Jak Coto zdobył leśne imię

Dziesięć potężnych stogów stanęło po polanach — owoc ich znoju i trudu. Czerwiec się kończył, słonecznego triumfu i majestatu miesiąc, przepychu barw, wzrostu i woni. Las był cały w kobiercach kwietnych, rozświergotany młodzieżą ptasią, a już owocny, bo jagodniki dojrzały i barwiły ziemię.

Ludzi znój i trud poczernił, wysuszył, ale i skrzepił. Coto tak wyrósł, że odzież Żurawia nosił, a w drzwiach chaty musiał się schylać. Gdy skończyli sianokosy, Odrowąż posłał Bartnika do domu, by obejrzał zboża, czy gotowe do żniwa, a pozostali zajęli się rybołówstwem, zaniedbanym przez pewien czas. Brodząc po wyschniętych zalewach, Pantera z Cotem wymyślili, by zapalić Kupalny ogień211, bo była to właśnie wigilia św. Jana212. Brodzili i wyciągali raki z pieczar. Połów był wspaniały, okazy olbrzymie.

— Ja to miejsce znam od dawna w sekrecie — śmiał się Pantera. — To raczej matecznik. A spełzło się to plugastwo tutaj od zeszłego roku do zadartego przez wilki łosia. Zadarły olbrzyma, bo się walił pod ciężarem w lód, a one z wierzchu się trzymały. Ale jak zadarły, ginąc, w głąb poszedł i tylko rakom się zdał. Przypadkiem brodząc, znalazłem w wodzie łeb i rogi. Siedemnaście miał rosoch. Patriarcha był. Czerep i rogi wydobyliśmy z wodzem, ale co do raków, tom mu się nie pochwalił. Oni czasem trzy dni nic nie dostaną, a ja idę jak do spiżarni.

— Co my teraz będziemy robili, jak siano gotowe? — spytał Coto.

— Pomożemy w żniwach Odrowążom, a potem wódz myśli groblę rzucić na tę topiel do starych Puchaczych Chojnar, żeby tamtą stronę móc zbadać dokumentnie. Tamtędy można będzie do Żurawich Lęgów się dostać i może remizy znaleźć. Hej! Roboty nam nie zabraknie, ale w dzisiaj nas wszystkich pierwszy smutek trąca!

— Dlaczego?

— Słońce od dziś mniejsze! Idzie ku jesieni, ku ziemi, ku nocy. Ha, trudno! — stęknął i aby smutek odegnać, dodał: — Kupałę zapalimy na Wdowiej Górze. Widoczna będzie aż na stałych lądach, gdzie ludzie mieszkają. No, mamy ćwierć213 raków, dosyć na wieczerzę. Zostawimy matce w chacie i skoczymy stos kupalny przygotować.

Szczepańska, czyniąc wielkie porządki w chacie, przyjęła mile zdobycz, a oni, nie czekając powrotu towarzyszy, pobiegli w bór. Gdy wrócili o zachodzie słońca, Pantera oznajmił:

— Wodzu, palimy Kupałę. Zrobiliśmy stos pod niebo wysoki.

— Dobrze. Wszyscy pójdziemy! Tylko ryb mnóstwo do oprawienia. Gromadnie trzeba pracować, żeby do wieczora skończyć!

Mniej się to Panterze podobało, ale wziął się z innymi do roboty.

— Nie będzie głodu w post — mówił. — Żeby jeszcze grzyby obrodziły, to zimować będziemy jak króle. Ot, i Bartnik wraca.

Bartnik przyniósł więź kłosów żytnich i ciężki tobół zapasów, przy tym różne wieści ze świata.

Ziarno wyłuskał na dłoń Odrowąż, obejrzał, w zębach spróbował.

— Dopiero po św. Pietrze214 można żąć — zdecydował.

— Pobujamy jeszcze tydzień po borze! — szepnął radośnie Bartnik do Cota.

— Jagodny tydzień! — rzekła Szczepańska. — Raki gotowe, chodźcie wieczerzać!

Zasiedli wkoło stołu, gdzie się barwiły misy pełne, i wśród chrzęstu łamanych kleszczy Pantera rzekł:

— Coto, wiesz ty, że masz sam iść na Wdowią Górę i stos zapalić?

— Dlaczego?

— Bo pierwszy raz Kupałę palisz i nie masz kwiatu paproci.

— A wy macie?

— Wszyscy!

— Eh! Ja ta w to nie wierzę!

— Przyznaj się, że tchórzysz albo boisz się, że nie trafisz w mroku.

— Nie sztuka trafić ani się nie lękam.

— No to idź! Dowiedź tego!

Spojrzał Coto po wszystkich. Zdało mu się, że Bartnik się uśmiecha, a Rosomak bada go wzrokiem tak wątpiącym, że aż Odrowąż brwiami poruszył.

— Co to strasznego? Pójdę! — rzekł śmiało.

— W borze, po nocy, niesamowicie! — rzekła Szczepańska. — Pantera się tylko droczy. Pójdziemy gromadą, śpiewając. Kto niezwyczajny, to może i zabłądzić, i zlęknąć się.

