Osiedle
Mijali łany orne i siewne, ludzkie osady, rozstaje, łąki od kaczeńców złote i kierowali się wciąż ku borom.
Szlak robił się coraz bardziej niewyraźny, a bory z wąskiej smugi stawały się ciemną ścianą. Aż, jak przednie straże, zabiegły im drogę stare sosny na wzgórku, a za nimi — szeroką ławą, bez kresu — stanął zwarty wał chojarów52, podszytych jałowcem i wrzosem. Powitał ich poszum cichy i uroczysty, jakby modlitewny, a niosący kadzidlane wonie żywicy. I wjechali w boży chram53 boru. Wszyscy odkryli głowy, spojrzeli w górę; poruszyły się wargi odzewem dusznym owego powitania. Nikt się nie odezwał, słuchali cali w sobie skupieni.
Prowadziła klacz. Bez namysłu wybierała jakieś szczeliny wśród drzew, ledwie widoczny ślad; nie wahała się na zawrotach, na wąskich przesmykach wśród mokradeł. Odnajdywała jakieś kładki w zdradzieckich oparach, kołowała, kluczyła — na tyle pewna swej pamięci, że tak sobie stępa idąc, obrywała to kiść szuwaru, to gałązkę brzozową, to łozowe kocanki i gryzła dla zabawy.
Grunt się obniżał. Jechali przez grobelki, klecone przed wiekami z bierwion dębowych, którędy może kiedyś szły szwedzkie lub kozackie wojska, obrzeżali szmaty torfowisk, wycierali ślad wśród łóz sążnistych, ginęli w chaszczach trzcin i sitowia. Słońce mieli w oczy i plecy, na lewo i prawo — aż wreszcie szlak był już tylko ich własny, tyle widoczny co ścieżka przez łosia wydeptana.
Aż z gęstwiny błysnęła woda, ruczaj, w długi bród rozlany, ginący dalej w łozach — graniczny ruczaj ich letniego królestwa.
— Ot i nasz Tęczowy Most! — rzekł Żuraw i wszyscy trzej wydali długi, specjalnie swój okrzyk; zwykły akord, którym się rozproszeni na wyprawach zwoływali.
Klacz weszła ochoczo w bród, schyliła głowę i muskając wodę wargami, szukała najwyższego prądu — tam stanęła i zaczęła pić. Hatora poszła za jej przykładem i ludzie zaczerpnęli też wody w dłoń.
— Pijmy jak z Lety54. Zapomnienie tamtego świata! — rzekł Rosomak.
— Smaczna jak brzozowy sok. Niczym wino! — dodał Pantera.
— Roi się od zarybku55. Widzicie, na piasku chmara! — zauważył Żuraw. — O, i kaczor zielonogłowy tam, pod łozą.
Zwierzęta, napojone, podniosły ociekające wodą nozdrza, rozejrzały się. Zarżała klacz, targnęła postronek Hatora — czuły już swe letnie pastwiska. Nawet Kuba, na ramieniu Rosomaka się rozsiadłszy, mierzył okiem odległość do pierwszej brzozy za wozem i ledwie z brodu się wydostali, dał susa i już był na szczycie.
Ludzie zeskoczyli. Puszczono na wolność Hatorę. Rosomak wziął klatkę z przezimowanymi kuropatwami i koszyk z zającem, który też pod opieką Pantery chował się w domu. Wypuszczony szarak nie bardzo się kwapił do ruchu; stanął słupka, powęszył, słuchy56 nadstawił, obejrzał się na człowieka i powoli pokicał ścieżką wśród wrzosowisk. Kuropatwy, jak szare kulki, ruszyły rzędem za nim.
— A nie złorzeczcie ludziom, choć wy niebogie57 zwierzęta-męczennicy! My waszej niedoli niewinni — szepnął Rosomak.
Gdy do wozu wrócił, był sam. Towarzysze, porwani szałem swobody, pognali na piechotę. Kuba im towarzyszył wierzchołkami drzew, klacz ruszyła też już zupełnie bez drogi, w wiadomym sobie kierunku.
