Niedziela

Dzban świeżego mleka i bochen chleba postawił na stole Żuraw, nie rozpalając wcale ognia na kuchni; więź kwiatów Pantera przyniósł i obetkał nimi obraz Królowej; z komory Rosomak wyniósł dla każdego czystą odzież i bieliznę.

— Niedziela! — zaśmiał się Coto i pobiegł do kąpieli, zostawiając na przyzbie, na pokaz wszystkim, pierwszą parę własnoręcznie splecionych łykowych chodaków.

Był z nich dumny jak z arcydzieła, toteż mocno się stropił, gdy po powrocie ujrzał je w rękach Pantery.

— Masz drugą parę na zapas? Bo my dziś cały dzień w pochodzie; obiad w torbie, wrócimy dopiero na noc do chaty. A to partactwo i dwóch godzin nie wytrzyma. Patrz, na podeszwie nie zawleczono podwójnie, uszy przedrą się od sznurka, pięta nieosłonięta. Będziesz kusztykał boso od południa.

I cisnął pogardliwie arcydzieło.

— No, nieźle! — zdecydował pocieszająco Rosomak po obejrzeniu.

A Żuraw popatrzył i dał chłopcu z zapasu inną parę.

— Zostaniesz boso, żmija cię utnie i będę miał kram z leczeniem! — zdecydował.

Arcydzieło zostało wyrzucone za płot.

Wypucowali się, przebrali, zjedli śniadanie i poszli wszyscy pod krzyż. Rosomak odmówił pacierze, odśpiewali Kto się w opiekę133.

Coto był przejęty ceremonią i zgorszony, że go Pantera wciąż trącał i oczami pokazywał ptasią skrzynię lęgową, zawieszoną wysoko na brzozie.

Ledwie skończyli, Pantera krzyknął:

— Wodzu, dudek jest w tej skrzynce!

— Widziałeś?

— A jakże! Gdyśmy śpiewali: „Ciebie on z łowczych obierzy134 wyzuje”135, łeb wysadził i czub nadstawił, taki ufny! Pokazywałem Cotowi, ale nie zrozumiał, że kolegę tam ma!

— A jak się nazywa dudek po łacinie? — spytał Coto.

— Pewnie Coto vulgaris136.

— Radzę ci nie cytować łaciny, bo Pantera cię przezwie i tak zostanie! — zaśmiał się Rosomak, patrząc z radością na brzozę.

— To już który nowy mieszkaniec skrzynek? — Zaczął liczyć: — Pierwsze osiadły wszędobylskie sikory: bogatka, modra i uboga, potem czarne muchołówki, krętogłów, następnie szpaki i dzięcioły. Dudek jest siódmy.

— Ósme szerszenie, dziewiąte rude myszy — wymieniał Pantera — no, i my w naszej skrzynce! Dziesięciu osadników w puszczy.

— Jazda! — zakomenderował Rosomak. — Torby z jedzeniem na ramię, siekiery za pas; każdy jakiś sprzęt do swych kolekcji i zdobyczy. Chałupę kołkiem zamknąć, obrok dla towarzyszy postawić u płotu i marsz!

Zakrzątnął się każdy i poszli.

Dzień był świąteczny, pogodny, zbyt upalny nawet.

— Poświęci nas majowy deszcz po południu — rzekł Żuraw, rozglądając się po niebie.

Idący na czele Rosomak zaintonował ich leśny hymn. Radosna pieśń objęła las i ich dusze jakimś żywiołowym junactwem137.

Powiedziesz ty, powiedziesz nas,

Na ten słoneczny szlak,

Gdzie kwitnąć sercom i pieśniom czas,

Gdzie szumu czeka uśpiony las,

Gdzie czeka lotu ptak!

— Kto ma zdobycz osobliwą, niech idzie na czoło i prowadzi! — rzekł Rosomak.

Żuraw się wysunął.

— Mam dwa kwiaty i grzyba.

Szli teraz poza ścieżką, jakimś fantastycznym zygzakiem, omijając to skłębione gąszcze, to grzęzawice138.

— Żeby cię tak tu zostawić samego! — rzekł Pantera do Cota.

— Spróbujcie, wybrnę! — odparł zuchowato.

Wreszcie w jakimś zadrzewionym mokradle, złożonym z brzóz podszytych zielskiem, stanął Żuraw i wskazał coś.

