Słota
Monotonne dudnienie deszczu po dachu zbudziło Cota. Zaspał, bo w chacie panował ruch roboczy — izba zawalona była prętami łozy, łykiem dartym, rybimi koszami i królował wśród tego Rosomak, już pracą zajęty.
— Leje — rzekł — będzie co najmniej trzydniówka. Tamci poszli po kwiat Żurawia.
Coto pobiegł do kąpieli. Hatora i klacz w otwartych drzwiach szopki rozmyślały, czy warto narażać na szwank swe skóry, i ziewały na przemian. Kis, błyszczący nową suknią, mizdrzył się w lusterku krynicy. Zmoknięte ptaki siedziały pod parasolkami liści.
— Co mam robić? — spytał chłopak, gdy połknął śniadanie.
— Na co masz ochotę?
— Nauczyć się od wuja koszykarstwa.
— Nietrudna nauka! Wytocz dobrze nóż i szykuj mi, ot tak, witki. Dobieraj starannie gładkie, giętkie, długie! Materiału tu nie brak.
Zaznajomił się Coto z przyborami do rybołówstwa, z ich pierwotnym a dowcipnym urządzeniem, z nazwą i teorią użycia.
Łozy, leszczyna, brzezina i konopne sieci stanowiły jedyny materiał, nóż — jedyne narzędzie. Gdy patrzył na ręce Rosomaka, zdawało mu się, że i robota jest fraszką, tak łatwo łoza się gięła, rozszczepiała, nabierała żądanej formy, wiązała szczelnie i mocno jak żelazny drut.
Ale gdy chciał sam pleść i wiązać, wszystko się buntowało, nie słuchało ręki, łamało, rozłaziło niesfornie. Chłopak zrazu opuścił ręce desperacko i chciał roboty zaniechać, ale zawstydził się i zaciąwszy zęby, zaczął ze złością z łozą upartą się borykać.
— Psiakrew! Ja cię zmuszę! — warknął.
— Nie po naszemu! — pokręcił głową Rosomak. — Nic tak nie zdziałasz, łamiąc nasz leśny zakon153. Ta łoza dała nam swe wici na użytek, ale tnąc je, dziękowałem jej za dar, a teraz gnąc je, życzliwie o niej myślę. Nie wolno się gniewać; gniew, jak bumerang, wraca do tego, kto go cisnął. Udziela się niepokój wewnętrzny rękom, tak że szarpią, łamią, psują zamiast tworzyć, i powstaje wokoło rozgniewanego i złorzeczącego prąd szkodliwy. Przeproś, chłopcze, łozinę; ona dobra, tylko twe ręce niewprawne. Patrz i ucz się najłatwiejszych ruchów, ujęć, łączeń. A ucząc się, myśl przychylnie o tym tworzywie i wżyj się w jego charakter i właściwości. Wtedy robota będzie dobra!
I zaczął spokojnie i cierpliwie układać palce chłopaka, kierować jego ruchami.
— Wuj się nigdy nie gniewa?
— Człowiekowi nie wolno używać słów „nigdy” i „zawsze”. Mogę najwyżej rzec, że staram się gniewać jak najmniej. Uważaj, nie przyciągaj za mocno tego łyka, tę grubszą wić przed gięciem przygrzej nad ogniem, to się stanie giętsza, a palce lewej ręki tak trzymaj!
— Oj ta dana, oj dana! Rokicino kochana! — zaśpiewał wchodzący do izby Pantera, mokry i ziemią umazany. — Przynieśliśmy „trepek królewny” na noszach jak królewskie regalia154. Ulewa, wicher, chłód! Na pohybel155 komarom i innemu szkodliwemu robactwu! Widziałem całe stadko morskich mew: muszą być srogie wichry na Bałtyku156, co je aż tak daleko zagnały. Uparty Żuraw poszedł z piłą do tej huby, a ja mam obiad gotować. Czy są ryby?
— Jeden pyszny szczupak. Kosz był dziurawy, więc się drobiazg wysupłał.
— Oj! Nawet go wódz oczyścił. Udał nam się wódz! Ale widzę, że Coto ma już bąble na rękach. Przestań partolić, skocz na warzywnik, przynieś szczaw i nowiny! Okryj plecy siermięgą157, bo nie nastarczymy z suszeniem!
Pobiegł Coto i wrócił z mokrym szczawiem i ze złymi nowinami.
— Coś wyłamało płot i stratowało kartofle — pewnie Hatora.
— Bardzo proszę nie obmawiać Hatory, to sprawka łosia albo kozła! Zaraz zobaczę. — I korzystając z okazji, prysnął od gotowania obiadu.
— Ten byle biegać! — zaśmiał się Rosomak i zaczął sam gospodarzyć przy kuchni.
Pantera wrócił po dobrej godzinie już nie mokry, ale jak gąbka, co wodą nasiąkła.
— Źle! Nasze kartofle zwęszyły dziki. Możemy się z nimi pożegnać.
— Mają dobry gust — rzekł filozoficznie Rosomak.
