Cięcie

Nazywałem się Latos. Tej środy, jak każdego

dnia kwadrans po ósmej, jechałem

samochodem do pracy. Dziwna rzecz — jakiś

czas temu poczułem, że tracę serce

do tych wszystkich spraw. Zacząłem się oddalać.

Nie przykręciłem półki. Sądząc, że jeszcze

zdążę, nie pozwoliłem zrobić sobie zdjęcia

z własnym synem. Zniechęcony rozmyślałem

wyłącznie o drobnych porażkach. Teraz leżę

ubrany w weselny garnitur. Mój ojciec

płacze głosem zranionego zwierzęcia.

Moja matka pyta bez końca: Dlaczego?

Nie rozumiem, co zaszło. Moja zdeformowana

głowa tonie w poduszce, jakby zapadała

się w ciemność. Ludzie, których kochałem i których

nie potrafię teraz rozpoznać, opowiadają

zdumiewającą historię, jakoby pogoda rozpadła

się na dwoje w miejscu mojego zejścia.

Do zakrętu słońce. Od zakrętu deszcz. Czuję, że

słabnę. Powoli staję się kimś innym. Ale,

jak przez mgłę, przypominam sobie, że nazywałem

się Latos, zanim nastąpiło cięcie.

Wiosna z hałasem epoki maszynowej1

Ziemia dogasa pod okaleczoną bielą,

czerń oddaje przyczółki napierającej

czerwieni, nie ugaszona krew wsiąka

w narożnik płótna. Ale labirynt

plam jest wyłącznie pretekstem, wskazówką,

aby rozwiązania szukać gdzie indziej,

na własną rękę. Przypuszczenia, ach, odsyłane

jak posłaniec z listem, którego nie ma

kto odebrać. Przykro nam — wszyscy

wyjechali, zamknięte.