Znój

Zapanowało nad ziemią słońce w całej potędze. Wieczorne zorze nie gasły. Ledwie się stały bursztynowe na zachodzie, już wschód opalowy się nadszedł i po krótkiej nocy budził się świat do czynu. Bujały liście, kwiaty, słały się dywany coraz barwniejsze, we wszystkich gniazdach samiczki ogrzewały jajka lub zaczynały karmić pisklęta. Miodowa woń biła ku niebu z polan kwietnych, upajała szarą chmarę pszczelą, podniecając do rójki184. Jak srebrne flety grały po lesie wilgi — ostatni przybysze letni! Nie było to jeszcze lato, ale zaczynał się znój i gorączkowa praca tworzenia owocu z kwiatu, hodowania przyszłości.

Pod sosnami w słońcu zabarwiły się poziomki; w cieniu wystrzeliły pierwsze wielkie dzwonki; łąki zaczerwieniały od smółek.

Wszystkie te oznaki zbierał w myśli Pantera, przykuty do chaty, oczekując na coś, co go uwolni od gotowania i krzątania gospodarskiego.

Obierając kartofle, sprzątając, piorąc bieliznę, rąbiąc drwa, zawsze zerkał w kierunku kładek, które prowadziły do dalekich ludzkich osiedli.

Aż pewnego odwieczerza, gdy szykował ryby do suszenia, posłyszał szelest w chaszczach i na polanie ukazał się chłopak, wyrostek.

— Jasiek! A gdzie matka? — krzyknął Pantera, czując wielką ochotę do fiknięcia koziołka z uciechy.

— Idzie z ojcem i siostrą. Bo wiecie, mamy dziecko! — Marynka! A gdzie dziadzio?

— W puszczy. Aleście marudzili z przybyciem w tym roku!

— Czekalim na ciotkę, która się aż do Kalwarii185 pieszo ofiarowała. Nie można było domu bez opieki zostawić! A wiecie? W tym roku już i ja koszę!

Stanął chłopak — wyprostowany i dumny, że znoju już jest godny jak sławy. Na ramieniu niósł kosę i grabie, a spod kres186 słomianego kapelusza patrzyły zuchwale czarne oczy. Kosę starannie zawiesił w cieniu, pozbył się torby i spencera187 płóciennego i od skwaru spragniony poszedł do wiadra z wodą.

A na polanę weszło dwoje ludzi. Kobieta — smukła, wysoka, z dzieckiem na ręku i mężczyzna — czarniawy, obładowany kosami, grabiami, łozową kołyską i torbami.

— Pochwalony Jezus! — pozdrowiła kobieta, uśmiechając się z serdeczną życzliwością.

— Na wieki! Witajcie, matko! — odparł Pantera. — Oczy wypatrzyłem, tak was wyglądam! Łąki czerwone, gotowe do cięcia, a was nie ma i nie ma.

— Ale za to robotnica nam przybyła! — zawołała wesoło.

Pantera zdjął kapelusz, ukłonił się nisko szerokim ruchem.

— Panie ojcze, pani matko! Pięknie proszę o rękę tej panienki.

— Z miłą chęcią. Bierzcie i trzymajcie! — zaśmiała się, podając mu dziecko.

Pantera wziął je na ręce.

— Witam cię, panno młoda, i biorę cię sobie za żonę. Wolno pocałować? Bardzo trafnie w matkę się wdała. Oczki masz jak barwinek, a włoski ciemne. Na warkocze i ząbki jeszcze trzeba poczekać, widzę! Proszę panią do chaty, zaraz gniazdo jak dla wilgi uszykujemy!

— Kiedy żona dała wam córkę, mnie wypada dać posag! — rzekł czarniawy zięć Odrowąża, zdejmując z ramion swój ładunek i podając misterny łozowy koszyk na sznurach, prymitywną kołyskę.

W parę chwil instalacja nowo przybyłych została dokonana wedle corocznego porządku. Kobieta z dzieckiem zajęła alkierz, posłanie Odrowąża wyniesiono do sieni. Dla Cota i Szczepańskiego z synem posłano obficie siano na górze i Szczepańska wnet objęła chatne rządy.

Pantera bawił się z dzieckiem, przekomarzał się z matką i promieniał radością, że pozbył się żmudnego obowiązku po dziesięciu tylko dniach dyżuru.

Udawało mu się tak co roku.

Ruszyli też zaraz we trzech obejrzeć trawy i wrócili wszyscy razem, bo się wnet zhukali w puszczy.

Coto od razu się z Jaśkiem zapoznał i zaczął dopominać się kosy.

— Jakże to! — nudził Rosomaka — on ma tylko trzynaście lat i kosi, a ja mam szesnasty.

— Ho, ho, ja mam trzydzieści siedem i dopiero się dziś ożeniłem. Pojąłem waszą wnuczkę, ojcze. Zaraz, ledwiem ją poznał, bo bałem się, że mnie Żuraw ubiegnie! — śmiał się Pantera.

— No i na teściową zdałeś swą robotę.

— Ale za to wyręczę żonę w grabieniu. Coto, dostaniesz kosę, nie lamentuj, mam zapasową. A dogodzę ci przez wdzięczność, żeś mi doradził małżeństwo. Pyszny wynalazek! Zaraz mi przybyło powagi!

I na udokumentowanie tej powagi dał susa w gąszcze, zabeczał jak kozioł i krzyknął:

— Hej, Jasiek, Coto! Kto goni Panterę?

Chłopcy pognali.

— On ich godzinę będzie zwodził, a wreszcie gdzieś się przyczai, omami, że i do wieczora będą szukali! — zaśmiał się Odrowąż.

Jakoż, gdy przyszli do chaty, zastali Panterę z „żoną” na ręku i z Kubą na ramieniu. Trochę tylko był zdyszany.

— Gdzie chłopcy? — spytał Rosomak.

— Szukają Pantery po puszczy.