Sam jeden — plama barwy i subtelnego wdzięku — wznosił się smukły kwiat o fantastycznej formie.

— Kwiat pewien, zwany trepkiem królewny. Nie większy od lilii polnej! — powiedział Żuraw i zaraz padł na ziemię, by całą rośliny zdobyć do swego zielnika.

— Szkoda! — rzekł Rosomak. — Tak cudnie wykwitł wśród chwastów, sam jeden, jak piękna dusza wśród ordynarnego tłumu. Wykopać go i z wielką bryłą przenieść do ogródka!

— Racja! Zrobię to jutro.

Rozkoszowali się widokiem długą chwilę, aż Pantera, szpiegujący wzrokiem gałęzie drzew, rzekł do Cota:

— Widzisz tę brzozę przy haliźnie, ze zgrubieniem przy konarze, na lewo?

— Widzę! — odparł ten po chwili szukania.

— A widzisz takie czarne dutki139, co z tego zgrubienia na wszystkie strony wychodzą?

— Widzę.

— A wiesz, co to jest?

— Mech.

— Z wierzchu, a wewnątrz?

— Wewnątrz? Pewnie narośl na drzewie.

— Wewnątrz z siedem ptaszków. A to czarne, co na zewnątrz wychodzi, to ich ogony.

— Nie może być! Pójdę i obejrzę.

— Idź ostrożnie, bo tam grząsko. To mieszkanie jeszcze jednej sikory. Raniuszek, cały ptak mały jak orzech, tylko ogon taki wspaniały. Jakim cudem tyle się tego zmieści w tej mchowej chałupce? Bo bywa czasem dziewięć sztuk... Ale na ogony trzeba ściany dziurawić.

— Wuj ma takie gniazdo?

— Mam! Zresztą tego ruszyć nie można, bo zamieszkałe.

Gdy Coto dotknął brzozy, by się na nią wdrapać, poruszył się mchowy domek.

Z otworu, misternie okrytego, z boku zaczęły wyfruwać białe kulki puchu. Nadlecieli rodzice, powstał zgiełk i pisk.

Jedno tylko pisklę dostał do rąk Coto; obejrzał, pocałował i puścił do kompanii.

— Śliczności! — rzekł wracając. — Doprawdy, do kwiatów podobne. Żal mi, żem je spłoszył.

— Nic to! Czasami takie małe żarłoki zamęczają rodziców za długo. Patrz, jakie to już lotne. Dadzą sobie radę!

Ruszyli dalej, coraz głębiej zapuszczając się w bagna; wreszcie znaleźli się wśród istnego łanu kwitnących irysów.

— Złote pole. Idziemy do Oka Czarnego — rzekł Pantera. — Żuraw pokaże nam wodne cudo. Tylko baczność na kładkach!

Jakoś weszli na bierwiona śliskie i okrągłe i Coto wpadł jedną nogą w czarną bezdeń140. Wyrwał go Rosomak, ale chłopak spocił się ze strachu przed otchłanią i prawie stracił przytomność, tak że go wzięto za pas i prowadzono jak ślepego.

— Boże, czy to jeszcze daleko? — szepnął wreszcie z rozpaczą.

— No już! Podnieś głowę i patrz!

Stali nad taflą czarnej, nieruchomej wody, pokrytej kobiercem kwitnących grzybieni. Staw miał ramę z olch i ponurość jego, samotność, skrytość, zdradliwość stroiły te śnieżne kwiaty.

— To nie żywy staw, jakieś okno do dna niewiadomego. Mierzyliśmy sznurami, ileśmy ich mieli, ale kamień na końcu tonął w jakimś śluzie. A przecież gdzieś znajdują grunt i pokarm te korzenie i do słońca wydobywają się kwiaty. Nie ma takich odmętów bagna, by z nich nie mogła dusza wybrnąć do światła, tylko rzadko człowiek ma wolę, wiarę i mądrość roślinnej łodygi! — mówił zadumany Rosomak.

— No, ale gdzie to cudo, Żurawiu? — spytał Pantera.

Ten rękę podniósł.

— Nie widzisz tego jednego kwiatu i pąka?

— Prawda! Jeden się urodził jaskraworóżowy. Skąd? Jak? Dlaczego?

— Tam w otchłani bagna żyje też widocznie myśl-fantazja Arcymistrza.

