IV. Metempsychoza

„Anioł duch — dowodził Słowacki w liście do Rembowskiego — sam jest nieskończony i bez czasu się czujący w głębi ducha własnego”. Wskutek tego po spadnięciu swoim „w łono formy” on czuje „ogromny ucisk ciała i straszliwą, zmysłami ogrodzoną ciemnotę”... „Między ducha twojego »chcę«, a między cielesnym twoim »nie mogę«” wszczyna się wtedy spór wielki, a „uczucie nieskończoności w duchu w sporze z formą jego skończoną rodzi myśl”... Myśl zaś wspina się ku wysokościom, ku celom ostatecznym: „Duchem świata podniesionym łamać prawa materią rządzące — i sprowadzić Bożą słoneczność i Nową Jeruzalem, która jest obiecaną”206 — słowem, odzyskać utracony raj — to jest jej gwiazdą przewodnią.

Droga do celu tego prowadzi przez wielość żywotów i wcieleń. Naukę tę przyjął Słowacki od Towiańskiego i uczepił się jej całą siłą swej fantazji, gdyż na fantazję jego podziałała ona najsilniej. Zapaliła go myśl, że duch nasz „rozszerza swe pośmiertne niebiosa coraz szerszym i głębszym o niebiosach wyobrażeniem”, że w obecnym kształcie cielesnym pracując, „wyrabia w sobie kształt nowy — siłę, która się koniecznie objawi... potęgę, która koniecznie kościół cielesny ciała ten, który ma, rozrzuci, a nowy zbuduje”207. Naukę zaś tę nie przeciw chrześcijaństwu, lecz na gruncie chrześcijańskim zapragnął rozwinąć, zapragnął ją „w krzyż Chrystusa wszczepić”208, ażeby rozkwitnęła „na nowo, już nie straszna, bo za ręce jak dziecię przez Chrystusa prowadzona — ku celom ostatecznym idąca”. A ziaren jej szukał w Ewangelii, w Listach św. Pawła, przede wszystkim w słowach Chrystusa o Eliaszu209, iż „już przyszedł, a nie poznali go”, słowach, które zrozumieli uczniowie, „że im o Janie Chrzcicielu powiedział”210.

„Metempsychoza — pisze Pawlikowski — jest ideą tak dawną i tak powszechną, że powiedziano o niej, iż jakoby spadła z nieba, bo zdaje się nie mieć źródła ni początku; jest bez ojca i bez matki”. W idei tej kojarzą się, według tegoż badacza, idee nieśmiertelności i ewolucji, a powrót jej w epoce romantycznej tym tłumaczyć trzeba, że myśl ewolucyjna opanowała wówczas umysły. Nie jest to słuszne. Wszak tak wymownie poetyczny rzecznik ewolucjonizmu, jak Fogazzaro, nigdy pomimo tego i niczym nie dał powodu do przypuszczenia, iżby idea metempsychozy mogła mieć dla niego jakikolwiek urok. Źródło jej tkwi gdzie indziej. Dni człowieka — czytamy w Piśmie św. — mijają jak cień211, a jednak cieniowi temu, tej chwili nikłej na oceanie bytu przypisujemy znaczenie stanowiące o losach człowieka na całą wieczność, o wiekuistej jego nagrodzie lub karze! Jeśli przeciw temu przeniesieniu geocentrycznego poglądu na ustrój wszechświata do sfery religii podnosił się protest nawet wówczas, gdy ziemi miejsce środkowe, naczelne wśród świateł i światów niebieskich dawano, to protest ten znalazłszy po odkryciu Kopernika nową a mocną dla siebie podstawę, musiał doprowadzić do wznowienia nauki o wędrówkach dusz i wielości wcieleń. Wprawdzie religia katolicka łagodziła bezwzględność w pojmowaniu stosunku między życiem doczesnym a wiekuistą nagrodą lub karą, wnosząc ideę pokuty w czyśćcu, ale niezmieniona pozostawała istota dogmatu, czyli zawisłość wyroku Bożego o całej zagrobowej przyszłości człowieka od tego, co on w ciągu krótkiego bytowania na ziemi uczynił. A właśnie przeciw tej istocie dogmatu wzdryga się myśl niejednego; wyjścia zaś wtedy innego dla niej, jeśli nie odrzuca nieśmiertelności, nie ma, jak uznać metempsychozę.

