Dzień czujnego Żurawia

W komorze, gdzie sypiali we dwóch, okiennica była zamknięta i koncert ptasi budził Żurawia. Wpół drzemiąc, rozkoszował się muzyką, ale się nie zrywał, bo czekał na rubinowy sygnał.

Wschód słońca uderzał w okiennice i prześwietlał żywiczne sęki jakby latarki czerwone. Wtedy Żuraw wstawał.

Szedł zaraz z wiadrami po wodę do krynicy i czytał znaki na polanie.

Ślady znać było na srebrze rosy: okrągłe kopyta klaczy, podłużne racice Hatory, lekkie stopy Pantery. Od obórki wił się, jak tasiemka, ślad węża.

Kis wypijał mleko i szedł na łowy. Ale miał zwyczaj skręcać do zdroju i Żuraw go tam często spotykał. Wysoko wzniesiony nad wodą, przeglądał się jak w zwierciadle, kołysząc się zalotnie.

— Gdzie też próżność nie mieszka! — filozofował Żuraw ubawiony. — I ten się sobą zachwyca. Dobrze, że tu Ewy nie ma!

Wracał z wodą, rozpalał ogień, sprzątał izbę i szedł do kąpieli. Gdy się wypucował i ubrał, zastawał zwykle w izbie całą kompanię przy śniadaniu.

Wtedy rozważano robotę dzienną.

— Ja muszę ukosić szuwarów na ściółkę — rzekł Pantera. — Lada dzień będziemy mieli urodziny. Gadałem z Łataną Skórą: córki się spodziewa.

— Będzie jej pewnie Sroka na imię.

— Ja muszę być aż za Proszalną Brzozą, lizawki81 dla saren zrobić — rzekł Rosomak.

— Może byś poszukał raków w jeziorku, Żurawiu?

— Chyba po południu! Jeszcze ogródka nie doprowadziłem do porządku i mam kram z mlekiem.

— To mi daj soli w torbę i zostań zdrów!

Wzuli buty. Pantera kosę wytoczył i poszli.

Żuraw statki pozmywał i zabrał się do swych ukochanych roślin. W małym ogródku przy chacie zabawiał się w aklimatyzację kwiatów leśnych. Przynosił z puszczy storczyki, dzwonki, amarantowe gladiolusy, rutewki, gruszyczki, spiree, walerianę i miał to wszystko pod amatorską pieczą.

Wyciągnął się obok grządek i oglądał plantację, gdy posłyszał szelest u płotka.

Usunął się szybko z obawy przed żmiją, ale ujrzał zdziwiony Tupcia.

— Dlaczego Tupcio nie śpi o tej porze?

Jeż podniósł ryjek, jak mógł najwyżej, a człowiek leżał — byli zatem w pozycji do pogawędki.

— Może Tupcio głodny?

Nie, sądząc z tuszy, raczej był obżarty.

— Ale twarożku Tupcio zje? Prawda?

Wilgotny ryjek dotknął ręki. Miał jakiś interes, ale trzeba się było domyślić.

Pogłaskał go Żuraw po łagodnie złożonych kolcach.

— Przyjdzie Tupcio do izby, są świeżutkie rybie wątróbki.

Wstał i obejrzał się. Tupcio sunął powoli i kulał, więc go wziął na ręce i obejrzał.

Tylna nóżka Tupcia była spuchnięta, a gdy jej dotknął, jeż zaczął fukać i drżeć. Żuraw usiadł na przyzbie i kończynę starannie zbadał. Okazało się, że cała stopka była oplątana włosiem, które się wżarło w ciało i spowodowało obrzmienie.

Odbyła się operacja, widocznie bardzo bolesna, bo Tupcio fukał i nóżką targał, a nawet w najgorszej chwili ukąsił Żurawia, ale się nie jeżył i nie skręcał. W końcu, gdy poczuł ulgę, rękę człowieka malutkim języczkiem liznął.

Dostał potem obiecane rybie wątróbki i o ile to było możliwe, jeszcze napęczniał, tak że z trudem wsunął się w cholewę buta i fuknąwszy na pożegnanie, zasnął do wieczora. Kuba przyglądał się operacji z okna, gdzie się na słońcu wygrzewał.

„Także gust!”, myślał. „Taki cudny czas przesypiać w jaskini. Rozumiem, że to się robi zimą, ale teraz? Idiota!”.

