Na wyraj

Przed domem Rosomaka panował ruch i rozhowory29. Ranek był kwietniowy, pogodny, słoneczny, wilgotny od deszczu, co przeszedł z wieczora. Przeszedł, cuda tworząc. Rozkleił lepkie osłony liści, zmył z traw resztę pleśni, otworzył oczy białych zawilców i fiołków, wywabił z wody złoto kaczeńców, obmył i w kwiat wyczarował kocanki łóz i wierzb.

W ciszy nocnej szmerem kropel budził, na gody30 namawiał, a gdy słońce wstało, ziemia ku niemu wystąpiła już strojna, wonna, barwna i rozśpiewana.

Pod gankiem stał długi wóz drabiniasty i ładowano go przemyślnie wszystkim, co w bytowaniu letnim było lub mogło być potrzebne.

Żuraw pakował żywność, odzież, zielniki swe, podręczną apteczkę; Pantera prowiant dla zwierząt-towarzyszy, sieci, więcierze, kosze, chodaki i narzędzia rzemieślnicze; Rosomak jakieś swoje specjalne skrzyneczki, tyczki, puzderka, książki — cały balast do badań przyrodniczych. A każdy tak był pochłonięty pracą, że tylko się snuli z domu do wozu jak pszczoły, ładując i ładując. Wóz stawał się kopiasty.

— Teraz już tylko towarzysze! — rzekł Rosomak, zlustrowawszy go. — Jeżeliście zapomnieli, cierpcie!

— Pewnie, że ja coś zapomniałem! — troskał się Żuraw, stękając.

Teraz przez wrota od folwarku wkroczyła karmicielka leśnych ludzi, latująca31 z nimi co roku w puszczy, gniado-srokata Hatora. Chuda jeszcze była po ciężkiej zimie, z sierścią nastroszoną i bez blasku.

Wiedziało bydlątko, co znaczy to ładowanie.

Podeszła do Pantery, obwąchała ludzkie ręce, dostała chleba z solą, obejrzała wóz, skubnęła siana, spenetrowała, czy czuć na dnie kartofle i osypkę32, wytarła szyję o luśnię33 i stanęła, żując powoli — łagodnymi oczami śledziła ruchy ludzkie.

— Hatora, chcesz „bambołę”? — zagadnął Pantera, wynosząc z domu blaszaną krowią klekotkę34 na rzemieniu.

Hatora przecząco poruszyła uszami i odwróciła niechętnie swą rogatą głowę.

— Nie! — Hatora nie lubiła „bamboły”.

Przed paru laty, gdy ją ustrojono w to straszydło, bezustannie gadające, oszalała z trwogi i wstrętu, umęczyła się okropnie, starając się go pozbyć, zedrzeć z siebie w gąszczach obmierzłego stracha.

Nawet w rozdrażnieniu i dzikim buncie popełniła czyn zbrodniczy — rzuciła się z rogami na Panterę, rycząc ponuro: „Mord, mord”. Ale to było dawno, w samych początkach jej leśnej służby. Potem Hatora zrozumiała, że nałożenie „bamboły” oznaczało rozkoszny żywot w puszczy, w obfitości pastwisk i wody — w nieograniczonej swobodzie.

Nie było pastucha i jego bata, nie było psów ani łańcucha w dusznej oborze, ani zdradliwych rogów zawistnych towarzyszek. Bo Hatora przez te lata straciła instynkt stadny i skierowana przed dom, najkrótszym nawet pomrukiem nie pożegnała zimowej kompanii. Bez zapału, ale i bez protestu pozwoliła sobie nałożyć naszyjnik.

— Pantero, zaprzęgaj Łataną Skórę. Idę po domową czeladź. Zabierz klatkę z ptakami! — komenderował Rosomak, wchodząc do domu. Żuraw lokował właśnie na wozie kosz okryty krasno przetkaną serwetą. Pantera i Hatora węszyli z lubością. Pachniał świeży razowiec.

— Wódz tak goni, że i śniadanie się wściekło — rzekł Pantera. — Nie wytrzymam, tak pachnie.

Sięgnął po nóż za pas, odchylił płótno, bochen jeden krzyżem przeżegnał i spory glon35 odkroił. Przełamał i z lubością obydwaj jedli. Wilgotny pysk Hatory wsunął się także do spółki.

— Aha, wódz kazał zaprzęgać! — przypomniał sobie Pantera, ruszając do stajni.

Po chwili wyszła na słoneczne podwórze klacz srokata, stąpając z rozwagą i ostrożnością. Pociągnęła Panterę do studni, napiła się do syta, a potem niekierowana poszła ku wozowi.

Spróbowała smaku siana, poszukała na dnie worka z obrokiem36, parsknęła, ziewnęła, przeciągnęła się i z rezygnacją podała głowę do chomąta37.

— Nie zezuj na ładunek! — rzekł Pantera. — Wiemy, żeś źrebna; w błocie i piachu pójdziemy piechotą. Zachodź w hołoble38! — Przyciągnął rzemienie, zaprzągł i stał w gotowości do jazdy, pojadając chleb na spółkę z bydlątkami.

— Powiedz, Żurawiu, wodzowi, że gotowe. Szmat drogi, ledwie zdążymy na odwieczerz39.

Rosomak tymczasem miał kram z domownikami. Tupcio i Kuba, jeż i wiewiór, byli szczytem sprzeczności obyczajów i upodobań.