Ale wystarczającej odpowiedzi na dręczące pytanie idea metempsychozy nie daje. Ta bowiem nieśmiertelność, o której ona mówi, niewiążąca ciągłością świadomości poszczególnych wcieleń, jest tylko cieniem nieśmiertelności, nie mogłaby zaspokoić żądzy tych, którzy żądzę wiekuistego bytu i jej potęgę znają. Ten zarzut Słowacki usiłował uchylić, raczej osłabić, z pomocą swej fantazji. Wraz ze śmiercią człowiek, wyzwolony z niewoli zmysłów, które rozpraszając mu uwagę i myśl, zasłaniały przed nim ponadzmysłową rzeczywistość, poznaje nagle, jakby w błysku wejrzenia w bezdenną głąb swej jaźni, czym był, co z siebie zrobił, czym się stał i jest w swoim stosunku do Prawdy absolutnej, do Boga, czyli poznaje siebie w tym, co istotę jego stanowi. A ta świadomość pochłania go i porywa, w tym jednym punkcie skupia się cała moc jego czucia, która wszystko inne wraz z pamięcią zaciera... i ta moc czucia pcha go w nową odpowiedniejszą formę. Tak tłumaczymy słowa poety na początku Króla Ducha, że „wiedzą tylko wniebowzięci — czym jest moc czucia, utrata pamięci”...

Pamięć rzeczy przeszłych przeszkadzałaby także skupieniu, dlatego „potrzebna jest jej utrata przed rozpoczęciem nowego życia”212. A jednak zastanawiając się w nowej formie cielesnej nad nowym swoim życiem, tak w cierpieniach jego, jak w radościach, człowiek dochodzi, a przynajmniej dojść może do przeświadczenia o związku teraźniejszości z dawnymi istnieniami: „Nie widzieliście to... pomiędzy sobą ludzi, którzy pomimo zewnętrznego szczęścia... cierpieli, jakoby każden włos na głowie gadem był — a każda myśl mieczem przez serce przechodzącym!”...

„A żadnej kary nie mają, oprócz bolących ducha wnętrzności. Ci są, którzy pokutują za dawne”. „A ci, którym Chrystus rzekł w wieczerniku: »Pokój mój daję wam...« pomimo cierpień i nędzy z pokojem niebieskim w głębokościach ducha zachowali dar Chrystusowy”213.

A myśl zyskuje tu sojusznicę w wyobraźni, która wnioski myśli zastanawiającej się nad niezasłużonymi cierpieniami na ziemi potwierdza potęgą intuicji. Wszak w nieskończonej sferze marzenia niejedno odbiciem jest i przypomnieniem dawnych wędrówek w dawnych kształtach: „Gdybyście nie wiedzieli w głębi ducha waszego o całej przeszłości, nikt by dla was nie mógł być ani rewelatorem, ani poetą ani malarzem”...214 Gdy Helion tłumaczowi słowa opowiada o swoich dziecinnych marzeniach, uczuciach, nastrojach, ten mu na to w długim wywodzie przedstawia, że „malując sny twoje i głupstwa dziecinne, wymalowałeś najlepiej historię ducha ludzkości w pochrystusowych czasach... i odśniłeś logicznie cały łańcuch twoich pochrystusowych żywotów”.

Słowem, choć przychodząc na świat, człowiek traci metempsychiczną pamięć, jednak dana mu jest moc odtwarzania w sobie minionych żywotów. Oczywiście wyrobić ją trzeba i nie każdy ją mieć będzie równie wyraźną; zależy to od stopnia uduchownienia, o ile człowiek się oderwać zdołał od przywiązania do doczesności. Na tle tej metempsychicznej pamięci osnuł Słowacki swoje największe dzieło, i słusznie mówi p. Pawlikowski, że ją „spożytkował w sposób niezrównany, a narzucający się wyobraźni naszej z siłą żywej prawdy”.