II. „Żona” Hieronima
W dwa dni po wylewie rzeki Grocholski wczesnym rankiem wstąpił do mieszkania dwóch przyjaciół. Rodzina chłopska już się rozpierzchła na robotę w polu; na progu chaty — skulona, zapuchła od płaczu — siedziała dziewczynka znajda.
Patrzyła uparcie w stronę lasu, nie spojrzała na wchodzącego. W chacie stara prababka przyjęła go kaszlem.
— Witajcie! Panowie, co tu mieszkają, poszli? — zagadnął.
— Poszedł jeden; ten biały, wesoły poszedł. A ten czarny, ze szkłem, w komorze45, w komorze.
Grocholski wszedł do alkierza. Żabba istotnie sechł nad książką, jak zwykle.
— Dzień dobry! Rucia nie ma?
— Nie ma — odparł grobowy głos, któremu towarzyszyło ukośne, niechętne spojrzenie w stronę natręta.
Pomimo to Grocholski usiadł na stosach pierzyn, zapalił papierosa i zaczął szturm do mruka:
— Czy Hieronim dostał gdzie smyczek?
Chudy palec Żabby wskazał na przeciwległą ścianę, gdzie instrument wisiał w komplecie.
— Aha, jest, to i dobrze. Powiedz mu, niech dziś wieczór przyjdzie do naczelnika. Będę mu towarzyszył na trąbce. Urządzimy koncert.
— Bardzo potrzebne! — zamruczał Litwin, nie odrywając się od czytania.
— Ty się na tym nie znasz.
— Chwała Bogu!
— Et, jesteś nieznośny pedant! Cóż u was słychać?
— Ja nie mam zwyczaju słuchać.
— Dziecko jest jeszcze? Nie oddaliście rodzicom?
— Musi być nie, kiedy jest — była logiczna odpowiedź.
— Szaniarski mówił, że ją Rucio traktuje jak żonę.
— Nie wiem, jak się żonę traktuje, bom kawaler.
Grocholski parsknął śmiechem. Nosowy ton Żabby, spokój i kamienna twarz były nadzwyczaj komiczne.
Śmiech kolegi obraził Litwina. Znosił tylko drwiny Hieronima. Odwrócił się plecami do warszawiaka, zatkał uszy rękoma, długi nos pochylił nad książką i zapadł w kompletne milczenie.
Grocholski pokręcił się jeszcze chwilę, porozrzucał papiery, popróbował skrzypiec, wziął jakąś księgę i wyszedł, gwiżdżąc.
Mała siedziała na tymże miejscu, w tej samej pozycji i patrzyła na las.
— Jak się masz? A gdzie twój mąż? — zagadnął wesoło student.
Bez wahania wskazała w kierunku lasu i odparła poważnie:
— Poszedł tam.
— Czemu nie poszłaś z nim?
— Nie pozwolił.
— Czekasz na niego?
— Czekam.
— Ot, daj pokój! Chodź ze mną! Ja ci niczego nie będę zabraniać. Kupię nową sukienkę, czerwone trzewiczki i mnóstwo paciorków. Chodź, ja będę twoim mężem.
Dziecko spojrzało wściekle na niego, pokazało język i, jak Żabba, odwróciło się impertynencko46 plecami.
Odszedł, śmiejąc się jak szalony.
W południe Żabba, idąc z rachunkami do naczelnika, potknął się o dziecko na progu i zamruczał:
— Chodź ze mną!
Nie zgodziła się. Odmówiła też wezwaniu na posiłek; nie ruszyła się, gdy gospodarze wrócili z pola.
O zmroku Hieronim, idąc z piosenką na ustach, z żartem w oczach, spotkał ją na drodze.
Wybiegła naprzeciw, dojrzawszy go cudem w ciemności, i powitała milczącym, szczerym uśmiechem.
— Ejże, to ty? — zawołał uradowany. — Myślałem, że się kto o ciebie upomniał i zabrał.
— Albo bym poszła! — odparła zuchwale.
— A jakby ojciec przyszedł?
— Nie mam ojca, nie mam nikogo. Nikt nie przyjdzie.
— Gdzieżeś była, nim cię woda porwała?
— Nie powiem, bo mnie tam odprowadzisz, a ja nie chcę!
— Oho! To stanowcze. Cóżeś robiła dziś?
— Czekałam na ciebie.
— A jadłaś cokolwiek?
— Nie.
— I ja nie. Ale płakałaś, niecnoto! Oczy czerwone!
Skinęła główką, biegnąc obok niego, i nie odstąpiła już ani na krok przez cały wieczór.
Przy ludziach nie mówiła nic, wodząc tylko po wszystkich oczyma, a po wieczerzy, gdy Hieronim zabrał się od niechcenia do piśmiennej roboty, usiadła cichutko, pragnąc tylko, by ją tak zostawiono w spokoju.
Grocholski przerwał naukowe skupienie. Koncert mu leżał na sercu; za nim przyciągnęła reszta towarzystwa, klął na czym świat stoi takie wakacje, dziki kraj, powódź i nudy.
— Czemuście nie wzięli z Petersburga małpy i pozytywki? — wołał Hieronim, podnosząc głowę od stronicy obliczeń.
— Czemuś z tą radą na miejscu nie wystąpił?
— Nie miałem czasu o tym pomyśleć. Dziadunio mnie ambarasował47 razem z kochanym Wojcieszkiem!
— Albertem — poprawił Żabba.
— Palniesz bąka w milczeniu, gdy będziesz mnie musztrował! Gdzie tytoń?
— Na szafie.
— Cóż było z dziaduniem i Wojcieszkiem? — pytał Grocholski, zapominając o muzycznym popisie.
— Była farsa. Pewnego dnia wpada do mnie kuzynek, wyprasza Józefa z pokoju, nie podobała mu się świątobliwa mina skrzeka, i nuż mi prawić jakąś zawiłą, erotyczną historię. Małom jej słuchał48, ale sens pojąłem. Dziadunio zabronił Wojciechowi się kochać, wybrał mu jakąś narzeczoną, het, tam, w tym bobrzym kraju, w Mozyrskiem49, kazał zachować dla niej nieskalane serce. Aż tu Wojciech raptem się zakochał. Owoc zakazany smaczny, ale boi się dziadunia. W prośby do mnie o firmę50. Czemuż nie? Strasznie lubię płatać sztuczki dziaduniowi. Afiszuję się tedy z panną tydzień, dwa, trzy. Nie wiem, co przez ten czas Wojciech skorzystał, mnie się okroiło z dziesiątek buziaków, z czego byłem najzupełniej zadowolony; grać rolę firmy bardzo mi przypadło do smaku. Czego się śmiejesz, Żabba?
— Z niczego — odparł Litwin.
— Dowód idiotyzmu, mój drogi, śmiech z niczego.
— Więc cóż dalej? — zagadnął Grocholski.
— Aha, dalej? Pewnego wieczora wracam z kursów51, stroję się na jakąś hecę z panną, gdy wtem przynoszą list od dziadunia. Znam to pismo, wiążą się z nim wszystkie złe chwile w mym życiu! Otwieram i cóż znajduję? Oto słowo w słowo, kreska w kreskę historię owych trzech tygodni. Jak Wojciech przyszedł, co mówił, gdziem potem był, com robił, nawet czas i miejsce każdego z dziesięciu buziaków. Moja rola firmy tak tam była przedstawiona pesymistycznie, że mnie raptem odpadł gust do dalszego ciągu. Na końcu był zamieszczony rys dziejów Wojciechowej piękności. No, nieciekawy, ale urzędowy autentyk. Otóż i farsę zrobiliśmy dziaduniowi. Posłałem list cały kuzynowi i drapnąłem. Jestem pewien, że dziadunio już wie, gdzie jestem, co robię i że wam to mówię w tej chwili... I chcieliście, żebym o małpie pamiętał!
— Ktoś cię szpieguje z jego rozkazu.
— Niech go złapię, tego faceta! Chyba Żabba?
Litwin na dźwięk swego nazwiska podniósł głowę i rozejrzał się błędnie.
— Czego? — spytał.
— Niczego, błotny słowiku!
— Pewnie też dziadunio wie o twojej żonie? — wtrącił Szaniarski.
— A jakże. Ani chybi! Ale to mniejsza. On się mnie wyrzekł w godzinę chrztu. Odtąd prześladuje niezmordowanie, jakby spełniał obowiązek najświętszy.
— W godzinę chrztu? Cóż to? Chciał cię zostawić poganinem?
— Blisko tego. Trzeba wam wiedzieć, że u niego wszystko być musi na komendę. Miał dwóch synów i powiedział sobie: jeden mój wnuk będzie Litwinem, drugi Wielkopolaninem i nuż zaczynać od chrztu. Paf! Nazwali pierwszego Wojciechem na chwałę bożą. Wojtaszek nie może im tego dotąd darować. Jak przyszła kolej na mnie, ojciec już nie żył. Chciał dziadunio, bym się wabił Olgierd52. I o włos się to nie stało. Byłbym bałwochwalcą wedle planu, ale matka zbuntowała się na tę zbrodnię. Dała mi patrona. No i za to wyrzekł się mnie dziadunio! Myślał, że bez jego rubli zostanę dzikim człowiekiem, kominiarzem czy lokajem! Hej, hej! Bez pogańskiego imienia Litwin ze mnie! Twardą mam głowę. Rozbijałbym nią orzechy w potrzebie i na złość dziaduniowi koleguję z wami, zamiast ekonomować53 gdzieś w Mozyrzu.
Oczy chłopca zaszły skrami dumy. Zaśmiał się.
— A Wojtaszek kurczy się, lęka, drży, schnie ze strachu. Tfu! To mi życie! Ja bym nie potrafił słuchać kaprysów, chyba bym kochał. No, jakże, Groch? Idziemy drumlić54 naczelnikowej? To chodźmy prędzej, póki wcześnie! Ona mi zawsze na sen działa, a pod wieczór to gotówem zadrzemać na dobre! Nie męcz się tak, Żabba, zrobię razem za swoją i twoją część! Idź spać.
Tu mała rączka dotknęła go; dziecko stało gotowe do drogi.
— Zostaniesz, mała! — rzekł. — Ty się nie znasz na muzyce i wdziękach naczelnikowej.
Wahała się jeszcze.
— No, dobranoc! Żabba zostaje, nikt ci krzywdy nie zrobi!