Dopędził ją Rosomak i szedł obok pieszo, kierując tak, by wóz o drzewa nie zaczepił; ale i on był czymś innym zajęty.
Czytał historię zimy swego kraju.
Tu już znał każde drzewo, każdy kęs ziemi i wszystko witał jak najmilsze towarzystwo. Las, który dlań nie miał tajemnic, opowiadał, pokazywał, chwalił się i skarżył.
Oto sosna ze starym gniazdem rabusia krogulca; a oto druga, co się wygięła i okaleczyła, zdeptana kiedyś za młodu; a oto brzoza z ogromną czeczotą58 i olbrzymia jarzębina, którą nazwali Krasawicą59 — tyle miewała korali jesienią. I piorunem na pół rozdarty grab, co się po ciosie odmładzał, czerniejąc smugą przepołowionego pnia. I oto brzoza, zwalona ciężarem zimowej okiści60; i pękata wierzba z dziuplą, w której już gospodarzyły dzikie pszczoły. I oto olbrzymie mrowisko, już rojne — państwo wielkich, czarnych borowych pracowników, usłane białymi grudkami żywicy i ze śladami zimowego grzebania cietrzewi. A oto wykrot olchowy, pełen dziur, szczelin, przepaści, korzeni, wydartych do połowy z ziemi mocą huraganu — kryjówka wężów i żmij.
Bór gwarzył cichutko. To znów słychać było, jak dyszał potęgą odrodzenia wiosny, a człowiek, zapatrzony, zasłuchany, zatracał się w tej wielkiej, potężnej całości i czuł, że te siły ogarniały go, że sam się staje potęgą, że w nim gra, śpiewa, tworzy, rośnie moc przyrody.
Za brodem grunt się podnosił. Osiedle leśnych ludzi było jakby wyspą wśród nizin, błot, bagien, porżniętych siatką rzeczułek, porosłych nieprzebytymi chaszczami.
Na wyspie tej, żyznej bajecznie, bujała puszcza w całej sile wzrostu. Śmigały ku słońcu brzozy jak tanecznice smukłe, zielone swe gazy kołysząc, maiły się graby urodziwe jak parobczaki61, parły się jedne przed drugimi do nieba olchy, jesiony, dęby, lipy, jarzębiny, klony, a dołem jak snopy leszczyny, kaliny, czeremchy, kruszyna, aż zupełnie przy ziemi słały się zwały malin i jeżyn. Na polankach w borze biało było od zawilców i wypuszczała pędy trawa jak tło kobierców, które lato tkać miało. Przeciągły okrzyk towarzyszy zbudził z zachwytu Rosomaka; spojrzał na słońce i z lekka trącił żerującą klacz.
— Do chaty, Łatana Skóro! Nam się też obiad należy. O, jest i posłaniec!
— Chr, chr — ozwało się wśród gałęzi i Kuba mu spadł na ramię, otarł się o policzek i już był w kieszeni po orzechy.
W lewo, w prawo, pod warkoczami brzóz, przez wieńce i bramy z kwitnącej czeremchy, aż zaczerniał wielki krzyż dębowy z figurą pod daszkiem i roztoczyła się szeroka polana, ścianą boru odcięta, a w jej głębi chata leśnych ludzi.
Ściany złociły się patyną żywicznych bali i jak koronka snuły się po nich pnące róże i wino. Niska, dostatnia, z podniesieniem wygodnym, ale jeszcze po zimowemu zamknięta, zabezpieczona okiennicami.
Przed nią był ogródek otoczony płotem, „wirydarzyk62 Żurawia”, który tam hodował różne leśne kwiaty, starannie uzbierane i przesadzone, a lipa ocieniała ją nieco od skwaru południa.
Pantera i Żuraw czekali u furtki i wnet zaczęli raport.
— Kos ma gniazdo w winie, przy ścianie. Modraczka mieszka w skrzynce na lipie. Konwalie się wytykają. Żmije znaleźlim w podsieniu63. Jeść się chce!
