Dziewiczy ląd

Wedle przepowiedni Odrowąża w kilka dni potem wysypały się grzyby. Pantera pierwszy zjawił się z pełną kobiałką i dał hasło do zbioru.

Jakaś zaciekła chęć zdobyczy opanowała leśnych ludzi. Był to przecież dar natury, szczodry do przeobfitości, dar puszczy, owoc ziemi pierwotnej — i pierwotna była ich radość z owej manny cudownej.

Zaniedbano wszelkie zajęcia, nie pilnowano godzin posiłków, nie odczuwano trudu. Ledwie świt — pustoszała chata; rozbiegali się pojedynczo, bo każdy miał swe rewiry i zakątki, o których nie mówił innym, chcąc się największym zbiorem pochwalić.

Tylko Bartnik towarzyszył Orlikowi, by mu pomóc w dźwiganiu kosza, a Rosomak trzymał się w pobliżu Szczepańskiej, wyręczając ją czasem w piastowaniu dziecka.

Grzyby znoszono do ogródka na osobne stosy, które wieczorem rachowano i przygotowywano do suszenia.

Stanowiły też codzienny posiłek, bo na połów nikt nie wypływał, a obierać kartofli nikt nie chciał — tak wszyscy bywali zajęci i zmęczeni.

Po paru dniach Rosomak jednak dzielenia i rachowania zabronił.

— Zsypywać będziemy na jedno miejsce, a jeśli chcecie, wszystkie wieczorem rachujcie. Nie nasz obyczaj przechwalać się jeden przed drugim.

— Bo i prawda! Bóg daje każdemu i wszystkim! — rzekła Szczepańska.

Milczał przecząco Pantera i chłopcy, ale ulec musieli.

Co wieczór palono w piecu i co rano, ale zbiór się nie mieścił do suszenia, i trzeba było nadmiar wysyłać wozem za Tęczowy Most lub dostarczać do kładek, skąd zabierał grzyby do folwarku Szczepański.

Ludzie byli zapracowani, ale rozpromienieni robotą, pomimo całodziennych marszów, dźwigania ciężkich koszów i nieustannego głodu, gdyż brali z sobą tylko chleb, a pragnienie tłumili jagodami.

W chacie zapanowało takie gorąco, że nocowali na dworze — na pomoście, który wśród konarów starego jesionu zbudował z żerdzi i desek Pantera.

Szczepańska z dzieckiem sypiała w podsieniu.

Z wypraw tych, z bobrowania po wszelkich zakątkach przynosili zarazem i inne trofea: mchy rzadkie, wężowe skórki, narośle drzewne, czeczoty, gniazda, pióra, a wreszcie Orlik z Bartnikiem znaleźli rosochy siedmioletniego łosia i przydźwigali je z trudem, mając do roboty we dwóch tylko trzy ręce.

Urodzaj grzybów był bajeczny i ogarnął cały ten kraj. Szczepański przybył też z folwarku, opowiadając, że wsie były puste i roboty polne zaniedbane; wszyscy wybiegli w lasy.

Opowiadał też, że chłopi zachodzili nawet na tę stronę trzęsawisk, ale że pewnego dnia wrócili w popłochu, bo się im ukazał i gnał ich, strasznie wyjąc, diabeł leśny czy wilkołak.

Oczy Rosomaka podniosły się na Panterę.

Nad stosem grzybów, oczyszczając je i sortując do suszenia, klęczeli we trzech — Pantera i chłopcy — szepcząc coś tajemniczo. Po twarzach latały im uśmiechy. Zdawali się wcale nie słyszeć, co mówiono w podsieniu.

— Jednego diabła tylko widziano? — rzekł Rosomak, głos podnosząc. — Ja widziałem trzech.

Orlik nie wytrzymał, podniósł głowę, a Pantera podchwycił:

— Wódz to nawet jasnowidzenia miewa.

— Za trzy dni grzyby się skończą, już robaczeją. Dopiero za miesiąc znowu się wysypią! — stwierdził Odrowąż.

— Mam na ten miesiąc wielką robotę — rzekł Rosomak, gdy zasiedli do wieczerzy. — Takich suchych błot nie było lat wiele. Moglibyśmy się do pohybelnika dobrać. Jak myślicie, ojcze?

— Można spróbować! Tam nawet zimą w krąg są oparzeliska244. Trzeba będzie łozy słać i mościć przesmyk. Siła nas teraz, to dokonamy tego.

— Przede wszystkim do Puchaczego Ostępu trzeba się dostać: tam jeszcze grzyby nietknięte czekają.

— Jutro zatem wyprawa!

— Bo i po drodze na pohybelnik.

Ruszyli nazajutrz w szóstkę na całodzienną wyprawę. Las był cichy i zadumany, jakby w sobie skupiony i ciężki dojrzewaniem nasienia i owocu. Ćwierkała nieuczenie młódź ptasia, z jagodników porywały się drozdy spasione, pod stopami chrzęściły zioła i mchy, poschnięte od skwaru, a z brzóz oblatywały już pozłocone liście. Jarzębiny stały strojne w purpurowe korale i różowym nalotem poczynały się barwić kaliny i borówki.

Wrzosy były już w pączkach, a na polanach kwitły tysiączniki i goryczki — późne kwiaty.

— Jesień idzie! — rzekł z westchnieniem Rosomak.

— Trzeba zacząć zbierać jarzębiny i zioła — zauważył Żuraw.

— Ba, jeszcze orzechy nie są gotowe. Jeszcze zabawimy ze sześć niedziel! — pocieszał się Pantera, coraz to wychodząc z szeregu i zbierając grzyby.

Chłopcy wypatrywali gniazd, ale wszystkie były już puste, znaleźli tylko mchową chałupę wiewiórczą, a w niej późny lęg — czworo rudych wyrostków, które się rozpierzchły błyskawicznie po gałęziach.

— Kuba, to pewnie twoje dzieci! — zawołał Pantera.

Ale Kuba, siedząc na ramieniu Żurawia, obserwował tylko leszczyny.

Stanęli wreszcie nad halizną torfowiska, naprzeciw Puchaczego Ostępu, i zabrali się do roboty. Błoto pożarło już wiosenne przejście, zaczęli więc łozy rąbać i w pęki wiązać, a Odrowąż ścieżkę słał, wybierając wedle swego doświadczenia mniej niezbadany szlak.

W południe — trochę pełznąc, trochę się topiąc — przedostali się do sosen i rozłożyli obozowisko. Spoceni i obłoceni posilali się chlebem i mlekiem. I rzucili się, zamiast odpocząć, do zbierania grzybów. Nikt tu dotąd nie był. Grzyby rosły jedną masą zwartą, całymi koloniami — różnego wieku i wzrostu. Bez trudu, bez szukania brano je i zrzucano na stos.