— Można na nie zapolować, skoro to szkodniki — wyrwał się Coto.
— To i na nas można polować, bo my też lubimy kartofle.
— Ale swoje!
— Jeszcze niewielu ludzi szanuje cudzą własność, a ty chcesz karać dzika, pramieszkańca boru! I zabijać! Jakim prawem? Zrobimy koło warzywnika pomost na drzewie i jak się zanęcą, będziemy mieli pyszne studium. Kartofle dostaniemy od Odrowąża.
— I to racja! — zgodził się Pantera, ale Coto milczał nieprzejednany.
— Takem się spocił przedwczoraj, motykując! — zamruczał.
— My też — wruszył ramionami Rosomak. — Trud i praca same w sobie są przyjemne i zdrowe, a za kartofle dziki ci się jeszcze odwdzięczą, zobaczysz!
Po chwili wrócił Żuraw — druga gąbka — i ledwie do obiadu „wałęgi”, jak ich nazwał Rosomak, osuszyli siebie i izbę.
Ale potem ulewa i chłód tak się wzmogły, że nikt za próg się nie wychylił. Zaspany Kuba wylazł ze swego baraniego rękawa i ziewając, przyłączył się do kompanii. Zziębły Tupcio zaszył się w posłaniu Pantery, a ludzie zajęli się pilnie robotą. Pantera przy oknie łatał odzież, Żuraw zajął cały stół atlasami i zielnikiem. Rosomak coraz to wyrzucał przed chatę zreperowany kosz. Coto, pomimo bąbli, mozolił się z łozą, ale zamiast wymysłów, pogwizdywał Koszykarza.
— Może byś wziął ode mnie lekcję łatania, ty derusie158, rekrucie! Patrz, jakeś kurtę urządził! Wisiałeś pewnie na jakimś sęku, zanim całe plecy się podarły.
— Ej! Ja nie chcę takiej babskiej roboty! — mruknął lekceważąco chłopak.
— Co to jest babska robota? Nie każę ci dzieci rodzić ani karmić, co jest jedynie specjalnie kobiece. Poza tym każda robota każdemu człowiekowi przystoi. Nawet może ja lepiej łatam niż Drozdowa.
— Pantera zna tylko jedną kobietę: Drozdową!
— Już piętnaście zim się swarzymy159, można poznać.
— A Pantera nie miał żony?
— Żony? A ty miałeś?
— Ja jeszcze nie, ale Pantera już ma pewnie trzydzieści lat.
— I siedem, rekrucie. Ale mi to jeszcze nigdy do głowy nie przyszło.
Zaczął się śmiać i zwrócił do Żurawia:
— Doktorze! Może byśmy sobie zafundowali po żonie?
— Spirea palustris160! — zamruczał Żuraw, pisząc.
— A wuj był przecież żonaty! — rzekł Coto.
Rosomak milczał chwilę, bo zębami przytrzymywał wić.
— Tak. Miałem żonę i matkę! Obydwie zmarły, ale żyją w mej duszy czczone i bardzo umiłowane. Dlatego dziwię się, gdy ktoś lekko o tych rzeczach mówi i w ogóle rozmawia. I równie dla mnie dziwnie, gdy słyszę wyrażenie: baba, babskie. Zdaje mi się, że tacy nie pamiętają, kim jest matka, siostra, żona, albo są nieszczęśliwcami, którzy tych trzech rodzajów istot najświętszych nie mogli kochać ani szanować.
Coto spuścił głowę i poczerwieniał, ale Rosomak dobrotliwie po głowie go pogładził.
— Leśny zakon, chłopcze! Miłować, szanować!
Zapanowało chwilowe milczenie, ale niespokojny Pantera wyjrzał za okno i krzyknął:
— Patrzcie! Nie mówiłem? Dudek wyleciał ze skrzynki.
— Doskonała okazja prysnąć od łatania i jeszcze raz zmoknąć! — zaśmiał się Rosomak.
— Nie! Mam dosyć. Ale nie wiem, dlaczego, jak zwykle w słotę, nie zaśpiewamy chórem! Tylko niech wódz zawtóruje na skrzypcach, bo inaczej nie wytrzymam. Żurawiu! Wiedź prym!
— Poczekaj do wieczora! Teraz byśmy na próżno sprzątali, by znowu wszystko rozkładać. Ja za godzinę kosze połatam, Żuraw górę roślin uporządkuje. Tymczasem możemy śpiewać niekunsztownie, ot, jak trznadle!
I zaintonował Koszykarza. Coto i Pantera przyłączyli się ochoczo, ale bez wielkiego talentu. Żuraw czasami nerwowo ręce do uszu podnosił, aż wreszcie zaczął spiesznie składać swe rośliny i opróżniać stół.
— Ratunku, Pantero! Bierzesz jeden ton pierwszy, a potem nagle dwa tony wtóru. Przestań, bo wszystko sobie w uchu poplączesz.