Małomówny Rosomak wyłożył64 klacz, zawiesił uprząż na kołku pod dachem i wtedy dopiero wydobył klucz i otworzył chatę. Wionęło na nich chłodem zimowego wnętrza. Minęli sień; za nimi do izby weszło słońce i ozłociło glorią koronę Częstochowskiej Pani, królującej na ścianie wprost drzwi.
Odkryli głowy i Rosomak powitał majestat65 narodu pierwszym słowem i pokłonem:
— Salve Regina Mater misericordiae, vitae dulcedo et spes nostra! Salve!66!
Trójgłos zgodny, uroczysty, radosny napełnił izbę.
Potem Rosomak zapalił lampkę przed obrazem. Żuraw położył na stole bochen chleba. Pantera zdjął sztaby okiennic. Wiosna całą barwą i ciepłem wionęła do izby.
— Oho, kwaterunek zimowy nie chybił! — zaśmiali się.
W jednym kącie na ławie myszy leśne zbudowały gniazdo wielkości snopa, w drugim rozpościerało się pod ławą mrowisko. Zaczęto wypraszać intruzów, a Żuraw zabrał się do przygotowywania posiłku. Dym wybiegał na dach — chałupa ożyła.
W otwartym oknie siedział Kuba, przypatrując się robocie. Kitę miał na głowie zadartą jak pióropusz i udając głodnego, gryzł szyszkę, wypluwając ogryzki na czołgających się pod ławami ludzi.
Ale że oni, bardzo zajęci, nie zwracali uwagi, zajął się Żurawiem.
Ten, nastawiwszy garnki w kuchni, zabrał się do rozpakowania wozu i znosił worki i supełki, garnki i pudełka do spiżarni w sieni. Podobało się to Kubie. Wszystko obwąchał, spróbował, przeprowadził, wreszcie wynalazł pudełko ze słonecznikowym ziarnem i bez ceremonii zaczął je przegryzać.
— Nie psuj — usunął go Żuraw.
Na to się Kuba rozjuszył.
— Moje, moje, moje! — zaskrzeczał.
— Twoje, ale nie na teraz. W skórze się nie zmieścisz, obżartuchu!
— Moje! Dawaj! — wrzeszczał Kuba.
— Nie dam, łakomczuchu! — zniecierpliwił się Żuraw.
Nastąpiło kotłowanie, rejwach67 i nagle ze spiżarni wyleciał Kuba rozfukany, z nastroszonym pióropuszem, wdrapał się na szczyt lipy i stamtąd skrzeczał i krzyczał.
— Co się stało? Co Kubie za krzywda? — zawołał Rosomak troskliwie.
— Krzywda! Właśnie! — odparł Żuraw. — Zepsuł trzy worki, pogryzł pudełko, ukąsił mnie w ucho, a teraz krzyczy: „Ratunku!”. Kończcie, bo krupnik gotów!
— Oj, i moje kiszki gotowe! — wyprostował się Pantera. — Przepłoszyliśmy mrowie, zamietliśmy, reszta na potem! Jeść!
— Najpierw domownicy! — przypomniał Rosomak.
— Prawda! — zakrzątnął się Pantera.
Rzucił się do spiżarni, do sieni i wyniósł przed furtkę dwa pełne wiadra — jedno kartofli, drugie owsa. Wtedy zdjął ze ściany w izbie trąbkę i zagrał pobudkę.
Dźwięk uderzył w ciszę, poleciał w las, rozdygotał powietrze, a był to sygnał dobrze widać znany, bo odpowiedziało mu rżenie i daleki odgłos kołatki Hatory. Oparci o płot, leśni ludzie czekali. Pierwsza podążała klacz i parskając z uciechy, zanurzyła łeb w obrok. Bardziej flegmatycznie nadciągała Hatora. Pantera przykucnął u jej boku ze skopkiem68.