Rosomak i Żuraw powitali Szczepańską, ale Odrowąż nie dał im długo gawędzić.

— Póki jasno, przygotujcie i wyklepcie kosy. Jutro z rosą trzeba zaczynać!

Wziął więc każdy kowadełko, młotek i kosę bez rękojeści i rozpoczęło się staranne, delikatne kucie.

— Hej! Kwiaty, zioła, manny, kostrzewy, tomki wonne i kto was tam zliczy i nazwie! To wasza śmierć kosę ostrzy i zębi! — rzekł Rosomak jakby z żalem i z cicha, że go tylko druh Żuraw słyszał.

— Jedno dla drugiego żyje i ginie. Zostanie w ziemi korzeń jak dusza! — odparł Żuraw.

„Dzyń, dzyń, dzyń, dzyń!”, podzwaniały po stali młotki, jakby dawali sygnał do roboczego boju. A Odrowąż, niczym wódz, każdą kosę — niby klingę szabli — pod słońce obejrzał, za godną uznał lub poprawić jeszcze polecił; dla Cota sam ostrze wyklepał i w rękojeści osadził.

A właśnie i chłopcy nadbiegli zziajani, zmoczeni, w odzieży podartej, ale rozbawieni i śmiejący się, niosąc w triumfie kapelusz i chodak Pantery.

— Tropiliśmy jak ogary, ale Pantera od nich śmiglejszy — wołał Coto.

— Rzuciłem wam chodak i kapelusz i widziałem, jakeście lecieli z nosami przy ziemi, a ja siedziałem na Proszalnej Babie, nisko nad ziemią. A potem zeskoczyłem i poszedłem do chaty. Z was rekruci, myśliwi z torbą na śliwy!

Odrowąż skinął na Cota i wyprowadził go na polanę.

— Masz, dzieciuchu, kosę. Przypatrz się, jak osadzona. Tu oto ostrze założone na dzierżak188, pierścieniem żelaznym i klinkiem umocowane. Czasami bywają okazje u nas, że się na sztorc oprawia. Wtedy kosiarze już się kosynierami zwą i koszą wraże łby. Narzędzie to zatem szanowne i nobilitowane, więc trzeba je szanować i utrzymać w takim ochędóstwie189, jak żołnierze broń utrzymują, bo nie wiadomo, kiedy i na co będzie potrzebne. Rozumiesz?

— Rozumiem, ojcze! — odparł Coto, mimowolnie prostując się jak szeregowiec przed wodzem.

— To dobrze. Jak nauczysz się ciąć trawę, pokażę ci, jako się robi, gdy na sztorc założysz. Teraz ujmij ot tak, stój prosto, ramionom daj rozmach i za każdym rzutem przy końcu zakosu prawą koniec ostrza nieco w górę poderwij. Ot tak! Nie kręć się cały jak wiatrak, tylko w krzyżach jak na śrubie się obracaj. No! Spróbuj!

Coto stanął w pozycji i zaczął machać.

— Niczego sobie. Pojmiesz! — zachęcał go stary. — Ramiona rozprężaj, nie garb się. Swobodnie, drobno zagarniaj, grzywy nie zostawiaj, podrywaj u końca. A jak czujesz, że tępieje, popraw menteszką190. Ot tak! W takt, równo. Możesz zagwizdać: „Ej ostre, ej ostre, ej ostre kosy nasze”191.

— A jak na sztorc postawię, to będzie: „Bartoszu, Bartoszu, nie traćwa nadziei”192 — zaśpiewał Coto.

Uśmiech wygładził bruzdy na licu Odrowąża.

— Umiesz? Pewnie matka nauczyła? No to i chwała Bogu! Zdasz się do roboty.

— „Bóg pobłogosławi, ojczyznę nam zbawi”193— podchwycił Jasiek.

— Panie! — rzekł Odrowąż do Rosomaka — może już oni doczekają sądu i wolni będą!

— Może oni, może ich dzieci lub wnuki. Sprawiedliwość przyjdzie i sąd być musi — odparł poważnie Rosomak.

„Dzyń, dzyń, dzyń, dzyń!”, wydzwaniała lita stal kos. Chłopaki zawzięcie słali pokosy — ledwie ich zwołano na wieczerzę. A potem, leżąc obok siebie na sianie, gwarzyli.

— Ja bym chciał dostać się do Ameryki! — mówił Jasiek. — Ojciec powiada, że tam już jest z naszych wojsko, co tu przyjdzie Mochów194 i Szwabów195 prać.

— U nas w szkole jest tajny związek wojskowy. Po nocach się ćwiczą. Mają rangi i odznaki, i przydomki. Ale to wielki sekret i małych się nie przyjmuje, bo mogą się wygadać. A za zdradę kara śmierci. Ten, co stoi na czele, nazywa się „Kruk”; i tylko dwóch wie, który to.

— Ja bym się chciał nazywać „Strzała”.

— A ja „Tur”!

— Spać, smyki! — zawołał Pantera ze swego legowiska. — Koszulę to jeszcze w zębach nosi, a już spiskuje. Wojaki, Tury, Strzały! A do krynicy po wodę w nocy lęka się iść, a byle za furtką, to już zabłądził! Ojczyznę chce wywalczyć gębą, ale sam sobie w żadnej biedzie nie poradzi!

— To się pokaże przy sposobności — odparł zuchwale Coto i zaczęli szeptać z Jaśkiem.

Zdawało im się, że wcale nie zasnęli, toteż bardzo byli zawstydzeni, gdy ich Pantera wyciągnął z siana za nogi, wołając, że kosiarze czekają.

Ranek był ledwie perłowy i słońce jeszcze nie wstało, gdy ruszyli szeregiem za przodownikiem Odrowążem, znacząc ślad ścieżki na rosie. Stary półgłosem odmawiał pacierze, a pozostali milczeli.

— Śniadania nie będzie? — spytał Coto Jaśka.