— Co tam, byle wesoło! — odparł figlarz ze śmiechem. — Właśnie tak wyciągałem, żeby się z tobą podroczyć. Teraz będzie koncert.
Coto bawił się całą duszą. Pieśń po pieśni: ludowe, narodowe, kipiące krakowiaki i oberki oraz smętne rusińskie dumki płynęły z pełnych płuc, aż dygotały ściany chaty, aż im się śmiały oczy i pokraśniały twarze. Kuba skoczył na piec przerażony, a Tupcio stoczył się z łóżka i ukrył w kącie. Za płotem ukazały się, zapatrzone ze zdumieniem w okno, głowy Hatory i klaczy. A oni na przemian śpiewali i śmiali się z uciechy.
— Taka słota się nie sprzykrzy — rzekł wreszcie Coto.
Nie sprzykrzyła mu się, choć trwała tydzień. A ile się nauczył. Na trzeci dzień już zrobił porządny kosz na ryby, wiązał sieć prawie tak prędko jak Rosomak, łaty wstawiał geometryczne. A poza tym ile się nasłuchał o tajemnicach puszczy, ile przewertował atlasów, wykuł teorii z Naumanna161, Brehma162 i Taczanowskiego163! A ile się nauczył nowych pieśni, śmiesznych zagadek i przypowieści Pantery. A ile razy zmókł, zmarzł, bez żadnej szkody dla zdrowia. A jak się zżył z towarzyszami, jak się czuł swojsko wśród nich — o tyle starszych, a tak młodych duszą!
Aż któregoś dnia dostąpił zaszczytu, że Rosomak posłał go w swoim zastępstwie, by przejrzał parę bliższych koszy rybnych! Oni z Panterą założyli w izbie warsztat stolarski; obrabiali brzozową czeczotę na skrzynki, które Pantera fabrykował bardzo kunsztownie zimą.
— Przywiąż sobie od razu dwa pęcherze pod pachy, bo się utopisz! — rzekł chłopcu na pożegnanie niepoprawny kpiarz.
Ale Coto nie był już nowicjuszem. Wylał wodę z czółna i naśladował ruchy Rosomaka — powolne, przemyślane. Nawet z braku fajki trzymał w zębach łodygę tataraku.
Parę razy zmylił drogę wodną, ugrzązł z czółnem w szlamie, paru „hatów” nie odnalazł, ale w rezultacie nawet się z głową nie skąpał i ze sporym workiem ryb do domu zawrócił. Nagle, wśród jakiejś gęstwy trzcin, usłyszał tuż obok głos ludzki.
Jak już zdziczał i stał się ostrożny na wzór tubylców z puszczy, pokazał jego ruch, którym wiosłem się całą siłą odepchnął i ledwie się obejrzawszy, umknął. Mignęła mu jakaś głowa, wyrastająca nad chaszcze — i tyle.
Gdy wylądował i wszedł do izby z rybami, rzekł: „Widziałem człowieka!” takim tonem, jakby mówił: „Widziałem hipopotama”.
— Co znowu! W tę słotę! To chyba jakiś śmiertelnie chory do Żurawia. Kładki muszą być znowu pod wodą.
Żuraw stęknął i czekał na los.
— A może to był leśny duch? Uważałeś, jedno miał oko czy parę? Róg sterczał na głowie?
A Coto szczerze raportował:
— Nie trafiłem do wszystkich „hatów” i dwa razy ugrzązłem na mieliźnie. Ale ryby przywiozłem. Są szczupaki i jazie.
— Ho, ho! Jakie to już mądre i gadające, ten projekt leśnego „ludzia”.
Pantera wytrząsnął ryby w ceberek164 i zaczął je oprawiać, a Coto się przebierał koło ognia, gdy wtem skrzypnęły drzwi wejściowe i głęboki głos pozdrowił ich.
Zerwali się wszyscy. Oczy Rosomaka zabłysły tak, jak błyszczały tylko do jego ukochanych ptaków, uśmiechnął się radośnie Żuraw i wszyscy jednym głosem odpowiedzieli:
— Witajcie, ojcze!
Do izby wszedł olbrzymi chłop. Twarz miał suchą z orlim nosem, parę szarych, bystrych oczu, usta osłonięte przystrzyżonym siwym wąsem, na głowie gęsta, krótka, szpakowata czupryna — a w całości swej typ przepyszny, sarmackiej siły i powagi. Miał na sobie burą kapotę, nogi w rzemiennych chodakach; przy jednym boku nosił borsuczą torbę, przy drugim łubiankę, puzderko, na plecach strzelbę pistonówkę165, za pasem rzemiennym siekierę. Pozdrowiwszy, podniósł oczy na Królową i odmówił ich zwykłą modlitwę: Salve Regina, potem zaczął się rozbierać i zawieszać swe rzeczy w alkierzu Pantery na zwykłych widocznie miejscach. I mówił, odpowiadając na ich pytania:
— Byłbym już u was, synkowie, dawno. Co mi kładki! Ja znam przejścia zawsze dostępne! Ale mi córka wnuczkę urodziła i trochę zachorzała. Musiałem więc być za gospodynię i niańkę. A potem chrzciny! Trza było całą „okolicę” ugościć. Teraz już z wami zostanę przez sianokosy. Trawy, widzę, dobre, ale z rybami ubogo w tym roku. Za wielka woda i jeszcze dolało. Ale od nowiu nastanie dobra pogoda. Widzę, chłopak wam przybył do kompanii. Swój czy cudzy?