— Pięknie proszę o „mlimli”, Hator69! A nie żałuj, bośmy zdrożeni i świeżo osiadli! — przemawiał do niej przypochlebnie.
— Obiad na stole! — zawołał Żuraw z izby.
Na białym stole klonowym pod obrazami leżał bochen chleba, parowała misa pięknie malowana, leżały drewniane łyżki.
Gospodarny Żuraw już nawet wiązką kaczeńców ozdobił nakrycie. Zajęli swe miejsca na ławach i jak ludzie rzetelnie głodni czerpali z misy w milczeniu. Asystował Kuba, próbując każdej kromki chleba, aż z niesmakiem otarł pyszczek o rękaw Rosomaka, skoczył na ramę okna i zabrał się do południowej drzemki.
„Stanowczo ludzie jadają niesmaczne rzeczy”, pomyślał z grymasem, przymykając oczy.
Gdy łyżki zagrzechotały po dnie misy, Rosomak rzekł:
— Ja zaraz czółnem ruszę, rybne tonie zobaczę i kosze zastawię. Pantera obejrzy i do porządku doprowadzi stajenkę dla domowników. Żuraw chałupę do reszty wyczyści i sprawdzi warzywnik. Jutro wszyscy razem grzędy skopiemy i obsadzimy.
— Przede wszystkim ja bym rad zmienić skórę — rzekł Pantera, patrząc po swym ubraniu.
— Ano, idźcie do komory i przebierajcie się, ja tylko fajkę wypalę! Chodaki też trzeba namoczyć.
Komora była za sienią, szeroka i widna. Tam też nocowali Rosomak z Żurawiem. Pantera miał swe posłanie w alkierzu70 za izbą.
Gdy leśni ludzie wrócili do izby, byli zmienieni zupełnie. Mieli na sobie tylko szare płótno, na nogach lekkie lipowe chodaki; pas rzemienny z nożem w pochwie obciskał luźną kurtkę; na głowie filcowy kapelusz.
— Dopiero teraz las nas za swoich uzna! — zaśmiał się z uciechą Pantera, biorąc siekierę i zabierając się do swej roboty około stajenki. Żuraw zaczął zmywać statki71, więc się i Rosomak ruszył.
Przebrał się i on, rozprostował z rozkoszą członki, wyładował z wozu swoją osobistą skrzynkę, pełną książek zoologicznych, przyrządów do kolekcji przyrodniczych, i tysiące drobiazgów, których do studiów używał i strzegł jak oka w głowie.
Potem umieścił wysoko w podsieniu u pułapu stary rękaw od kożucha, nocne mieszkanie Kuby. But z Tupciem położył u węgła. Wreszcie obładował się koszami na ryby, wziął wiosło i siekierę i poszedł do czółna. Miało ono swą przystań za krynicą, pod starą olchą nad strugą. Rosomak wylał z dna deszczową wodę, władował kosze, odczepił łozową wić i odbił od brzegu.
Droga była bezkresna, bo błotne obszary zalane zostały wodą i płynąć można było gdzie wola, wśród łóz ledwie zieleniejących i młodych pędów szuwarów. Na wodzie słał się „czarnygłów”, ulubiona wiosenna pasza Hatory i klaczy, toteż je spotkał żerujące, po brzuch w wodzie.
Podniosły łby i rozmówili się „po leśnemu”.
— Dobre, zdrowe! — parsknęła Łatana Skóra.
— Trochę za wodniste! — zamruczała Hatora.
Pogłaskał je z czółna i ostrzegł:
— A pamiętajcie, żeby nie iść do topieli za krynicę, skąd was wywlekliśmy na sznurku zeszłego lata. I nam, i wam mało brakowało do śmierci wtedy. Pamiętajcie, łakomczuchy!
Chmary błotnego ptactwa rajcowały nad tą płytką wodą. Hryce, czajki, kuliki, bekasy wrzask czyniły weselny; miodem pachniały złote kiście łozowe, balsamem pękające brzozy i olszyny. Wiosło zgarniało złote kaczeńce i kępy wodnej mięty, a słońce, cuda czyniące, śmiało się do swego dzieła.