Ale to tylko podnieciło chłopaka.

Zerwał się, wziął kapelusz, zapałki, zatknął siekierę za pas i wyszedł.

— Oświecę wam drogę! — rzucił junacko, zamykając drzwi.

Ale na dworze po jasności izby ogarnęła go ciemność i długą chwilę szedł znajomą ścieżką na oślep. Gdy się opatrzył, nie bardzo rozpoznawał, gdzie jest, ale szedł śmiało polaną, licząc, że przecież na szlak trafi. Jakoż odnalazł przetarty trop, ale zarazem tak zanurzył się w gęstwinę, że już gwiaździstego nieba nie miał nad głową — i ogarnęły go szmery boru tajemnicze, niepokojące nerwy. Zaczęła go trapić niepewność drogi w mroku, drażnić szelesty, trącania gałęzi, mdłe światełka próchna — i wreszcie stanął, czując, że mu serce bije z trwogi, a pot występuje na skronie.

I zaczął sobie w myśli powtarzać słowa Bartnika przy leśnym chrzcie: „Ja się lękam tylko wstydu” — i poczuł, że mu się dusza krzepi.

I nagle zaczął śpiewać, bo mu strzeliła myśl: „Najlepsza kompania — piosenka”. Strach prysnął jak pod wpływem czaru; rozejrzał się przytomnie, poznał tuż obok olbrzymi jałowiec — był na ścieżce.

— „Hej, bracia sokoły215!” — śpiewał coraz głośniej i ruszył naprzód, już opanowawszy trwogę. Gdy się z gąszczy wydostał, poznał, że drogi nadłożył, ale się na haliźnie po niebie zorientował i pewny kierunku, triumfował:

— Pantera się myli co do mnie! Trafię! Bylebym dobrze ominął tę małą topiel i odnalazł suchy bródek między torfami.

Już się nie lękał. Tylko raz zadygotał, gdy mu spod nóg zwierz się poderwał i z łoskotem runął w gąszcze. Ale to sekundę trwało i już za nim skoczył, myśląc: „Ten mi bród wskaże, bom nie głupi, by topielą iść!”.

Jakoż po chwili odnalazł przesmyk, zatlił zapałkę i trop na piasku obejrzał.

— Dziki! Ależ gmach! Odludek, emeryt! — szepnął.

A potem zanurzył się w bród i człapał po wodzie, bezpieczny, że nie ugrzęźnie, i że dopiął swego.

Przed nim wznosiło się Wdowie Wzgórze. Był to najwyższy punkt tej wielkiej połaci dzikiego kraju — jałowe wzgórze piasków, usypane przez prace przedhistoryczne przyrody.

Przez długi czas macierz przyroda — nieznosząca jałowości — zasiała tam źdźbła nasienne i nauczyła rośliny żyć na wydmie. W zagłębieniach osiadły wrzosy, tworząc zwarty kilim; na łysych czubach chwyciły się ziemi szorstkie trawy o siwych wiechach puszystych, mchy i porosty, a wśród nich, jak klejnoty barwiły się w lecie słoneczne, żółte nieśmiertelniki, karłowate macierzanki i drobniutkie czerwone goździki.

— Patrzcie, jak się nasza Wdowa wystroiła — mawiał Pantera. — Wdziała na siebie bursztyny, ametysty i nawet nieco rubinów. Babsko udaje tylko nędzę!

Na najwyższym szczycie wydmy czerniał tej nocy stos olbrzymi, przy którym Coto się wyciągnął i czekał na przybycie towarzyszy.

Noc była cicha, przejrzysta, bezmiesięczna, ale pełna gwiazd i rozmarzającej lubości letniej.

Lelki i sówki przemykały lotem bezszelestnym, polując na ćmy; z gąszczów odzywały się nawoływania żerującego zwierza, chrzęsty, szmery. Z jakichś bardzo odległych ludzkich osad dochodziły szczekania psów.

Coto zapatrzył się w gwiazdy, zadumał. Pieśni płynęły mu z duszy, jakby wtopionej w to niebo i byt natury.

Czuł się zarazem bardzo mały i bardzo potężny — atom olbrzyma. A wtem z daleka dobiegła doń melodia.

Towarzysze szli od chaty i Rosomak nocy tej czarownej przygrywał na skrzypcach.

Wtedy Coto zapalił stos.

Płomień jął się suchego igliwia i mchu, zaczął biegać, jako jego obyczaj był, śpiesznie, łapczywie — wydzierać się ku górze, klaskając, pogwizdując, zbierając moc do wybuchu.

A oto do tonów skrzypiec dołączyły się głosy ludzkie: kobiecy, wysoki, górujący i stare, jak owe bory, nawoływanie odwiecznej pieśni: „Łado216, Łado, o Kupało”.

Stos zapłonął. Strzelił ogień ze szczytu, zabarwił purpurą i złotem niebo, oświetlił jaskrawo całe wzgórze.