— Siostry syn! — odparł Rosomak.
— Jasnooki i czarnowłosy jak wasz ród. Krzepki w sobie i suchy; pożyje długo, byle rozum miał. A mądry dzieciuch! Jakiem na niego zawołał, to tylko okiem rzucił i umknął. Tak, chłopcze, zawsze czyń, jak w pustce obcego spotkasz. Obcy a wróg to prawie jedno!
Stary był widocznie u siebie. Zajrzał do spiżarni, do sieni, do komory, umył ręce, rozwiesił swą kapotę na piecu i rozsiadł się ze swą kobiałką166 za stołem.
— Gościńce167 przyniosłem. Tytoń mój zeszłoroczny, nad podziw się udał. A te nici na siatkę, z samych płoskuni168, zebrane po źdźble. Nie zerwie się, nie zgnije! A taki pantofel macie?
— Remizowe gniazdo! — krzyknął Pantera.
— A to dla doktora z tej góry piaszczystej nad rzeką! Trudno było żyć wtedy, kiedy tą siekierą trzeba było i drzewo ciąć, i zwierzynę zabić!
— Przepyszny okaz — radował się Żuraw.
— Jasiek tego mnóstwo nazbierał i trzyma dla doktora schowane w swironku169. Są i skorupy, i całe garnki!
— Skarby!
— Jak dla kogo. Dobrze uciechę sprawić. Jako dla mnie kiedyś chorążego strzelba! Nie znaleźliście przypadkiem?
Potrząsnęli głowami. Była to mania starego — odnalezienie strzelby ukrytej w czasie powstania170.
Pantera dostał parę przepysznych rzemiennych chodaków, a resztę zawartości kobiałki stary zaniósł do spiżarni.
— Magda napchała jaj i manny. Powiada, że czajcze się sprzykrzą! A teraz dajcie no robotę i powiadajcie, jak się wam wiodło od przybycia!
Zaczęły się opowieści. Stary zabrał się do wiązania sieci, oni — do swych robót.
Przed obiadem Coto wymknął się za Panterą do obrządku zwierząt i spytał:
— To ów sławny Odrowąż? A on kto taki właściwie?
— Mędrzec nad mędrcami w leśnym bycie. On to z nami chałupę stawiał, on nas wszystkiego, co umiemy, uczył. Dla niego nie ma nic nieznanego tutaj.
— A on chłop? Bo mnie się zdaje, jakby jeden z Matejkowskich171 rycerzy ożył.
— Jego pradziadowie byli dworzanami pradziadów Rosomaka kiedyś, jak cały ten szmat lądu i wody do tego rodu należał. No i tak trwało przez wszelkie katastrofy. Ten Odrowąż był ze stryjem Rosomaka w powstaniu, uratował go od śmierci i Sybiru172, wywiózł za granicę, i ledwie go ubłagano, zmuszono, by przyjął folwark w nagrodę. Ma zatem folwark, dworek, jedynaczkę córkę tak urodziwą jak ziemia w maju, zięcia mruka, ale bardzo porządnego człowieka, Szczepańskiego, wnuka Jasia... no i nowo narodzoną wnuczkę, niewiadomego mi jeszcze imienia. Każdego lata tamci spędzają z nami parę tygodni, bo koszą siano po polach, ile im siły starczy, w czym i my im pomagamy. A stary, byle miał czas wolny, z nami bytuje. Zimą pilnuje naszego raju!
Gdy na trąbkę przyszły do obroku zwierzęta, Odrowąż je obejrzał starannie i uwolnił od kleszczów, których Pantera nie wypatrzył. Pochwalił źrebię, dojrzał dziurę w dachu obórki i zaraz ją zapchał szuwarami, a wracając do chaty, rozejrzał się po niebie i ziemi, powęszył i rzekł do Rosomaka:
— Jutro będzie pogoda, a że woda zgórowała na niższe zalewy, możemy poszukać ryb w szuwarach z nakrywką.
— Wuju, i ja popłynę! — zawołał Coto.
— Tere-fere kuku! Popłyniesz, ale po ziemi ze mną i z motyką do kartofli — zaprotestował Pantera. — Kto z garnka żyje, musi do garnka coś dołożyć.
Coto milczał, wdrożony do posłuszeństwa leśnego, ale łamał sobie głowę, jak by i robotę załatwić, i połowu nie stracić. Jakoż, zaledwie sprzątnęli po obiedzie statki, chwycił motykę i pomimo słoty popędził na warzywnik. Wrócił triumfujący przed wieczorem i zastał w chacie tylko Żurawia.