— A ty wrócisz? — spytała, gdy się pochylił nad nią.
— Wrócę, wrócę!
— Chodźmy! — napędzał Grocholski. — Naczelnikowa czeka nas niecierpliwie.
— Bardzo to pochlebne dla męża! — zauważył Hieronim, rzępoląc ku uciesze całej wsi.
I tak minęło kilka tygodni. Rzeka, napsociwszy co niemiara, wróciła pokornie w dawne koryto. Grono inżynierów kończyło spiesznie roboty.
Hieronim, który w swej dobroci odrabiał za naczelnika naukową pańszczyznę, mrugał bardzo znacząco w stronę poważnego zwierzchnika, gdy ten patrzył gdzie indziej. Mruganie nie było pochlebne dla wieku i urzędu męża pięknej pani.
Jeden tylko Żabba nie okazywał zmiany usposobienia na myśl o Petersburgu.
Dziecko wciąż było z nimi. Daremne były poszukiwania i rozsyłane wieści. Nikt się po zgubę nie zgłaszał. Przyjaciele po naradzie postanowili ją zabrać z sobą.
Pewnego wieczoru w biurze naczelnika Hieronim z Grocholskim wypłacali robotnikom od pomiarów, gdy jeden ozwał się znienacka:
— Pan obiecywał dziesięć rubli za odnalezienie rodziców tej małej, co siaduje na progu chaty, gdzie pan mieszka.
— Ano, to i cóż? — zagadnął Hieronim.
— Dajcie dziesięć rubli, panie, ja wiem.
— Czyjaż ona?
— Szynkarza w Wierzbówce. Pytał się o nią.
— Nie kłamiesz? — rzekł student, dobywając asygnatę55. — Daleko to stąd?
— Bogiem się klnę! Zresztą pan się przekona, Wierzbówka o dziesięć mil przed miastem. Cerkiew tam wielka, a szynkarz rudy. Wania Kruńcow się nazywa.
Hieronim rzucił pieniądze i wypadł na ulicę. Nie chciał wyznać, że mu żal było dziecka, więc złością żal pokrywał.
Zastał ją jak zwykle na progu, smętnie wyglądającą jego powrotu, i napadł z góry, podniecając się krzykiem:
— Ach, ty mały kłamco! Mówiłaś, żeś sierota, a ojciec cię szuka! Wykierowałaś mnie na Cygana czy ludożercę! Powiedzą, że dzieci przywłaszczam! Nie byłabyś kobietą! Ledwie ci zęby wyrosły, już zmyślasz i udajesz! Poczekaj, odwiozę cię do rodziców i poproszę, żeby ci wsypali kupę rózeg na pamiątkę! Poczekaj! Nauczę cię katechizmu!
Rodzina gospodarza, zwabiona krzykiem, wyległa do sieni. Hieronim, sapiąc z gniewu czy przykrości, powtórzył prawdę.
Dziecko powstało — nieme, z zuchwałym błyskiem oczu. Nie broniła się i nie płakała.
— Dajcie mi jutro koni, gospodarzu — rzekł student. — Odwiozę ją szynkarzowi. Chodź, mała!
Obejrzał się. Nie było jej. Jak wąż wyśliznęła się spośród otaczających i znikła.
„Pójdzie i utopi się!” — mignęło chłopcu. — „Wilki zjedzą!” — poprawił się natychmiast.
— Mała! — krzyknął wychodząc z chaty. — Chodź tu zaraz!
Żadnej odpowiedzi. Zbieg wypowiedział posłuszeństwo, umknął, przepadł w cieniach nocy.
— Światła! — zakomenderował student. — Chodźmy szukać!
Synowie gospodarza skoczyli za nim, wrzeszcząc jak na wilczej obławie. Rozbiegli się na wsze strony. Pół wsi, zaalarmowanej wrzawą, podążyło za nimi. Latarnia Hieronima migała to tu, to tam na przedzie. On pierwszy dostrzegł drobny ruchomy przedmiot, toczący się jak piłka w stronę lasu, i dognał kilku susami.
— A, tuś mi, ptaszku! — zawołał zdyszany, rzucając latarnię i chwytając ją za ramię.
Szarpnęła się, zgrzytając zębami. Chciała zginąć z honorem, wyznał to w duchu chłopiec.
Podarła mu kurtkę, podrapała twarz, ugryzła w ramię; w garści dzikiego dziecka został pęk jego jasnej czupryny. Pokonał ją wreszcie i niosąc zawrócił do wsi, nawołując towarzyszów56 wyprawy.
Już się nie tuliła do niego jak wtedy, gdy ją niósł z powodzi. Teraz oparła mu obie pięści o pierś i odpychała od siebie prześladowcę. Oczy jej paliły się jak fosfor.
Tak weszli do alkierza, gdzie ich powitał Żabba zdumiałym spojrzeniem.
— Patrz, com sobie zrobił! — śmiał się Hieronim, ocierając krew z twarzy i wskazując poszarpaną odzież.
— Ksantypa57! — rzekł Litwin poważnie.
Więzień skrył się w najciemniejszy kąt izdebki i dyszał.
— A to żmija! Ledwiem dał rady!58 No, teraz całą noc trzeba wartować, bo tylko czeka sposobności, żeby znów drapnąć. To jednak rozczulające przywiązanie do rodziców!
— Dobrze, żem ja nikogo z wody nie ratował — zdecydował Żabba. — Krew ci płynie z twarzy.
— A płynie! Pazury jak u kota! Tfu, co to złości w tym mizernym ciele! I gdzie się to mieści? Chcesz jeść, mała?
Milczenie. Zajrzał do niej. Siedziała zwinięta w kłębek, nieporuszona.
— Uważaj na nią, Józik, nim się posilę i wrócę od naczelnika.
— Uhm! Te dzieci to skaranie boże! Potrzebny ci był ten kłopot? Trzeba było oddać policji! Zawsze sobie napytasz biedy przez to amatorstwo59 bachorów. Ciekawym, ile ich mieć będziesz, jak się ożenisz?
— Tuzin, braciszku, ani jednego mniej! To moje ostatnie słowo! Bywaj zdrów!
Chłopiec wybiegł z izby, nucąc wesołą jakąś zwrotkę.
Żabba mruczał niechętnie. I jemu żal było dziecka, przywykł do niego, wolałby nie mieć wcale niż tracić. Toteż gderał zawzięcie na nieobecnego kolegę.
— Zawsze tak z nim, a wszystko z gorączki60! Teraz pilnuj tego biedactwa. Niesłodko jej być musi w domu, kiedy się tak broni!
Zdjął okulary, poszedł w kąt.
— No, nie kapryś, dziecko! Te chimery61 na nic się nie zdadzą. Wyjdź no tu na światło! Biją cię w domu?
Łkanie było jedyną odpowiedzią.
— No, nie płacz! Nie możemy cię zabrać. Trzeba wrócić do ojca.
— Nie ma ojca! — zamruczała. — Ja nie chcę wracać!
— To nie racja62 drapać Rucia. Toż jego boli.
— Niech boli! Po co powiedział, że kłamię, i krzyczał? Ja jego nie cierpię!
— Kogo? Mnie? — spytał wesoły głos na progu. — Co ty jej prawisz, Żabba?
— A nic! — odparł Litwin, wstając. — Nie chce wracać do domu.
— Dobra sobie!
— At, szkoda dziecka! Niechby zostało!
— Milczałbyś! I mnie szkoda, pomimo żem podrapany i pokąsany przez tę małą osóbkę! Cóż robić? Skończyłeś robotę? Nie? Siadaj, zgryziemy ją we dwóch! Za tydzień jedziemy do Petersburga. Grocholski kwili gdzieś z naczelnikową. Mamy i jego część. Daj no cyrkiel i nie myśl o błaźnicy63!
Nazajutrz wczesnym rankiem wózek wywiózł ze wsi zbiega. Żabba ją wsadził na wózek, uściskawszy serdecznie. Hieronim to klął, to gwizdał. Konie leciały cwałem. Wieczorem ujrzano wieś, woźnica wskazał ją biczyskiem.
— Ot i Wierzbówka! Widzi pan karczmę? Tam na progu, w czarnej koszuli, to szynkarz.
Wóz stanął. Szynkarz wyjął fajkę z ust, zdjął czapkę i postąpił kilka kroków, zataczając się.
— Aha! Pan ją przywiózł! Wilki jej nie zjadły! Nu, idź do izby! Dostaniesz od gospodyni!
Dziecko przytuliło się do studenta, drżąc febrycznie.
— To nie wasze? — zagadnął Hieronim.
— Boże broń! Cudze! Darmozjad! Już cztery lata, jak mi zostało na karku!
— Czyjaż ona?
— A tego pana, co tu mieszkał!
— Gdzież rodzice? Pomarli?
— A niby pomarli.
— Jak to, niby?
Hieronim poczuł, jak drobne palce dziecka wpiły mu się w dłoń.
— A tak! Przywieźli go z młodą żoną i tą małą w kołysce; mieszkał u mnie, nudził się, polował, żeby czas zabić. Żona zrazu płakała, potem zaczął tu zjeżdżać prokurator z miasta — mąż polował. Raz wraca późno, zajrzał przez szybę, coś mu się nie podobało; młody był i zły, a w strzelbie miał dwa naboje. Więc wpakował jeden prokuratorowi w głowę, a żonie w piersi drugi i nie chybił! Gwałt się zrobił. Zastaliśmy go, jak nabijał strzelbę dla siebie; nie dali mu dokończyć, wzięła policja! Ot, jak było!
— I cóż się stało z tym biedakiem?
Gorące wargi dziecka spoczęły na dłoni chłopca; dziękowała mu za to słowo, może pierwsze dobre, co posłyszała o ojcu.
— Walał się dwa lata po tiurmach64 i umarł. Dziecko mi zostało, istny czort. Złe, uparte, leniwe! Obrzydły mi sceny z nią w domu, a tu się nikt nie zgłasza. Niełakoma gratka. Córka mordercy! Tfu! Może pan wstąpi na zakąskę?
— Dziękuję... Wyratowałem ją z rzeki. U was wody nie ma?
— A nie ma. Na tydzień przed powodzią uciekła. Gdzieś się błąkała tymczasem po kraju. Nu, podziękuj panu i marsz do domu! Słyszysz?
— Na co ona wam? — rzekł chłopak. — Kupiłem ją sobie od śmierci i u mnie niech zostanie. To moja krew.