— Z rosą najlepiej się kosi. Jak słońce wstanie, matka śniadanie przyniesie. W południe będziemy spać.

Wyprowadził Odrowąż swą gromadkę na szeroką haliznę wśród lasu, przeżegnał się i zakos pierwszy położył. Za nim stanął Rosomak i po kolei rozciągnęli się w szereg, siekąc równe sznury, ścieląc jednostajne wały trawy.

„To głupstwo!”, myślał Coto, machając zajadle za Żurawiem, który czynił to jakby od niechcenia — ruchem swobodnym, bez wysiłku. Doszedł do skraju Odrowąż i zachodząc na następny zakos, na robotę spojrzał.

— Coście się tak zgrzali, chłopcy? Zbyt łakomie zajmujecie, ot, grzywy zostawiacie! Drobniej, wolniej, bo do południa nie wytrzymacie!

— Ale o! Wcale nie tak ciężko! — odparł Coto, zsuwając kapelusz z czoła i stając w pozycji do ostrzenia kosy.

— Zobaczymy tę łatwość jutro! — ozwał się Pantera. — Machasz jak wiatrak skrzydłami, i znaczny196 będzie twój pokos na każdej polanie. Szczęście, że jutro nawet ręką nie ruszysz po tym impecie. A kosę ostrząc, nie gap się na droździe gniazdo, ale patrz, jak i po co pociągasz menteszką, bo i do południa ostrze bez klepania nie starczy.

Ale Coto w swej zarozumiałości tylko ramionami wzruszył.

— Pantera zawsze do mnie mnie coś ma!

Legł jeden pokos i drugi, aż się ukazała Szczepańska ze śniadaniem. Spoczęli więc w cieniu na krótką chwilę posiłku i wrócili do pracy. Słońce poczęło mocno dogrzewać; kosili tylko w bieliźnie, pot spływał po twarzach i rękach, lica gorzały krwią. Nie odzywał się nikt, rozprężały się płuca pośpiesznym tchem, spiekały się wargi z pragnienia.

Gdy zachodzili na nowy pokos, ledwie był czas obetrzeć twarz rękawem, a już niestrudzony Odrowąż odsadził się naprzód i słał trawę na nowy wał.

Aż wreszcie na słońce spojrzał i stanął.

— Jedenasta! — rzekł — teraz poleżymy, prześpimy się, posilimy, aż żar minie. Na wieczorną rosę trza poczekać!

Na to hasło posłuszna jego gromada w mig się rozprzęgła, stawiając kosy jak broń na placu boju.

Okazało się, że kosząc, każdy coś sobie upatrzył. Rosomak odszukał łozowy krzak i znalazł w nim gniazdo. Żuraw nożem wykopywał jakiś korzeń, Szczepański wyrąbał specjalnie zgiętą brzostową gałąź. Odrowąż wycinał hubę dębową. Pantera dopadł na wpół dojrzałe poziomki.

Tylko chłopcy padli na ziemię jak martwi i natychmiast zasnęli.

Nie słyszeli sygnału na obiad; nie było sposobu, by ich obudzić.

— Niech śpią — zadecydował Rosomak — przyniesiemy im tu jedzenie. Wykończyli się doszczętnie.

Gdy się zbudzili, był wieczór. Zerwali się, obejrzeli — byli sami na skoszonej polanie. Obok nich stały dwojaki z jedzeniem i dzbanek z wodą.

— O Jezu! — krzyknął Jasiek — przespaliśmy cały dzień.

— I jak im się pokazać, narażając się na drwiny Pantery? — jęknął Coto.

Zamyślili się frasobliwie.

— Bo i wstyd! — szepnął Jasiek, bliski płaczu.

— Już lepiej wcale się nie pokazywać.

— A jakże?

— Uciec.

— No i co?

— Gdzieś osiąść osobno w puszczy nad jakimś niedostępnym oblewem197.

— Ty możesz, ale ja nie! Matka będzie się trapiła — odparł poważnie Jasiek. — Chyba jej powiem.

— No to leć i powiedz.

Pobiegł Jasiek, a Coto zaczął tworzyć plan owego osobnego bytu — schroniska na drzewie, posiłki z jagód i jaj ptasich. Zaczął mu się ten projekt podobać, gdy nadbiegł Jasiek.

— Matka mówi, że dziadzio zostawił dla nas rozkaz, żebyśmy poszukali raków na wieczerzę. Umyślnie nas zostawili.

— Może to nieprawda?

— Matka mówiła, słyszysz? Matka i za górę złota nie powie nieprawdy! — oburzył się Jasiek i gotów był do bójki, gdyby tamten ośmielił się pisnąć.

Miał już ze sobą siatki i torby i na przełaj ruszyli do jeziora.

— Bolą cię kości? — spytał Coto.

— Iii, nie! Trochę! — bąknął Jasiek.

Woda orzeźwiła ich i brodzili z rozkoszą, a że raki dobrze brały, po trosze zapomnieli i o wstydzie, i o zmęczeniu.

Gdy wrócili ze zdobyczą do chaty, tamci zawzięcie klepali kosy — jakby nikt ich nie zauważył. Przy wieczerzy Pantera stękał, że rąk i nóg nie czuje ze zmęczenia, a inni mu przytakiwali.

— Po lacku198 robimy, nie po chłopsku — rzekł Odrowąż — a nawet i chłopi połamani się czują na początku. Nic to, trza się wykąpać i przemóc. Za parę dni zapomnimy! Żeby tylko ten upał deszczu nie sprowadził.

Pokładli się zaraz spać i Coto śnił, że po dachu bębnią krople ulewy i można będzie leżeć w sianie do południa.

Ale był to tylko sen i zdało mu się, że chwilę zaledwie spoczywał, gdy go zaczął budzić Pantera. Pogodny świt wzywał do znoju.

Coto podniósł się i ze stuknięciem na powrót upadł na posłanie. Okropny ból wszystkich muskułów, kości, ścięgien wyciskał mu łzy z oczu i przyprawiał o mdłości.