— Ale jak je stąd wydostać? — pytał Orlik.

— Wysuszymy na miejscu! Palcie ognisko! — zakomenderował Odrowąż.

Wedle jego instrukcji wykopano szeroki a płaski rów i zapalono w nim ogień. Stary pozostał, by go pilnować i zasilać, a oni się rozpierzchli, żeby zbadać cały ostęp.

Rosomak z młodej sosny zrobił prymitywną drabinę i dostał się do barci. Pantera z chłopcami zaszył się w gąszcze, i wnet z triumfem przynieśli dwa — już puste — remizowe gniazda. Żuraw wydostał się na dalsze halizny błotne i znalazł kolonię kwiczołów, kilkadziesiąt gniazd w brzozach i chmarę ptaków żerujących na jemiołach.

Rosomak, znalazłszy pszczoły syte, bogate i bardzo wojownicze, ruszył też na wyprawę.

Skoczył za nim Orlik.

— Wuju, mrzemy razem pójść?

Skinął głową Rosomak. Zaszyli się w gąszcze i chłopak mówił szeptem:

— Jakoś mi tu dziwnie! Inaczej niż tam, u nas. Jakbym był w kościele. I cisza tu inna.

— Chram natury! Rzadko i dawno tu ludzie bywali. Zauważyłeś też szczeliny w gąszczu? To łosie i sarnie ścieżki. Idźmy cicho, milczkiem, możemy coś pięknego zobaczyć.

Ostęp stawał się coraz dzikszy. Stare świerki cieniły się olbrzymimi, nawisłymi gałęźmi, przeszytymi u ziemi gęstwą młodych brzóz, osik i zwałami drapieżnych jeżyn. Małe halizny czyniły powalone drzewa, osnute całe pełzającymi chmielami i powojem. Trzciny pokrywały niższy teren, kłębiąc się w ściany zielone, w fale nieruchome, w okopy roślinne.

I wśród tego wiły się ciasne, przetarte szlaki, którymi leśni ludzie posuwali się powoli, starając się stąpać bez szelestu i nie trącać zielonych ścian. Cisza była tak głęboka, że słyszeli kucie dzięcioła za topielą, brzęk pszczół, żerujących na kruszynach, i bicie swych serc. Nie odzywali się. Czasem Rosomak stawał i pokazywał to gniazdo rzadkie, to kwiat, to wiewiórkę na świerku, to sowę, przytuloną do pnia i prawie niewidzialną, to lelka złożonego we śnie jak sęk drzewa. Tak szli, czytając księgę lasu.

Nagle drgnęli i znieruchomieli w cieniu świerku. Gdzieś na prawo w gąszczu coś się odezwało. Było to jakby pobekujące, głuche stęknięcie i trzask łamanych gałęzi.

Rosomak wziął za ramię Orlika i wsunął go za sobą pod nawisłe gałęzie. Niewidzialni — zastygli w nieruchomości, w oczekiwaniu, w napięciu wzroku i słuchu.

Gąszcze ożyły. Jakaś moc druzgotała krze i młode drzewa, jakiś huragan je pochylał i roztrącał. Głuche, ponure mruczenie i trzask, jakby drewnianych kołatek...

Na roziskrzony, pytający wzrok chłopca Rosomak szepnął prawie bez dźwięku:

— Łoś idzie. Olbrzym!

I nagle rozwarły się gąszcze, znikły, jakby zdmuchnięte wichrem, i na haliznę o dziesięć kroków przed nimi wynurzył się kształt potworny i fantastyczny.

Na razie Orlik nie mógł zrozumieć.

Zwierz to był czy ruchomy roślinny gąszcz?

Nogi tonęły w krzakach, a potworny łeb był jedną masą zieleni, oplątaną wokół kilkunastoramiennych rogów.

Masą tą zwierz rył, tarł wokół siebie, zbierając coraz więcej chmielu, jeżyn i gałęzi. I oto, czymś zaniepokojony, stanął na haliźnie i wyprostował się w całej potędze.

Parsknął i węszył. Ciemne, poważne oczy rozejrzały się wokoło, nagie, rozdęte chrapy zdawały się pytać, badać, myśleć. Doleciała go woń nieznana, tajemnicza, instynktownie groźna — zapach dymu.

Nie spłoszył się jednak, ufny w swą mocarność, śmigłość nóg i znajomość puszczy.

Parsknął raz i drugi ze wstrętem, z pomrukiem jął znowu drzeć nogami pnącze i powoli ruszył dalej, klekocąc racicami.

Za nim, korzystając z trzasku łamanych odrośli, ruszyli ludzie.

— Godowa pora! — szepnął Rosomak.

— Wieniec sobie założył na łeb! Ale mocarz! Szpetny zresztą, ale, niczym zjawa bajeczna, cudny.

— Prawdziwe bożyszcze leśne. Zaprowadzi nas w najtajniejszy matecznik.

Łoś nie trzymał się szlaków. Parł przed siebie, miażdżąc łozy, młode drzewa, krze i trzciny sążniste, jakby szedł po gładkiej łące.

I tak doszedł do skraju szerokiej połaci oparzelisk i topieli, otaczających, jak morze, tę wyspę leśną.

Stanął, węszył, zabeczał donośnie.

Patrzył na drugą wyspę, czerniejącą w oddali.

Chwilę jakby słuchał stamtąd odzewu, potem skręcił w bok i zsunął się w wąską wodną strugę, wijącą się zygzakiem wśród kęp i niskich zarośli.

Brodził, zagłębiał się, wytryskiwał nad błotem jego łeb umajony i wreszcie znikł w szarzyźnie trzcin i mchów.

Jeszcze chwilę słychać było chlupot wody, coraz cichsze parskanie — i zjawa zginęła jak sen prabytu.

Rosomak jego śladem zsunął się w wodę i spróbował gruntu.

— Nawet Odrowąż o tym brodzie nie wie. Możemy brnąć, a gdzie głębiej, płynąć. Ale to bezpieczny, starodawny przesmyk ciężkiego zwierza. Jutro możemy się dostać tam bez fatygi. Żurawie lęgi spenetruje Pantera, a wiosną przyszłą dostaniemy tam pewnie jaja głuszca, bo tam ich toki grają co rok.

Zawrócili, rozmawiając głośniej, podnieceni i uradowani. Nie szukali drogi — prowadził ich zapach mocny suszących się grzybów.