— Zuch, Coto! — zawołał Pantera. — Północ! Znajdziesz, rekrucie, kwiat paproci.

Obstąpili wszyscy ogień, kończyli obrzędową pieśń, a potem Rosomak rzekł:

— Może przed wiekami to jedno wzgórze sterczało nad masą wód jakiegoś wewnętrznego morza i ludzie, mieszkający nad wodą, w krzemienie uzbrojeni, w skóry i łyka odziani, w tęż noc aryjską217pieśń do słońca już śpiewali.

— Tu są na szczycie wzgórza odwieczne lisie nory — rzekł Żuraw. — W przegrzebanym piachu znalazłem raz parę krzemiennych grotów.

— Hej, co w tej ziemi nie leży ludzkich kości i skarbów! — rzekł Odrowąż.

— Bośmy się położyli, jako stróże, na szlaku łupieżców, rabusiów i barbarzyńskiej dziczy, albo jak tama, chroniąca ląd od zalewu. Przez wieki ileż razy na tej samej może górze płonęły nie tylko kupalne ognie, ale znaki płomienne czujności, trwogi; wołania: „Orda218 idzie! Kozactwo219 idzie!”. Hetmańskie, starościńskie, wojewódzkie wici ogniste:„Kto duży, do znaku220; kto słaby, w tajnie boru!”. Wy jeszcze, ojcze, takie znaki widzieliście, my już nie. I dlatego myśmy zawsze w duszy smętni!

Zapatrzył się Rosomak w ogień, a wtem chłopcy, poszeptawszy między sobą, kopnęli się w las. Rozległ się łoskot siekier i wrócili, uginając się pod ciężarem rosochatego smolnego pnia.

Rozchybotali go i cisnęli w środek żaru.

— Łado-Kupało! — zawołał Bartnik. — Płońże, płoń na nasze młode szczęście, byśmy doczekali ognistych wici, do znaku!

— Ot, i nie smęćcie się, panie! — rzekł Odrowąż. — Doczekacie się i wy. Jak żyje duch, to śmierci nie trza się lękać. Sen to tylko czasowy!

A chłopcy spojrzeli po sobie, wyprostowali się i wyciągnęli po żołniersku:

— „Jeszcze Polska nie zginęła” — zagrzmiało jak sygnał trąbki bojowej.

Wszyscy powstali i odkryli głowy.

Hej, rubieże dalekie Rzeczypospolitej, hej, kresy ciche, puste, zdławione, wyludnione, wymordowane, wysiedlone, zamarłe dla szpiegowskiego oka triumfującego łupieżcy-kata, kordonami bagnetów i ziemskiej mocy, dokumentami rządów potężnych i kongresów od Macierzy oddarte i z kart wykreślone!

Taki wasz głos i takie w tobie kości i skarby leżą i oczekują na zew od Matki-Pani!

I gdy pieśń przebrzmiała, Odrowąż zaczął opowieść, co była jednym paciorkiem w różańcu dziejów.

— Jak nas rozbili pod Horkami221, przedarliśmy się we czterech i zapadliśmy w bory. Pan Seweryn, wasz stryj, ranny był w rękę; ja tylko draśnięty po karku, ale było z nami dwóch kolegów z Korony222: jeden z Siedleckiego223, drugi chorąży, warszawiak. Podlasiak224 już miał pod czterdziestkę, żonaty i dzieciaty; chorąży, dzieciuch, gołowąs, gdzieś ze Starego Miasta225 łyk226, a zwał się Stacho Dziembor.