— Odziobałem całe pole. Wolnym na jutro.
— Pantera tego właśnie chciał.
— A gdzie tamci?
— Popłynęli sprawdzić wysokość wody. Ot, wracają! Przynieś no wody z krynicy!
Wrócili i wnet się zabrali do porządkowania jakiegoś cudacznego kosza, który Rosomak zniósł ze strychu.
— Podobne do muchołówki, takiej szklanej — zauważył Coto.
— Twój wujek to majster od połowów. Zobaczysz, jaka to sztuka.
— To weźmiecie mnie z sobą?
— Popróbujemy, czy przynosisz szczęście. Rybactwo to jak gra w karty, ślepa rzecz. Bywa kompan szczęśliwy, bywa i zło-oczny. Popróbujemy, jakiś ty!
— Umiem już kosz nastawić i pływać ma mnie wuj nauczyć, i racze pieczary znam nad jeziorem, i wiem, jak się każda ryba zwie.
— Nawet i taka, co piszczy? — uśmiechnął się Odrowąż. — I pewnie kiełbie umiesz łapać?
— Nie, piszczącej nie znam. Ani kiełbi. Niech mi ojciec opowie o strzelbie z powstania, będę słuchał do północy.
— Hej, gadki się prawi po św. Marcinie173 albo spoczywając w skwarne, niedzielne południe. O tej porze światła nie wypada świecić wieczorem. Ze słonkiem trza iść spać, na żurawia wołanie wstawać.
Jakoż stary wypił kubek mleka na wieczerzę i zaraz poszedł spać do alkierza Pantery, który ulokował się na stryszku chaty.
Coto postanowił do świtu nie zasypiać, lecz zbudziły go nie trąby żurawie, ale monotonny, przeciągły głos ludzki.
To Odrowąż odmawiał godzinki174, a na świecie był pogodny ranek.
— No, odwalona słota-wiedźma — rzekł wesoło Pantera, zeskakując z góry. I stanął, nasłuchując.
— „Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona”175. To jeszcze dobrą chwilę potrwa, nim dziad skończy — szepnął. — Chodź, pokażę ci pływanie.
Świat, deszczem obmyty, aż oczy rwał krasą. Polecieli prawie nadzy do ruczaju i Pantera po swojemu wciągnął chłopaka od razu w głęboką zatokę, że się wnet zaczął topić i bezradnie, rozpaczliwie miotać w wodzie. Podtrzymał go więc i bawiąc się, sztuki pływackie pokazując, ośmielił, lęk przemógł, sposobów uczył.
— Nie takie to straszne, jak się zdaje — rzekł Coto, gdy po pierwszej próbie na brzeg się wydostał.
— Nie ma tu nic strasznego, bo jakbyś się nawet utopił, to raz śmierć! — zdecydował filozoficznie Pantera, wycierając się garścią szuwaru i naciągając suchą bieliznę.
Gdy wrócili na śniadanie, Odrowąż godzinki odśpiewał i wzuwał buty na przyzbie.
— Zaraz ruszymy? — spytał Coto.
— Ryba nie zwierz, nie żeruje o świcie. Lubi słonko jak owad! Chyba wiosną z łuczywem jej się szuka i bije. I za godzinę będzie czas!
Nie spieszyli się. Przy śniadaniu zaczęli sobie opowiadać różne rybackie historie. Potem wypalili po parę fajek i nareszcie ruszyli.
Na przodzie czółna zajął miejsce Rosomak, mając pod ręką cudaczny swój kosz. Odrowąż ulokował się z tyłu, a Coto przykucnął w środku.
— Do koszów i zaglądać nie warto, woda poszła wyżej „hatów”. Od razu płyńmy za jezioro w tatarak! — rzekł Rosomak, biorąc się do wiosła.
Coto podziwiał, jak czółno pod ich wodzą zwrotne było, zwinne, lekkie. Przemykało przez ciasne przesmyki, kręte prostki. A oni, wiosłując od niechcenia, gwarzyli o zwierzu i o borze, o życiu letnim i zimowym tej bożej głuszy — tylko nie było mowy o ludziach.
Wreszcie wypłynęli na bezbrzeżną połać zatopionych nizin, porosłych szuwarami i tatarakiem. Z rzadka, jak bukiety, stały łozowe krzaki i wypryskały nad kobierzec zielony czuby wodnych żabieńców i kobylnika.
Badawcze oczy rybaków objęły to wodne pole. Umilkli, fajki wsunęli w zanadrze, przygotowali się do roboty.
Odrowąż wiosło ujął staranniej, Rosomak swoje wziął w lewą rękę i z koszem w prawej stanął na samym czubie łodzi, gdzie tylko na dwie stopy było miejsce i najlżejsze zachwianie groziło przymusową kąpielą.
— Może ja pomogę wam wiosłować, ojcze? — rzekł Coto.
— Cyt! Siedź cicho! Nie przeszkadzaj! — fuknął dziad, wpatrzony w Rosomaka. Czółno posuwało się powoli, prawie dnem muskając o trawy.
