V. Religijność
Charakter mistycyzmu Słowackiego daje się określić przewagą fantazji skojarzonej z indywidualizmem, tj. z niezmiernie silnym czuciem własnego „ja”; z tego powodu pierwiastek kosmologiczny wziął w dumaniach poety górę nad teologicznym. Słowacki tak żywo i wyraźnie czuł życie i przejmował się nim; tak wspaniale wszystko, co w życiu odblaskiem piękna się świeci, rozskrzydlało mu wyobraźnię, że świadomość przeciwieństwa między zmiennością i znikomością zjawisk a ich niezmienną istotą, między marnością nieustającego stawania się a niewzruszonym absolutnym bytem — świadomość ta, z której płynie teologiczny, religijny mistycyzm, nie zapuściła w nim nigdy głębokich korzeni, nie dała mu wątku do rozmyślań nad stosunkiem człowieka do Boga i stworzenia. Tym mniej mogła w nim znaleźć miejsce skłonność do uważania świata za złudzenie, złudzenie złośliwe, za zmorę, z której wydobyć się trzeba. Obca przeto była mu mistyka, tak indyjska, jak neoplatońska i obca mistyka chrześcijańska w swoich najgłębszych objawach. Więc choć razi to nas, że pan Pawlikowski, kreśląc, jak się wyraził, „kontury karty geograficznej” mistycyzmu, aby tym lepiej uwydatnić bieg prądu, który pochłonął twórczość poety, prawie pominął na karcie tej zjawisko tak doniosłe i wspaniałe, jak mistyka chrześcijańska, dotknąwszy bowiem tylko protestanta Jakuba Böhme215, ani się zająknął o takich mistrzach mistyki katolickiej, jak Rusbrock216, św. Jan od Krzyża217, św. Teresa218; na usprawiedliwienie jego powiedzieć można, iż z mistyką tą Słowacki rzeczywiście miał mało wspólności. Czuł on Boga nad sobą i w sobie, w gwiaździstych błękitach i na Golgocie, wśród przepychów natury i w natchnieniach wielkich umysłów, ale z tym Bogiem wolał rozmawiać jak duch z Duchem, niż zatapiać się i zatracać w nim swoje „ja”. Nie pociągnął go nigdy Bóg filozofujących mistyków, pojęty jako surowa jedność, przeciwstawiona wielości i rozmaitości. Więc nie zdzierał z Boga wszystkiego, co materię przypomina, a potem wszystkiego, co ducha przypomina, aby czynić go wzorem neoplatoników jakąś bezprzymiotną abstrakcją, do której choć źródłem jest bytu, orzeczenie bytu stosować się nie daje. O Bogu myślał obrazami: „grzmot słońc” i „gwiazd dzwonienie” słyszał na niebie, a Pan „ognia strumieniami” przez świat ku niemu się rzucał i niby „orzeł gniewny” myśl i duszę jego w szpony swoje porywał, a on „drżał jak listek w Pana mego gmachu”...
Lecz więcej jeszcze niż ku Bogu szła myśl poety ku mocom pośredniczącym między Bogiem a światem, ku mocom w liczbie mnogiej, tj. nie ku Duszy świata, której wzdychanie za Bogiem Sołowjow, jako wizjonista nie mniej poetyczny od Słowackiego, czuł w naturze całej, ale ku duchom Słowa, które kształtów zażądały i tę żądzę swoją narzuciwszy Bogu, z Nim współtworzą świat. Wielka kosmologiczna epopeja, a na jej tle epopeja pojedynczych dusz pochłonęła wyobraźnię Słowackiego; tam on wzrok swój zanurzył, stamtąd wyłaniały się wizje jego. Słowem, nie kontemplacja Boga w swej niedostępnej jedności rozkoszą była myśli poety, lecz kontemplacja Boga w rozmaitości Jego i bogactwie, którego wyrazem — Kosmos, a najwyższym, ostatecznym na globie objawem będzie apokaliptyczna „nowa Jeruzalem słoneczna i ciał naszych przemienienie, i twórczość w jedności, i wieczne trwanie — i wieczne osłonecznienie w mieście, nad którym już słońca innego ani miesiąca nie będzie”... Lecz przeminie lat tysiąc — i jeszcze raz „męty i brudy duchowe globu powstaną” — szatan rozwiązany będzie, jeszcze walka jedna... „potem koniec”... „Potem już nawet nie na ziemi zjawi się ten, przed którym morza i ziemia znikną jak karty zwinięte”... „A tym, którzy wytrwają — niebiosa”...