Żuraw spojrzał na słońce i zabrał się do gotowania obiadu. Na skrzyp drzwi od spiżarni Kuba się też przysunął. Żuraw był rozczulony jego przywiązaniem, ale po prawdzie Kuba, wskutek życia w dostatkach i bez troski pędzonego, stał się skończonym typem sybaryty82.

Wstawał późno i dla nabrania apetytu trochę fikał po lipie. Przez parę pierwszych dni dawał się namówić Rosomakowi lub Panterze na spacer do lasu, ale przekonał się wkrótce, że orzechów nie było na leszczynie ani ziaren w szyszkach; by obgryzać pączki, był zbyt wielkim smakoszem — zostawiał to hołocie dzikiej.

Wiedział zaś, że pod opieką Żurawia w spiżarni była spora blaszanka z orzechami i druga z ziarnami słoneczników. Zatem nie odstępował przyjaciela, a ten brał snobizm za przywiązanie i pasł go, ile ten mógł wytrzymać.

Gdy Żuraw usiadł na przyzbie i obierał kartofle, Kuba ze swymi orzechami ulokował się obok niego.

Słońce podniosło się nad polaną, w rozgrzanym powietrzu bujały pierwsze motyle. Ptactwo nieco ścichło, jak zwykle około południa, i była taka cisza, że jednocześnie Żuraw i Kuba podnieśli głowy na jakiś niezwykły szelest na dębie.

Na gałęzi przy sęku siedziała dzika wiewiórka i gotowa do odwrotu, nieufna, zerkała na pięknego, spasionego kawalera. Kuba nastroszył wąsy, skoczył na płot i wywinął parę koziołków.

— Chr-chr-chr! — zagadali do siebie.

Dzika cofnęła się i poczęła kawalera do siebie wabić; zaczęli się gonić wokoło pnia. Rozległy się chichoty, zaczepki, wreszcie popędzili oboje w puszczę po czubach drzew na wiosenne gody.

Gdy leśni ludzie zasiedli do obiadu, Rosomak zauważył brak współbiesiadnika.

— Gdzie Kuba?

— Zbałamuciła go ruda zalotnica — odparł Żuraw.

— Także pora! Wszędzie po gniazdach już są małe, a ci się dopiero zabierają za gospodarstwo! — rzekł Pantera.

— Jeszcze biedaka sowa w nocy uchwyci.

— Ja go znam. Nie głupi on, by nocować w wilgotnej dziupli. Wróci do swego rękawa.

— Zgłodnieje niebożątko.

— To mu na zdrowie wyjdzie. Już się w skórze nie mieści, tak go pasiesz.

Zaraz po obiedzie Pantera zaprzągł klacz do wozu i ruszył po ściółkę. Rosomak popłynął do koszów rybnych. Znowu Żuraw sam został.

Sprzątnął prędko statki, zabawił godzinę nad swym zielnikiem, wreszcie przypomniał sobie o rakach i zaczął zbierać potrzebne do tego połowu narzędzia.

— Właściwie lepiej by było brać je na rybie odpadki, ale tak się biorą na głębinie, z czółna. A że Rosomak czółno zabrał, chyba będę je, brodząc, z pieczar wypłaszać — radził się Pantery, który właśnie ze ściółką nadjechał.

— Poczekaj chwilę! Zwiozę resztę i razem pójdziemy. Znam najlepsze pieczary.

— Dziękuję. Pewnieś jakiś figiel dla mnie obmyślił. Dziś już miałem mysz w pudełku z proszkiem do zębów i zaszyte rękawy u koszuli. Dosyć na jeden dzień!

— To nie ja! Dalibóg!

— Więc któż? Może Rosomak?

— Nie, to „domowy”! Pewnieś mu nie postawił miodu w orzeszku na przywitanie!

— „Domowy” też pewnie powiesił wypchaną sowę Rosomaka w podsieniu, tak że nam ptaki spać nie dały od szarego świtu!

— On dziwy umie robić! Straszny psotnik!

— I „domowy” wężową skórę włożył mi do pościeli.

— A nie mógł to wąż skóry zmienić w twoim łóżku? Ty też w nim koszule zmieniasz.

I Pantera, śmiejąc się, popędził klacz.

Żuraw wziął siatkę na obręczy rozpiętą, torbę na raki i poszedł.

Dróg nie było w ich kraju, ale każdy miał w głowie mapkę i nigdy nie błądził, i zawsze szedł najprościej.

Z biegiem czasu przecierali ścieżyny niczym zwierz i nigdy się co do kierunku nie zawahali.