Małe to było, chude, czarniawe, pyskate, kłótliwe i szczekliwe, a zacięte i śmiałe jak jaźwiec227. Kulę dostał w biodro i wynieśliśmy go na rękach. Krwawił i mdlał, i tylko do mnie szeptał: „Daruję wam Sagalasówkę228 moją, tylko wynieście mnie, by psiekrwie Orła nie dostały”. A sztandaru z garści nie popuścił, aż gdy go gorączka do cna zmogła już w bezpiecznej kryjówce. A i to, jak tylko się ocknął, wołał: „Mój znak, mój znak!”. No, dobrze! Zapadliśmy w takie tajnie, com tylko ja jeden znał; i legliśmy. Pan Seweryn, jako że się na ranach znał, opatrzył wszystkich, a mnie wysłano na zwiady. Dotarłem do dworu, poszeptaliśmy z kobietami. Przyniosłem szmaty, chleb, kordiały229, maści; no i tak lizaliśmy się z ran. Jak gorączka panu spadła, przyszła wieść ze dworu, że ucieczka za granicę konieczna i przygotowana, więc zrobiliśmy naradę. Podlasiak i chorąży musieli zostać. Jeden ciężko był ranny, drugi miał go pilnować, aż ja wrócę, pana wyprowadziwszy za kordon. Wtedy bym ich dwóch przeprowadził. Chorąży na to mi powiada: „Kolego, pamiętajcie, że Sagalasówka wasza, bo juchom Orła nie daliście i mnie na plecach wynieśliście. Coś mi się roi, że na Powązkach230nie spocznę, ale tu w waszym borze. Mniejsza o to, żołnierski cmentarz czy zielona dąbrowa! Byle pod swoim znakiem! Podlasiak mnie dopilnuje i strzelbę doręczy. Daj wam, Boże, szczęście”. A Podlasiak powiada: „Mnie szpetnie jakaś gorączka nęka, a muszę w swoje strony wracać, bo mam od naczelnika depozyt; całą sakiewkę dukatów mi przed bitwą dał, ostatek z kasy partii. I rozkazał pod przysięgą, żebym odniósł do Rady Narodowej231, pod tajny adres. Zatem pośpieszajcie, kolego, z powrotem”. „A jeśli zginiemy?”, powiada pan Seweryn. A żeśmy żołnierze byli i twardzi, więc Podlasiak mówi: „Kto z nas żyw zostanie, będzie tu czekał miesiąc, a po miesiącu sam ruszy, bo widocznie śmierć wam stanęła na przeszkodzie”. Rachowaliśmy, rachowali... Zgodzili się! Bo my mieliśmy, zda się, sporo czasu, a im trudno było utrzymać się dłużej przy życiu w borze, bez ognia i ciepłej strawy. I takeśmy się rozstali. Na wieki! Na granicy w ostatniej chwili postrzelił pana Seweryna objeszczyk232, tak żem go ledwie wyniósł przed pościgiem; trza się było kryć po pustych szopach, mitrężyć233, ranę goić i dopiero po siedmiu tygodniach wróciłem w swoje strony na śledztwa, areszty, ciąganiny i baty. Wykręciłem się jakoś cudem i zaledwie wolny, poleciałem do boru. Kryjówka była pusta. Schodziłem, zdeptałem, przeszukałem puszczę; pytałem każdego drzewa, każdej piędzi ziemi, zwierza, ptaka, gada. Przetrząsnąłem gniazda i schroniska, każdą dziuplę i wykrot zbadałem. I nic nie odnalazłem. Potem i na Podlasie234 powędrowałem, dopytałem o dzieci naszego kolegi. Nie wrócił do domu. Tak obydwaj tu leżą i czekają bożej chwały.

— Anioł Pański zwiastował Marii Pannie... — zaintonowała Szczepańska.

— I poczęła z Ducha Świętego — odpowiedzieli wszyscy.

Stos płonął, pryskał, łuną na niebie kwitł. Po pieśni żołnierskiej żywi wspominali modlitwą bohaterskie kości.

Ale Pantera nie mógł już dłużej utrzymać swej natury w tak wysokim napięciu i gdy skończyli modlitwę, zaczął podjudzać chłopców do skakania przez ogień i do różnych łamanych sztuk. Zaprosił potem „pannę młodą” do tańca i pośpiewując, pohukując, okrążał ognisko.

Potem namówił do śpiewu i przy skrzypcach i fletni Żurawia szła pieśń za pieśnią — daleko w ciszy nocnej.

A wreszcie zaczęła Szczepańska prawić baśnie o kwiecie paproci i o skarbach.

Rozciągnięty przy ogniu, milczący Rosomak słuchał. Dorzucił słowo Pantera, Odrowąż, Żuraw, nawet mruk Szczepański. On, zapatrzony w niebo, milczał.

— Wódz zdrzemnął się — odezwał się Pantera. — A pewnie nie byle jakie cuda widział i słyszał. A chodząc nocami po puszczy, może w chodaku miał kwiat paproci.

— Nawet go zawsze mam, a i to wam powiem, że każdy z nas go posiada! — odparł Rosomak powoli, a wszyscy utkwili weń oczy pytające.

— Bo tak — mówił dalej. — W baśni tkwi cała mądrość pierwobytu, i trzeba baśń w życie wprowadzić. W baśni śmiałkowie zdobywają królewny i szklaną górę, i żywą wodę, i taką wolę i wytrzymałość trza mieć. Zdobywają szczęście, bo ofiarowują siebie, by słabych, uciemiężonych, zaklętych wyzwolić. W baśni silny wspiera słabego, głupi dobry zwycięża silnego złego i w baśni stworzenie boże, ptaki, zwierz, gad, owad, wraca do przyjaźni z człowiekiem, do zrozumienia, jak być powinno. W baśni życia siły uzdrowienia, mądrość i jasnowidztwo dają źródła wody, krzepkość daje zbożowe ziarno; na szczycie, na tronie zasiada pastuch rodem, ale bohater z duszy i czynu. Kto baśń zrozumie i żyć wedle niej będzie, ten posiadł kwiat paproci. Ten ma „oczy, co widzą, uszy, co słyszą”235. Ten żyje mądrością przyrody. A jeśli kto z nas, tu bytujących, co by z doli swej nie był rad, drugim zazdrościł? Czegoś cudzego, obcego, dalekiego, innego pożądał?

Milczeli wszyscy.

— No, toć kwiat paproci mamy w zanadrzu głęboko, skąd nie wypadnie: w sercu.