Rosomak dopłynął do chruścianego płotu rybackiego, a poczuwszy grunt, czółno o kołek wicią zaczepił i wszedł w wodę.
Zrewidował, brodząc, całość płotu; szczeliny łozą obetkał i w gardzieli, którędy nurt biegł, kosz zastawił.
Nie spieszył się, robił powoli — obserwując, zachowując praktyki rybackie, wnioskując o połowie wedle spostrzeżeń różnych, robotą swą tak zajęty jak skrzydlate rybołowy krążące nad nim bez trwogi.
Bo leśni ludzie znali zasady obcowania z naturą. Unikali gwałtownych ruchów, hałasu, płoszenia, gonienia, trwogi.
W chałupie była strzelba na wszelki wypadek, ale ten zdarzał się niesłychanie rzadko — chyba że sąd nad niepoprawnym zwierzęcym zbrodniarzem. Z kołatką Hatory, z trąbką obiadową zwierz i ptak oswajał się rychło i wiedział bór cały, że ze strony tych trzech ludzi nie nadejdzie żadna napaść ani krzywda.
Szara, mała łódka, szary w niej człowiek, garnący wodę powolnym ruchem wiosła — był to obraz znany ptactwu, codzienny, pospolity, tak że czajki nie urządzały swych forteli72, by go od gniazda odprowadzić, a stadka cyranek żerowały niestrwożone przy szlaku łodzi.
Rosomak założył drugi kosz i trzeci, opłynął najlepsze tonie i zatoki, przepatrzył różne rybie kryjówki, odnowił zeszłoroczne znajomości ze współtowarzyszami leśnego bytu i zupełnie o czasie zapomniał.
Bobrował73 właśnie po zakątkach jeziora, w które się ruczaj rozlewał u wzgórz piaszczystych na zachodzie, gdy nagle rozdarł powietrze drapieżnie wielogłosy okrzyk przeciągły.
Była w tym chrapliwość bojowych starodawnych surm74 i jakby wołanie i odzew strażniczej czujności.
— Hej, czuj, stróżuj! Hej, czuj, stróżuj! Wieczorne tuż zorze, wieczorny tuż czas! Hej, czuj, stróżuj!
To z błot niedostępnych dawały wieczorny sygnał żurawie-wartowniki.
Rosomak spojrzał na słońce i posłuszny hejnałowi zawrócił łódź ku chacie.
Czuby drzew były już czerwonozłote, z ziemi wstawały srebrne mgły, ptactwo śpieszyło to z posiłkiem, to z ostatnim źdźbłem na gniazdo, bo czas nadchodził wieczornych pacierzy i spoczynku.
„Spóźnię się!”, pomyślał Rosomak, bo śpieszyć się nie mógł, by nie płoszyć i nie trwożyć reszty mieszkańców.
A hejnał leciał po trzykroć, coraz bardziej przeciągły, stanowczy.
— Wieczorne już zorze! Wieczorny już czas! Hej, czuj, czuj!
Zawrzało całe błoto rechotem kum-żab, zielonogłowe kaczory poczęły pluskać na szersze wody i chrapliwie się wabić; mgły zakołysały się do tańca, ruczaj się pomarszczył od żerujących ryb; górą na niebie białe obłoczki, jak róże, zakwitły; drozd śpiewak na szczycie olszyn począł wydzwaniać na pacierze. Wieczór był!
Gdy Rosomak przybił do chatnej polany, i tam panował ruch kończącego się dnia.
Żuraw z Kubą na głowie wracał z wiadrami z krynicy, Pantera w obórce rozprawiał się z Hatorą, klacz przed furtką dopominała się wieczornego obroku.
— Witajcie, wodzu! Nie mogliśmy się doczekać!
— Abo co?
— Bo mamy mnóstwo nowin. Na strychu zimowała sowa i dotąd mieszka: pełno mysich skórek. Kuśnierz niecnota!