Twarz dziecka, zalana łzami, podniosła się ku niemu; nie zważał na to.
— To pan jej krewny? Nu, ja zawsze mówiłem gospodyni, że swoi się upomną o swoje i zapłacą za utrzymanie.
— A ile chcecie?
— Sto rubli. Warto: odzienie w kawałki leci, trzewików nie nastarczyć, a co natłukła naczyń przez te cztery lata, to i nie zliczyć!
— Macie może jej papiery?
— Jest skrzynka. Reszta gratów poszła na pogrzeb kobiety i na koszty.
— Dobrze, dobrze. Dajcie skrzynkę!
Szynkarz pobiegł do chaty, a Hieronim tymczasem oparł obie ręce na ramionach dziecka i spytał:
— Czemuś mi tego nie powiedziała sama?
— Bałam się. Śmiałbyś się z tatusia, jak oni, a na matkę pluli! Och, ja nie chcę, żeby się z tatusia śmiali, nie! A potem powiedziałeś, że kłamię. Widzisz, toś ty kłamał!
— Ja, dziecko, ja! Będę ci odtąd wierzył na słowo; pojedziemy razem.
— Razem! — zaśmiała się przez łzy, obejmując jego szyję rączkami i chowając promieniejącą twarzyczkę w jasne włosy opiekuna. Serce jej skakało pod jego dłonią jak szalone.
— Macie, panie, skrzynkę! — przerwał szynkarz.
Chłopak przejrzał papiery. Było ich dosyć dla policji. Zapłacił za nie sto rubli. Był to owoc dwumiesięcznej wakacyjnej pracy.
Szynkarz począł błogosławić i dziękować; zjawiła się też gospodyni i dwie córki.
Mała, oparta dumnie o studenta, patrzała na nich z bezmierną pogardą. Wiedziała z czteroletniego doświadczenia, co warte słodkie ich miny i uśmiechy.
— Cóż, panienka, do swoich wracasz? — ozwała się do niej gospodyni, szorstką ręką dotykając twarzy.
Uchyliła się od pieszczoty dość niegrzecznie.
— Pojadę, gdzie on! — odparła krótko.
— Szczęść ci Boże! Może chcesz jeść na drogę?
— Jak zechcę, to on mi kupi!
Wózek ruszył z powrotem. Woźnica uśmiechnął się lekko, oglądając się za siebie.
— I za co pan zapłacił sto rubli? — ozwał się.
— Albo co?
— Cztery lata ją morzyli głodem, ubierali w łachmany, chodziła boso, a co tamte dzieci stłukły, na nią zrzucały. A co ona im się napracowała! Czy nie tak, mała?
— A tak, ciągle bili.
— Za to cię teraz nikt nie trąci. Bądź spokojna; znam twe pazurki i będę się ich strzegł na przyszłość.
Spojrzała żałośnie na ślady podrapań i spuściła pokornie główkę.
Nakarmił ją na popasie65, ułożył do snu i sam drzemał całą drogę, spokojny, że już nie spróbuje ucieczki.
Głośne okrzyki zbudziły go nagle.
Stali we wsi. Koledzy otaczali wóz tłumnie.
— A to co? Odwiozłeś małą? — wołał Żabba, uśmiechnięty radośnie.
— Gdzież Wierzbówka? — badał Grocholski.
— Na mapie geograficznej szczegółowej.
— A szynkarz? A rodzice?
— Woda ich zmyła.
— Jak to? Wszystkich?
— I wszystko! Nawet patent na wódkę66.
— Et, bredzisz!
— Et, czas mi zajmujesz!
— Ach ty smyczku!
— Ach ty pusty futerale od fleta67!
Wózek ruszył dalej wśród śmiechu. Żabba przyczepił się do skraju i jechał, trzymając się szerokich pleców woźnicy.
— Dziecko nasze?
— I jak jeszcze nasze! Masz, czytaj!
Litwin wziął podany papier, zmrużył oczy.
— Zapomniałem okularów! — rzekł desperacko.
Stanęli przed chatą. Wysiedli wszyscy, po chwili zebrała się reszta kolegów.
Żabba wsadził szkła na nos i zaczął na głos czytanie:
„Roku 18** maja 14 dnia ochrzczono w kościele parafialnym katolickim w Poniewieżu dziewczynkę, córkę Kazimierza i Marii, małżonków Obojskich, imieniem Bronisławy Marii Kazimiery”.
— Gwałtu! — wykrzyknął Żabba, przerywając czytanie. — To ona, ta mała!
— Ona! — pochwalił Hieronim.
— Hur-ra Delfin! — wołał Grocholski.
— A co? To dlatego, że nie myślę o naczelnikowej. Kobiety strasznie zabijają spryt w człowieku! Dowód na tobie! No, dosyć, nie czytaj, Żabba, kto ją do chrztu podawał, ochrzcimy ją po swojemu. Hola, Szaniarski, skocz po butelczynę! A kto na kuma68?
— Ja! — ozwał się Żabba.
— To dobrze! A imię?
— To już ma! — protestował Grocholski.
— Głupiś! Nie będziemy, wołając, recytować całej litanii!
— Maria! — podał Grocholski.
— Czyta się naczelnikowa! Imię twojej damy! Nie chcę, żeby była do niej podobna.
— Kazimiera! — szepnął Żabba.
— Czekaj! Co to znaczy? Kazi — to psuje, mir — spokój. Pfe! Ma ona nam psuć spokój? Nie pozwalam.
— Bronisława brzydko! — skrzywił się Grocholski.
— Jak dla kogo! Dla zaczepiających — tu się ukłonił w stronę warszawiaka — niewiele obiecujące, ale dla prawnych posiadaczy cenne! Niech będzie Bronisława! Co, mała, zgoda?
— Tatuś mnie Bronką nazywał — szepnęła.
— A co! Będziesz tedy Bronisławą i obyś była wierna nazwie! Ty tego nie rozumiesz tymczasem, ale kum rozumie, niech ci i to wytłumaczy w czas i porę właściwą. Słyszysz, Żabba? Przeczytaj w katechizmie o obowiązkach chrzestnych rodziców! Rozumiesz? Gdzież ten Szaniarski z winem? Pić chcę, jak sikawka straży ogniowej. Czego szukasz, Żabba?
— Szukam listu.
— Jakiego listu?
— Do ciebie od dziadunia. Przyszedł wczoraj...
— Coo?! — Pan Hieronim siadł, wytrzeszczając oczy. — Bogowie piekieł, cóż to nowego? A co, nie mówiłem wam, że on już wie, gdzie ja jestem?
— I co robisz w tej chwili! Pewnie się zaprasza na kuma! Nazwie ją po litewsku: Biruta69! — zaśmiał się Grocholski.
— Gdzież ten list, marudo? — wołał student.
— Aha, gdzie? Albo ja wiem! Zawsze mi głowę zdurzysz swoją gorączką. Gdzieś go schowałem, bo z pieniędzmi.
— Z pieniędzmi! Świat się kończy!
— Ot jest, masz!
Chłopiec zapomniał o pragnieniu i figlach. Podarł kopertę, uszkodził trochę pismo i zaczął czytać, komentując każde słowo.
„Jeżeli pamiętasz, że masz dziada” — oho, kto by nie pamiętał — „któremu byłeś całe życie zgryzotą” — bodajby cięższych nie miał — „to wymagam, abyś wnet, po otrzymaniu niniejszego, stawił się osobiście u mnie”. — Ciekawym, po co mu potrzebne oglądanie tej zgryzoty. — „Wiedząc, że żyjesz w nędzy i korzystasz z publicznej jałmużny” — Co? Sfiksował stary! — „posyłam ci na koszty podróży sto rubli, wymagając ścisłego rachunku i oddania tego, co pozostanie”.
— Tfu, do diaska! Ja, Hieronim, mam jechać za cudze pieniądze i gryzmolić jakieś rachunki? Dziadunio dostał rozrzedzenia mózgu!
— No, czytaj dalej!
„Mieszkam, jak zawsze, w Tepeńcu, powiat mozyrski, i czekam ciebie. Twój dziad, Polikarp Białopiotrowicz”.
Student zmiął list w gałkę i cisnął ją pod sufit, pieniądze rzucił na stół, siadł, wziął pióro i zaczął coś pisać.
— Jest wino! — wołał Szaniarski, wchodząc.
— Pijcie sami! Mnie po każdym liście dziadunia jakby kto żółcią potraktował. Zatruje mi humor na trzy doby! No, odpiszę mu choć raz.
Pióro skrzypiało zajadle. Koledzy rozgościli się na łóżkach i stołach, wzięli dziewczynkę i wywiadywali się wszystkiego z własnych ust ofiary. Opowiadała teraz chętnie i roztropnie szczegóły czteroletniej niewoli; o śmierci rodziców milczała uparcie.
Nagle Hieronim wstał.
— Gotowe? — spytano.
— Uhu! — odparł.
— To czytaj!
„Szanowny dziaduniu! Jeżeli korzystam z jałmużny publicznej, to do tej publiki70 Cię nigdy nie zaliczałem. Sto rubli odsyłam bez rachunku, na inny użytek. Jeżeli będę miał czas i ochotę, to przyjadę do Ciebie za własne fundusze, terminu nie określam i pozostaję pamiętnym71 wnukiem”.
Zwinął list, wsunął do środka pieniądze i odsapnął.
— Aż mi lżej! No, dajcie kieliszek! Zdrowie Bronki, na szczęśliwy powrót i pomyślne kursy! Dajcie i mojej żonie kropelkę!
— Na szczęśliwe pożycie! — rzekł Grocholski.
— Nie wspominaj tego, bo mi naczelnik staje w oczach!
— Więc nie jedziesz w Mozyrskie? — zagadał adorator naczelnikowej.
— Najpierw dajcie mi sposób przeistoczenia się w kaczkę, bo tam dostać się można za pomocą płetw i skrzydeł, inaczej wcale nie. To kraj ziemnowodnych istot!
— Statki kursują po Prypeci72 podobno.
— A niech sobie kursują zdrowe! Jak mi się zechce eksploracyjnej wyprawy, to ruszę. Tymczasem pijmy i hajda do Petersburga! Dziadunio dostanie ataku apopleksji73, gdy mój list otrzyma!
— Albo to prawda? — wtrącił Żabba. — On innej odpowiedzi nie czeka! Umyślnie tak napisał, żeby sto rubli odzyskać. Już ja go znam.