— Nie mogę się ruszyć! — wyjęczał z płaczem. — Zostawcie mnie! Chyba to paraliż.

— Paraliż! Czego to się zachciewa? Przemęczyłeś się, niezwyczajny roboty. Teraz się przemóż, bo inaczej tydzień męczyć się będziesz. Każdy z nas trochę nadwerężony, ale to się w robocie rozejdzie! Zęby zaciśnij i ruszaj się! Ot, i Jasiek skurczony i krzywy, a chodzi.

— Nie ruszę się, nie mogę! — płakał Coto.

— No to leż, płakso, smarkaczu!

— Damy ci imię Robotna Gęba! — zadrwił Pantera i zniknął w otworze strychu, a Coto, jakby po policzku, zerwał się i potniejąc z bólu, dopełzł do drabiny.

Zginie, a nie zostanie. Umrze, ale bez wstydu. Ból aż mu kurczył twarz, lecz niesłychanym wysiłkiem zszedł na dół. Wszyscy chodzili sztywno — to go pocieszyło.

— Bardzoś połamany? — spytał Jaśka.

— Nie pytaj! Strach, jak wszystko boli. Nie chce się słuchać, bo jak uważasz, to aż w gębie kwaśno się robi. Tamci nic po sobie nie pokazują, więc wstyd mazać się! Matka mówi, żeby się wykąpać, woda ból wyciągnie. Chodźmy!

Coto zawlókł się do kąpieli i rzeczywiście na tyle go to wzmocniło, że mógł iść bez wielkiej męki. Ale gdy stanął w szeregu z kosą, myślał, że zemdleje przy pierwszym ruchu.

Szczęściem nikt go nie popędzał. Kosili małe polanki, rozpierzchli się po zakątkach. Za nim kosił Rosomak i folgował199. Gdy po chwili stanął, by oprawić ostrze, rzekł:

— Chłopcze, będziesz miał teraz dla trudu ludzkiego zrozumienie i cześć, bo sam to przecierpisz, co inni znoszą. Nie kosić się uczysz, ale przechodzisz szkołę zrozumienia pracy. Jutro już ci lżej będzie, ale pamięć bólu zachowaj!

Coto obejrzał się, czy są sami, i rzekł z cicha:

— Ale, wuju, dlaczego my się tak męczymy, żeby bydło Odrowąża miało siano.

Rosomak się uśmiechnął.

— A po coś się obejrzał i z cicha mi to mówisz? Czujesz, że zła to myśl. Przestań robić; jeśli tak czujesz, na nic twój trud.

— No, ale naprawdę tak jest.

— Naprawdę pracujemy dla pracy, z ochotą. Mniejsza o to, czyje bydło przekarmi się naszą pracą, byle sytość stworzeniu-pomocnikowi dał nasz trud. W mróz zimowy to siano da ciepło i siłę bydlęciu, które pracuje dla człowieka. Współtowarzysz to poczciwy! Zagarniaj, chłopcze, starannie tomki pachnące, groszki i tymotki; i myśl, jak ci wdzięczne będzie zwierzę za opiekę i pożywienie. A czyje ono? Nasze czy nie nasze? Niech o tym myśli taki, co nie rozumie, że tylko dusza jest nasza własna, a wszystko inne dzierżawne i czasowe!

Umilkli, tylko z cichym szelestem słała się trawa, i Coto wstydził się swego odezwania.

— Hop, hop! Śniadanie! — rozległo się wołanie Szczepańskiej. — I co? Ruszacie się, chłopaki? — spytała.

— Ee, całkiem przeszło! — odparł Jasiek.

— Jutro już za nimi nie nadążymy! — rzekł Żuraw.

— Jutro wyprawimy ich, żeby ruszyli pokosy.

— Jeżeli pogoda pozwoli, w sobotę trzeba stóg złożyć. Siano będzie jak szafran. Trzeba się zwijać, bo z pełnią przyjdzie słota! I głuchy święty nas posłyszy!

— Jaki głuchy święty? — spytał Coto.

— A ten patron deszczu200. Przykazał mu Pan Bóg: „Idź, gdzie proszą”, a on dosłyszał: „Idź, gdzie koszą”. No i byle posłyszał ostrzenie kos, leje!

Podczas południowej przerwy Żuraw zawołał Cota, by mu pomógł w kopaniu leczniczych korzeni, i zaprowadził go na pierwszą skoszoną polanę. Usiedli na pokosie już chrzęszczącym i Żuraw rzekł:

— Masz gorączkę, chłopcze, i możesz dostać zapalenia stawów. Weź ten proszek i rozbierz się. Trzeba cię wysmarować! Jak się zaniedbasz, poleżysz tygodnie.

— Jaki doktor dobry! — szepnął wzruszony Coto. — Istotnie, ledwie żyję!

I poddał się cierpliwie masażowi, a potem zasnął w cieniu, nakryty z lekka wonnym sianem — i zbudził się jakby odrodzony.

Przy obiedzie dowiedział się od Jaśka, że i on przeszedł przez umiejętną kurację doktora.

— On taki dobry, że aż strach! — mówił Jasiek. — Dwa lata temu uratował mnie od śmierci! Tyfus miałem. I we dnie, i w nocy mnie pilnował, bo i matka ledwie była wstała!

— No, chłopcy. Wy już do grabienia się bierzcie, a starajcie się za nami nadążyć. Pojutrze całą gromadą stóg stawiamy! — zakomenderował Odrowąż.

Była to ulga w znoju, inny ruch ramion i niejednostajny wysiłek.

A największą była dla chłopców uciechą, że pracowali pod komendą „matki”.

„Matką” nazywali Szczepańską wszyscy.

Była dla tych wszystkich mężczyzn symbolem majestatu kobiecego, a zarazem czaru i wdzięku. Żeby godnie czcić, a zarazem kochać, dali jej tę nazwę zaszczytną a jednocześnie pieszczotliwą.