Jakoż Odrowąż już zbudował prymitywną suszarnię. Nad żarem umieścił ruszt z prętów i rozłożył grzyby.

— Do jutra przywiędną, potem się znowu żaru napali, i skończone. Czego nie zabierzemy na wóz, poniesiemy w torbach.

Towarzysze zebrali się już wszyscy. Żuraw czyścił jakieś korzenie, Bartnik plótł chodaki, Pantera rozpalił ognisko i piekł na żarze rydze.

— Coś taki milczący, Pantero? — zagadnął Rosomak, wyciągając się na ziemi.

— Nie widzicie, co robię?

— Widzę. Rydze przypiekasz. Tylko nie wiem, dlaczego nie solisz.

— Łzami solę! Czerwone jarzębiny, złoty liść z brzozy lecący i rydze! Toć jesień!

— Milknie wszystko i tęskni. Ale gdyby spoczynku nie było i ponurości jesieni, i grozy zimy, nie byłoby szczęścia zmartwychwstania. Trzeba mieć ufność i mądrość ptaka, rośliny, zwierza. Mijamy, a trwamy.

Tu się zwrócił do Odrowąża i spytał:

— Czy znacie, ojcze, zwierzy bród przez pohybelnik do Medwidły?

— Nie! — zdziwił się Odrowąż. — W Medwidle leżeliśmy wtedy, po powstaniu, aleśmy dobrnęli tamtędy, od jezior.

— Dziś nam łoś drogę wskazał. Jutro spróbujemy. Zanocujemy tutaj. W domu matka jest, to domowników dopatrzy.

— Dwadzieścia lat w Medwidle nie byłem, bo tam potem rzeka się zabagniła, i odcięty ostęp ze wszech stron, a nie łakomy, bo ani łąki, ani grzybów nie ma. Matecznik odwieczny. Na głuszce kiedyś się wybrałem, ale po barki wpadłem i ledwie żywy wróciłem.

— Spróbujemy łosiego brodu. Teraz, chłopcy, trochę gałęzi na szałas urąbcie i przepłoszcie żmije, bo ich tu pełno. Powieczerzamy i odpoczniemy!

— To może tam leży chorąży? — szepnął Orlik do Bartnika — i może ten łoś, i te głuszce, co tam mieszkają od wieków, znają jego mogiłę.

— I może tam żyją pszczoły w odwiecznych barciach, i całe drzewa pełne są miodu?

— I może tam rysie się lęgną i siwieją ze starości?

— I może jeszcze są niedźwiedzie?

— Jedno pewne, że orzechów tam jest pewnie moc! — rzekł Pantera, układając na liściach pieczone rydze na wieczerzę.

Zmęczenie pracą i skwarem wnet ogarnęło wszystkich. Zakopali się w mech szałasu. Odrowąż u wejścia rozpalił dymne, z mokrych gałęzi świerkowych, ognisko; i tak zabezpieczeni od komarów i żmij posnęli, marząc o jutrzejszych odkryciach i cudach.

Zbudził ich rzeźki chłód poranka.

Biała rosa leżała na ziemi. Odrowąż, mrucząc godzinki, zbierał z rusztów grzyby. Żuraw szukał na próżno na brzegu bagna wody do mycia. Rosomak zdejmował z pleców Bartnika leśne kleszcze, pozbierane w gąszczach, a Pantera już skwarzył na węglach rydze. A wszyscy się śpieszyli, gnani ciekawością.

— Prowadź, Orliku! — zakomenderował Rosomak.

— Byleś trafił! — zaśmiał się Pantera.

Ale Orlik już się nauczył kierować, bo umiał teraz czytać las jak książkę. Skoczył na czoło szeregu i bez wahania ruszył, w myśli wczorajsze obrazy odnajdując.

— Przechodziliśmy obok olszyny, tej tam, co ma złamany średni konar, potem na tę czerwoną jarzębinę, potem na osinę z dziuplą, z której grzywacz wyleciał: ma tam pewnie małe! A teraz przez ten zwał, co na nim były pióra z jastrzębiego mordu, a potem na ten świerk, co na nim hulała wiewiórka, i na ten zawrót ścieżki, co na suchej łozie ma pęczek sarniej sierści.

Przypominał sobie, odnajdywał drogę i prowadził bez wahania, aż wreszcie stanął i rzekł:

— Tu, z tych gąszczy wychynął i stał. A myśmy byli...

— A widziałeś srocze gniazdo za plecami? — spytał Pantera.

— Nie! Patrzyłem na niego jak na zjawę. A tędy runął na przełaj do brodu.

Stanęli wkrótce nad czarną ścieżką wodną. Rosomak na czoło się wysunął i zaczął się rozbierać.

— Odzież w tobołek i na głowę, bo może miejscami i nie zgruntujemy.

— Ba, ale nas pijawki żywcem pożrą — zaprotestował Pantera.

— Dobrniemy żywi, tam się oczyścimy z plugastwa. Odzież bardzo będzie zawadzała.

Rozebrali się więc i Rosomak zsunął się w czarną, wstrętną, gęstą wodę.

Spód był grząski, ale posuwali się naprzód, krzywiąc się i parskając z obrzydzenia od zgniłych, cuchnących wyziewów bagna. Woda sięgała do pasa, następnie do ramion, wreszcie Rosomak zaczął płynąć. Błotniaki pozrywały się z kęp, krzycząc z podziwu i trwogi. Bród się łamał i zakręcał. Zdawało się ludziom, że chyba nigdy się nie skończy. Orlik czuł, że lada moment wyciągnie się na kępę i umrze, taka go ogarnęła niemoc i rozpacz.

Aż wtem rozległo się wołanie Rosomaka:

— Już dopływamy! Mam grunt pod sobą i Medwidła tuż.

Szczeliną wodną ścieżka zanurzała się w dwie ściany leśne, utworzone z trzcin, kolących krzów i bezkształtnych trupów jakichś zwalonych drzew. Na pierwszy pień wypełzł Rosomak i odsapnął.

Po kolei wynurzali się inni i obsiedli omszały czarny konar, dysząc i milcząc.

Wszyscy byli czarni od mułu — nawet na twarzy — i wyczerpani zupełnie.

Odrowąż spojrzał na słońce i rzekł:

— Brnęliśmy półtorej godziny. Musi być ze dwie wiorsty. Tęga przeprawa.

— Obierajmy pijawki! — zawołał Pantera. — Tu nawet nie ma gdzie się opłukać! A jak cuchnie to plugawe bagno! Chwilami chciałem nos schować do kieszeni, ale kieszenie w tobołku na głowie.