I Żuraw też zaraz z polany zanurzył się w gęstwę łozy. Odnalazł zeszłoroczną kładkę nad wąską topielą, wydostał się na garb olszyną porosły, przebrodził parę strug, ominął grząskie torfowisko i skierował się jak strzała na wielki dąb na brzegu jeziora, które leżało gładkie, szeroko rozlane, wchodzące w ląd mnóstwem zatoczek. Naprzeciw bielały góry piaszczyste niczym wyspa i znowu tło stanowiła czarna ściana boru.

Pod dębem Żuraw się przebrał — został tylko w bieliźnie i w chodakach. Przewiesił torbę przez ramię i wszedł do wody. Zanurzał się po pas i trzymał się brzegu. Spód był dość grząski, a grunt wybrzeża — pełen dziur i pieczar.

Żuraw co parę kroków siatkę w wodzie zastawiał na dnie, a nogą po tych pieczarach płoszył.

Gdy sieć podnosił, znajdował w niej wielkie żuki i muł, ale za trzecim razem ujrzał ciemną skorupę i podniesione wojowniczo szczypce.

— Jesteś — rzekł z triumfem, chwytając ostrożnie za grzbiet zdobycz i rzucając do torby.

Ogarnęła go zaciekłość łowiecka. Już nie patrzył ani na toń jeziora, ani na otoczenie, ani na słońce, tylko sieć zatapiał, podrywał i napełniał torbę. Aż wtem stracił grunt pod nogami i wpadł głową w jakąś bezdenną jamę pod olbrzymią olchą.

Zakotłowało się w wodzie. Jakaś wielka ryba oślizgnęła się po nim. Połknął sporo wody, ale wnet oprzytomniał i wydostał się na powietrze. Musiał płynąć parę sążni83, zanim zgruntował, potem znowu wpław — łapać kapelusz i siatkę. Wreszcie na brzeg wyskoczył.

— No, tym razem to chyba psota „domowego”.

Pomacał torbę — była pusta. Raki wydostały się na swobodę.

Wieczór był bliski, opar wstawał z wody, ziąb chwytał przez mokrą bieliznę, ale Żuraw zawzięcie rozpoczął połów na nowo, wracając do dębu.

Zbiegłe raki musiały jednak zaalarmować swój szczep, bo łapały się tylko niedorostki, aż rybak, zniechęcony, zabrał się do odwrotu.

Dzwoniąc zębami, biegł do chaty. Na jednym przejściu nad topielą poślizgnął się i wpadł w szlam — i już z daleka posłyszał trąbkę na alarm i pohukiwanie towarzyszy.

Wybrali się ku niemu niespokojni.

— Czyś ty zbłądził? — spytał Rosomak.

— Nie, tylkom się zagapił i wpadłem w tę jamę pod olchą.

— A suma nie było?

— Był. Okrutny. Mogłem rękami brać, ale o sobie myślałem, nie o nim.

Pantera już torbę obmacywał.

— Co tam? Kilka szczypawek.

— Bo wielkie drapnęły, gdym nurka dał. Brr! Jak zimno! A nie wiecie, czy Kuba nocuje w rękawie?

— Myśmy o ciebie byli trwożni. Nie patrzyłem.

— A wieczerzy nie ma?

— Owszem. Zacierki na mleku ugotowałem, aleśmy na ciebie czekali i wreszcie poszli ratować.

W chacie było przyjemnie, ciepło, ale Żuraw nie dał się przekonać i przede wszystkim do cna się na czysto wykąpał.

Gdy przyszedł na wieczerzę, rzekł z pewnym zawodem w głosie:

— Wiecie? Kuba jest w rękawie.

— Toć się troskałeś, by w lesie nie nocował.

— No tak, pewnie, ale zawsze to dowód strasznego sybarytyzmu84.

— Nareszcie przekonałeś się! — zaśmiał się Rosomak.

Żuraw zaczął jeść; rozmarzyło go gorąco, ogarnęła nieprzeparta senność.

— Nie wylej zacierki z łyżki do ucha! — droczył się Pantera.

— Jeszcze muszę statki pozmywać! — wymamrotał, opierając się o ścianę.

Ale oni dali mu drzemać i dokończyli domowe porządki.

Nie pamiętał, jak się znalazł w łóżku, dopiero wszystko sobie przypomniał rano, znalazłszy pod poduszką dwa raki — upominek Pantery.