Rosomak oczami badał toń i niekiedy ruchem wiosła wskazywał kierunek. Coto oczy wytrzeszczał, ale nic nie widział i nic nie rozumiał.
Nagle Rosomak kosz w wodę cisnął i nogą go przydeptał, jednocześnie wiosłem utrzymując łódź w miejscu. Było to mgnienie oka, ale w tej sekundzie Odrowąż swoje wiosło zaparł w grunt, a Rosomak nogę cofnął, kosz poderwał i wytrząsnął zeń sporego szczupaka.
— Udało się. Dobry czas! — uśmiechnął się Odrowąż, wyjmując wiosło i garnąc znowu wodę powolnym ruchem.
— Jakże to? Skąd wuj wiedział, że tam jest ryba? — spytał Coto, oszołomiony tą sztuką.
— Uważam na ruch trawy, gdzie ryba żeruje. Nie zawsze się trafi! — odparł Rosomak spokojnie.
— To straszna sztuka, wuju, tak się utrzymać: i siebie, i kosz, i łódkę. Jak wuj to potrafi! — zachwycał się chłopak. — Ja bym się skąpał.
— I jam się nieraz skąpał. I z innym sternikiem nie dam rady. Rybactwo takie wymaga, by dwaj byli jak jeden. Widzisz, ot tam, ryba chodzi!
Umilkł, znowu się cały we wzroku skupił i naprężony do rzutu i skoku, ruchem lewej ręki dawał znaki.
Zapał ogarnął Cota. Podniósł się i aż drżał. Następny rzut kosza, małe drgnienie łodzi, przedziwna zwinność rybaka w utrzymaniu równowagi — i znowu błysnął w słońcu biały brzuch ryby, spadającej z kosza do czółna.
— Dzieciuch przynosi szczęście! — rzekł Odrowąż. — Zbieraj ryby do torby i nie stój, bo mi zasłaniasz!
— Boże, żebym ja tak potrafił! — westchnął chłopak.
Bywały jednak rzuty chybione. Wtedy Rosomak mruczał: „Pudło!”, a Odrowąż spluwał w wodę. Bywała zdobycz marna — płotka, drobiazg. Wtedy Rosomak mówił: „Szlak znaczy, jakby krynolinę nosiła”, Odrowąż komenderował chłopcem:
— Wyrzuć do wody z powrotem, nie dla nas taki towar!
Po tym zielonym łanie płynęli zygzakiem, nawracając, krążąc — pochłonięci namiętnością łowiecką, nie rachując ani czasu, ani sił. Słońce dogrzewało mocno, po twarzy Rosomaka spływał pot; chłopcu od wpatrywania się latały płatki czerwone przed oczami. Aż wreszcie z kosza na dno łodzi spadło coś czarnego wielkości talerza.
— Ot i „czerepacha”176, tfu! — splunął Odrowąż. — Już nic nie złowim po niej.
— Żółw! — krzyknął Coto. — Będę go hodował!
A Rosomak spojrzał na niebo, odłożył kosz i zstąpiwszy w środek łodzi, usiadł i wydobył fajkę.
— Południe, ryby w głąb poszły. Możemy spocząć. Pod ławką jest torba z chlebem. Jedz, chłopcze!
Starsi palili, rozglądając się. Ptactwo wodne krążyło z wrzaskiem — czajki i hryce najzuchwalej dopadały i łajały intruzów.
— Dzieciuch ma szczęście! — ozwał się nagle Odrowąż, dając wyraz myślom, które snuł. — Bo i z rodu szczęśliwego ma krew, choć nazwisko inne. Tak to, chłopcze, możesz się dumnie nosić. A żebyś wiedział, w czym rodu szczęśliwość: w tym, że umie jednako, bez lęku, tracić i nie rachuje, dając. Trzeba dać, wszystko da; ani się zawaha, ani nie pożałuje. Tego nie potrafi ni głupi, ni cham! Na to potrzeba wiele razy wszystko stracić, wszystko oddać! Powiadał mi mój dziad, co brał udział w insurekcji z panem, że nawet podjezdek177 w stajni się nie ostał, a sprzedali nawet guzy od szat. A jak się mój dziad frasował, to pan się śmiał: „Co się krzywisz, jakbym na marmuzele178 stracił! Rzeczypospolitej dano, skrypt mam”. I szramę głaskał na twarzy! — Zadumał się Odrowąż, fajka mu zgasła i potem jakby do siebie zamruczał:
— Jaśnie wielmożna Pani! Trza jej wszystko dać. Tak się należy!
Wytrząsł fajkę, wstał, wziął za wiosło i pchnął czółno.
— Popróbujemy na pohybelniku, tam jazie okrutne się trafiają, a może i sum z głębi na mieliznę wyjdzie.
Pokręcił głową Rosomak.
— Tam spód torfowy, jałowizna, zimno. Kierujcie przez jezioro na zalany ług179!
Rozpoczęły się znowu łowy.