Więc rano Coto brał na plecy kołyskę, Jasiek grabie, „matka” na ręce „pannę młodą” — i szli do roboty.

Kołyskę zawieszano w cieniu na drzewie, dzieciak, osłonięty od owadów, zasypiał, a polany, gdzie grabili, rozbrzmiewały wnet śpiewem i śmiechem.

Coto zaraz zrozumiał, jak się siano zbiera w wały, jak się je potem gromadzi na „sczynki201” i wznosi na grabiach wysoko, nad głowę, i kładzie na kopice202. Oni znosili, „matka” składała; uwijali się na wyścigi — podnieceni, rozbawieni, ze śmiechem, pomimo że skwar smalił ich lica, a pot parował na plecach. A gdy skończyli kopicę i chłopcy odpoczywali, i dopadali chciwie do bakłaszki203 z wodą, „matka” odwiedzała gniazdo, zawieszone na gałęzi, wydobywała swe pisklę, karmiła je i ucałowawszy, usypiała, kołysząc i nucąc.

Dzieciak był widocznie zdrów, bo nie grymasił i jakby rozumiał, że nie mają ludzie czasu na zabawy — zasypiał posłusznie.

Czasami od strony kosiarzy dochodził odgłos ostrzenia kos, a pod wieczór zjawiał się Pantera — jak mówił — w konkury do żony. Brał dziecko na ręce i nosił je, pokazując kwiaty i motyle, i prawił różne gadki.

Matka zostawiała ich wtedy i szła do chatnego gospodarstwa.

Umiała je prowadzić i miała czas na wszystko. Chata była umyta i ukwiecona, posiłek uwarzony, bydlątka dopatrzone, odzież i bielizna uprana. Gdy wracali z roboty, mogli odpoczywać — nawet drwa znajdowali narąbane i pościel czystą zasłaną. A kobieta, uśmiechnięta, jasna wewnętrzną szczęśliwością, miała dla każdego dobre słowo, żart i staranność.

W duszy Cota, którą miasto, koleżeństwo i złe książki już skaziły, odzywały się czasem głosy jakby wstydu i skargi. „Matka”! Jakże on bywał dla swojej zuchwały, lekceważący, niechętny! A profesorowa! Boże, czy Pantera o niej zapomniał, czy nie zażartuje kiedy wobec tej „matki” i co ona wtedy o nim pomyśli? A wiersze, które pisał do Wandy Albersonówny, znajomej ze schodów, rozczochranej, rudej zalotnicy-pensjonarki!

Przechwalał się przecież jej zaczepkami, spojrzeniami i chichotem przed kolegami — mówili często o rozpuście i drwili z panien. Coto nie śmiałby odezwać się na ten temat do Jaśka, z którym zawarli przyjaźń, zmawiali się na różne awanturnicze wyprawy i wiedli fantastyczne życie, pełne marzeń.

Najbliższym celem tych marzeń było otrzymanie leśnych nazw i przyjęcie w poczet leśnych ludzi.

— Dla ciebie to pół biedy, „Jasiek” na ciebie wołają... Ale dla mnie, gdy ktoś powie: „Coto”, to jakbym w ucho dostał! Już o nic nie pytam, już wszystko leśne rozumiem i zawsze: „Coto”!

— Trzeba czymś się wsławić, coś zdobyć! Żeby tak nazwali „Lisem”.

— „Lis”, dobrze. Ale jak to zdobyć?

— Czekaj! Jak się z sianem skończy, poszukamy jam. Wykopiemy całe gniazdo! Wódz Rosomak będzie rad, bo lisy tępi. Albo jakby znaleźć orle gniazdo... Ale to chyba na przyszły rok! Ot, „Orłem” się zwać!

Marzenia te przerywał sen, a może i we śnie dalej się snuły, bo często w nocy Szczepański lub Pantera trącał chłopaków i upominał.

— A to rechocą i krzyczą przez sen jak żaby w błocie.

Chłopcy milkli przestraszeni.

— Ojej, jeszcze nas „Okrzakiem” lub „Bąkałą” nazwą! — szeptał Coto.

Gdy kopic postawili kilkanaście, zjawił się pewnego ranka na polanie, gdzie grabili, Pantera na oklep na Łatanej Skórze, ubranej w chomąto, i zawołał:

— Coto, przejdziesz z piechoty do konnicy!

— Aha, jutro stogi staną! — ucieszył się Jasiek.

— Nie jutro, ale dziś. Do południa trzeba kopice wszystkie ściągnąć ot, tutaj, a od obiadu cały leśny naród stoży204. Rozkaz ojca Odrowąża, bo jutro ulewa!

— Oj, to dobrze! — wyrwało się chłopcom.

— Że pokosy zmokną, to dobrze? Oj, gospodarze z was, co mają tylko stodołę pod kapeluszem, a w niej wróble się gnieżdżą! No, żywo, bierz, Jasiek, linkę, a ty, Coto, gramol się na szkapę! A może ci zydelek205 podać? Zaczynajcie od najdalszych. Muszę, matko, z żonką się przywitać! — Wziął dziecko na ręce i zaczął z nim tańczyć, pośpiewując:

Pada deszczyk, pada po drobnej krzewinie,

Kochajże mnie, żonko, ino nie zdradliwie!

— Oj, zięciu, zięciu, deszczu nie wywołuj, córki mi nie bałamuć, a chłopaków pokieruj! — śmiała się Szczepańska.

— Prawda! Coto pewnie pojęcia nie ma, czy koń ciągnie pyskiem czy ogonem.

— Są ludzie, co ciągną tylko językiem! — warknął Coto.

Pantera parsknął śmiechem.

— A to ci rekrut pyskaty! Ochrzczę cię na pewno „Gęba Rusznica”! Zobaczysz! No, jazda, smyki!

