jęk tej nocy. Weselniki barwne, kraśne, młode, oszalałe wiosną i miłością, tu łupem były nienasyconego zdziercy, żarłoka, grabiciela. Wszystko grozą swych szpon ujarzmiał i pożerał. Toć ten jego ostęp to cmentarzysko całej puszczy. Nikt nie miał prawa do życia i bytu — tylko on.

— Wodzu, tu na świerku jest jakaś kupa gałęzi, ale ja się nie wdrapię! — zawołał Pantera z gąszczu.

Poszedł Rosomak między obwisłe gałęzie i z trudem przeciskał się ku górze.

— A jakże, stare orle gniazdo zagrabił i swój przeklęty lęg103 umieścił. Jest troje młodych. Jeszcze białe, ledwie wyklute, a już kłapią szczękami i w rękę mnie dziobią. Może żywcem wziąć i wychować na niewolników?

A wtem spod świerka rozległ się żałosny okrzyk Pantery:

— O zbrodniarz! Toć tu leży skórka naszego Tupcia!

— Co znowu! — zawołał Żuraw. — Alboż jeden jeż w lesie. Pokaż, ja poznam. Gdym mu nóżkę opatrywał, musiałem jeden pazur obciąć.

Zamilkł, więc Rosomak spytał:

— No i co?

— Tak! Nie ma naszego Tupcia! — odpowiedział Żuraw, a Pantera, rozjuszony, krzyknął:

— Nie żywić przeklętego płodu! Łby im poukręcać!

Rosomak cisnął na ziemię gniazdo i lęg.

— Sczeźnijcie do ostatniego! — warknął.

Leśny człowiek spełnił odwet puszczy.

Wrócili pod sosnę-przodownicę i założyli obóz.

— Na przyszłą wiosnę ten ostęp stanie się ptasim wyrajem. Zatokują tu głuszce-brodacze, będą kuć dzięcioły, mysikróliki powieszą kunsztowne kołyski, w świerkach osiądą gołębie. Wrócą tubylcy zaradni, zapobiegliwi, niedrapieżni, weseli i łagodni. Teraz ci uczynili pustynię!

— Powiesić je po śmierci!

— Nie. Zabiorę i pięknie spreparuję. Zastąpią tę naszą na wpół przez mole zjedzoną sowę, co ją używasz na wrony jesienią. A teraz do barci!

— Jeślim ci niekoniecznie potrzebny, idę do chaty! — rzekł Żuraw. — Puchnę od żądeł jak potwór, a Kuba nie daje się z zanadrza wydobyć; pogryzł mnie, podrapał i bezustannie się trzęsie ze strachu.

— Mądry jest. Tupcio, nocny włóczęga, ufał swym kolcom i ot, jak skończył. Tak, Kuba, nie ma jak rękaw ze starego kożucha. Tam cię i junkier Eduard nie znalazł i nie złupił.

Poszedł zatem Żuraw do chaty i tu dopiero Kuba ośmielił się na świat wyjrzeć. Ale od tej pory przestał zupełnie od domu się oddalać, nawet na wabienie rudej zalotnicy.