— A często ty masz podobne odezwy74? — spytał Szaniarski.
— Miałem ich pięć w życiu. Ilekroć mnie coś złego spotkało. Oj, ten dziadunio! Pierwszy list przyszedł, jakem matkę kładł w trumnę. I wiecie, co w nim było? Żem to ja ją do grobu wtrącił, ja, com ją kochał i czcił jak świętą! Miałem wtedy lat czternaście, zostałem sam. Pochowałem matkę i przysięgłem75 na jej grobie dawać sobie radę sam na świecie i prędzej zemrzeć z głodu niż poprosić o pomoc dziadunia. W dwa lata potem otrzymałem drugi list. Dowiedział się, żem chorował przed egzaminami, chciałem zostać drugi rok w klasie. Radził, bym dał za wygraną zarozumiałej pewności siebie i poprosił go o pomoc, której może udzieli. List cały był jedną obrazą i obelgą. Zgrzytnąłem zębami i słaniając się na nogach, poszedłem na egzaminy. Zdałem je w gorączce. Matka tam chyba modliła się za mnie i wyprosiła patent76. Odwieźli mnie koledzy do mieszkania i gdyby nie Żabba, poniósłbym świeżutki patent świętemu Piotrowi jako certyfikat zgonu. Trzeci raz w Petersburgu to było. Rozmyślaliśmy z Żabbą, jaką drogę obrać, do których wrót wiedzy zapukać, jak krajowi najlepiej usłużyć; przychodzi list: „Zostań doktorem, chcę mieć swego medyka! Radzę ci to ze względów dziedzictwa; jak mi usłużysz, to ci co zapiszę”. Dosyć tego: poszedłem w drugą stronę — na inżyniera. Trafił dobrze dziadunio, bo trzeba wam wiedzieć, że boję się okropnie umarłych i chorych! Czwarty raz pisał w sprawie Wojciecha, a oto piąty!
Student kopnął nogą niewinny papier.
— I nigdy nie odpisywałeś?
— Owszem, zawsze, ale Żabba konfiskował odpowiedzi przez oszczędność marek77! Dzisiejsza pójdzie!
— Czego on chce właściwie od ciebie?
— Kat go wie! Chce dokuczać, musi mu to sprawiać przyjemność — jak mnie kieliszek wina, a Grocholskiemu buziak naczel...
Zaczęty wyraz skonał na ustach chłopca, podskoczył jak ruszony sprężyną.
Naczelnik stał w progu.
— Panowie, do roboty! Jutro wyjeżdżamy! Spieszcie się! Białopiotrowicza zabieram z sobą. Reszta niech kończy zadania!
— Mane, Tekel, Fares78! — zamruczał Hieronim, idąc na wezwanie.
Reszta się rozpierzchła podniecona nadzieją wyjazdu.
Bronka po swojemu usiadła na progu, nucąc dziecięcym głosikiem piosenkę, którą wczoraj śpiewał Hieronim. Była nad wyraz szczęśliwa.
*
Hieronim Białopiotrowicz był już sierotą, gdy na świat przyszedł. Ojciec zginął na polowaniu, rozszarpany przez niedźwiedzia; matka łzami oblała urodzenie jedynaka, jedyne wspomnienie krótkotrwałego szczęścia, jedyny łącznik między nią i rodziną męża.
Niesłodkie miała życie biedna wdowa. Od chrztu syna stosunki z teściem zaostrzyły się, panowała między nimi głucha walka. Pan Polikarp Białopiotrowicz — magnat, milioner — stworzony był na wschodniego satrapę79, nie cierpiał oporu i nie znał go w życiu.
Słuchali go ślepo synowie, bali się jak ognia podwładni, trząsł całym domem. Despota to był chłodny, zamknięty w sobie, milczący.
Otwierał usta do krótkiego rozkazu, ostrej wymówki lub surowego wyroku. Wesołym go nikt nie widział, ale też nie unosił się nigdy złością, nie zniżał do tłumaczeń lub prośby.
W atmosferze przytłaczającej grozy, pustki i ciszy lękliwej przeżyła matka Hieronima osiem lat po śmierci męża. Dzieciak ją bawił swawolą, zachęcał do wytrwania, zajmował długie godziny. Poza granicą Tepeńca mogła mu dać ledwie kawałek chleba; posag jej był niewielki.
Kwestia nauki zerwała ostatecznie stosunki. Na wzmiankę o szkolnym kształceniu wnuka pan Polikarp zmarszczył siwe, krzaczaste brwi i odparł krótko:
— Nie potrzeba! Zostanie tu!
Matka nazajutrz wzięła dziecko i wyjechała bez pożegnania. Pan Polikarp nie protestował. Chłopiec rósł, pożerał naukę, z krwią matczyną wyssał żelazną wytrwałość, wiarę w siebie i niechęć do dziada. Gdy tracił jedyną opiekunkę, był już prawie człowiekiem; nie lękała się dlań niczego i tylko, konając, gorąco go prosiła:
— Ruciu, pamiętaj o mnie i bądź prawym!
A potem błogosławiła go na sierocą dolę i zasnęła z rękoma na jasnej głowie chłopca.
„Bądź prawym” nie wyszło mu nigdy z pamięci. Lata minęły. Z gimnazjalisty wyrósł młodzieniec, człowiek, co siłą woli potrafił chodzić na kursy, dawać lekcje, pomagać kolegom, żyć z dwojga rąk i głowy, nie prosząc nigdy o pomoc. Czasem, bardzo głodny, chciał iść po zapomogę do składkowych studenckich funduszów i wracał. Myślał, że odbierze grosz chorym, słabym, może mniej zdolnym — i cierpiał.
„Bądź prawym” matczyne tłumiło w nim głód, podniecało jakąś szaloną egzaltację energii.
W trzecim roku przyznano mu stypendium. Stypendium owo nazywał pan Polikarp korzystaniem z publicznej jałmużny.
Obok tego niezmordowanego bojownika pracy żył brat stryjeczny, rzucając garściami dziadowskie ruble w błoto stolicy, gdzie przebywał, pilnując jakichś interesów.
Czasem Hieronim, biegnąc na lekcję, spotykał kuzyna, rozpartego we własnym powozie. Pozdrawiał go bez zawiści i zazdrości wesołym okrzykiem, ale nie odwiedzał nigdy.
Dziadunio na to tylko czyhał, by go nazwać pasożytem Wojciecha.
— Ciekawym, czym Wojciech płaci za te setki tysięcy sknerze? — mówił czasem do Żabby.
— Giętkim karkiem — mruczał Litwin, wyznając absolutną pogardę dla uległości i pochlebstwa.
Ci dwaj nierozłączni, których koledzy nazywali Kastorem i Polluksem80, mieszkali razem u jakiejś dalekiej krewnej Żabby, utrzymującej umeblowane pokoje niedaleko instytutu.
Zajmowali dwa pokoiki wielkości dużej szuflady, stołowali się u kuzynki, żyjąc w przykładnej zgodzie z jej białym kotem i siwym pudlem, którego edukacją zajmował się Hieronim. Nazywał starą pannę „panią Dulską81” i płatał jej ciągle figle, użytkując w ten sposób wieczory i święta.
Od roku do towarzystwa pudla i kota przybyła Bronka, powitana przez „panią Dulską” zgorszoną miną i protestem braku miejsca. Hieronim odurzył ją do reszty tysiącem poleceń, które naturalnie sam wykonał, i po tygodniu weszło wszystko w zwykły tryb zegarkowy.
Koledzy chodzili na kursy, wracali na obiad, po czym Żabba szedł do książek, Hieronim biegł na lekcje lub odrabiał za nieuków techniczne rysunki; wieczorem, jeśli ich nie opadli koledzy, zabierali się obydwaj do mieszkanka starej panny.
Wówczas Bronka siadała na kolana opiekuna i wydawała swą lekcję82 alfabetu oraz niezgrabnych patyków, mających kiedyś zostać literami; potem następował popis pudla, daremne próby wykształcenia kota i ogólna wesoła herbatka.
Dziecko wyrosło, wybielało, straciło dzikość i mrukliwość; była to teraz szczera, otwarta istotka, ulubienica starej panny, Żabby, a nawet pudla. Hieronim ją stroił, pieścił, pilnował wygód i zdrowia, poświęcał dla miej koleżeńskie zebrania; powstrzymywała go od hulanki, nęciła do domu. Odpłacała mu za to wielką wiarą, ufnością, posłuszeństwem; wosk to był pod jego dłonią, z którego tworzyć mógł, co chciał.
Rok minął, nadchodziły wakacje. Jakim sposobem Hieronim pomimo ciężkich egzaminów, do których przygotował siebie i dwunastu co najmniej kolegów, potrafił wykończyć model pompy na konkurs, tego on sam nie umiał wytłumaczyć.
Pewnego dnia Żabba wrócił sam na obiad, rozpromieniony, choć wyglądał jak odkopany z grobu nieboszczyk.
— Zdaliśmy, ciociu! — odetchnął, siadając do stołu.
— Chwała Bogu! A gdzie pan Hieronim?
— Poszedł wywiedzieć się o rezultacie konkursu.
— Ach, to się spóźni, obiad wystygnie! Broniu, zanieś jego część do kuchni! Jedz, chłopcze! Od tygodnia darmo mi płacicie, jedzenie nietknięte zostaje!
— Och, żeby ciocia wiedziała, jak to ciężko!
Litwin westchnął, przesunął ręką po czole, na którym mozolna praca wyorała się kilku głębokimi bruzdami. Wspomnienie odbierało mu apetyt.
— Nie myśl o tym, Józiu, nie myśl! Jeszcze rok — pocieszała go. — Posil się! Odpoczniesz przez wakacje. Nabierzesz sił.
— Zabierają nas znów na praktykę. Nie wiem, co myśli Rucio.
— Panie — zaszczebiotała Bronka, skubiąc go za rękaw — czy on zaraz przyjdzie?
— Zaraz, dziecko! Przyniesie ci książeczkę, mówił.
— Jej nie książka w głowie! — wmieszała się „pani Dulska”. — Głodna, a tak ją rozpieścił, że bez niego do stołu nie siądzie.
Dziecko zniosło w milczeniu naganę. Siadło na brzeżku krzesła, wzięło kawałek chleba i zaczęło zeń ugniatać gałeczkę. Po chwili podniosła ciemną główkę, spod obciętej grzywki wzrok jej strzelił ku drzwiom — skoczyła je otwierać.