— Może pyskować Coto, gdy mu ubliżają! — ujęła się za chłopcem Szczepańska. — Za dwóch robi i składnie mu idzie nad podziw!

— No, kiedy matka za nim, to ja już nie ubliżę. Zajeżdżaj, Coto, do tej kopicy. Stój!

Teraz otoczył kopicę linką, zrobił supeł, założył zań orczyk, który się wlókł za postronkami chomąta, i uderzył dłonią po grzbiecie klaczy.

— Jazda, kieruj po równym, na polanę!

Zgarnęła się w sobie Łatana Skóra i posunęła się jak żywa kopica. Jasiek z Panterą ją eskortowali.

Gdy trzy kopice były ściągnięte, Pantera zostawił robotę chłopcom, a sam zaczął łozę rąbać i ułożył spód pod stóg. Na sygnał obiadowy robota była skończona i obaj chłopcy konno ruszyli do chaty, śpiewając.

— Będzie deszcz! Dziadzio się nigdy nie myli. Popłyniemy na jezioro, na raki, na ryby, będziemy pływać, nurkować! — cieszyli się zupelnie jak dzieci.

Odrowąż niebo frasobliwie śledził, nie dał chwili spoczynku. Ledwie przełknęli strawę, już ich popędzał.

— Żywo, widły, grabie! Wszyscy! Chałupę zostawić pustą. Żywo, bo nie skończymy!

Pobiegli wszyscy kłusem. Ułożono stóg, stary stanął na spodzie, a wtedy wszyscy z gorączkowym pośpiechem zaczęli zbierać siano na widły i podawać mu w górę.

I znowu Coto się przekonał, że był głupim rekrutem. Gdy tamci wszyscy nabierali na widły naręcza ogromne, że aż się gięli pod ciężarem, gdy wznosząc brzemię, podawali na stóg, jemu siano umykało, rozsypywało się tak, że donosił puste widły i rozpoczynał robotę na próżno, bliski płaczu, omdlewając z nieużytecznego wysiłku.

Towarzysze byli tak zajęci, tak się śpieszyli, tak ciężki mieli trud, że wprawdzie nikt zeń nie drwił, ale też nikt nie uczył i nie pokazywał sposobu. Pracowali, milcząc, popędzani jakąś grozą, która się zbierała w niebie, wypełzała z ciemniejącego widnokręgu.

Stóg rósł, niknęły w nim kopice — był już tak wysoki, że przystawiono doń drabinę, wbito między szczeble żerdź, na której jak na koniu umieścił się Szczepański — odbierał pełne widły i podawał wyżej. Uwijali się zajadle, gorączkowo, bez chwili wytchnienia, aż z góry rozległ się głos Odrowąża:

— Zawieszam. Dobra nasza! Zbierajcie czysto, obierajcie boki grabiami, szykujcie powrósło206! Już nam deszcz niestraszny.

A deszcz już leciał — wicher się zerwał, chmury nachodziły nad las, zaczynało w nich huczeć jak werbel na bitwę.

Ludzie jeszcze zajadlej śpieszyli się.

— Powróz sporządź! Ot tak! — zawołał Jasiek zdyszany, przypadając z Cotem do stogu i snując zeń siano, które Szczepańska skręcała w powrósło.

A tamci zbierali roztrzęsione resztki kopic i podawali, wołając ochryple:

— Zabieraj, hop, odbieraj!

Wicher począł się z nimi borykać, szarpać siano, wydzierać z rąk brzemiona.

— Dawajcie sznur! — krzyknął Odrowąż.

Podano mu dwa — skrzyżował je na szczycie, końce utwierdzono w sianie, a z wideł uczyniono parę stopni, po których stary zsunął się na ziemię.

Wtedy przeżegnał się i jakieś litery w powietrzu w stronę chmur nakreślił.

— Nad chudobą naszą i nad nami Bóg łaskaw, dał czas i siłę, by dokonać tego. Niech mu będzie cześć i chwała.

— Na wieki wieków. Amen! — odpowiedzieli.

I stali chwilę wszyscy na widłach wsparci, dech łapiąc i uznojone twarze do wichru zwracając. A wtem lunął deszcz i grzmot uderzył z chmury.

Tego wieczora, gdy Coto chciał wziąć łyżkę do ręki, nie zdołał zgiąć palców.

Zawstydził się i spojrzał, czy kto to widzi. Ale wszyscy jedli i gwarzyli, tylko Żuraw nań patrzył — głową skinął porozumiewawczo i nieznacznie wywołał go do komory.

Kazał mu się rozebrać, położyć na swej pościeli i jął mu ramiona i ręce masować. Chłopak usypiał, śmiertelnie znużony, i tylko szeptał:

— O, dziękuję, dziękuję! Bylem mógł jutro z wami razem się znoić! O, bylem mógł.

I zasnął. Żuraw go okrył i rzekł z cicha do wchodzącego Rosomaka:

— Zwyciężył leśny duch. Rodzi się w nim nasza dusza.

— Chwała Bogu! Będzie szczęśliwy! — odparł Rosomak, przesuwając serdecznie ręką po ciemnej głowie śpiącego.

Nazajutrz padał deszcz, ale Odrowąż zaplanował kośbę207, więc chłopcy nie mieli wakacji; ale za to koszenie mokrej trawy było lżejsze i upał nie obezwładniał, więc dotrzymywali starszym kroku.

Dopiero po dwóch dniach, gdy dużo było zwalonej trawy, a pogoda się nie ustalała, kosiarze spauzowali i rozpierzchli się. Rosomak z Odrowążem popłynęli na połów, Szczepański z Żurawiem i Panterą darli łozy i pletli chodaki, a chłopcy pobiegli w las, by wyszukać zamieszkałe lisie jamy. I tak myszkując, gapiąc się, zaglądając do gniazd, usłyszeli w powietrzu dziwny szum. Nad polaną nisko leciała szara kula.

— Rój, rój! — krzyknął Jasiek i pognał.