„Pokłońmy — kończy poeta list do Rembowskiego — głowy nasze przed tą świętością... a teraz przystąpmy do niej jako Polacy”. Czyli epopeję kosmosu jako tło brał on do epopei globu, tej zaś końcem stawał się hymn na cześć Polski, albowiem „dziwem świata” Bóg uczynił naród, który „pozbawiony ojczyzny aż do niebios poszedł po żywot i ojcostwo Boże nad narodami, a natchnienie jako z ręki Boga otrzymał”. Więc obudź się, Polsko:
...Tobie słodycze
Wiedzy i mądrość, i moc przychodzi,
Anioł Twój patrzy w Boga oblicze....
Niestety, głucha była Polska na wezwanie poety, ale tym silniej przejmował się on wiarą w posłannictwo swoje wobec ojczyzny, tym goręcej płonęła w nim namiętność apostolstwa. Jeśliby on zamilkł, to któż wskaże narodowi jego drogę, kto go nauczy zrzucać z siebie cielesność i dzień Ducha w Jeruzalem nowej przygotowywać:
O tak! nim ja w śmierć ojczyzny uwierzę,
Chociażby jak trup w grobie leżąc, zbrzydła,
Potargam wprzódy ją pieśnią za pierze,
Porwę ją wprzódy na pieśniane skrzydła,
Porwę ją z ziemi, tak jak wicher bierze,
Stargam łańcuchy wszystkie, wszystkie sidła,
Podniosę w niebo, aż gdzie Pan Bóg świeci,
Puszczę... jeżeli żywa — to poleci.
Słów tych nie wolno brać za majaczenie jakieś dziwaka, manią wielkości ogarniętego. Nie na ziemi bowiem, ale nad ziemią przeżył Słowacki ostatnie lata życia swego, w modlitwach i podniesieniu ducha. Do głębi duszy przejęty prawdą, którą ludziom opowiadał, że „wszystko przez Ducha i dla Ducha stworzone jest, a nic dla cielesnego celu nie istnieje”, do prawdy tej pracowicie życie swoje dostrajać począł. Stąd to jego dziwna pogoda płynęła, stąd uroczysty nastrój rozmów, które, jak świadczy arcybiskup Feliński, „tak rzewnym, choć spokojnym nacechowane były smutkiem, że robiły niemal wrażenie ostatniej pieśni łabędzia, co żegnając ziemię, gości już duchem w nadpowietrznych światach”219, stąd to tak rozweselony był wnętrznie, „gotów — jak pisał — każdego, co się przybliży, oblać jasnością ducha i rozradować go, aż się do harmonii ze mną ułoży”220... Wszak ten z krytyków jego, który najbardziej oporny był względem czaru jego marzeń, a z bezwzględną surowością prokuratora o charakterze jego sądził, prof. Tretiak, uległ w końcu, dał się porwać, że użyję tu wyrażenia Słowackiego, przez „wiatr lotu lecących z wieszczem aniołów”, musiał w nim uznać „zdobywcę duchowego” i twórczość jego w mistycznej epoce życia przedstawił jako wyraz „transfiguracji”221, która poetę do „gmachu anielstwa” zawiodła, a ostatnie myśli i utwory nazwał „łuną przedzgonną”, jak gdyby dostrzegł na nich odblask z tajemniczego, zakrytego przed nami świata.