Na schodach czysty głos śpiewał wesoło:
Hej, wakacje to rzecz miła!
Porwał dziecko na ręce, podniósł w górę, pocałował w śmiejące się oczy i powitał potem resztę towarzystwa okrzykiem:
— Niech żyją pompy! Zwyciężyłem!
— Co? Wziąłeś nagrodę? — krzyknął radośnie Żabba.
— Napompowałem pięćset rubli. Nie będę spać ze strachu przed zbójami. Czy nie ma pani rewolweru?
— Ja, rewolweru? Jezus Maria!
Kuzynka Żabby cofnęła się przerażona samym dźwiękiem tej nazwy.
— Nie ma pani? To dziwne! Może pani zapomniała? Pewnie leży w toalecie!
— Co pan wygaduje? Proszę lepiej jeść. Obiad ostygł, a dziecko czeka dotychczas.
— Już sobie i pożeram. Chodź, Broniu! Co tak męczysz ten chleb?
Odebrał jej z rąk gałeczkę. Była to dość podobna do oryginału głowa pudła.
— Co to takiego? — zaśmiał się.
— To Medor! — odparła pokazując mu białe ząbki.
— Bardzo piękne, ale o tym potem. Przeżegnaj się i jedz! Zbladłaś, biedactwo!
I on sam był blady i zmęczony. Egzaminy i konkurs wycieńczyły go jak piwniczną roślinę.
— Co robisz z sobą, Ruciu? — zagadnął Żabba.
— Ach, dużo rzeczy! Tydzień śpię, tydzień jem — to dwa, tydzień przygotowuję Bronię do gimnazjum — to trzy.
— Nie jedziemy na praktykę?
— A po co? Mam moc pieniędzy dla nas trojga.
— Grocholski bardzo namawia.
— Dość się dla niego napracowałem. Co zanadto, to niezdrowo! Broniu, jakże tam z kaligrafią?
— Napisałam.
— A z rachunkami?
— Umiem.
— No, zobaczymy! Siedem razy osiem?
— Pięćdziesiąt sześć!
— Doprawdy? A może czterdzieści dziewięć?
— Nie, to ty nie umiesz, kiedy tak!
— Dziękuję za naukę. Masz książeczkę, com ci obiecał. Po wakacjach pójdziesz do szkół. A wiesz — dlaczego?
— Wiem. Żeby być panią i cudzego chleba nie jeść!
Mówiła z przejęciem, topiąc weń swe piwne, myślące oczy. Rozumiała treść słów.
— Zuch z ciebie! A gałeczki możesz lepić, jeśli ci to robi przyjemność. Daj łapę, Medor!
— Ależ Ruciu! — upominał Żabba.
Dzwonek w sieni przerwał początek gderania.
Hieronim skoczył otworzyć. Przed nim stał smukły młody człowiek. Podobni byli do siebie z rysów, tylko wyraz twarzy przybyłego był twardszy, zużyty, wytarty swawolą, wyglądał starzej o lat dziesiątek.
— Jak się masz, Wojtaszku! — powitał student.
— Tysiąc razy mówiłem ci, żem Albert! Uwziąłeś się prześladować mnie tym śmiesznym imieniem!
— A fe, tak się odzywać o biskupie męczenniku83!
— Ja sam męczennik!
— Aj! Cóż tam? Dostałeś reumatyzmu na wyścigach? Mdli cię po wczorajszej kolacji?
— Ty zawsze błaznujesz! Czy dajesz mi audiencję na schodach?
— Ale gdzie ci się podoba, choć na dachu; jestem obywatelem całego świata! Może wyjdziemy na miasto?
— Wolę wstąpić do ciebie, jeśli tam nie ma tego tam Żabby.
— Tego tam, Żabba! Poczekaj, aż wrócę; wysłuchaj tymczasem lekcji Broni! — zakomenderował Hieronim, zamykając jedne drzwi, a otwierając przeciwległe, prowadzące do ich schronienia.
Wojciech padł na łóżko, nie rozbierając się z paltota84. Student, podśpiewując, zapalił świecę i stanął przed milczącym kuzynem.
— Czy chcesz się przespać? — zagadnął.
— Jestem zgubiony! — wyrzucił z siebie rozpacznie zagadnięty.
— To smutne. Podziel się tą troską zamiast jęczeć jak w melodramie85!
— Dziadek kazał przybywać na ślub!
— Cóż w tym tak okropnego? To się ożenisz! Będzie was dwoje, potem troje...
Wojciech wstał gwałtownie, położył ręce ciężko na ramionach stryjecznego brata.
— Ja się nie mogę żenić, rozumiesz?
— Bo co?
— Bom już żonaty!
— Uf — rzekł Hieronim, jak ktoś, co nagle wpadnie w wodę — uf; to źle! To nawet bardzo źle! I dziad wie o tym?
— Albo ja wiem? Pewnie! To wezwanie jest zrobione umyślnie!
— I pojedziesz?
— Wolę kulę w łeb!
Zamilkli. Hieronim przeszedł się po pokoju.
— Wiesz co? — odezwał się nagle. — Najlepiej, żebyś tam, do Tepeńca, posłał swoją żonę! Nie ma jak kobiety do dyplomacji.
— Niech cię kat porwie z takimi radami! Przyszedłem po ratunek do ciebie, a ty drwisz!
— Po ratunek, do mnie! Chcesz może, żebym i twoją żonę przyjął do siebie, jak tamtą wtedy? Servus86, na to mnie nie weźmiesz!
— Chcę cię błagać o łaskę! Jedź do dziada!
— Dobrze; a potem co?
— Wstaw się za mną!
— Ja do dziadunia? Czyś oszalał? On mnie psiarnią wyszczuje!
— Nie. On już stracony dla mnie! Przeklnie! Teraz twoja gwiazda wzejdzie. On cię kocha.
— Miałem tego rozczulające nawet dowody.
— To nic! Pojedź! Wytłumacz, że kochałem...
— Ach, to twoje kochanie!
— Kochałem, mówię ci, postąpiłem bez rachunku87; że go błagam o przebaczenie, żem niewinny i proszę o pozwolenie...
— Rychło w czas! Z kim się wreszcie ożeniłeś?
— Z panną B., córką radcy dworu.
— Oho — gwizdnął przez zęby Hieronim. Był to bardzo wątpliwy objaw zadowolenia.
— Zrób mi to, bracie! Do śmierci ci nie zapomnę, a potrafię się odwdzięczyć!
Student namyślał się chwilę. W duchu klął kuzyna, ale głośno odparł:
— Na nic się to nie zda, ale jeśli ci na tym zależy, zrobić mogę. I tak nie wiedziałem, co robić z wakacjami. Użyję ich na dyplomatyczną misję! Potrzebny ci był ten kłopot! Tfu! Sameś nie wiedział88, co z dolą począć. Szczęście ci samo szło w ręce, nic ci nie brakło. Ech, żeby dziadunio ci wlepił sto kijów na kobiercu89, miałbyś, czego trzeba!
— Jakiś ty rozumny! — mruknął kuzynek, orzeźwiony obietnicą Hieronima. — Nie będziesz mądrzejszy, gdy się zakochasz!
— Nie będę się bał dziadunia ani oglądał, co on na to powie, to pewne! — odparł hardo90 Hieronim.
Wojciech zamilkł, wziął czapkę.
— Jak tu u ciebie czarno i ciasno! — zauważył już zupełnie swobodny.
— Żółwia skorupa! — zaśmiał się właściciel izdebki.
— Chodźmy na miasto!
— Dziękuję! Mam jeszcze wyżej głowy zajęcia.
— Wszakżeś chlubnie zdał egzaminy. Wolnyś!
— Prawie!
— Kiedy pojedziesz?
— Jak trochę wypocznę.
Uścisnęli sobie dłonie. Wojciech wyszedł.
— Słuchaj no! — zawołał za nim Hieronim. — Jak mi psy dziadunia poszarpią odzienie, to sprawisz nowy garnitur!
— Wszystko, co zechcesz! Bywaj zdrów!
— Dobranoc, Wojtaszku!
— Albercie — upomniał Żabba, wychodząc z pokoju starej panny.
Hieronim stał chwilę zamyślony, z marsem91 na twarzy, wreszcie ramionami ruszył.
— Tak się zmarnować haniebnie — zamruczał — na to trzeba być głupcem, głupcem, głupcem!
— I tacy się pomieszczą na ziemi! — uspokajał Żabba.
Hieronim rzucił się na łóżko. W pięć minut już chrapał.
Rozmowa z kuzynem była powodem, że go w tydzień później znajdujemy na statku parowym kursującym po Prypeci.
Lato objęło płaskie brzegi monotonną zielonością daleko jak okiem zajrzeć. Krajobraz był równy, smutny, pusty, tchnący przygniatającą tęsknotą. Niekiedy przerywała to zielone morze traw siwa, brudna wieś lub lesiste czarne wzgórze. Czasem zza szuwarów wysuwało się chłopskie czółno lub stado kaczek. Kłąb dymu maszyny słał się jak czarne plamy po łąkach, gwizd parowca drżał w dzikiej ciszy, biegł po toni, ginął po zakątkach.
Oprócz Hieronima jeden był tylko podróżny, pół chłop, pół mieszczanin, ćmiący lulkę92 na przodzie i spoglądający sennym wzrokiem na wodę. Student, oparty o galeryjkę, był skazany na milczenie i samotność.
Późnym wieczorem zostawił go statek w nieznanej, niezbyt ludnej osadzie. Chłopi na brzegu przed karczmą objaśnili go, że do Tepeńca nie więcej mili93, ale on się nie kwapił. Szynkowa gościna94 ponętniejsza mu była niż dziadowska, mocno wątpliwej serdeczności. Został na nocleg w osadzie.
Towarzysz podróży, ów pół mieszczanin, pół chłop, był znów z nim; kopcił lulkę i rozglądał się sennie po karczemnej izbie.
Nazajutrz o świcie, chłopskim wózkiem, ruszył nasz bohater do celu podróży.
Droga wiła się grobelkami, to oddalając, to zbliżając się do rzeki; widok zakrywały łozy i olchy, cisza bezludna tłoczyła piersi.
Pomimo fantazji wrodzonej pan Hieronim miał coraz silniejszą pokusę drapnąć z powrotem; chłop powożący odbierał mu resztę odwagi opowieścią o „strasznym panu”. Tak się zwał dziadunio Polikarp w ustach ludu okolicznego.