— Od dziesięciu lat nie było takiego suchego lata i dlatego bród powstał. Inaczej dostępu by nie było! — rzekł Odrowąż.

Ubrali się śpiesznie i zeskoczyli za pień na stały ląd. Ale tam utonęli wnet po ramiona w splątanej masie zielska i krzaków — i stanęli bezradnie.

— Szczęśliwy Kuba! Bo tu nie wiadomo, jak się posuwać po ziemi.

— Można wodną ścieżką.

— No nie! Wolimy siekierą i nożem wyrąbywać przejście.

— Żeby choć zobaczyć co osobliwego! — stęknął Bartnik, zaczynając rąbać i krzesać.

Wzięli się wszyscy do pracy — w nadziei, że przecież dotrą do rzadszego porostu. Ale ostęp był jednolicie zwarty dołem, bo gdy się wydostali z nadbrzeżnych łóz i oczeretów, znaleźli przed sobą ścianę olbrzymich leszczyn, czeremchy, kruszyny, jarzębin, kalin — wszystko oplątane chmielem.

Gdy słońce zaczęło dopiekać, pokładli się na zwalonych pniach, wyczerpani zupełnie.

Z zapasów mieli tylko chleb i suszone ryby. Na szczęście gąszcz barwił się mnóstwem dzikich malin i jeżyn, i bez trudu można było ugasić pragnienie, a leszczyny oblepione były na wpół dojrzałymi orzechami.

Odrowąż i Rosomak — zamiast jeść i odpoczywać — ruszyli dalej.

— Tu w głębi, wtedy, była wśród świerków polanka. Ale to już temu lat czterdzieści! — mówił stary, zanurzony we wspomnieniach.

Na wpół pełzli pod zwałami. Prostowali się czasem, wdrapywali na zmurszałe kłody — starali się zorientować w kierunku i nie błądzić z powrotem. Aż zagrodziła im znowu drogę wodna żyła brodu.

Zniecierpliwiony Rosomak zsunął się w błoto.

— Ostatecznie łosie do czegoś dążą, do jakichś dalszych rewirów, ku jeziorom! Bród coraz płytszy.

Mieli ręce i twarze we krwi od kłujących roślin i żądeł bąków i komarów, odzież zabłoconą i podartą; było lżej brodzić niż wojować z gąszczem.

Patrzyły na nich ze zdziwieniem węże, wylegujące się na pniach, pomykały z wrzaskiem sójki i orzechówki. Nagle posłyszeli plusk i beczenie.

Ledwie się przytulili do brzegu, przeleciało obok nich stado saren z rogatym kozłem na czele.

— Ładny rogal! — rzekł Odrowąż z żalem myśliwskim.

A Rosomak z uśmiechem radości patrzył za nimi.

Wydostali się z błota na zwierzą ścieżkę. Rosomak dobył swą gwizdawkę i dał sygnał towarzyszom.

— Dziki tu gdzieś niedaleko leżą: barłóg czuć! — zauważył Odrowąż i wnet wskazał przemykający niski, rudy cień.

— Co tu może liszka szukać o tej porze? Łup jakiś ma! Ot, i drugi smyrgnął!

Ruszyli żywiej naprzód i wynurzyli się nagle na stratowaną haliznę.

— Ot, co jest! — zawołał stary, wskazując.

Na środku polanki, na więdnących ledwie zielskach zdeptanych jak tok245, leżał nieżywy młody łoś. Miał złamane kręgi, wyprute wnętrzności i całe ciało stratowane racicami.

Pochylił się nad nim Rosomak.

— Ten olbrzym go pewnie zamordował. Ten, com go widział wczoraj. Ale bitwa była ciężka: udeptali ziemię jak na turnieju.

— A ile tu śladów! Rachuję, że klęp było z siedem na godach. Spory młokos, siedmiolatek! Już go liszki napoczęły, tej nocy wilki dokończą. Jakby mieć strzelbę, zasadzkę można by zrobić, tylko że skóry nic niewarte.

Rosomak zaczął gwizdać w pewien znany towarzyszom sposób, by ich zwołać co rychlej.

Odpowiedziały odzewy coraz bliższe, wreszcie wszyscy się zebrali i gwar napełnił puszczę.

— Patrzcie, smyki, do czego doprowadzają amory! — śmiał się Pantera do chłopców.

A Żuraw badał naukowo zwłoki i rzekł:

— Szkoda, żeśmy nie widzieli turnieju. Bronił się po bohatersku. Jedną rosochę ma zupełnie utrąconą i przednią nogę złamaną. Upadł i wtedy tamten rozpruł mu jelita i zdeptał go.

— I poprowadził stado za sobą tamtędy! Ławą szli, jak prawdziwe weselne grono!

Praktyczny Pantera z Odrowążem już rozpalili ognisko; stary zabierał się do zdjęcia skóry.

Chłopcy gapili się ciekawie. Żuraw badał obsady rogów, tylko Rosomak opodal się wyciągnął na ziemi i oczy od tych jatek odwrócił.

I ozwał się nagle po długim milczeniu:

— Uważam, że chcecie urządzić dziką indyjską ucztę, pożreć tego trupa, no i ten grzech odchorować. Wolna droga! Ale myślę zarazem, że chcecie, jako łup, zabrać skórę i rogi!

— Rozumie się! — zawołał Pantera.

— W takim razie zastanówcie się, jak tę zdobycz przeprowadzić przez łosi bród.

Zatrzymali się wszyscy w robocie, mocno strapieni.

Aż Pantera, nawlekając kawał combra246 na drewniany rożen, rzekł:

— Jak się posilimy i odpoczniemy, coś się wymyśli.

— Od żarcia rozumu nie przybywa! — mruknął Rosomak, zapalił fajkę i poszedł ścieżką w głąb ostępu.

Orlik dogonił go po chwili.

— Zupełnie mi wuj apetyt odjął!

— Od dawna już mięsa nie jadam i coraz większy czuję doń wstręt. Nad cielskiem tym, jakeśmy przyszli, krążyły już wielkie muchy-robaczarki, a po ziemi biegały wstrętne żuki-grabarze. We wnętrznościach gospodarowały lisy cuchnące, a po gąszczach węszą i zęby ostrzą wilki. Nie, w tej kompanii nie będę współbiesiadnikiem. Zresztą nie jestem głodny. Mam chleb, jagód nie brak. Zobaczę, dokąd weselnicy poszli. Utorowali wygodny szlak.

Jakoż ślad wyprowadził ich poza ostęp znowu — na niezmierzoną bagien płaszczyznę.