— Ten kwiat zerwać trzeba — zdecydował Pantera, zastanawiając się nad sposobem.

Ale kwiat rósł za daleko, by go dosięgnąć było można prętem lub rzutem sznura, więc Pantera zaczął się rozbierać.

— Daj spokój! — sprzeciwił się Rosomak — pamiętasz, jakiej dostaliśmy wysypki wtedy, przy mierzeniu głębi?

— Wielka rzecz! Po trzech dniach minęło. Muszę zdobyć dla Żurawia kwiat. Muszę, już ja wiem dlaczego!

Zaśmiał się i nagi skoczył w czarną głąb.

— Ruszyło go sumienie! Chce wynagrodzić wszystkie figle i psoty „skrzata” — uśmiechnął się Rosomak.

Pantera płynął jak ryba. Czuć było, że się bawi — bez żadnego wysiłku.

Przy jednej gęstwinie roślin się zatrzymał i widzieli z brzegu, jak po liściach umknął jakiś ptaszek. Wreszcie Pantera dopłynął, kwiat zerwał, łodygę wkoło szyi omotał i zawrócił.

— Wuj mnie nauczy pływać! — poprosił Coto.

— I owszem, od jutra.

Pantera wydobył się na brzeg. Przede wszystkim wypluł coś z ust na dłoń i podał Rosomakowi.

Było to jajko.

— Tego nie ma w kolekcji. Gniazdo było sobie najzwyklej na liściu, jak na talerzu. Pięć jaj! A oto dla Żurawia „skrzat” przyniósł prezent. Biegł ze mną po liściach, kierował, pomagał wyrwać łodygę. Zapomniał o zielonym proszku.

— Dostanie miodu i mleka! — zaśmiał się Żuraw; przykucnął, puszkę swą otworzył i schował starannie zdobycz.

Pantera tymczasem wytarł się nieco trawą i włożył szaty.

Zawrócili. Znowu Coto przedygotał przeprawę kładek i wydostali się na ląd stały.

— A oto macie moją trzecią osobliwość! — rzekł Żuraw, stając na jakiejś polance.

— Osina w kołnierzu.

— To grzyb? — zdumiał się Coto.

— Tak, huba drzewna, ale fenomenalnej wielkości. Drzewo na wpół suche. Jutro spiłujemy z obu stron i okaz pomieścimy w chacie. Od biedy można na tym siedzieć.

— Najlepsza hubka do ognia jest osinowa — rzekł Pantera.

Tu spojrzał na słońce i wyciągnął się jak długi.

— Obiad! Krokiem się dalej nie ruszę.

Pokładli się wszyscy. Na polance kwietnie było, sucho. Brzęczały pszczoły. Ogarnęła ich senność.

— Będzie burza! — szepnął Żuraw, układając się wygodniej.

I zasnęli wszyscy.

Rosomaka zbudził jakiś szelest. Rozwarł oczy i bez ruchu patrzył. Na skraju polanki, trochę w cieniu, stała, spoglądając na ludzi, para łosi — matka i dziecko.

Niezdarne, jakby z jakiegoś prabytu pozostałe stworzenia — niczym duchy boru, bóstwa pierwocin ziemi. Ciężkie, niezbyt foremne łby, racice jak ski141, potężne kończyny.

Łosza142 ocierała szyję o drzewo, a małe, trochę za matką ukryte, skubało gałązki.

Wreszcie samica, uspokojona nieruchomością ludzi, zamruczała i przeszła obok śpiącego Cota; ciężką racicą wgniotła w ziemię jego kapelusz. Małe obwąchało go ciekawie.

W tej chwili chłopak się obudził i zerwał. Zwierzęta dały potężnego susa; rozległ się trzask łamanych krzaków i zniknęły w gąszczu.

Teraz się wszyscy porwali i Coto lamentował, słuchając opowieści Rosomaka.

— Gdybym się nie ruszył!

— Ba, nastąpiłaby na ciebie klępa i tak byś wyglądał jak twój kapelusz.

— Olaboga! Jeść! — zakrzątnął się Pantera.

Rozłożyli zawartość toreb. Był chleb, ser, suszone ryby, u Pantery w garnuszku kilka ciemnych, mocno spiczastych jaj.

— Widzicie smakosza! Czajcze jaja sobie przyrządza — zaśmiał się Rosomak.