Powstał Rosomak, przeciągnął się, spojrzał po niebie.

— Ot, i świt niedzielny. Żurawie-stróże już grają. Do domu!

Nikt nie myślał o śnie. Cudny, pachnący, rośny świt wstawał nad puszczą. Chłopcy z Panterą kopnęli się do kąpieli, a Szczepańska rzekła:

— Niedziela jagodna być powinna. Nikomu obiadu nie dam, kto pełnego dzbanka nie przyniesie.

— Trudno, trza matki słuchać. Idziemy! — rzekł Rosomak.

— Ale pierogi na wieczerzę sobie zamawiam! — dodał Odrowąż.

Jakoż, gdy chłopcy wrócili po kąpieli, znaleźli chatę opuszczoną, a na progu trzy puste dzbanki i trzy kromki chleba.

— Aha, to znaczy: jazda po jagody! — zaśmiał się Pantera, porywając najmniejszy dzbanek. — Można się będzie przespać, najeść czernic i poprosić drozdy, żeby pomogły zbierać.

— Do barci zajrzę, bo tam najwięcej poziomek — rzekł Bartnik.

A Coto, widząc Łataną Skórę, idącą wolno na pastwisko, wskoczył na nią i tak ruszył w las, na beztroską wędrówkę.

Za matką dreptała mała Agatka, kropka w kropkę, łatka w łatkę pstra miniaturka klaczy, i bawiąc się, skubała chodaki Cota, bo zwykli byli swawolić i uganiać po polanach.

Dzień się zapowiadał upalny i Cota sen morzył, więc się wypraszał:

— Na odwieczerz, Agatko, pohulamy. Teraz zaprowadźcie na polanę, pod omszony wykrot, w paprocie, i godzinkę się prześpię.

Klacz też kierowała się na odkryte polany i wyprowadziła go na Murawiewską trybę, gdzie rosła dąbrówka wonna. I wtedy zaczęła się pożywiać pilnie.

Coto ześlizgnął się na ziemię i rozejrzał się, szukając najwygodniejszego legowiska.

Stare, samotne dęby rosły z rzadka, a zwały porąbanych olbrzymów, oplecione zielskiem, wyglądały jak zielone, mogilne kurhany236. Coto wdrapał się na jeden, między suchymi konarami się umieścił i — na wpół siedząc, na wpół leżąc — patrzył, czując, jak powoli rozkosznie zasypia. Klacz, pasąc się, oddaliła się znacznie. Agatka pozostała, skubiąc dla zabawy paprocie pod jednym z olbrzymów.

Nastała taka cisza, że słychać było brzęk owadów. Puszcza stała bez ruchu, bez głosu, pławiąc się w słonecznym południu.

I oto nagle Coto posłyszał trzask złamanej suchej gałęzi na dębie, nad Agatką.

Podniósł oczy i zerwał się jak puszczona z łuku strzała.

Cały dramat trwał sekundy. Na konarze mignął mu potwór w skoku, piorunem strzeliły z mózgu myśli, obrazy: Lithuania237, śmierć, ryś. I cisnął się jak pocisk, między ten skok zwierza a źrebię.

Zwierz zwalił się na niego, wczepił pazury w lewe ramię i obalił go na ziemię.

Ból rozdartego do kości ciała, groza tamująca dech, instynkt drapieżny obrony... Przed twarzą zamajaczyła paszcza czerwona, cuchnąca trupem, oczy zieloną źrenicą przecięte i chłopak za gardło uchwycił bestię, dławiąc ją rozpaczliwym wysiłkiem.

Sekundy to trwało i długo trwać nie mogło, ramię traciło moc, krew z rozprutej arterii bluzgała strugą, oczy zachodziły mgłą... Jeszcze sekunda — i będzie koniec...

Walka odbyła się w milczeniu, gdy wtem rozległ się tętent i gasnącymi oczyma ujrzał Coto nad sobą ostatni obraz: rozdęte nozdrza, błyskające źrenice, łeb klaczy, zmieniony wściekłością. Dziko chrapiąc, dopadła do zwierza i skoczyła obu nogami na krzyże drapieżnika.

Ozwał się chrzęst łamanych kręgów, zdławiony spazmem śmiertelny pomruk bólu — i paszcza zwisła bezwładnie na piersi chłopca. Ale on tego już nie widział i nie rozumiał, bo stracił przytomność.

I oto zawrzało w puszczy. Klacz, przygważdżając kopytami wroga, podniosła łeb i rżała dziko, a na to hasło „krwi” pędem z gęstwiny wybiegła Hatora i dopadła miejsca mordu, rycząc dziko i kopiąc racicami ziemię dookoła. Przytulona trwożnie do boku matki, wtórowała dyszkantem238 Agatka.

Ten sygnał zwierzęcy usłyszeli Rosomak i Żuraw, zajęci obserwacją jakiegoś porostu na zmurszałej osice.

— Domownicy na krew trąbią! Coś się tam stało. Lećmy na ratunek.