— Sierdityj pan95! — powtarzał ciągle, trzęsąc kołtuniastym łbem i cmokając na konika.
— A widziałeś go kiedy? — badał Hieronim.
— Dzięki Bogu nie, ale mój swojak96 widział go raz jeden. Bardzo się zląkł.
„Milutki być musi!” — pomyślał student.
Słońce wyjrzało zupełnie zza wody i w tejże chwili rozchyliły się jak brama olchy na grobelce i roztoczył się przed okiem jadącego szeroki, w słonecznych złotych ramach krajobraz. Na lewo pomarszczona, białawosina toń Prypeci, na prawo bór jodłowy, wprost na stromym wzgórzu, jakby z wody wyrosły, przepyszny dwór, otulony stuletnią wysadą97.
Słońce biegło po fali, po koronach drzew, złociło krzyż kaplicy, słało się po łąkach i zaglądało aż na wózek chłopski i w zachwycone oczy Hieronima. A przed nim coraz bliżej wychodziły, jakby na powitanie czy obronę, mury z czerwonej cegły, stare lipy, ciekawe, łupkowe dachy, wieżyczki, ogrodzenia i mrugał coraz jaśniej krzyż kaplicy.
— Prr! Stój, siwa! — przerwał mu oglądanie głos chłopa.
— A cóż tam? To Tepeniec? No, to jedź do dworu!
— Ej, panoczku, ja już zawrócę! Do dworu nie puszczają furmanek, a psy mi klacz rozszarpią. Pan piechotą pójdzie.
I nie czekając odpowiedzi, postawił na drodze torbę studenta, pomógł mu wysiąść, zaciął konia i uciekł.
Pan Hieronim ruszył, śmiejąc się, ku bramie.
— Smocza jaskinia! — monologował. — Dziadunio posiada ogromną popularność u sąsiadów, aż miło, jak go kochają! Aa, jak się macie, przyjaciele?
To ostatnie zawołanie stosowało się do gromady psów wszystkich gatunków i koloru, co jak pułk zbirów powitała go u bramy.
Student, bezpieczny za sztachetami, ukłonił się im bardzo nisko.
— Bardzo mi przyjemnie oglądać wasze czcigodne oblicza, bardzo przyjemnie! Wiem, wiem, że macie szczerą ochotę wejść w bliższe stosunki z moją garderobą, ale to gusta niechrześcijańskie i niestosowne do naszego klimatu! Tak, tak! Nawet zupełnie nieprzyzwoite! Nie krzyczcie tak wszyscy na raz, bo was nie rozumiem. Niech się każdy rozmówi po kolei ze mną! Odpowiem na wszystkie zapytania, mogę nawet pokazać papiery!
Ale psy nie zadowalały się gawędą. Hałas rósł, zamiast się zmniejszać, a nikt nie przybywał na pomoc oblężonemu. Nie pomogły protesty i prośby o pokój, nawet obietnica łokcia kiełbasy; psiarnia obstąpiła szczelnie wejście i szczerząc kły, broniła heroicznie wstępu.
— Nie chcecie kiełbasy? Jesteście osły! Bywajcie zdrowi! — zawołał zniecierpliwiony student, pokazując im figę i odchodząc od bramy.
Szczekanie towarzyszyło mu chwilę, potem ucichło.
Szedł wzdłuż muru, zaglądając czasem do wnętrza. Wszędzie było pusto. Ruch skupiał się na gospodarskich dziedzińcach; w szpalerach98 ogrodu, które mijał, świergotały ptaszki i brzęczały pszczoły; ogród był jak zaklęty.
Tak idąc, obszedł połowę fortyfikacji, wydostał się z obrębu sadu, okrążył park nad rzeką. Gąszcz nieprzebyty zasłaniał mu widok do środka, gdy nagle nad samą wodą zagrodziły mu drogę sploty brzóz płaczących a wybiegł mu przed oczy grobowiec familijny, świecący białymi ścianami, i nieco dalej stara kaplica uwieńczona krzyżem. Chłopiec zatrzymał się.
Dzieciństwo mu stanęło jak żywe przed oczyma: i matka, i ojciec, którego znał tylko z napisu na grobowym kamieniu, i przechadzki po parku.
Jeszcze podczas ostatniej choroby mówiła matka, jak jej żal, że nie zobaczy grobowca w Tepeńcu, że się nie położy w grobie obok trumny męża, i ta skarga ozwała się po latach w sercu syna-sieroty.
Położył ją daleko, na obcym cmentarzu; jak zawsze, tak i w spełnieniu tego ostatniego jej pragnienia stał na przeszkodzie dziad Polikarp.
W Hieronimie zagrała krew, wszystkie krzywdy i bóle odżyły we wspomnieniu i wnet duma ofiary ozwała się gwałtownie: „Po co iść do tego starca bez serca? Po co przestępować próg tego domu, który powinien być dla niego rodzinnym, a był wrogim?”
— Zajdę do grobu, za ojca się pomodlę i wrócę! — zamruczał, przeskakując mur.
Krypta99 była otwarta, w półcieniu świeciły napisy na zapełnionych niszach; puste czerniały ponurymi otworami — czekały na lokatorów.
Obok grobowca szemrała krynica, wąskim strumieniem zbiegając ku rzece, poza tym nic nie przerywało ciszy.
Hieronim ukląkł na kamieniach i zaczął odmawiać pacierz.
Wtem z ogrodu doszedł jego uszu krok dwóch ludzi i cicha rozmowa. Słów nie rozpoznawał z powodu szmeru strumienia i nie ruszał się z miejsca.
Po chwili rozmowa ucichła, krok się zbliżał, ale już pojedynczy, i czarny cień stanął u wejścia do grobu.
Student podniósł oczy.
Wchodzący był to człowiek olbrzymiego wzrostu, ubrany w samodziałową100 kapotę i jałowicze101 buty. Krótko ścięty, biały jak mleko włos pokrywał głowę; twarz była opalona, z wyrazem kamiennej ostrości. Potęgowały ten wyraz brwi olbrzymie, krzaczaste, złączone prawie z sobą, spod których wyglądały zmrużone, siwe oczy, przenikliwe, świdrujące w spojrzeniu; wielkie siwe wąsy spadały po tatarsku w dół.
Przestąpiwszy próg, starzec zatrzymał wzrok na Hieronimie przez sekundę, potem na napisie grobu, u którego on klęczał, a potem przeszedł nim cały rząd katakumb102. Nareszcie oparł się oburącz na lasce, zakończonej srebrnym toporem i, jakby czekał końca modlitwy chłopca, pozostał nieruchomy, zagradzając mu drogę.
Hieronim odmówił wszystkie wiadome sobie pacierze, a widząc że cierpliwością nie zwycięży, wstał, żegnając się pobożnie.
Starzec wyprostował się jednocześnie.
— Dlaczegóż to wchodzisz przez mur, mój młody panie? — zagadnął bez żadnego wstępu.
— Bo mi nikt bramy nie otworzył — odparł student.
— Jakże wam na imię i czego tu chcecie?
— A wam co do tego? — zapytał hardo Hieronim.
Błyskawica przeszła po oczach starca.
— I bardzo mi do tego, bom tu pan!
— Aa, to przepraszam! Hieronim Białopiotrowicz mi na imię, a przy tym grobie pomodlić się mam wszelkie prawo! Dlatego tu jestem.
— Może też znajdziesz103 słusznym z dziadem się przywitać po modlitwie za ojca?
— I owszem. Dziad mi daruje niegrzeczną odpowiedź. Nie wiedziałem, do kogo mówię.
— Doprawdy! Ze znajomością wcale się nie spieszyłeś. Czy mam obecną twoją bytność uważać za wypełnienie wezwania?
— Tak; wcześniej być nie mogłem. Teraz służę dziadowi, jeśli jestem potrzebny.
— O usługi nigdy nie proszę. Miałem wówczas interes do ciebie, spóźniłeś się!
— Bardzo mi przykro, byłem zajęty.
— Wiem, patronowaniem temu dziecku, córce zbrodniarza i nierządnicy. Nasienie wiele obiecującej rośliny.
Hieronim poczerwieniał, zagryzł wargi, hamując gwałtowny wybuch. Stary śledził uważnie jego rysy.
— Ta filantropia niedaleko cię zaprowadzi. Dziewczyna, gdy dorośnie, odda ci kamieniem za chleb — mówił dalej z wyraźną chęcią rozdrażnienia wnuka.
— Może być, ale to moja osobista rzecz. To żaden interes.
— Ach, tak, wiem, że jesteś tu za interesem, i to nie osobistym. Jest to druga niepotrzebna filantropia. Może wstąpimy do domu?
— Jeżeli dziad mówi, żem się spóźnił, to może odjadę zaraz.
— Pójdziesz ze mną, błaźnie, a odjedziesz, gdy cię odprawię! — odparł starzec, miażdżąc go spojrzeniem.
Jak kula o pancerz ośliznął się rozkaz i wzrok o niefrasobliwą naturę chłopca. Zaśmiał się.
— Ani pójdę z musu, ani będę czekał odprawy. Wolnym104 ptak i pan sobie, a ci, co mieli władzę nade mną, dawno pomarli. Idę za wami tymczasem.
Polikarp Białopiotrowicz zatrzymał się jak wryty, ciężka dłoń spadła na ramię mówiącego.
— A ja ci mówię, że będziesz mnie ślepo słuchał i robił, co każę! Ja ci będę władzą! Rozumiesz?
— Bardzo niedostatecznie! Ejże, spróbować można, ale nie warto, będzie fiasko!
Starzec zbył milczeniem przechwałkę, szedł ku domowi.
— Ile masz lat? — zagadnął po chwili.
— Dwadzieścia.
— Stawałeś do poboru?
— W jesieni mnie to czeka, ale odsłużę po skończeniu kursów105, jeśli mnie zupełnie nie uwolnią.
— Kogóż by brali, jeśli tacy jak ty, silni, nie pójdą? Nie masz zresztą żadnego prawa do ulg. Będziesz żołnierzem, panie inżynierze, to cię nie minie!
— Sześć miesięcy to nie wieki!
— Karabin nosić to dostatecznie. A potem lat parę rządowej służby za stypendium.
— Dziad to tak dobrze zna, jakby sam przechodził.