Łosie poszły błotem na przełaj ku dalszym, czerniejącym leśnym ostępom.

Ale gdy tam wynurzyli się z gąszczu, nagle na prawo, blisko, poderwało się stado żurawi z ogłuszającym wrzaskiem bojowym.

— Ot i żurawie lęgi — ucieszył się Rosomak.

Szara chmura ptaków podniosła się w powietrze, zataczając koło; i oto jeden z nich raptem spadł pod nogi ludzkie.

Instynktownie Orlik rzucił się ku niemu i porwał na ręce.

— Baczność! — krzyknął Rosomak.

Ale już było za późno! Ptak uderzył chłopca dziobem tak silnie w głowę, że ten jęknął z bólu i puścił go. Żuraw roztoczył skrzydła do wzlotu, ale spadł powtórnie. Lewe skrzydło miał złamane. Chciał zatem umknąć piechotą, ale Rosomak z błyskawiczną szybkością cisnął mu na głowę swą bluzę, obezwładnił go, skrępował i wziął pod pachę.

— Skazany na śmierć głodową. Niech idzie do nas na domownika. Taką zdobycz warto brać i trzymać. Możemy wracać i rozkładać na noc obozowisko. Daj, Boże, jutro na wieczór wrócić do domu.

— I ten okropny bród do przebycia! — stęknął chłopak.

— Widziałem, żeś ledwie dobrnął. Wrócisz wygodniej. Zwiążemy tratewkę z leszczyny, załadujemy skórę, rogi i ciebie i przepchniemy do Puchaczego Ostępu.

— A tamci się głowią tymczasem.

— Odrowąż już pewnie leszczynę rąbie! — uśmiechnął się Rosomak.

Znaleźli towarzyszy śpiących kamiennym snem. Skóra łosia wisiała na gałęziach w dymie ogniska. Czaszka i rogi leżały w olbrzymim mrowisku, już czarne od tłumu naturalnych preparatorów. Resztki ofiary zawleczono w gąszcze i obozowisko przybrało porządny wygląd. Od ujścia brodu rozległ się odgłos siekiery — znaleźli Odrowąża przy pracy nad tratwą.

Obejrzał kalekę-żurawia.

— Trzeba go umieścić w ciemnym szałasie, dać wody, ryb, ślimaków, robaków i często zaglądać, żeby się z człowiekiem zapoznał. Za parę tygodni się oswoi, do ręki przyjdzie po jadło i można go będzie po trosze na swobodę puszczać. Dobry towarzysz, miałem takiego kilka lat na podwórzu. Nawet stróżem bywa dobrym.

— Tratwę robicie? — spytał Orlik.

— A cóż! Doktor by żałował czerepu i rogów, a Pantera nie porzuci skóry. Jakoś to urządzimy! A trzeba jutro wracać, bo chleba nie ma, a woda do picia obmierzła. Noc będziemy mieli z wilczym koncertem. Dziki dym poczuły i poszły. Tędy szły. Maciora z siedmioma warchlakami i dwa spore wycinki247. Lisy czatują po chaszczach. Szykujcie łozę do wiązania drzewa i mchu do zatkania szpar nadrzyjcie.

Do wieczora związali tratwę bardzo wąską i prymitywną — ale trzymała się na wodzie, i Orlik, odpychając się tyką, przeprowadził ją cały kawał drogi na próbę.

— Wytrzyma — zdecydował Odrowąż.

Wrócili do obozu i pobudzili towarzyszy.

W cieniu puszczy już zapadła noc.

Na hejnał żurawi odpowiadał żałośnie jeniec — próbował szarpać więzy, aż uznał bezsilność i znękany skulił się do snu, odmawiając jednak zuchwale przyjęcia posiłku.

— Głupiś! — rzekł mu Pantera. — Żeby mi w tej chwili nawet Moskal248 chleba dał i czystej wody, to bym wziął.

— A ja bym go „kujnął” w sam łeb wraży! — zawołał Bartnik, spuchnięty na całej twarzy.

— Widzę, żeś barć znalazł — rzekł Rosomak.

— Dziwaczną, w zwalonym pniu. Bogata strasznie, ale...

— Zrobiły z ciebie księżyc w pełni jak na obrazku.

— Przyleciały za nim aż tutaj i doktor, Bogu ducha winien, też oberwał. Ledwieśmy dymem je przepłoszyli.

— Narąbcie i znieście drzewa na całą noc! — rozkazał Odrowąż. — Stróżować trzeba będzie po kolei, bo wilki mogą i skórę zepsuć. Z trzech mil zwęszą i przyjdą. Kto się w dzień wyspał, zacznie stróżę. My we trzech zaśniemy z wieczora.

Gdy ściemniało zupełnie, u ogniska zasiedli do czuwania Żuraw z Panterą.

Pantera, gdy się nie ruszał, nie psocił, nie pracował, wnet zasypiał; zaczął pleść chodaki, by nie drzemać. Żuraw słuchał.

Nie było pięknej ciszy odludzia. Z szałasu rozlegało się chrapanie Odrowąża i stękanie obolałego Bartnika. Wokoło puszcza żyła niesamowitym ruchem i głosem drapieżników.

Słyszało się stąpanie, szelest suchych trzcin, czajenie się trwożne a żarłoczne, klekot krzywych dziobów sów i przeciąganie ich skrzydeł. Aż gdzieś bardzo daleko rozległ się ponury, krótki skowyt — jakiś sygnał czy groźba.

Jakby „na baczność” odpowiedziało beczenie czujnych kozłów i pomruk mocarny łosi.

I znowu po chwili zagrało posępne wycie, jakieś chrapliwe szczekanie i plusk wody.

— Błotami, szelmy, idą jak gościńcem! — mruknął Pantera. — Gdyby nie ogień, zjadłyby i łosia, i nas na deser. Chmara tego ściąga ze wszech stron. Już są i tu, na ostępie. Słyszysz, jak chrobocą gąszcze? Szkoda, że nie zatruliśmy mięsa, miałyby stypę!

— Jeśli w przyrodzie istnieją i żyją, widocznie są potrzebne.

— Et! — wzruszył ramionami Pantera. — Każdy ma bzika albo parę! Ale w takim razie nie trzeba by było nawet pchły zabijać. Gdybyśmy spytali o zdanie bezbronnych i słabych, skazanych na śmierć w zaraniu życia...

— Niebezpieczeństwo kształci obronę. Zresztą my mamy wrodzony wstręt do mordu pod wszelką postacią.

Poprawił ognisko i cisnął polanem w gąszcz, bo mu się zdało, że „coś” już ruszyło wiszącą skórę.