I pobiegli. Dopadli ich w porę.

Rozległy się sygnały, trąbki, gwizdki, wołania.

Nieprzytomnego chłopaka w mig przyniesiono do chaty i oddano w ręce Żurawia do ciężkiego, bolesnego opatrunku.

Kręcił markotnie głową Żuraw, a wszyscy stali nad nim bez głosu, przerażeni. Dopiero gdy krwotok doktor zatamował i obandażował ranę, Odrowąż rzekł:

— Nie sumujcie239! Żyw będzie! Doktor niech swoje robi, a ja do domu zaraz pójdę i przyniosę moje leki. Mówię wam, żyw będzie, tylko mnóstwo krwi stracił, to i zemdlał. A wy, Pantero, ze Szczepańskim skórę rysią pięknie obciągnijcie, a głowę zaraz w mrowisku zakopcie dla oczyszczenia! Rzadka sztuka i trza będzie przeszukać: gdzieś gniazdo być musi i małe, bo mleczna samica-bestia.

Gdy się Coto ocknął, leżał w komorze na posłaniu Rosomaka i czuwała nad nim Szczepańska. Przy oknie na stoliku Żuraw przyrządzał miksturę.

— Łatana Skóra! — szepnął chłopak.

— Co, dziecko? — zapytała kobieta.

— Łatana Skóra mnie uratowała. Już było po mnie. Dajcie pić! Doktorze, pewnie lewej ręki nie będzie?

— Będzie, będzie. Na skrzypkach grać będziesz, tylkoś ranny. Jakże to się stało?

— Na Agatkę chciał skoczyć z konaru. Więc myślałem, że odepchnę, uduszę! Nie wiem, nic nie myślałem. Małej żal było! Ale to potwór! Żeby nie klacz...

Mówił szeptem; rwały się słowa i zapadł w jakieś senne majaczenia. Wieczorem dostał gorączki i powtarzał:

— Widzi Pantera, widzi Pantera, pokaże się przy okazji, żem nie Gęba Rusznica ani Coto głupi! Aha, Pantero, aha!

Czuwali nad nim na przemian wszyscy. O świcie wrócił Odrowąż z torbą pełną flaszek i maści i rzekł do Żurawia:

— Dopuści mnie doktor do pacjenta?

Uśmiechnął się Żuraw i spojrzał w okrąg puszczy.

— Od kilku lat pod waszym rektoratem uczę się w tej Alma Mater240. Jakżebym waszej nauki nie czcił!

Stary mędrzec wziął więc chłopaka na kurację. Zlał ramię pięknie pachnącym balsamem, ugotował z ziół napój, na rozpaloną głowę przyłożył okład chłodzący — i to sprawił, że po dwóch dniach gorączka spadła i chory zażądał posiłku; a potem spał jak najspokojniej. I po to się tylko budził, by wołać: „Jeść!”.

A wreszcie zbudził się pewnego dnia z uczuciem ozdrowienia i jakiejś wielkiej radości życia.

Wokoło panowała cisza i słoneczność, przez otwarte szeroko okna alkierza słało się ciepło letnie i zapach żywicy. Rozejrzał się Coto — był sam, ale za drzwiami słychać było jakiś roboczy szmer.

— Matko! — zawołał.

Ale zamiast Szczepańskiej ukazał się Odrowąż z miską w ręku.

— A co? Jeść chcesz?

— I jeść, i żyć, i gadać, i śpiewać! Opuściła mnie słabość. Tak mi dobrze! Dziękuję, ojcze.

Zaczął pożerać z wilczym apetytem polewkę, gęstą od ryb i kartofli, zaprawioną obficie śmietaną.

— Matki nie ma?

— Nikogo nie ma. Wszyscy na żniwach. Ale co wieczór jeden przybiega o ciebie się dowiedzieć.

— Mój Boże, a czy dla mnie żniwa starczy? Już wstanę, ojcze, tylko lewa ręka jeszcze nie słucha!

Usiadł na posłaniu i poczuł pod stopami futro. Spojrzał.

— Bestia! — zaśmiał się.

— Należy ci się pod nogami ją mieć, a i czapkę ci Pantera zdobył.

I pokazał Odrowąż dwie małe skórki kociąt.

— Znalazł je w dziupli dębowej. Podrapały mu szpetnie ręce, ale całe gniazdo sczezło dzięki tobie. A ot, i czerep241 masz na pamiątkę boju! Mrówki oczyściły go cudnie.

— Straszny zwierz. Chyba mocniejszego nie ma w puszczy?

— Nie ma, tylko na szczęście rzadki. Dawniej bywało, że i niedźwiedzia zadarł. Teraz niedźwiedzi nie ma, ale łoś się przed nim też nie obroni.

— Wyście go, ojcze, ubili kiedy?

— Rzadko. Ostatni był lat dziesięć temu. Zadarł łanię i tak się przeżarł, żem go śpiącego na drzewie dojrzał i zabił.

Coto siedział zasłuchany.