— Ja wszystko wiem. Mogę ci na palcach policzyć biedy, które cię czekają.
— To mi nie nowina. Bieda hartuje człowieka.
— Różnie bywa. Mierna, przeplatana lżejszą dolą, ożywiona nadzieją i młodością, pobudza do czynu. Są inne, które demoralizują, te dopiero przyjdą na ciebie.
Zamilkł znów. Głos dziada chłodem i przykrością ściskał duszę studenta. Przypomniał sobie dzieciństwo i gniotącą atmosferę Tepeńca, którą lat tyle znosili z matką. Bogu dziękował w duszy, że to tylko przemijająca wizyta, i klął przez zęby obmierzłego Wojciecha i wszelkie dyplomatyczne misje.
Po szerokich marmurowych schodach weszli do domu. Minęli przepyszne, gobelinami obwieszone salony, dębem wykładaną jadalnię, długi szereg mieszkalnych komnat. Pusto było i głucho, dreszcz wstrząsnął mimo lipcowego słońca; ze ścian nieruchomym wzrokiem patrzyły na młodzieńca portrety protoplastów106, pod nogami skrzypiała niekiedy mahoniem107 wykładana posadzka. Straszny to był dom.
Służba — milcząca, pokorna — otwierała im drzwi, gnąc się aż do ziemi przed panem; szli tak, mijając przepych ów ponury, pyłem zasnuty, martwy i zimny.
W biurze swym, jedynym zamieszkanym pokoju, zatrzymał się pan Polikarp, ruchem wskazując miejsce wnukowi. Usiadł też sam.
— A zatem do interesu! Twój godny braciszek prosił cię o wstawienie się do mnie108! Cóż powiesz?
— To samo, co mówiłem Wojciechowi, że zrobił kapitalne głupstwo i nie ma żadnej mocy poprawienia mu w czym losu.
— I słusznie! Cóż ty znaczysz dla mnie, żebyś mi śmiał radzić lub się mieszać w moje plany! Wojciech ci mówił, że na ciebie przyszła kolej moich łask. Możeś myślał, że tak jest istotnie?
— Jeśli dziad, nie wiem, jakim sposobem, chyba cudem, zna naszą rozmowę, to nie może mnie o to posądzać; zresztą dowiodłem tylekroć, że mi o wasze łaski nie chodzi.
— Zapewne, zapewne, zuchwałości i uporu nikt ci nie odmówi. Jesteś nieodrodnym synem swej matki.
— Dziękuję dziadowi za to zestawienie. Jest to dla mnie najwyższa pochwała!
— Niewybrednyś!
Znów poczerwieniał chłopiec, ale się jeszcze pohamował.
— Wracając do Wojciecha — zaczął po małej przerwie, targając swe początkujące wąsiki — postępek jego był do przewidzenia. Dziad się pewnie go spodziewał?
— Przynajmniej nie zadziwił mnie. Dziwię się raczej, że chce zbliżenia ze mną. Żona jego posiada milionowy majątek, jestem mu niepotrzebny.
— Alboż on o majątku myśli? Cierpi nad zerwaniem stosunków, nad niełaską i utraceniem serca dziada.
— Taak! Ale ja nie cierpię, ani nie żałuję, ani wierzę w to, co mówisz. Wasz świat składa się z frazesów, ale tu, w Tepeńcu, nikt ich nie używa i nie potrzebuje. Wojciecha wykreśliłem z rachunkowej księgi i z pamięci. Uważam, że nie mam żadnego wnuka.
— To wasza wola. Darujcie Wojciechowi...
— Nie darowywam109 nigdy! — przerwał ostro starzec.
Hieronim zamilkł. Sprawa była zakończona bez apelacji.
Pan Polikarp wstał i zadzwonił.
— Śniadanie tutaj! — rozkazał lakonicznie.
Student był rad110 z tej dywersji. Rozmowa się rwała co chwila, po raz pierwszy w życiu brakło mu konceptu i werwy; dziad mu — pomimo woli — imponował.
Dla dodania sobie rezonu111 wstał i podszedł do okna, aby wyjrzeć na ogród; nie śmiał nawet zapalić papierosa.
— Dziad zupełnie samotny — zauważył po chwili.
— Osamotnienie jest właściwością starości — odparł z wolna zagadnięty — ja zresztą nie znoszę towarzystwa. Ludzie nie zapełniają życia, wnoszą w nie tylko chaos.
— Są różni, można wybierać. Samemu trudno wytrzymać. Nie wszyscy są lekkomyślnymi młodzikami, bez sądu i rozwagi!
Znów zaległo milczenie.
— Czy myślisz u mnie spędzić wakacje? — zagadnął nagle stary, rzucając w stronę wnuka przelotne spojrzenie.
— Broń Boże! Jakżebym śmiał! Nie lubicie ludzi, a musielibyście patrzeć na mnie i rozmawiać. Przybyłem, boście mnie wzywali przed rokiem, i myślałem, że mi się należy prosić za brata.
— Dla siebie nie masz żadnej prośby?
— Nie, to jest... miałbym może...
Starzec obrócił się frontem do niego — był ciekaw.
— Kiedy miałbyś, to mów! Nie słuchałeś mnie nigdy, może ja cię posłucham!
— Chciałbym przewieźć tu, do grobowca, zwłoki matki; jeśli dziad pozwoli, będę mu bardzo wdzięczny!
— Nie, nie pozwolę! Matka twoja wyrzekła się tego domu i rodziny; przez bunt przeciw mej władzy straciła prawo leżeć wśród moich przodków i dzieci.
— Błogosławię ją za ten bunt i wolę. Zrobiła mnie człowiekiem; umarła jak święta. Nie mówcie mi nic na nią, dość odmowy, nie poproszę was o nic więcej.
— Nigdy? — zapytał z naciskiem starzec.
— Nigdy! Jak ona, tak i ja nie mam rodziny i domu i o prawa się moje nie upomnę. Wyklęliście nas oboje, jak zbrodniarzy. Za co? Za to, że ona mnie kochała, a ja, że pracowałem, jak mnie nauczyła, bez pomocy. Szpiegi dziada nie potrafią na mnie znaleźć nic nieszlachetnego, wstydu nie zrobiłem nazwisku. I za to cierpię od was! Jeśli mnie dziad sprowadził, by ranić i naigrawać się z tego, co czczę, to mogę was opuścić. Nie trzeba mi ani złota, ani łask!
Starzec słuchał go zimno, obojętnie.
— Nie dostaniesz ani złota, ani łask — odparł powoli — i możesz być przekonany, że nie przez czułą troskliwość szpiegowałem cię dotąd i szpiegować będę nadal. Potrzebny mi jesteś jak pion na szachownicy i co zechcę, zrobię z tobą.
— Ze mną? Ha, ha! — chłopiec zaśmiał się szyderczo. — Dziadowi się to dotąd tak udawało.
— Skądże, błaźnie, możesz wiedzieć, czy mi się udawało? Woskiem jesteś w moich rękach, mówię ci!
— To dobre i wcale dla mnie nowe! Dziad widocznie niewiele wymaga!
— Owszem, bardzo wiele!
Podczas tej rozmowy służba wniosła śniadanie. Po ostatniej odpowiedzi pan Polikarp ruchem zaprosił młodzieńca do stołu. Sam ledwie tknął jadła, obserwował swego gościa i milczał.
Skończywszy, chłopiec się skłonił i powrócił na swe obserwacyjne stanowisko, do okna.
Gospodarz domu dawał lokajowi krótkie rozkazy.
— Możeś ciekawy mych bogactw? — zagadnął, gdy się służący oddalił. — Przejdziemy się trochę!
— Nie ocenię rolnych bogactw, bo nie mam o wsi najmniejszego pojęcia, ale przejść się, to i owszem.
Poszli tedy szpalerami ogrodu na łąki i pola, a wracali przez folwarczne dziedzińce.
— Czy znasz się choć trochę na maszynach? — spytał pan Polikarp, stając u drzwi stodoły.
— Jakże? Przecież to mój fach. Wziąłem niedawno huk pieniędzy za projekt pompy.
— No, to mi zreperuj młocarnię!
— Z największą przyjemnością. A gdzież ten defektowy112 okaz?
Było to jakieś przedpotopowe cudo, sklecone z belek, klekocące, niesforne, odmawiające posłuszeństwa.
— Arko Przymierza113! — śmiał się chłopiec, drapiąc się po kołach i wałkach, zaglądając we wszystkie szczeliny. — Toż ona pamięta patriarchów114! Czemu dziad nie kupi maszyny nowego systemu, lekkiej i małej? Tę najlepiej byłoby podarować na opał lub do archeologicznego muzeum!
— Więc nie potrafisz zreperować?
— I owszem, ale to praca na kilka tygodni i bardzo nieprodukcyjna115.
— Ano, to zabawisz parę tygodni. Co do korzyści, to już moja rzecz. Cóż chcesz za robotę?
— Ależ nic, to nie warte wzmianki. Nie jestem rzemieślnikiem.
— Jednak brałeś pieniądze za tę tam pompę. Dam ci to, com obiecywał mechanikowi: sto rubli i dwóch cieśli do pomocy. Przy tym utrzymanie.
Chłopiec śmiechem przyjął umowę. Pozostał w Tepeńcu dla tej ważnej przyczyny i reperował starannie ten zmurszały zabytek przeszłości.
Natura jego była jeszcze po trosze dziecięca. Bawiło go to zajęcie. Śpiewał, gwizdał, komenderował majstrom, często sam się brał do dzieła. Uwalniało go to od pobytu z dziadem, którego widywał tylko chwilowo, a nie rozmawiał prawie nigdy.
Starzec niekiedy wstępował do stodoły, opierał się obu rękami na belce i obserwował wnuka spod nawisłych, siwych brwi. O czym myślał wtedy? Zapewne o swoich skarbach.
Czasem o zmroku masztalerz116 podawał chłopcu pysznego araba do konnej przejażdżki; czasem rybacy zapraszali go na połów po jeziorach; czasem nadleśny117 przychodził z propozycją polowania.
Pan Polikarp ich wysyłał, sam nie zaproponował nigdy, a chłopiec, choć lubił to wszystko, nie prosił także. Po paru tygodniach swobody, dostatków i rozrywek wiejskich zatęsknił za towarzystwem, za przyjacielem, za życiem studenckim.