Wycie powtarzało się coraz częściej i bliżej.

Była w nim wściekłość i lęk — czasami łączyło się w chór posępny, wstrętny.

— Choćby jeden strzał! To by dopiero ucichły! Dłuży mi się ta noc! — ziewnął Pantera. — Ciało piecze od potu, brudu, owadów i pijawek. Niech sobie ten ląd zostanie dziewiczy, ja go nie poślubię! Wiosną warto pobrodzić po gniazda; widziałem nawet puste orle na dębie. Zbierzemy jaja żurawi, paszkotów, kwiczołów, krzywodziobów, puchaczy, głuszców! Ale żeby tu bytować... Nie, za duszno i ponuro! Doktorowi też tęskno za kąpielą w ruczaju!

I westchnął za swoim rajem, a potem zaczął się kiwać i zasnął.

Po północy objęli straż Rosomak z Odrowążem i o świcie pobudzili wszystkich. Pomimo ognia i dymu znaleźli łosie jelita już rozwleczone w gąszczu i zabrali się śpiesznie do powrotu.

Ciężka była, długa i mozolna przeprawa.

— Moglibyśmy wszyscy odegrać rolę leśnych diabłów! — zdecydował Rosomak, gdy dobrnęli do Puchaczego Ostępu i odpoczywali przed ostateczną przeprawą na swój ląd.

A gdy wreszcie wieczorem stanęli przed chatą, Szczepańska załamała ręce:

— O Boże! Jak ja tę bieliznę dopiorę? A kto was pokrwawił, o Jezu?!

— To nic, to tylko pijawki! — uspokajał ją Bartnik. — Ale cośmy zdobyli! O! I żurawia mamy do chowania! A ile tam orzechów!

— Jeść! — jęknął Pantera.

— Kąpać się! — zawołał Żuraw.

— Skórę solą i popiołem wyczyścić z robactwa! — troskał się Odrowąż.

A Rosomak w kącie szałasu lokował jeńca.

— Mnie teraz nasz bór wydaje się jak ulica Marszałkowska w porównaniu z tamtym ostępem! — mówił Orlik, idąc z Żurawiem do kąpieli.

— A co sobie myśli mój imiennik w stajni?

I właśnie w tej chwili rozległo się wieczorne granie żurawich surm — odpowiedział im żałosny głos kaleki-niewolnika.

Hasło z mogiły

Skrzydlatego żurawia nazwano Doktorem, wedle pomysłu Pantery i za zgodą imiennika. Odrowąż stwierdził, że jest najwyżej trzyletni i że można go będzie łatwo oswoić.

Ale parę tygodni przebył tak ciężkich, opornych, że go Rosomak musiał gwałtem karmić i poić.

Najeżony, skulony — trwał w buncie bezsilnym, sycząc jak żmija, gdy się ktoś zbliżał.

Aż wreszcie, jakby przetrawiwszy swą rozpacz, zmożony ciemnością i głodem, przyjął z rąk Rosomaka pierwszy posiłek.

— Nasz będziesz! — uśmiechnął się doń człowiek.

Jakoż przełamany został instynktowny strach i nienawiść stworzenia do odwiecznego kata.

Przestał syczeć i nadstawiać dziób od razu; i wreszcie pewnego dnia, słysząc gwizdanie, które zwiastowało przybycie człowieka, postąpił na spotkanie i opowiedział się krótkim powitaniem.

— No widzisz, braciszku, że możemy być druhami — zaczął doń przemawiać Rosomak. — Nie ważyłbym się pozbawić cię największego skarbu, wolności, gdybyś był zdrów, cały i mocny, gdybyś mógł w waszym wędrownym szyku za morza lecieć i na tutejsze wasze wyraje wracać. Aleś, braciszku, na głodową i mroźną śmierć skazany! Twego młodego życia mi szkoda, i dlategom cię do nas przyjął. Ale ci ślubuję, że wiosną odniosę cię do rodzinnych lęgów, żebyś z braćmi latem się ucieszył.

Ptak słuchał, z ręki posiłek brał, patrzył spokojnie, a wreszcie pewnego dnia Rosomak szałas zostawił otwarty i pogwizdując, poszedł ku chacie.

Więzień wyszedł na polanę, na słońce, i zaczął się bacznie rozglądać. Rozwinął i złożył skrzydła i zaczął w trawie żerować, a wreszcie pióra dziobem przebierać i chędożyć się.

A potem, zwabiony znajomym gwizdaniem, poszedł powoli ku chacie.

— Nasz jest! — ucieszyli się wszyscy.

Sezonowym zajęciem leśnych ludzi były teraz orzechy.

Rosomak z Odrowążem wypływali co dzień na połów rybny, ale reszta bobrowała w leszczynach i co wieczór znoszono do chaty całe wory.

Przeobfitość jesieni owocnej wyzierała zewsząd i zajęć było mnóstwo. Wieczorem w ogródku i w podsieniu piętrzyły się stosy zdobyczy — orzechy, grzyby, jagody, rydze i ryby.

— Do obróbki! — wołał Pantera.

Musieli przed spoczynkiem ryby oprawiać, orzechy wyłuskać, rydze nasolić, a piec chlebowy ledwie sobie radził z suszeniem tych zapasów zimowych.

Suche, pomyślne, urodzajne było lato, przerywane z rzadka potężnymi burzami. Nagromadzone gorąco wybuchało straszną mocą gromów, krótkich gwałtownych deszczów — i znowu wracała promienna pogoda.

Rosomak z Odrowążem miewali bajeczne połowy, bo susza przecięła szlaki rybie i uwięziła ryby w głębszych dołach. Razu pewnego przywieźli pełną łódkę przepysznych jaziów i okoni, a kiedyś w sadzawce, odciętej od rzeki, złapali szczupaka potwora, „ludojada” chyba, którego siekierą trzeba było zabić, a potem polecić mrówkom spreparowanie muzealnego okazu. Przy sekcji Żuraw znalazł jakąś bezkształtną masę wielkości pięści; gdy ją rozcięto, ujrzano wewnątrz resztki metalowego medalika.

Odrowąż zadumał się nad tym i oddał przedmiot Rosomakowi.

— Lepsze macie oczy! Przypatrzcie się, może to Kodeńska Matka Boska249. Miał taką nasz Podlasiak.

Ale najostrzejszy wzrok ani lupa nie wystarczały.

— Niemało ludzi na żer ryb poszło w tych bagnach — rzekł Pantera.

— I wielu takich, którym by się pomniki należały.