Skoczył i Coto — i rozpoczął się szalony pościg. Przez krze i zwały pędzili, ciskając na rój garście ziemi, liście, gałązki, krzycząc zdyszani, podrapani a zajadli.

Jakaś pierwotna żądza zdobyczy ogarnęła ich, jakaś pasja praojców bartników. Przedzieraliby się tak przez bagna, trzęsawiska, wody — nie ustaliby, chyba martwi.

Aż wreszcie rój zmęczony opadł na krzew kaliny na spoczynek.

Ciemne mrowie owadów zrobiło jakby szare grono i znieruchomiało.

— Wody, wody! Kropić, bo się za chwilę poderwą! — komenderował Jasiek.

Coto przyniósł wody w kapeluszu i prysnęli na rój.

— A teraz co? Co z nimi robić? — pytał zdyszany.

— Dawaj koszulę, moja podarta! — jąkał się Jasiek bez tchu, pomagając towarzyszowi rozebrać się. — Związuj kołnierz i rękawy witką łozową, mocno, ot, tak, prędzej, nim się opamiętają i zaczną ciąć. Podsuń koszulę pod gałąź. Trzymaj uważnie, żeby wszystkie zamknąć. O, już się burzą! Ani drgnij! Trzymaj, niech tną, my przecież leśni ludzie. Cierp, cierp, zaraz gałąź utnę.

Coto zacisnął zęby i spełniał rozkazy. Otoczył go szary jakby obłok — poczuł na ciele piekący ból, brzęk gniewny, zapach kwaśny jadu. Ale się zapamiętał w postanowieniu — ani pisnął, ani się nie opędzał.

I oto triumfujący stanęli po dokonanym dziele. Obydwaj spoceni, zziajani, brudni — jeden do pasa nagi — i poznaczeni śladami żądeł.

I trzymali jako zdobycz cudaczny worek z koszuli, w którym huczał rozpaczliwie uwięziony rój.

— Czyja będzie zdobycz? Bo teraz na pewno dostanie się nazwę! — rzekł Jasiek. — Dobrze będzie, jak nazwą „Bartnikiem”! Ja straszną mam do pszczół ciągotę! Ale i tyś gonił, i wodę przyniósł, i koszulę dał, i ciebie więcej pocięły! Chcesz, to nieś!

Zawahał się Coto, pomyślał. Byłaby to jego pierwsza zdobycz i pozbyłby się nienawistnego przezwiska, ale czuł, że to by było fałszem.

— Nie, tobie się należy. Ja bym nie wiedział, co to leci, ani bym nie ścigał, ani nie wiedział, jak je uwięzić! Nie! Ty nieś!

— Dziękuję ci! Teraz między nami braterstwo jest na śmierć i życie! — wykrzyknął rozpromieniony Jasiek. — Włóżże moją koszulę, a ja lecę z rojem. To się wódz ucieszy! Świętojański rój to skarb!

W osadzie zeszli się wszyscy na obiad, gdy wpadł Jasiek, nagi po pas, ze swą zdobyczą w garści i zadyszany wołał:

— Do wodza, niosę zdobycz!

Rosomak wyszedł z chaty, a chłopak wyrecytował orację, którą sobie ułożył.

— Leciał rój! Ja za nim. On na skrzydłach, ja piechotą. I dognałem. Zebrałem, w com miał na sobie, i przyniosłem. Proszę wodza o borową nazwę, i żem jest leśny „ludź” jako wy, starsi.

Coś mu się splątało w oracji, ale Rosomak zrozumiał i biorąc mu z rąk zdobycz, rzekł bez uśmiechu, bardzo poważnie:

— Zuch jesteś! Rozważymy twe życzenia i dowiesz się wieczorem o naszym postanowieniu.

— Oszalał chłopak. Nagi biega po puszczy! Nie wstyd ci? — wtrąciła się matka i wepchnęła Jaśka do alkierza.

— Do wieczora barć masz wystroić na przyjęcie twego roju! — zawołał za nim Odrowąż.

— Mam, dziadziu, mam chojar upatrzony! — odpowiedział chłopak, zdyszany, kręcąc się w rękach matki, byle prędzej się ubrać i lecieć.

Umieszczono rój w cieniu, uwieszony na gałęzi, i wnet wszyscy ruszyli, by mieszkanie mu urządzić. Zabrali z sobą długą drabinę, sznury, narzędzia — Jasiek, triumfujący, poprowadził.

— Będą ludzie z dzieciaka — rzekł Odrowąż, gdy stanęli przy starej, samotnej sośnie na leśnej polanie. — Ma oko! Dziupla ku wschodowi, konar nad nią jak okap. Byle wnętrze nie za obszerne, będzie barć cudna! No, chłopcze, strójże sam!

Jasiek już był na drabinie, a że nie sięgała, „leziwo208” ze sznurów sporządził i zawieszony u wylotu dziupli, dłutem i siekierą otwór oczyścił i wnętrze spenetrował.

Nie mogąc bezczynnie wytrwać, Pantera wnet po sznurku z hakiem aż na górny konar się wydźwignął, niczym na koniu na nim zasiadł i jak dwa dzięcioły kuli!

Podawano im z dołu narzędzia, mech, glinę, wreszcie zamknięcie z deski i ćwieka.

Po paru godzinach karkołomnej roboty zeszli na ziemię i pokładli się jak martwi ze zmęczenia, ale barć była gotowa.

— Będzie ta sosna „Piastem” się zwać — rzekł Rosomak.

Odrowąż spojrzał na słońce.

— Biegaj, Jasiek, po rój! Można osadzać.

Nadchodziła najcięższa próba bartniczego egzaminu — bez żadnej osłony twarzy i rąk, bez skropienia wodą, bez dymu musiał Jasiek rozdrażniony niewolą rój przeprowadzić do nowej osady.