— Zabrałem przez zemstę. Wczoraj na błotach to utrapione ptaszysko skrzydłami po twarzy mnie biło, wrzeszczało, łajało... A wcale mi nie o jej gniazdo szło, tylko o podróżniczka, który mi mignął w szuwarach. Nie dała szukać, spłoszyła, co tylko tam żyło. Za to niech się fatyguje i troska o drugi lęg.

— Masz, Coto, spróbuj delikatesów! Aha! Nie ufasz! No to nie dostaniesz.

I Pantera zjadł ostatnie.

— Więc podróżniczka nie znalazłeś?

— Jak to? Żebym ja głupiej czajce dał się za nos wodzić? Przecież wstyd by był, gdyby Pantera na niedzielny pokaz nic nie miał! Chodźcie! Nim te ryby przeżujemy, dwie wiorsty143 ujdziemy.

Teraz Pantera wysunął się na czoło.

Rosomak mijane ostępy nazywał dla nauki Cota, wbijał mu w pamięć charakterystyczne ich cechy.

— Patrz, to Proszalna Baba. Czy ci ta brzoza, pogięta jakąś katastrofą, z pokurczonymi gałęźmi, z głową przy ziemi, nie przypomina żebraczki w kruchcie? A ta, o śnieżnym kwiecie, olbrzymia jarzębina, gdy stanie jesienią w kolorach, czyż nie Krasawica? Ile jej drozdów, kwiczołów, gilów składa wizyty i śpiewa koncerty, biesiadując! A w tym gąszczu, ta sosna z kołtunem jakiegoś pasożyta, czy nie Wiedźma? A ot Janosik, ten świerk masztowy wśród czarnego zagaju. Las, jak ludzkie zbiorowisko, ma tłum i jednostki. Górują jedni urodą, inni siłą, inni indywidualnością, inni powagą lat. Patrz na te trzy dęby! Trzej starcy. Zostali sami na tej wielkiej haliźnie. Był tu kiedyś zwarty ostęp ich rówieśników, jeszcze pnie znaleźć można w jeżynach. Co to za chłopy na schwał były, taki pułk mocarzy! Tych trzech opowiada czasem tradycyjną legendę. Trzeba tylko ich szum rozumieć. Tylu a tylu padło, ścieląc groblę pod armaty i poczty za Szwedów; tylu a tylu dało życie za Napoleona144; tylu a tylu przez chciwość i interes poszło spławem kupieckim do Gdańska145, a w zamian inni padli, spłacając koszty insurekcji146. Ostatni legli niedawno; jeszcze ich zwłoki zmurszałe sterczą het, oplątane krzami. Tędy „wieszatiel” Murawjow147 kazał ciąć tryby148 i dukty, polując na niedobitki partyzantów-męczenników149. Trzej starcy dużo widzieli. Całą kronikę puszczy znają. Oddajmy im pokłon i cześć!

Odkryli głowy i szli chwilę w skupionym milczeniu, aż Pantera niepoprawny rzekł:

— Mnie się widzi, że ten stary, co mu trochę głowa łysieje, ma lokatora w dziupli.

— Co zaś? — zdziwił się Rosomak.

— Nie wiem. Może ryś. Chociaż tego jeszcze nigdy nie spotkaliśmy. Może kuna, tchórz? Otwór wydaje mi się jakby świeżo podrapany. Ja dopilnuję.

— I ja! — szepnął prosząco Coto.

Pantera tylko głową skinął, bo się pilnie rozglądał i orientował. Wreszcie zanurzył się w las trzcin pokrywających brzeg błotnisk. Las to był zielony górą, zeschły od dołu, wyższy nad ich głowy, tak że po chwili tylko po ruchu suchych kit można było poznać ich ślady. Stopy kaleczyły haniebnie twarde pniaki i z trudem rozdzierali gąszcze. Rosomak głową pokręcił. Nawet on się „cudował”, jakim sposobem człowiek bez węchu łasicy i oczu kota znajdzie w tym zielonym odmęcie gniazdo małej ptaszyny.

Toteż wędrówka długo trwała — musiał Pantera nieraz zbłądzić, ale wreszcie przykucnął na ziemi i rozchyliwszy suche badyle, pokazał im marnie usłane gniazdo z szuwarów, a w nim pięć błękitnawo-kropiastych jajeczek.