— Z tamtej strony pomniki tutejsze niewiele więcej warte, co ta blaszka pewnie! Służbowe księgi tam też prowadzą, trwalsze! — rzekł Rosomak, chowając do zbiorów dziwną zdobycz.

Po jednej ze strasznych burz nocnych rybacy ruszyli na połów około południa i zapędzili się na jezioro w nadziei zdobycia suma. Ale dzień był niepomyślny i po raz setny zastawiali brzeg siecią podwójną bez żadnej prawie zdobyczy.

Nagle Rosomak głowę podniósł, nasłuchując.

Gdzieś daleko zagrała trąbka — umówione hasło: dwa krótkie, po sobie następujące, tony. Znaczyło to: „Wodzu!”.

Rosomak swoją specjalną świstawkę kościaną do ust podniósł i odzew dał.

— To chłopcy czegoś chcą! — rzekł, wracając do wiosła.

— Nogę który złamał czy rękę! — mruknął Odrowąż.

— Nie. Wołaliby doktora. Oni nie wzywają do siebie, któryś do nas leci z wieścią. Coś znaleźli!

Trąbka powtórzyła znowu wołanie, potem ucichła — widocznie poszukiwacza doleciał odzew. I oto z gęstwiny wynurzył się Orlik spocony, zziajany, ubłocony i zaczął coś krzyczeć z daleka.

Odrowąż zwrócił ku niemu łódź.

– Ojcze, wodzu! — wołał chłopak, dech łapiąc. — Znaleźliśmy mogiłę. Chorąży, strzelba i Orzeł! Nasz znak! Znaleźliśmy! Chodźcie! Tamtych już zawołaliśmy. Bartnika zostawiłem na honorowej warcie. Lećmy!

Bez słowa, pod wielkim wrażeniem wysiedli na brzeg i poszli za chłopcem. A on, opanowany tym ich skupieniem i milczeniem, przycichł także.

Aż stanęli na miejscu, w czarnym borze, nad sennym zalewem wodnym. Nocna burza powaliła olbrzymi, na wpół suchy, prawieczny dąb. Legł szczytem aż w wodę i rozdarł się jego pień, otwierając zmurszałe wnętrze.

Przy nim stał Bartnik, wyprostowany, zastygły w pozycji żołnierskiej, w kapeluszu na głowie, z nieruchomym, skupionym wzrokiem wartownika. I stali Żuraw z Panterą, obnażywszy głowy w milczeniu.

Pochylili się Rosomak i Odrowąż.

We wnętrzu dębu ujrzeli ludzki szkielet. Mały, szczupły kościec wyrostka, zachowany w całości, jako że był ujęty w ściany drzewa. U prawego boku leżała stara, rdzą przeżarta strzelba, a u lewego, przy sercu — zetlała szmatka amarantu z przebłyskującymi srebrnymi nićmi.

Ku słońcu patrzyły głębokie oczodoły, a trochę rozwarte, zdrowe zęby zdawały się uśmiechać. I tak leżał z bronią u nogi, z chorągwią swą obok serca chorąży...

Wyprostował się Rosomak i odkrywszy, głowę zaintonował:

Boże, coś Polskę przez tak długie wieki!250

Ramiona Bartnika drgnęły, jakby chciał prezentować broń, a zbiorowy głos podchwycił:

Otaczał blaskiem potęgi i chwały...251

Odrowąż klęczał i modlił się, a po zmarszczkach płynęły mu łzy jak paciorki dusznego różańca.

A gdy skończyli, Rosomak kazał świerkowymi gałęziami zasłonić te prochy bohatera. Zebrali się wszyscy na radę i nawet Pantera miał twarz uroczystą.

— Rozumiem, jak to było — ozwał się Odrowąż. — Gdy im zabrakło żywności i chłód ścisnął, musieli dążyć do osad. I tu gdzieś ranny oddał Bogu ducha, a Podlasiak wynalazł dąb spróchniały i zwłoki w nim ukrył. A potem dalej poszedł i nie znając przejść, w bagnie utonął.

— Co teraz mamy czynić? — zagadnął Pantera.

— Pogrzebać go, jak na to zasłużył, w tej świętej ziemi! — odpowiedział Rosomak.

— Na tej górze, gdzie sygnały bojowe palono! — zawołał Orlik.

— Będzie całemu krajowi stróżował — dodał Bartnik.

— Słusznie! — potwierdził Rosomak.

Zamyślił się Odrowąż i nagle wstał, na wnuka skinął i na Panterę.

— Pójdziemy do folwarku i nocą tu przyniesiemy deski cichaczem, żeby do Moskali nie doszło.

— A przy nim w nocy powartujemy.

— Rankiem trumnę zbijemy i przeniesiemy prochy na górę. Ruszajmy!

Trzej wartownicy zostali. Orlik tę noc na całe życie zapamiętał. Księżycowa była, cicha i pełna duchowego majestatu. Rosomak się rozgadał; opowiadał mu, co od rodziców wiedział — o czasach owych, o bojach, ofiarach, ruinach, we krwi utopionych nadziejach zmartwychwstania.

A potem milczeli, przetrawiając ból, nienawiść do kata, gorycz bezsilności, rozpacz niewoli.

Aż niespodziewanie ozwał się Żuraw:

— Słuchajcie! Moglibyśmy i słusznie rozpaczać, i beznadziejności się oddawać, gdybyśmy wartowali przy grobie zdrajcy! Ale ten czego innego nas uczy! Spadek ojczysty wziął, obowiązek spełnił, wiary dochował. My, żywi, nic więcej nie mamy do roboty. Wiarę zachować, obowiązek spełnić, trwać i przetrwać. No i tyle! Resztę zdecyduje Bóg!

— Dzięki, bracie, za to słowo! — rzekł Rosomak. — Zawiniliśmy względem niego. Pieśń mu się należy bohaterska, nie bezrozumne ludzkie rozważanie. Masz swoją fujarkę, zaintonuj hymn konfederacki.

Silnie, twardo, na całe życie ryły się w duszy Orlika — ta noc, ten grób wśród puszczy i te słowa:

Ze skowronkami wstaliśmy do pracy

I spać pójdziemy o wieczornej zorzy,

Ale w grobowcach my jeszcze żołdacy

I hufiec Boży!252

Na długo przed zorzą wrócili z folwarku Odrowążów z deskami. Szczepański przyniósł narzędzia i rano już drobna trumienka była gotowa.

Na posłanie z ziół i kwiatów ułożono kości i pokryto je szczątkami sztandaru. Po źdźble srebrnej nici wziął każdy na pamiątkę, a z grubego, starego modlitewnika Odrowąż odczytał modlitwy.