Gdy wstępował na drabinę, w zębach trzymając huczące pszczoły, Odrowąż komenderował:

— Żebyś się nie śpieszył, żebyś się nie oganiał, żebyś się na nie nawet w myśli nie rozgniewał. Po głosie słychać, że matka jest, więc się nie zerwą. Za pazuchą łyżkę masz. Pomalutku czerp i do oka puszczaj. A uważaj na matkę, żebyś nie uraził.

— Pomogę mu! — rzekł Rosomak, porwany swym zamiłowaniem, i wciągnął się po sznurze na górny konar.

— Wolę się gapić z dołu! — mruknął Pantera.

We dwóch na górze było lżej. Rosomak związkę209 potrzymał. Jasiek się wygodnie na leziwie umieścił. Otworzono więzienie, szary obłok ich otoczył, ale już Jasiek pierwszą garstkę do oczka przysunął i z cicha, radośnie szeptał:

— Idą!

Obydwaj wlepili oczy w szarą ruszającą się masę i nagle Rosomak, przechylony zupełnie głową w dół, zanurzył rękę w mrowie i szepnął:

— Matka!

Pięść jego szara była jak kłębek. Przesunął ją do wrót barci i obydwaj zaśmiali się cicho, radośnie.

— Poszła! — szepnęli.

— Niechże jej się wiedzie szczęśliwie! — rzekł z dołu Odrowąż, kreśląc krzyż nad barcią.

Teraz mądra chmara rzuciła się do barci całą masą — jakby rzeka szara, jakby armia karna. Szły, szły, jakąś piosnkę nucąc, poruszając skrzydłami jak proporcami, obładowane miodem, kwietnym pyłkiem, błyszczące od blaszek wosku.

Miały ze sobą wszystko, co trzeba, by swe państwo założyć, pobudować, rozmnożyć się na miliony syte, karne i niezmiernie pracowite.

Teraz już tylko trzeba było czekać, by przeszły. Te, co zleciały, opadały i maszerowały bez gniewu, te, co były obsiadły ludzi, szły po rękach, nie tnąc wcale.

— Nad podziw dobre! — rzekł Jasiek.

— Mądre — dodał Rosomak. — Gdym matkę trzymał, ani jedna nie ucięła. Ależ bogaty naród! Będzie ze dwa garnce.

— Mam dla nich bukiet na nowe mieszkanie! — zawołał z dołu Żuraw, ciskając więź melisy i macierzanki.

Uchwycił go Rosomak i zatknął nad zamknięciem barci.

— No, złaźcie! — wołał Pantera. — Pójdą i same bez waszej namowy.

— Ale! — upomniał Jasiek. — Nie wolno się śpieszyć! Nam tu dobrze. Tak cudnie pachnie żywicą, miodem i ziołami, a tak pięknie patrzeć, jak w ordynku210 maszerują i śpiewają.

— Różne bywają przyjemności, trzeba temu wierzyć. Wódz już pół godziny głową na dół wisi, a ty siedzisz na pętli podpórki pod nogami.

— Wiadomo, bartnicka robota i uciecha — rzekł sentencjonalnie Jasiek.

— No to się cieszcie. My idziemy kosy klepać.

Tego dnia, gdy spożyli wieczerzę i zapalili fajki, Rosomak się odezwał:

— Czy jest tu między nami Jasiek Szczepański?

Chłopak oczy podniósł, ale nim usta otworzył, odpowiedział Pantera:

— Nie ma tu żadnego Jaśka Szczepańskiego, jest Bartnik borowy, nasz druh i towarzysz.

— A czy ten młody Bartnik miłuje pszczoły, nie krzywdzi ich, nie rabuje, nie gniewa się, gdy kłują, nie chowa ich dla przeklętego pieniądza?

— Nie handlarz, ale miłujący jest! — rzekł Odrowąż.

— I będę! — szepnął Jasiek.

— A czy ten Bartnik, co chce naszym być, miłuje Boga, Stworzyciela tego boru?

— Miłuje, pacierz serdecznie mówi i nigdy nie kłamie! — rzekła matka.

— A czy ten Bartnik miłuje i nie czyni krzywdy żadnemu bożemu stworzeniu, co tu z nami żyje i rośnie w tym lesie?

— Jako towarzyszy i przyjaciół miłuje i szanuje! — rzekł Żuraw.

— A czy ten Bartnik nie ma w lesie czegoś, czego by się lękał w dzień czy w ciemnej nocy?

— Ja się tylko lękam wstydu! — odpowiedział hardo Jasiek.

— A czy ten Bartnik zna wszelką leśną robotę, by w borze mógł żyć, choćby sam został?

— Potrafi! — rzekł krótko zawsze milczący Szczepański.

— Zatem Bartnik borowy jest naszym druhem i towarzyszem rodzonym! — zakończył Rosomak, wyciągając do chłopca prawicę do uścisku.

Powstali Żuraw i Pantera, podali także dłonie, a potem chłopak wyrwał się na boży świat, bo nie chciał, by ktoś ze starszych widział, że mu z oczu leciały łzy, a w piersi tak się tłukło serce, że słowa nie potrafił wymówić. I odtąd nikt nań nie zawołał: „Jaśku”, bo by nikomu nie odpowiedział — tylko dla matki czynił wyjątek.

Po tym chrzcie leśnym mężczyźni zabrali się do klepania kos i Odrowąż rzekł do Rosomaka:

— Widzi się dziecinną zabawę, ale taką, co jej chłopak nie zapomni przez całe życie. A pokieruje go w pracy i uchroni od podłości. Dzieciuch Bartnikiem zostanie.

Milczał chwilę Rosomak, zapatrzony w klingę kosy. Potem się wyprostował i objął oczami rozkochanymi las i niebo.

— Dziecinność! — rzekł zamyślony. — Mnie się zdaje wielkim skarbem, że my tu wszyscy mamy dusze i myśli dziecinne. Może idziemy ku Królestwu Niebieskiemu, wedle Chrystusowych słów obietnicy.