— Wuju! — zaczął prosić Coto — żebym ja raz spróbował! Już widzę ruch ryby, już rozumiem, jak wuj nakrywał. Raz jeden spróbuję!
— Niech się pozbędzie ochoty! Tu płytko, niezbyt grząsko. Niech się skąpie: woda ciepła! — poparł go Odrowąż.
— Co się mam skąpać! Potrafię!
— Na wszelki wypadek zdejm koszulę i zzuj chodaki! — rzekł Rosomak.
— Ale ja czuję, że potrafię! — upierał się chłopak. — To tylko zrazu wydaje się takie trudne. Teraz rozumiem.
Rosomak zszedł ze swego stanowiska, oddał mu wiosło i kosz.
Coto stanął na krawędzi, zachwiał się, podtrzymał wiosłem.
— Na obu nogach twardo i śmiało stój.
— Ja wiem, tylko... O, już stoję.
— Wiosło podnieś, bo czółno trzymasz bez ruchu! — komenderował Odrowąż.
— Zaraz, zaraz! Tak się to zdaje łatwe... O, już!
W tej chwili stracił równowagę i głową naprzód wpadł w wodę.
— Aha! Już! — spokojnie rzekł Odrowąż.
— Mówiłem: „Zdejm koszulę!” — dorzucił równie spokojnie Rosomak.
Chłopak zerwał się na nogi i chwytał oddech. Trochę się zląkł, a najbardziej stracił rezon. Wgramolił się do czółna, a Rosomak, jakby nic nie zaszło, wyłowił wiosło, kosz, kapelusz i zajął znowu swe miejsce.
— Oczom wszystko łatwe się zdaje, jako myśli i językowi! — rzekł Odrowąż. — Nic to! Skąpiesz się raz i drugi, za trzecim ustoisz. Potem, kosz ciskając, znowu się skąpiesz, a wreszcie sposób zrozumiesz i byleś uparcie chciał i rybactwo lubił, to będzie ciebie i łódź, i woda, i ryba słuchała. Władzę nad każdą rzeczą tak można wziąć.
— Ojcze, na lewo, żywo! Tam coś wielkiego chodzi! — szepnął Rosomak.
Wychylił się naprzód, wyprężył i skoczył. Cisnął kosz i siebie zarazem. Woda bryzgnęła pod nim, zakotłowało się w koszu; — nie podnosił go, ale przez wierzchni otwór ramię zanurzył.
— Jest! Jakiś ludojad! — zawołał.
Odrowąż czółnem zawrócił. Coto, zelektryzowany, skoczył też do wody i do kosza się cisnął.
Po chwili trudu Rosomak zdobycz przytrzymał, Odrowąż wiosłem kosz podważył, a Coto go do czółna wygarnął:
— Sum wąsacz! Osobliwość! Trzymajcie pod koszem, bo wyskoczy! No, teraz do domu wracać. Udało się jak w bajce.
— A czemu wuj nie zrzucił koszuli i chodaków? — zaśmiał się Coto, gdy obydwaj, do cna zmoczeni, znaleźli się w łodzi.
— Bo mi nie poradziłeś! — uśmiechnął się Rosomak.
Teraz dla rozgrzania parli łódź żywo, a Odrowąż takie znał prostki i przesmyki, że ani się obejrzeli, jak byli w swej przystani.
Rosomak huknął — nikt mu nie odpowiedział, tylko Kuba przyśmigał po gałęziach i skarżył się, że głodny. Odezwała się też klacz i nawet apatyczna Hatora oznajmiła, że jej się należy południowy obrok. A słońce stało dobrze po południu. Chata była pusta. Na stole leżała kartka od Żurawia, że przyszedł do niego chłop po ratunek dla chorej żony i że wróci ledwie na noc. Ale Pantera o sobie żadnego nie składał raportu i Rosomak głową pokręcił.
— Figiel jakiś komuś płata albo zaspał w puszczy. No, bierzmy się do roboty! Rozpalaj ogień, chłopcze, i przebierz się! Ja domowników nakarmię i krowę wydoję. Zaraz trzeba ryby oprawić, bo upał. Naści, Kuba, orzechów, nie lamentuj!
Odrowąż nie dbał o obiad ani o spoczynek. Zaraz suma na trawę wywlókł, zabił i jął śluz ze skóry wiechciem i popiołem oczyszczać. Coto skoczył mu na pomoc.
— Pantera opowiadał, że raz w brzuchu suma znalazł żydowskie „bogomolie”180. Podobno połknął cyrulika181, który się utopił.
— A pantofle strawił! Ho, ho, Pantera widział pewnie i króla wężów z kamykiem, co czyni niewidzialnym. Tego kamyka on często używa!
— On także opowiadał, że dał gadzinie rozdrażnionej gałązkę lipową do ugryzienia. No, i gałązka zrobiła się gruba jak kołek. Czy to być może?
— Wszystko być może, byle znalazł się głupi, co kłamcy uwierzy.
— On mi obiecał to pokazać, tylko żmij nie spotkaliśmy wtenczas.