Potem Rosomak podał mu strzelbę, a stary ją przyjął jak święty spadek i oddał Bartnikowi.

— Masz! Twoja jest. Użyć trzeba, jako on używał.

— Słucham! — rzekł, prostując się, chłopak.

Ale Pantera przeszukiwał wnętrze dębu i wydobył spore pudełko blaszane.

— To leżało w nogach — rzekł, podważając nożem wierzch.

Pudełko rozpadło się i na ziemię prysnął deszcz złotych monet.

— Dukaty węgierskie! Kasa partii! — zawołał Odrowąż. — Nie ufał swym siłom Podlasiak i zostawił chorążemu pod strażą! Co z tym zrobić?

— Rozważmy! — rzekł Rosomak, zbierając w chustkę dukaty i szczątki pudełka; na dnie były ślady papieru, może wskazówki, polecenie, ostatnia wola, już nie do odczytania.

W próchnie drzewnym znaleziono jeszcze parę sprzączek, guzików, resztki skórzanej torby, częstochowski medalik — i włożono zmarłemu do trumny. A potem wzięli ją na barki i zmieniając się, nieśli na górę.

Skoczyli naprzód chłopcy do chaty, a gdy pochód wolno i ze śpiewaniem przybył na Wdowią Górę, na samym szczycie znaleźli już dół wykopany i pełno wokół kwiecia.

Czekała też Szczepańska z dzieckiem i stali chłopcy na warcie — Orlik ze strzelbą Rosomaka, Bartnik ze swą dziedziczną Sagalasówką.

Gdy spuszczono trumnę do grobu, Orlik dał dwa strzały i prezentował broń.

Poczęły padać na trumnę kwiaty i Odrowąż odmawiał modlitwy, a gdy skończył, spojrzeli wszyscy na Rosomaka.

A on tak mówić począł:

— Pozdrawiamy cię i cześć ci niesiem, przodowniku nasz, któryś boju dokonał.

Nie zmarłeś przecież i nie milczysz, a my słyszymy twe hasło i raport, bośmy jednej broni i powołania. Mówisz nam te same słowa, które przez wieki mówili ci, co legli na polach chwały, imienni wodze i bezimienne tysiące, a jednacy, jednej idei bojownicy. Mówisz nam: „Bóg, Honor, Ojczyzna!”. Mówisz nam: „Bóg mi powierzył honor Polaków, Jemu go oddam!. Ze wszystkich rubieży Rzeczypospolitej, ze wszystkich walk o wolność i całość, przez wszystkie wieki jedno hasło słyszymy, panie chorąży, i powtarzamy niczym pacierz ojczysty. Stanie tu twoja mogiła jako graniczny kopiec i jako gród dla straży i obrony. Utrzymamy go, póki życia, i oddamy następującej po nas młodzieży! Mówisz i do nich, panie chorąży. I jako my, oni słyszą.

— Słyszymy! — potwierdzili chłopcy.

— Polecamy wam zatem tę mogiłę! — zwrócił się do nich. — W Bogu wiara, że dane wam będzie doczekać chwili sprawiedliwości bożej i że oczy wasze ujrzą na tej ziemi polski hufiec i polski znak na sztandarze. Wtedy im się zameldujcie i złóżcie raport ze swego trwania i gotowości do służby. A pierwszemu polskiemu naczelnikowi oddacie samych siebie do szeregu. A złoto owo, w mogile przechowane, do skarbu ojczystego. Słyszysz, panie chorąży, i ślubowanie nasze przyjmij! Niech żyje Ojczyzna!

Jak grzmot rozległ się okrzyk zbiorowy.

Rzucił pierwszą garść piasku Rosomak — niech ci lekką będzie ta ziemia ukochana! — i skinął na chłopców.

Wyciągnęli się jak struny i z żywiołowym rozmachem zaśpiewali:

Jeszcze Polska nie zginęła...

Rwała się pieśń w zdławieniu wrażenia potężnego, we łzach, co znają tylko miłujący i mężni — i kwitła pieśń nad mogiłą, jakby proporzec biało-amarantowy, a cichy bór słuchał i dawne czasy wspominał.

Mogiła wyrosła, złocąc się z daleka, a obecni pożegnali ją ostatnią obrzędową pieśnią Anioł Pański.

I został chorąży na swym posterunku samotny, a oni, wracając do chaty, radzili:

— Dąb mocarny posadzić mu na mogile!

— Brzozę, co by go gałęziami tuliła jak matka.

— Krasną jarzębinę, żeby mu ptaszki śpiewały.

— Lipę, żeby mu pszczoły gwarzyły.

— Głaz znam w gąszczu! Przywleczemy i wykujemy, kto leży pod nim.

— Każdy uczyni dar, jaki zechce! — zdecydował Rosomak. — Ja wam, chłopcy, złoto zdaję. Obmyślcie schronienie!

— Ja już mam! — zawołał Bartnik. — Złożymy na spodzie barci. Uchowa drzewo i pszczoły.

— Cieszę się, że nie ja je będę wyciągał, jak pora przyjdzie, ale poza tym zgoda na pomysł — rzekł Pantera.

Oddał Rosomak złoto powstańcze i chłopcy zaraz je pszczołom pod opiekę zanieśli.

W tydzień potem głaz już leżał na mogile. Odrowąż znaki jakieś na nim wykuwał i chłopcom tłumaczył:

— Nie powinien nikt rozumieć, tylko wy. Nad karkiem Moskal jeszcze siedzi i szpieguje. Drzew też nie warto sadzić, chyba że krzepki jałowiec, żeby uwagi nie zwrócić. On i tak zmartwychwstanie, a tamci Bożego Sądu nie doczekają. Jaki siew, takie żniwo, tylko Bóg nierychliwy, jako że wiekuisty.

I pokazując niezdarne kształty, mówił:

— To jest krzyż, a to orzeł i korona, i drzewce, a tu „63”. Stacho miał na imię, to pamiętam. Ale nazwiska nie. Więc to „S” to jakby podpis, a tak się czyta: „Chrystusowy wyznawca, chorąży z powstania, Stacho”. A jeszcze dodam „W”, to znaczy: „z Warszawy”. I głaz bokiem odwrócimy, żeby napis dla wiedzącego tylko był widoczny. Obejmą go wrzosy i mchy utają!

Wiatr rozwiał biały piasek i obsypał ziemię igliwiem i liśćmi. Wkrótce mogiła chorążego stopiła się i wsiąkła w barwę ziemi — została tylko pamiętna w duszach leśnych ludzi.