Żuraw, mniej zajadły do ornitologii, spytał ocierając pot z czoła:

— Naucz mnie, jak się to znajduje taką igłę w stogu siana!

— Ano tak. W błocie jak kierz150 z kitą rogoży151. W środku, ot ten! A naprzeciw trzeba mieć tamtą brzozę, ot, jak ręce rozciągnąć. A wtedy trzeba szukać tego!

I zdjął z wierzchołka szuwaru czarne pióro cietrzewie, przywiązane nitką.

— Pantero, niecnoto! — zawołał Żuraw — dobrałeś się do moich narzędzi. Toć to jedwab opatrunkowy!

— Nie znam się na tym. Szukałem kiedyś nici do zszycia podartej kurty i wziąłem, co znalazłem — odparł niefrasobliwie Pantera. — Ot, mam resztę w kieszeni!

I oddał mu sumiennie brudny, splątany węzeł drogocennych nici.

— Ot, troglodyty pierwsze wcielenie! — burknął Żuraw, odrzucając śmiecie.

Rosomak troskliwie zebrał gniazdo i jaja do kolekcji i uczył Cota.

— Śliczny to i rzadki ptaszek, krewny słowika, ale wcale nie solista. Za to ma piękną błękitną tarczę na piersi. Niech żyje Pantera za tę zdobycz!

— To i koniec! Wódz się niczym nie chwali? Ani Coto?

— Wybrnijmy stąd i niech zabezpieczę jajka. Widziałem coś ślicznego, ale pewnie poszło. Zaprowadzę was w każdym razie.

— Poszło? Co to może być takiego?

Ale Rosomak milczał i gdy stanęli na trwałym gruncie, wskazał ręką daleko widoczny świerk — tam się skierowali.

Gdy mijali jakąś wrzosem pokrytą haliznę, nagle ujrzeli coś czerwonego, sunącego pędem po ziemi.

— Kuba! — ucieszył się Żuraw.

„Chr, chr!” radosne i Kuba już był na jego ramieniu — zziajany, mokry, z bokami zapadłymi.

— I jak to szelma nas odnalazł! — podrażnił go Pantera. — Chałupa zamknięta; ani orzechów, ani mleka!

Ale Żuraw czekał widocznie na swego faworyta, bo wkrótce w zanadrzu jego rozległo się zapalczywe gryzienie orzechowej skorupy i zazdrosne mruczenie, by nikt się nie ważył na udział w uczcie.

Świerk, do którego przyszli po długim pochodzie, nie był to Janosik — nazywał się Widz. Konary gęste i rozłożyste tworzyły jakby stopnie, a na samym szczycie była zrobiona z paru łat platforma. Stamtąd dobrą lornetką można było objąć cały raj leśnych ludzi.

Poszedł pierwszy Rosomak z Panterą i po chwili rozległo się ze szczytu:

— Jest! Nie poszło!

Skoczył więc Coto niecierpliwy. Dał mu Pantera lornetkę i wskazał kierunek.

— Widzisz polankę w gąszczu? Brzozy jak wianek wkoło!

— Widzę! I tam coś stoi, skubie trawę. Sarna! I coś się przy niej rusza, w ciapki, małe. Jakie śmieszne!

— Wczoraj się pewnie ulęgło! Wypatrzyłem przed wieczorem. Dobrze stąd obserwować, nie płosząc. Zresztą polanka wkoło błotem otoczona, ciężki dostęp.

— I chatę widać, i wodną siatkę, i bezbrzeżne bagna, i Czarne Oko już poznaję, i jezioro. Można sobie zrobić, stąd patrząc, mapę i wszędzie trafić. Jutro zaraz zrobię! — zawołał Coto.

— I chmurę widać, co na nas idzie. Oj, bo też skwar trapił. Na ziemię i hajda na pusty ląd! Bo tu pioruny lada moment zagrają!

Ukryli pod świerkiem torby i wierzchnią odzież, gniazdo i puszkę z kwiatem, siekiery i nawet kapelusze; w bieliźnie tylko i z odkrytymi głowami patrzyli w niebo, oczekując rozkosznej kąpieli.

Wicher zaszamotał lasem, porwał się z nim za bary, zawył nagle; gdzieś w puszczy z trzaskiem zwaliło się drzewo — błysk oślepiający wypisał na czarnej chmurze swój mocarny znak.