— Jak dziwnie cicho! — szepnął.

— Bo już lato, lipiec. Ptaki skończyły gody, owady tylko w skwarze hulają i brzęczą.

— To już dawno leżę?

— Trzeci tydzień.

— O Boże! Tyle czasu bez roboty.

— Niewiele. Zdrową masz krew! Po kłach i pazurach rany jadem jakimś zachodzą i ciężko się goją. Bogu dziękuj, żeś miesięcy nie odleżał.

Ujął go za rękę i począł jakimś tłuszczem namaszczać i rozcierać.

— Będziesz władzę miał, ale nie zaraz. To nic. Grzyby zbierać zdołasz, a to będzie pierwsza robota. Z nowiem już powinny się wysypać, bo ziemia kwitnie.

A wtem prędkie kroki rozległy się w ogródku i w progu stanął Bartnik zdyszany i uśmiechnął się radośnie.

— Już uciekasz z posłania! Chwała Bogu!

Uścisnął dłoń chorego, pocałował dziada w rękę i prędko raportował:

— Wódz przysłał po miód, bo jutro u nas dożynki.

— Już? Tak prędko! — zdziwił się Odrowąż.

— A bo tak! Jak ludzie zobaczyli doktora z kosą, zaraz się zlecieli z chorobami, a on powiada: „Zboże nie może czekać; niech mnie kto wyręczy przy kosie, to idę”. Zaraz się rzuciło pięciu i kobiety do wiązania. A potem znowu przyszła gromada do wodza, żeby jakiś spór graniczny rozsądził, i w mig go wyręczyli. No i położyliśmy żyto i jęczmień, i rychlik już koszą. Tylko huczy u nas na polu, a śmiechu, a śpiewu, a ochoty że ha! Wódz kazał miodu przynieść i skrzypce! Zaraz do barci po miód skoczę, tylko bym chciał mleka się napić, bo straszny skwar. A doktor krzyczy, żeby wody nie pić, bo ludzie zaczynają na biegunkę chorować. Ojciec już mendle242 zwozi na gumno243!

I poleciał chłopak, a Coto też zaczął napierać się na boży świat, ale tylko na przyzbie usiadł, tak jeszcze był słaby. I na płacz mu się zbierało, że lecieć, pracować, znoić się i cieszyć z nimi nie może.

— Nic to! — pocieszał go Bartnik, gdy wrócił z lipówką pełną miodu, i dał mu na miseczce kawał plastra, jeszcze przenikniętego ciepłem i wonią ula. — Nic to! Ale co się dla ciebie szykuje, żebyś wiedział. Pantera z wodzem szepce, alem podsłuchał.

— Co? Powiedz!

— Nie wolno mi gadać! Zobaczysz!

I śmiejąc się, chłopak tobołki zabrał, pożegnał się i poleciał z powrotem.

— Ojcze! Co mnie czeka? Pewnie wiecie? — napadł Coto na Odrowąża.

— Nie wiem! Ale myślę, że cię czeka to, co się należy zuchowi: chwała i honor! — odparł stary, głaskając go po głowie.

Minął jeszcze jeden cichy, skwarny dzień letni. Coto już od rana zszedł do podsienia i rozkoszował się życiem. W naturze czuć było przesilenie — koniec jednego okresu. Wśród gałęzi drzew i krzewów ćwierkała młodzież ptasia, dopominając się od rodziców pożywienia, przelatując nieśmiało z konaru na konar. W skwarnym powietrzu bujały wielkie bąki, gzy i motyle. Monotonnie gruchały turkawki, czasem przerywał ciszę krzyk sójki zwiastującej jastrzębia, a tło letniej muzyki tworzyły świerszcze, bezustannie strojące swe jednotonowe skrzypce.

Słońce stało w potędze dojrzewania.

Na jarzębinach poczynały się barwić paciorki i wielkie liliowe dzwonki kwitły pod pniami brzóz, na których już gdzieniegdzie błyskały pojedyncze złote liście.

Świerszcze, owady lotne i turkawki śpiewały kołysankę, co wreszcie uśpiło Cota, który się w ogródku na derce wyciągnął i dał słońcu wzmacniać się i goić ranę. Aż gdy się ocknął, miało się na odwieczerz — z puszczy wynurzył się Odrowąż i z zawiniętej poły kapoty wysypał na przyzbę kupę żółtych lisic i syrojadek.

— Ot, i pierwsze grzyby już są. Będzie urodzajny rok.

— Myślałem, żeście, ojcze, poszli na dożynki.

— A ciebie miała łania karmić jak świętych w puszczy! Zanim bym zaszedł, to i oni wrócą. Pewnie na noc będą.

Zaczął stary grzyby na wieczerzę obierać i prawić leśne baśnie — i tak im zeszło do wieczora.

Chłopak upierał się, że doczeka towarzyszy, ale musiał po wieczerzy spać iść do alkierza, bo jednak jeszcze go ten dzień zmęczył. A zresztą chciał przespać niecierpliwe oczekiwanie tego, „co się dla niego szykowało”.