Mało się znali, ale dość, by się nienawidzić — chociażby dlatego, że jeden drugiemu nie dawał spać.

W nocy Tupcio bezustannym dreptaniem płoszył Kubę, tak że wyprowadzony z równowagi wysadzał pyszczek z gniazda na piecu i wymyślał.

— Czołgaczu plugawy, zjadaczu stonóg, pantoflarzu obmierzły, bodajżeś się żabą udławił. Oka zmrużyć nie daje ten robaczarz!

W dzień Kuba, szperając po kątach, zaglądał i za poręcz kanapy; wtykał tam orzechy, które spadały na śpiącego Tupcia, tak że się budził i fukał rozsierdzony.

— Hecarz, sowizdrzał40, błazen, ryże straszydło, ptasie pośmiewisko! Bodaj ci żywica ogon do nosa przylepiła, bodaj ci się gęba na zębach nie zamykała!

Całą zimę warchoł41 trwał, a jeśli mieli kiedyś coś wspólnego, to tylko nienawiść dla taksicy42 Dziamdzi. Ta wprawdzie mieszkała w stajni, ale wpadała kiedy niekiedy — wszędzie węsząca, wszystko pędząca, wrzaskliwa i dokuczliwa nad wszelki wyraz.

Było to zatrucie zimowli43. Kuba, chociaż bezpieczny na szczycie pieca, dostawał palpitacji serca i oburącz ściskał wzburzoną pierś; Tupcio pod kanapą dostawał wątrobianego ataku i astmy.

A tego dnia właśnie, korzystając z zamętu wyprawy, Dziamdzia wślizgnęła się do domu i wznieciła straszny popłoch.

Zapędziła Kubę na szafę i do utraty tchu naszczekała mu pogróżek i impertynencji44. Potem zwęszyła Tupcia w starym bucie Pantery i nie mogąc się doń dostać, włóczyła go wraz z butem po całym pokoju. Na tym ją przyłapał Rosomak, chwycił za kark i sromotnie za drzwi wyrzucił. Ale domownicy byli w stanie zupełnej rebelii45.

Tupcio był tak rozsierdzony, że razem z butem podskakiwał i fukał:

— To to tak! Nie chcę was, nie chcę do lasu! Nie tykajcie mnie, precz, precz, zdrajcy, fałszywi opiekunowie i przyjaciele! Ta wasza służka chciała mnie zjeść, może zjadła! Nie czuję, czy jeszcze żyję z alteracji46.

— Fiu, nie ma głupich! — skrzeczał Kuba, z ręką na sercu, z wyżyn szafy. — Ani zejdę stąd, ani z wami jadę. Nikt w moim rodzie nie słyszał tyle obelg, co ja od tej pokracznej karlicy. Albo ona, albo ja, wybieraj! Nie zejdę, choć ciekawym, co masz w garści. Choćby i słonecznikowe ziarno! Mam swą ambicję! Dałeś mnie na pastwę tej poczwarze. Gdzieś był, jak mi tu urągała? Nie, nie zejdę!

— Nie, to nie! — rzekł Rosomak, garść orzechów chowając w zanadrze47, i wziął but z Tupciem.

— Tupciu, bestii nie będzie w lesie. Bonować48 będziesz spokojnie. A pamiętasz, ile tam tłustych glist i robaków, jakie miękkie wykroty do spania! A w chacie ile i kiedy zechcesz mleka i sera, i rybie wątróbki. Wyleźże z tej cholewy! Czy ci nie wstyd, by cię jak dzikusa wozić razem z butem?

— A właśnie chcę spać w bucie! — fuknął już spokojniej Tupcio i znieruchomiał.

— No, Kuba, zostajesz? Bo mi się spieszy. Żegnam cię, okno otwarte.

— Co masz w kieszeni, pokaż? — Kuba spadł mu na głowę i dał nurka w zanadrze, rozległo się zajadłe piłowanie skorupy orzecha i mruczenie zadowolenia; pokój był zawarty.

— Gotowe! — wetknął głowę przez drzwi Żuraw. — Zabierz jeszcze skrzypce i ruszajmy.

— Na wyraj, jazda! — zakomenderował Rosomak, lokując but z Tupciem i siadając sam byle jak, z nogami poza drabiną.

Uczepił się tobołków Żuraw, przysiadł na drążku Pantera-woźnica, parsknęła ochoczo klacz, „zabamboliła” Hatora — i tabor ruszył.

Wyjechali za wrota, na drogę polną, wyboistą i błotnistą. Spojrzeli w dal na siniejącą linię borów; objął ich dech szerokiej przestrzeni, rozprężył płuca, barwą się wybił na lica i zapalił ogniem radości stęsknione źrenice.

— Hejnał, wodzu! — upomniał się Pantera.

A Rosomak ziemi, błękitom borów i pól rzucił:

Czas ci już wstać, czas ci już iść,

Hetmanko polnych rot49!

Oto ci na hełm borowy liść,

Oto ci w rękę rozmaju50 kiść,

Oto twój złoty grot!

Powiedziesz ty, powiedziesz nas

Na ten słoneczny szlak,

Gdzie kwitnąć sercom i pieśniom czas,

Gdzie szumu czeka uśpiony las,

Gdzie czeka lotu ptak!

Powiedziesz ty, powiedziesz świat

W zwycięski pochód twój,

Gdzie z prochów świeży wykwita kwiat,

Gdzie brzask wybucha zza nocy krat,

Gdzie stoczysz życia bój!51