— Jak się trafi żmija, to właśnie lipowej gałązki nie będzie pod ręką.
Rosomak przyniósł im mleka i chleba — na gotowanie obiadu nie było czasu.
Zajęli się wszyscy trzej oprawieniem ryby i tęgo się zmachali, gdy wreszcie ukazał się Pantera, niosąc w ręku przepysznego zielonogłowego kaczora.
— Byłem u pszczół na Puchaczym Ostrowiu! — zagadał, by usprawiedliwić swoje zniknięcie. — Lada dzień będą się roić! Okrutna siła! A wracając, patrzę: z sosny zrywa się jastrząb i coś błyszczy przy rososze. A to on, szelma, kaczora tego tam przyniósł i zaczął drzeć. Ot, na szyi znaki. Odebrałem! Ale i wam wyprawa się udała. Suma pod nakrywkę wódz wziął! Ot, majster. Dajcie, ojcze, zastąpię was! Palcie fajkę na komary!
Odrowąż się wyprostował, obejrzał kaczora i krzesząc ogień z fajki, powoli odparł:
— Z sumem też osobliwość się stała. Płyniemy, płyniemy... Patrzymy: sokół leci i bęc... Coś nam w czółno upuścił. To był sum.
— Ho, ho! Musiał nie sokół, ale nurek być — zaśmiał się Pantera.
— Nie. Sokół i pewnie ten sam, co tego kaczora na wodę złowił.
I Odrowąż pokazał dziób ptaka rozdarty żelazem haczyka.
Coto na razie nie zrozumiał i patrzył zdumiony, aż go objaśnił wybuch śmiechu Pantery.
— Ot, i dopatrzył. Przed wami nic się nie ukryje. Mówiłem ci, rekrucie, mędrzec nad mędrcami ten nasz nauczyciel.
— No, to opowiedzże, jakeś polował? W jeziorze, z harbuzem na głowie?
— Nie. Z brzegu, na Tęczowym Moście. Kaczki tam stadami żerują. Nawlokę kijanek na haczyki, puszczę na wodę, a sam leżę i czekam. Fatyga niewielka, a jak sznurki od wędek o nogę zaczepić, to i przespać się można. Jak kaczka się złapie, to sama znać da i obudzi, za nogę ciągnąc!
Rosomak ryby oprawiał i ani słowem się nie odezwał, ale milczenie to dobrze Pantera rozumiał, bo po chwili zaczął się usprawiedliwiać.
— Właściwie myślałem, że się szczupak złapie, ale te kaczki takie obżarte, że szuflują182 błoto, na nic nie zważając. No i te kaczory to nicponie. Gniazda nie pilnuje, samiczki nie pilnuje, o małe nie dba. Łobuzy błotne! Prawda, wodzu? Rozpustniki to i byłyby, pewnie nawet pijaki, gdyby ktoś tam na bagnie wódkę szynkował.
— Jeśliś się mianował kaczym misjonarzem, to w ten sposób obyczajów nie poprawisz.
— Zawszeć o jednego zbereźnika mniej!
— Pozostali cnoty nie nabiorą, ale chytrości w unikaniu misjonarza!
— Gotowe! — zawołał Pantera, prostując się. — Teraz niech nam doktor gotuje głowę suma, a ryby do pieca! Ażeby wódz na mnie nie był krzywy za tego marnego kaczora, to ja powiem, żem odkrył osobliwość. No, mówić?
— Pleć, pleciugo! — zaśmiał się Odrowąż.
— Znalazłem gniazdo kaczki na drzewie. Dalibóg, na sośnie!
Rosomak ruszył ramionami. Coto parsknął śmiechem.
— Bywa! — potwierdził Odrowąż. — Nawet ci opowiem, jak małe wyprowadza, bom widział: brała każde w dziób, znosiła na ziemię i kładła łapkami do góry. Leżały spokojnie na grzbiecie, aż zniosła ostatnie. Wtedy każde odwróciła na łapki i poszły za nią sznurkiem do wody.
Nikt mu nie zaprzeczył, a Coto jął się dopominać, żeby go Pantera zaraz do gniazda prowadził.
— W niedzielę pójdziemy. A teraz, Pantero, chatnym ładem się zajmij, bo Żuraw wróci późno w nocy. Zresztą on już swój miesiąc odsłużył. Na ciebie kolej.
Pantera obładował się rybami i ruszył do chaty, pośpiewując:
Oj dej dy dy, oj dy dy,
Zagnali mnie do bidy!
Oj do bidy, do jakiej.
Dali łatać przetaki183.
Bujne wyprawy, włóczęga po puszczy, cudaczne łowy i pomysły — wszystko to trzeba było przerwać i zaprząc się do orki domowego gospodarstwa na cały długi miesiąc.
Przez chwilę osowiały był Pantera, potem coś sobie wymyślił na pociechę, bo zaczął pogwizdywać i uśmiechać się do siebie. I zabrał się do roboty z wielkim rozmachem.