Zakotłowało się, lunął deszcz, zadygotało powietrze gromami. Wicher darł liście, całe gałęzie — zdawało się, że zwali drzewa.

Coto oślepiony, ogłuszony spojrzał po towarzyszach. Pantera gryzł suszoną rybę. Rosomak osłaniał fajkę, by mu nie zgasła. Żuraw zdjął koszulę, owinął w nią Kubę, a tors swój w deszczowej kąpieli rozcierał garścią mchu. Żaden nawet okiem nie mrugał na bezustanne olśniewające błyskawice i jakby głusi byli na ryk piorunów.

Coto postanowił też okazać niefrasobliwość i zaczął gwizdać, ale Pantera dość niedelikatnie trącił go w bok.

— Jak On gada, milczeć, robaku! — krzyknął wśród huku gromu. — Jest czego słuchać z uwagą. To też boży wykład!

— A jeść suszoną rybę wolno?

— Wolno, bom głodny. Ale nawet głupi kos wie, że gwizdać podczas burzy to nieobyczajność chamska jest. Ot, masz karę.

Z chmury wraz z ulewą sypnął grad — zrazu drobny, potem coraz większy. Coto rękami osłonił głowę, a potem, naśladując towarzyszy, zaszył się, ile można, pod mchem i wrzosami. Lodowe kulki smagały boleśnie; zabielała od nich polana.

Pantera wreszcie wyskoczył i schronił się pod jałowcem. Umknął też — czerwony jak rak — Żuraw, nie zapomniawszy zabrać owiniętego w koszulę Kuby. Ale był to ostatek burzy. Chmura posunęła się na wschód i wyjrzało słońce.

— Teraz kłusem do chaty — zakomenderował Rosomak.

Zebrali swe graty i pobiegli. Pantera wnet się na czoło wysunął i zniknął w gąszczu. Żuraw w biegu naciągał kurtkę. Coto, dzwoniąc zębami, plątał się w zdartych chodakach. Rosomak suchą odzieżą osłaniał drogocenne gniazdo. Ale się wnet rozgrzali i gdy dobiegli chaty, parowała ich bielizna.

— Obejdziemy się bez chininy152— rzekł Żuraw, wchodząc do izby.

Pantera już rozniecił ogień na kominie i wnet czterech — nie leśnych, ale dzikich — nagich ludzi wśród śmiechu przebierało się w suchą odzież.

— Teraz tylko spać — rzekł Coto.

— Doprawdy? A robotę zdać na skrzata — oburzył się Pantera. — Zbieraj te mokre łachy i rozwieś porządnie na strychu! Drew też stamtąd rzucić do sieni, podłogę do sucha wytrzeć, kartofli na kolację obrać, Hatorę wydoić! Widzisz przecież, że tamci już się zanurzyli w swe preparaty zielne i jajeczne. Jazda!

— Co tu jest jednak roboty!

— Aha, a tyś z początku się nudził i łaził po krzakach. Tutaj wszystko tak pracuje. Jak się czasami zmęczę, to tylko popatrzę na tę modraczkę, co karmi jedenaścioro żarłoków, albo na raniuszka, co buduje swe gniazdo! To trochę bardziej kłopotliwsze niż nasza robota!

Poszli boso do szopki. Hatora, sucha, przeżuwała flegmatycznie, Łatana Skóra stała też rozsądnie pod dachem.

— Patrz, jakie to mądre! Wróciło sobie w porę do chaty i zerka na nas z politowaniem. Wynoś się, Kis! — odpędził węża i przykucnął do dojenia.

— Weź no, Coto, pęk ziela, zatknięty za strzechą, i wytrzyj nim małą!

Łatana Skóra obwąchała ziele i ręce Cota i pozwoliła łaskawie dotknąć córki. Maleństwo też przychylnie poddawało się operacji.

Gdy Pantera skończył doić, nalał mleka w skorupkę dla węża, a potem wynalazł w kącie garnek i rzekł z cicha:

— Kropelkę też daję małej, ale Żuraw o tym nie wie. Szkoda niebożątka, jeszcze trawy nie skubie, a komary tną. Naści, rośnij zdrowo!

Patrzyli przyjaźnie. Wąż zanurzył głowę w mleku, źrebię ssało z lubością.

— Pantera — rzekł Coto. — Słyszycie? Co to tak dziwnie terkoce? Jaki to ptaszek?