„Albowiem wiem, na co jest świat i natura — pisał poeta do matki — bo czuję, że tę naturę chciałbym podnieść przez podniesienie się ducha i oddać ją całą Bogu w jednej modlitwie”222. Na wysokości tej, w nocy z 20 na 21 kwietnia 1845 r. „w stanie zupełnie spokojnym”... nagle „przerażon mocą Chrystusa już na ten świat nadchodzącego”... „szelestem ogni tych, wichrem niby Bożym zewsząd owiany i zagrożony”...223 Widocznie to utwierdziło go w wierze w posłannictwo, które mu Bóg przeznaczył; do tego widzenia, do tych powiewów ognistych z niewidzialnego świata powracał niejednokrotnie i w listach, i w wierszach. Niech ci, co poza materią nie widzą nic, litują się nad tym „obłędem” maniaka, który halucynacji od prawdy odróżnić nie umiał, niech dyletanci i sybaryci używają i rozkoszują się, podziwiając sztuki, które akrobata Słowacki pokazuje gdzieś nad przepaściami, na urwistych szczytach marzenia, ale my, co w świat ducha wierzymy, pójdźmy wprzódy śladem poety, życie nasze przeobraźmy w ciągłą modlitwę i ofiarę, mocą czystości uczucia wyzwolonego od przywiązań do rzeczy małych, a w boskie przeznaczenia duszy zapatrzonego wzlećmy na błogosławioną górę, „do przybytku Pana” — i tam dopiero osądźmy, czym w istocie swojej było widzenie Słowackiego. Zanim zaś to nastąpi, zachowajmy względem niego tę delikatność uczucia, którą zachować umiał przyjaciel i świadek jego dni ostatnich, arcybiskup Feliński. Ten świętobliwy sługa Kościoła, który wszystko, co pomyślał i napisał, przesycić umiał ogniem swej dziwnie czystej i pięknej, miłością Boga i ludzi gorejącej duszy, umiał tu lepiej i głębiej zajrzeć w duszę swego przyjaciela niż inni, i nam wszystkim, którzy o Słowackim piszemy, powinien być przewodnikiem. Więc uwierzmy mu, gdy nam opowiada, że nie „ambicja ani duma” kierowały Słowackim w jego automesjanicznych zapałach, że „posłannictwo swoje jako przewodniczącego narodowi w pochodzie ku jego wieczystym celom pojmował on nie jako chlubny zaszczyt, ale raczej jako ciężką i w cierpienia obfitującą służbę”. Nie chełpliwość przeto była mu pobudką do opowiadania ludziom o widzeniu swoim; przeciwnie, miał całą świadomość, że tak czyniąc, śmiesznością się pokrywał — czyli składał dowód zaparcia się miłości własnej, spełniał akt odwagi: „Mówię to — czytamy w Wykładzie nauki — po rozwadze głębokiej, a nie dla chwały własnej — bo cóż jest chwałą robaczka, którego Chrystus Pan raczył mocą niebieską przerazić. Mówię — abym nie zataił przed światem — mocy Bożej — pewny... że to wyznanie w wieku dzisiejszym ujmie mi cześci224 w obliczu świata, który chętnie one to rzeczy szalbierstwu albo chorobie zwykł przypisywać”...
Więc choć wichry fantazji i rozbujałości indywidualizmu zaznaczyły się w mistycyzmie Słowackiego tęsknotą do niezmierzonych przestrzeni i wolnych lotów, choć ewolucje kosmosu i wędrówki dusz, które przez szeregi przemian i żywotów ku apokaliptycznej nowej ziemi i nowemu niebu podążają, myśl jego pochłonęły, jednak kosmologizm ten, pomimo iż wziął górę nad pierwiastkiem teologicznym, nie zatarł go, spowodował tylko w umyśle Słowackiego niepodatność względem tej koncepcji mistycznej, w której idea Boga zasłania wszystko inne, a zatonięcie w Bogu celem się staje; „mistyka Słowackiego to szturmowanie o czyn i cud to nieskończony głód tego chleba, który się nazywa faktem, ziszczeniem” (Jellenta). Więc szczytem rozsłonecznionym, który nad sferą dumań poety królował, była nie idea Boga, lecz „święte miasto Jeruzalem nowe, zstępujące z nieba od Boga”225. Ale aby wspiąć się na ten szczyt, brat Słowacki tę samą drogę ascezy, tj. wyzwolenia się z więzów materii, którą kroczą ci, dla których indywidualny stosunek duszy do Boga jest rzeczą pierwszą. W tym zaś spotykał się i z Mickiewiczem, i z Towiańskim, i z ogółem mistyków polskich, a to kojarzenie w nadświat sięgających tęsknień i marzeń z przeświadczeniem o konieczności nieustannej pracy nad oczyszczeniem duszy ze skazy grzechu stanowi dodatnią cechę mistycyzmu polskiego, świadcząc o jego wysokim poziomie moralnym. P. Pawlikowski tego nie docenił, może nawet nie dostrzegł. Ową pracę, owo zdobywanie Boga i nieba, Towiański nazywał „czynem wewnętrznym”. Pawlikowski zaś tę potrzebę czynu wewnętrznego wystawiając jako jedną z właściwości mistycyzmu polskiego, ujrzał w tym „rys dekadencki, płynący ze skłonności do kwietyzmu226”! Badacz mistycyzmu nie zrozumiał tego, co mistycyzmu jest nerwem — pierwiastka religijnego — i to jest słabą stroną jego dzieła.