Nazajutrz chata zawrzała zwykłym gwarem. Od świtu rozlegały się rozprawy Pantery przy obroku i doju, rozhowor Rosomaka z Odrowążem o żniwie, pogwizdywania Bartnika, kłótnie Kuby z Żurawiem o orzechy — i Coto począł do nich wołać, witać.

Ale przede wszystkim odbył się opatrunek rany z wielką uciechą i radością, bo zabliźniła się świetnie. A potem Pantera wziął się do toalety chorego.

— Na gody, panie młody, na gody! — mówił, strzygąc go, czesząc, szorując i oblekając w czystą bieliznę.

— Co za gody? Na jakie gody? — pytał Coto, dopomagając, jak mógł, jedną ręką.

Ale Pantera stroił cudaczne miny, a potem po swojemu „prysnął” w las, stęskniony za bujaniem i swobodą.

Rozeszli się wnet inni, każdy do swej namiętności: Odrowąż z Rosomakiem na połów, a Bartnik do pszczół. Tylko Żuraw został na gospodarstwie, ale się też zatopił w segregowaniu mnóstwa okrzesek, krzemiennych grotów i siekier, skorup i glinianych paciorków — zdobyczy z dalekich lądów.

Po południu przybiegła Szczepańska. Zawiesiła kołyskę z „panną młodą” w alkierzu, jęła się po swojemu do roboty i napełniła weselem i śpiewem całe obejście.

— Bez kobiety śmiecie się u was gromadom! — śmiała się do Żurawia.

— Nie może być ładu bez matki! — potwierdził.

Zaczęła więc Szczepańska szorowanie gruntowne. Umaiła kwieciem izbę, bieliznę brudną wyniosła do wody, a pomagał jej Coto wedle sił, oczekując niecierpliwie wieczora.

Nareszcie, gdy obsiedli wszyscy stół z wieczerzą, ozwał się Rosomak:

— Jest tu wśród nas Coto?

W chłopcu zabiło na gwałt serce.

— Nie ma u nas żadnego Cota! — odparł Pantera. — Jest leśny nasz druh, Orlik bojowy, co z gołymi rękami na rysia się rzucił.

— A dlaczego się rzucił? Czy życia swego bronił?

— Nie bronił swego, ale cudzego życia, i takiego słabego stworzenia-zwierzęcia, co człowiekowi służy ciche i posłuszne, a bywa przez ludzi zwykle wyzyskiwane tylko i krzywdzone. A Orlik bojowy, jako bratu i przyjacielowi, skoczył mu na ratunek i omal swego życia nie postradał. Przeto mu cześć i chwała za taką duszę miłosierną.

— Chwała! — powtórzyli wszyscy.

— A czy Orlik bojowy czci w tej puszczy Boga Mistrza, co te cuda uczynił, i bratem się czuje każdego stworzenia, co z nami tu żyje?

— Czczę i szanuję! — szepnął wzruszony chłopak.

— A czy Orlik bojowy opanował nocny lęk puszczy i nie trwoży go wodna toń ni bezdeń trzęsawisk?

— Śmiały jest i spokojny! — rzekł Żuraw.

— A czy Orlik bojowy trudzi się i pracuje z umiłowaniem trudu i pracy?

— Radosny pracownik jest — poświadczyła Szczepańska.

— Zatem Orlik bojowy jest naszym bratem i druhem serdecznym! — rzekł uroczyście Rosomak, powstając i wyciągając prawicę.

Powstali wszyscy, ale w tej chwili rozległ się za chatą ruch, szamotanie i rżenie końskie.

Nikt poprzednio nie zauważył, że Pantera z izby się wyślizgnął. Teraz rozwarły się szeroko drzwi chaty i tupiąc hałaśliwie kopytami wkroczyła Agatka, cudacznie przystrojona.

Miała na szyi wieniec z nieśmiertelników złotych, na grzbiecie rozpostartą rysią skórę, a u grzywy przy uszach skórki kociąt. Stanęła na środku izby trochę wystraszona i zarżała.

Na to hasło w otwartym oknie ukazał się łeb Łatanej Skóry, patrzącej dobrodusznie i odzywającej się uspokajająco.

Za Agatką ukazał się Pantera i rzekł:

— Domownicy proszą wodza za swym przyjacielem i obrońcą i polecają mi złożyć mu łup zdobyczny.

Coto nie znał słów odpowiedzi, tylko objął Agatkę za szyję i całował ją w chrapy, wycierając nieznacznie o sierść łzy wzruszenia.

A potem wyszli razem na polanę i poczęli harcować we troje — bo i Bartnik przyskoczył do kompanii.

Patrzyła na tę swawolę z pobłażaniem Łatana Skóra, a z pewną krytyką flegmatycznie przeżuwająca Hatora.

I patrzył radośnie z płotu Kuba, ale się trochę bał przyłączyć do harców.

Odtąd nikt już Orlika bojowego nie nazwał Cotem, bo drogo swą leśną nazwę opłacił.