Wyhasał się konno, nastrzelał mnóstwo zwierzyny, zwiedził okoliczne lasy i pola, dokuczyła mu samotność, cisza i spokój. Prypeć wydawała mu się kałużą, okolica pustynią, dziad wawelowym118 smokiem. Napędzał119 majstrów, jak mógł.
Wtem pewnego wieczora wręczono mu depeszę od Żabby. Zbladł, przeczytawszy podpis. Nie lada bieda napędziła flegmatyka do elektrycznego pośrednictwa.
„Dziecko chore, przyjeżdżaj natychmiast, bo straciłem nadzieję” — przeczytał.
Skoczył do pałacu i wpadł jak bomba do gabinetu dziada.
— Muszę jechać dzisiaj! — zawołał zdyszany.
— Tak? Skończyłeś robotę? — spytał starzec zimno.
— Ej, co mi tam robota! Muszę wracać! Dziad daruje, ale to nie cierpi zwłoki!
— A co mi tam do twojej zwłoki? Jak złożysz maszynę, to możesz sobie jechać, dokąd chcesz. Pierwej nie!
— Maszyna może poczekać, wrócę ją dokończyć!
Starzec wstał, zatrzymał go za ramię.
— Słuchaj i wybieraj! Jeśli zostaniesz, wszystko, co mam, twoje będzie, jeśli odjedziesz, wyrzekam się ciebie; choćbyś umarł z głodu, nie dam ci chleba kawałka, zginiesz! No, wybieraj — raz ostatni podaję ci rękę!
— Dziękuję dziadowi! Skarby wasze to niewola. Macie zresztą dwóch wnuków, nie możecie krzywdzić Wojciecha, a ja nie chcę niesprawiedliwości!
— Więc odrzucasz!
— W takich warunkach odrzucam.
— A więc giń! — krzyknął starzec, odtrącając go od siebie. — Idź mi z oczu i abyś nie śmiał wspominać, żeś moim wnukiem.
Hieronim pobladł śmiertelnie.
— Nie zrobię wam tego honoru! Do piekła prędzej pójdę po pomoc niż do was! Niech was dławią skarby i pycha.
Drzwi się za nim zamknęły. Pan Polikarp słuchał przez chwilę odgłosu kroków, potem usiadł przy biurku, sięgnął po wielką rachunkową księgę i zadzwonił.
Lokaj zjawił się natychmiast.
— Bazylego! — rozkazał pan krótko.
Twarz jego uspokoiła się zupełnie. Nie było na niej śladu obrazy i gniewu. Schylił głowę nad księgą i pisał, nie zważając, że drzwi rozwarły się znowu.
Gdy skończył, podniósł oczy.
W progu stał wezwany, sztywny, nieruchomy, milczący. Hieronim byłby poznał tę figurę. Był to ten sam pół chłop, pół mieszczanin, który mu towarzyszył na statku.
— Pojechał? — spytał lakonicznie pan.
— Poszedł — odparł podobnież120 sługa.
— Możesz i ty wracać. Wszystko dobrze. Pieniądze ma?
— Ma!
— Oto są dla ciebie. Pilnujże starannie i nie rób na markach oszczędności. Dziecko ciężko chore?
— Szkarlatyna, miałem wczoraj wiadomość.
— Przez depeszę, to dobrze. Rad jestem z ciebie! Tamten wyjechał za granicę?
— Do Paryża. Szczepan jest z nim.
— Nic już Szczepan nie pomoże. Skończone! Ty mi tego strzeż, Bazyli, nie przemilcz niczego!
— Złego nie znajdę, chyba skłamię!
— To dopiero początek. Przyślij mi zaraz swój adres, skoro wrócą do Petersburga. Będziesz miał trudną robotę!
— Na rozkazy pańskie!
Człowiek się skłonił głęboko, zgarnął pieniądze i wyszedł, cofając się do drzwi.
Nad Tepeńcem zaległa znów ponura cisza. Nie słychać było śmiechu i śpiewu chłopca; młocarnia, na wpół skończona, sterczała jak szkielet, a pyszny wierzchowy arab na próżno grzebał nogą, czekając jeźdźca. Hieronim był daleko. Spieszył, jak mógł, do małej mieściny rybackiej nad Bałtykiem, gdzie Żabba z Bronką i „panią Dulską” spędzali wakacje. Po tygodniu, nad wieczór121, dobił do celu, niewyspany, głodny, upadając ze zmęczenia.
Na progu domostwa zetknął się z przyjacielem, aż się zachwiali obydwaj.
— Żyje dziecko? — huknął Białopiotrowicz.
Żabba, nim odpowiedział, pomacał swój nos, który przy starciu najwięcej ucierpiał.
— A to zawsze tak, z twojej gorączki! — zamruczał.
Hieronim odtrącił go bez ceremonii na bok i poszedł dalej. W pierwszym pokoju „pani Dulska” mieszała jakąś miksturę. Na jego widok złożyła ręce jak do modlitwy.
— Dzień dobry pani! Jakże Bronia?
Na dźwięk tych paru słów zdumiona stara panna zdołała oprzytomnieć. Srebrny głosik dziecięcy rozległ się z sąsiedniej izby.
— Panie, panie, ja tutaj! Proszę przyjść, bo mi wstać nie pozwalają!
Hieronim poskoczył. Dziecko z pościeli wyciągnęło do niego rączęta, wstało na wpół i przytuliło mu się do piersi, zdyszane, szczęśliwe, obejmując go z całych sił za szyję.
Cień z niej został przezroczysty prawie, płakała z radości i dotykała rączkami włosów, twarzy, odzienia, jakby wątpiła, że to on.
— Cóż to, Broniu, gdzieżeś napytała tej biedy? — zagadnął, gładząc ją po główce. Patrzał na nią całym sercem, uśmiechnięty i uspokojony.
— W całej wiosce grasowała szkarlatyna — odparła „pani Dulska”, podając jej lekarstwo.
— Czemużeś nie doniósł mi zaraz? — spytał Hieronim Żabbę, który wchodził właśnie, a jeszcze tarł nos.
— Wybierałem się napisać — odparł flegmatyk.
— Ale co?
— Alem zapomniał, bo dziecko było uparte, nieposłuszne, złe. Mieliśmy z ciocią koło niej tyle roboty co przy dwudziestu pacjentach.
— Wiesz — ozwała się Bronia, a oczy jej nagle zabłysły — pani chciała mnie wybić122.
— Czemuż nie wybiła? — śmiał się Hieronim.
— On nie pozwolił! — odparła poważnie, wskazując na Żabbę. — Za to go kocham i słuchałam potem. Nikt nie ma prawa mnie bić, nikt!
— Doprawdy? Nawet i mnie nie wolno?
Spojrzała mu zdziwiona w oczy, myślała chwilę.
— Nie, tatuś mnie nie bił, to i ty nie będziesz. A gdybyś kiedy wybił, to... — zawahała się chwilę, poczerwieniała, potem schowała twarz na jego piersi i zamilkła.
— To co? — badał ubawiony. — Tobyś mnie pewnie pokąsała?
— Nie, ale uciekłabym!
— Wiem, masz do dezercji lekkie nogi! Tylko ostrożnie, bym cię nie złapał, bo odpokutujesz ciężko!
— Po co jej gadać takie rzeczy i straszyć bez potrzeby — zamruczał Żabba. — Dostanie gorączki. Ledwie ją i tak uratowaliśmy. Ty bo masz dziwną ochotę do drażnienia.
— A ty do gderania! Każ mi dać co jeść i gdzie spać, bom bez sił prawie. Czy cię główka boli, dziecko? — dodał dotykając rozpalonej skroni.
— Et, kaprysy! — wmieszała się stara ciotka. — Pan ją rozpieścił bezmiernie, nauczył grymasów! Czy kto słyszał, żeby taki drobiazg śmiał się obrażać za każde słowo, słuchał tylko tych, którzy się jej podobają, robił, co chce, i rezonował123 ze starszymi? Józef nie śpi ani jednej nocy od dwóch tygodni, bo ona chce, żeby jej coś opowiadał; ja znoszę miny tej błaźnicy, jakby jakiej księżniczki, a pan gotów trzymać ją tak na ręku do rana! Et, to już za wiele!
— Pewnie, że za wiele cioci skarg! — ujął się Żabba. — Choremu trzeba dogadzać. Niech żyje tylko. Wiesz, Ruciu, mnie się ciągle zdawało, że to Wandzia. Pamiętasz?
Hieronim ucałował dziecko w czoło, położył je, okrył i wyszedł, przeprowadzony łzawym wzrokiem.
Pomimo zmęczenia długo w noc rozmawiał z przyjacielem. Żabba, zwiesiwszy długi nos nad szklanką piwa, słuchał, myślał i milczał.
— Jakże ci się dziadunio podoba? — zagadnął Hieronim, skończywszy opowieść. — Milutki, co? Ani słowa!
Litwin wypił zawartość swej szklanki, skrzywił się i głową pokiwał.
— Podoba mi się bardzo — odparł.
— Z czego, bąkało.
— Ano ze wszystkiego. On jest wielki uczony — robi próby in anima vili124!
— Cóż to, ja mam być psem czy królikiem?
— I morskie świnki biorą do tych prób.
— No, więc cóż z tego?
— A nic. Zobaczymy, jak wyda dzieło.
— Et, głupiś, Żabba! Co do mnie, rad jestem, że się wreszcie odczepiłem od niego!
— To dopiero zaczepka, a nie odczepka — wygłosił patetycznie Litwin.
— Resztę mózgu morze ci wypłukało ze łba! Gadasz jak wyrocznia, dwuznacznikami! Chodźmy spać!
— Zobaczymy, czy dziecko spokojne — poprawił Żabba.
Dziecko miało trochę gorączki. Gdy weszli po cichu, usłyszeli, jak mówiła wpółsennie do siebie:
— Żebym miała czarne perełki, tobym zrobiła i oczy; z chleba nie można; żeby dużo, dużo chleba, toby był cały człowiek albo koń — taki duży!
— O figurkach swoich myśli — szepnął Hieronim.
— Aha, lepiła tu przed chorobą twój wizerunek z chleba na prezent.
Perełek na oczy ciągle się napierała. Jak wyzdrowieje, trzeba jej zacząć dawać lekcje rysunku.
Po chwili mała przestała majaczyć, oddech się uspokoił; koledzy wysunęli się niepostrzeżenie. Byli o nią spokojni, a nie wiadomo, który się czuł więcej szczęśliwym jej życiem.