— Pewnie też nie brak piór sikorek. Trzeba ją będzie wyprosić.
— A w obórce jest ten sam wąż wodny; wyrósł z pół łokcia75.
— W trzech skrzyniach przy chacie już osiedliły się bogatki, a w jednej krętogłów.
— Nasza dzika grusza biała jest jak panna młoda.
— Orzechów będzie mnóstwo. Leszczyna czerwona od kutasików!
— We wrzosach przy warzywniku cieciora siedzi na sześciu jajach.
— Tupcio już poszedł na swój chleb.
— Pszczoły żyją w barci; mocno chodzą.
Stanął Żuraw z wiadrami. Z obórki wyszedł Pantera ze skopkiem mleka, przyszła do kompanii klacz i gwarzono na środku polany. Łatana Skóra powtarzała wciąż jedno: „Obroku, obroku, obroku!”.
— Zapchajże jej gardło, Pantero! — zaśmiał się Rosomak.
— Ale! Tej sztuki nikt nie dokaże. To nie brzuch, to otchłań! Chodźże, beczko bezdenna!
— Olaboga! Woda mi kipi! — dosłyszał Żuraw i kopnął się do chaty.
Rosomak wziął w ręce zaspanego Kubę i wsunął w rękaw u pułapu. Zaskrzypiały wierzeje stajenki za klaczą, chwilę słychać było rąbanie szczap i brzęk statków w izbie. Powoli cichły odgłosy pracy i starunku76. Na niebie gasły zorze zachodu.
Ale oni się nie kwapili do izb i jadła.
Wokoło po wszystkich drzewach i krzakach, łozach i szuwarach, po wodach, ziemi i niebie rozpoczynał się ostatni akt dnia i wieczorne wszelkiego stworzenia pacierze.
W podsieniu swego gniazda leśni ludzie usiedli na dębowej podwalinie — zapatrzyli się, zasłuchali, zamilkli.
I z cicha Rosomak zaczął:
— Pochwalony bądź, Panie, coś te cuda uczynił. Pochwalony bądź i błogosławiony głosami i sercami nas tu wszystkich, w borze żyjących. Dzięki Ci, Panie, za to niebo pogodne, za dzień słoneczny, za zieleń drzew, za ten wieczór, za życie! Święć się Imię Twoje w tej ptasiej pieśni i w naszej duszy, ku Tobie otwartej, jako te ptaki i kwiaty. I Królestwem Twym niech będzie ten zakątek, a wolę Twą uszanujemy, jako ją szanuje wszelkie stworzenie, uznając Twą mądrość, moc i miłość. I ufni jesteśmy, że jako mrówce i kwiatom, tak i nam pożywienie zgotuje słoneczny dzień jutrzejszy na Twe rozporządzenie. A winy nasze wybaczaj, Panie, bośmy przed Tobą głupi i mali, i przeto grzeszni! A nie daj nam, Panie, złą myślą lub czynem zakłócić tego bezludzia, gdzie rządzi Twoje tylko przedwieczne prawo i ład. I zachowaj nas, Ojcze, jako robaczka w dłoni, bezpiecznie!
— Amen, amen, amen! — świergotały ptaszki, szemrały brzozy, ćwierkały owady i stłumionym szeptem potwierdzili leśni ludzie. Cichło wszystko, pociemniały tajemniczo gąszcze, gasły barwy.
Ale znad drzew wystąpił sierp miesiąca i osrebrzył oblicze Chrystusowe na krzyżu, który od dołu w mgły wtulony, zda się, nad ziemią płynął jak zjawisko.
Ochłodzone rosą powietrze wionęło wonią miodu i balsamu, na brzózkę przy krynicy zleciał słowik-lutnista, żabie kapele uderzyły w basetle; bez szelestu krążył nad polaną lelek, polując na ćmy... Ukojona w ciszy wielkiego spoczynku zeszła na ziemię noc.
I tak skończył się pierwszy dzień bytu leśnych ludzi.