— To? — posłuchał Pantera. — To znak długiej słoty. To żmija!

— Nie może być! Węże są przecież nieme.

— Chodź, zobacz. Tylko cicho!

Stąpając ostrożnie, z wolna, w kierunku głosu, ujrzeli na ścieżce do wody żmiję. Na wpół zwinięta, podnosiła tylko głowę i wydawała monotonne „trrr” na bardzo wysokim tonie.

Pantera oddał Cotowi skopek, cofnął się do szopki bezszelestnie i nagle skoczył ku gadowi. Miał laskę w ręku — uderzył raz i drugi. Terkotanie umilkło, błysnął białawy brzuch i gad martwy rozciągnął się jak sznur na ścieżce.

Pantera zmiażdżył mu głowę i rzutem laski cisnął daleko w gąszcze.

— Ot, masz ptaszka! Rzadko się odzywa, ale głos ma. Straszne mnóstwo tego plugastwa tu była, gdyśmy osiedli. Zabijaliśmy tuzinami co dzień. Hatora była pogryziona i klacz, i ja. Tamci boso nie lubią chodzić, więc się ustrzegli.

— Ale że to nie śmiertelny ten jad!

— Przecież mamy doktora! Ale gorączkowałem parę dni. Odrowąż nauczył mnie potem, jakie ziele jest pomocne. Zwierzęta je same znajdują, jeśli tylko dłużej w dziczy żyją. Odzyskują pierwotny instynkt, zatracony przez oswojenie.

Wrócili do chaty.

— Gad trąbi — będzie słota — oznajmił Pantera, trącając Cota i oczami pokazując towarzyszy.

Żuraw w jakieś specjalne waty i bibuły spowijał różowy kwiat, Rosomak wydmuchiwał jajka. Żaden się nie odezwał.

— A na jadalnym stole tylko chleb i sól.

— Gdzie nasza wieczerza?

— Niedziela, nic się nie gotuje — mruknął Żuraw, a Rosomak przerwał dmuchanie i spytał:

— Zabiłeś gada?

— Zabiłem i chcę kartofli suto omaszczonych i gęstych. Mam dosyć płynów!

Nie otrzymawszy odpowiedzi, przyniósł ze spiżarni ziemniaki i zaczęli je z Cotem obierać.

— W słotę co robić? Nuda! — rzekł chłopak. — Miałem jutro uczyć się pływać, rysować mapę, pilnować, co mieszka w dębie! A tu siedź w izbie!

— Czasami dobra słota! Mnóstwo się zbierze roboty. Zobaczysz, jaki tu bywa warsztat! No, rozpalaj ogień!

Rosomak skończył robotę, wyszedł z chaty i wróciwszy, rzekł:

— Tak! Będzie chłód i słota dni kilka. Nareszcie znajdę czas poreperować siatki i kosze.

— A ja skatalogować zielnik! — dodał Żuraw.

— A ja nas wszystkich obszyć i połatać — rzekł Pantera.

— A ja? — spytał Coto.

Rosomak wskazał półki z książkami:

— Historię nowych znajomych poznać!

Zapalił fajkę, zdjął ze ściany skrzypce i po chwili zaczął grać.

— Ot, dopiero prawdziwy niedzielny bal! — szepnął Pantera.

Coto się zasłuchał. Jakieś nieznane, dziwne melodie wygrywał Rosomak. Jakby opowieść to była, baśń, marzenie. Po chwili Żuraw zaczął mu dopowiadać na jakiejś cudacznej, powiązanej z kilku trzcin czy łóz fujarze.

Na dworze wieczór posępny zapadał. Niebo, powleczone chmurami, ciemniało i gasło. Żarzyły się węgle na kominie, buzował ogień na kuchni. Daleki chór żab był cichszy niż zwykle, jakoś krócej odegrały hejnał żurawie. Ale smutku nie było ani w przyrodzie, ani w muzyce. Czuć było, że za chmurą stało mocarne majowe słońce, że to tylko chwila tęsknoty i zadumy — w młodości.

— Czyje to, wuju? — spytał Coto, gdy Rosomak przerwał i smyk przykręcał.

— Leśne, majowe! — uśmiechnął się grajek-amator.

I Coto zrozumiał, że to był śpiew puszczy, podsłuchany przez leśną duszę człowieczą.