Rozdział XVI
Oczekiwanie. — Do Cairo! — Grube kłamstwo. — Mijamy Cairo. — Na lądzie.
Przespawszy prawie cały dzień, ruszyliśmy z miejsca dopiero nocą, mając przed sobą olbrzymią tratwę, na której musiało siedzieć ze trzydziestu ludzi, bo naliczyłem na pomoście aż pięć bud, nie tak licho skleconych jak nasza, ale porządnych, niby domeczki stojące w pewnym oddaleniu od siebie. Na środku pomostu było wmurowane ognisko, a z przodu i z tyłu powiewały flagi na wysokich masztach.
Noc była pochmurna i gorąca, rzeka zaś w tym miejscu tak szeroka, że prawie nie widzieliśmy brzegów, tylko dwie wysokie ściany drzew, wśród których nie było najmniejszej przerwy ani światełka. Rozmawialiśmy o Cairo, niepewni, czy płynąc mimo, odgadniemy, że to upragnione Cairo, a nie inne miasto. Ja mówiłem, że zapewne nie odgadniemy, bo słyszałem, że jest tam zaledwie kilkanaście domów, których, zwłaszcza wśród nocy, możemy wcale nie dostrzec. Jim zaś utrzymywał, że poznamy Cairo, bo pod samym miastem druga rzeka wpada do Missisipi, co mi się nie bardzo wydawało, gdyż mogłoby się tak zdarzyć, że jeśli rzeka ma tu dwie odnogi, my nie popłyniemy tą, na której wybrzeżach leży miasto. Przypuszczenie to zaniepokoiło Jima, a i mnie także, nie wiedzieliśmy bowiem, co czynić. Stanęło na tym, że jak tylko zobaczymy światło na brzegu, podpłynę łodzią i zasięgnę języka.
Na teraz pozostawało tylko pilnie uważać na brzegi, aby czasem nie prześlepić171 miasta. Jim był pewny, że je zobaczy, ponieważ na jego widok od razu stanie się wolny; gdyby zaś miasto prześlepił, znalazłby się znów w stanach, gdzie istnieje niewolnictwo, i straciłby wszelką nadzieję zostania wolnym. Co chwila więc zrywał się z miejsca i wołał:
— Cairo! O, Cairo!
Ale Cairo nie było. Światełka, które widział Jim, były to błędne ogniki172 lub świecące robaczki, więc znów siadał i wytężał wzrok, oczekując chwili, w której nareszcie zobaczy miasto. Jima aż febra trzęsła ze wzruszenia na myśl o bliskiej wolności. Prawdę mówiąc i ja drżałem, patrząc na niego, bo zaczynało mi świtać w głowie pojęcie, że Jim jest już wolny. A za czyją sprawą? Moją! Owa pewność tak mnie dręczyła, że nie mogłem znaleźć spokoju. Przedtem nigdy mnie ta kwestia nie zajmowała, ale teraz coś mnie wewnątrz gryzło i dręczyło. Przekonywałem siebie, że to nie moja wina, że to nie ja skłoniłem Jima do porzucenia swej właścicielki, ale to wszystko nie skutkowało.
„Wiedziałeś przecież — mówiło mi moje sumienie — że Jim uciekł po to, żeby się schronić do wolnych stanów? Trzeba ci było przybić do brzegu i powiedzieć o tym pierwszemu, kogo spotkasz”. I prawda! Sumienie miało rację, toteż dokuczało mi, mówiąc dalej: „Cóż ci zrobiła biedna miss Watson, żebyś patrzył obojętnie, jak jej własny Czarny ucieka na twoich oczach, i nie powiedział nic na to? Co ci zrobiła ta biedna, stara kobieta, żebyś tak nieuczciwie z nią postępował? Pomyśl tylko, uczyła cię przecież Pisma Świętego, chciała z ciebie uczynić porządnego człowieka, starała się być dobra dla ciebie pod każdym względem!... A ty co? Tak się odwdzięczasz?”.
Poczułem się w końcu tak nisko upadły, tak nieszczęśliwy, że nieledwie pragnąłem śmierci. Snułem się po całej tratwie jak opętany, a że Jim także usiedzieć nie mógł, więc potrącaliśmy się co chwila i pełno nas było w każdym kącie. „O, Cairo!” — mnie już jakby ktoś nożem pchnął w serce i zaraz mi się zdawało, że gdyby to było Cairo, to umarłbym chyba ze wstydu i ze zmartwienia.
Jednocześnie, gdy ja rozmawiałem ze sobą w myśli, Jim ciągle głośno rozprawiał:
— Niech tylko dostanę się — mówił — do wolnego stanu, to przede wszystkim zacznę oszczędzać i nie wydam na nic ani centa; gdy zaś uzbieram, ile potrzeba, wykupię swą żonę, której właściciel mieszka na folwarku sąsiadującym z posiadłością miss Watson, i wtedy już oboje razem zaczniemy pracować i oszczędzać na wykupienie swych dwojga dzieci. Gdyby zaś pan nie chciał ich sprzedać, to Jim wyszuka sobie jakiegoś abolicjonistę, który mu dzieci wykradnie.
Aż mi się zimno robiło, gdy słuchałem tej mowy. Nigdy Jim nie ośmielił się mówić głośno w ten sposób! I od razu taka w nim zmiana od chwili, w której zaczął mniemać, że prawo uczyni go wolnym. Sprawdzało się stare przysłowie: „Daj Czarnemu cal, a on weźmie łokieć”. I to wszystko z mego braku zastanowienia! Czarnemu temu dopomogłem lub prawie dopomogłem do ucieczki, a on teraz w mojej obecności jak najspokojniej powiada, że wykradnie swe dzieci, stanowiące własność człowieka, którego nawet nie znam, człowieka, który nie zrobił mi nigdy nic złego!
Martwiłem się, że słowa Jima poniżają go i źle o nim świadczą. A sumienie dopiekało mi ciągle, coraz gorzej, tak że wreszcie wytrzymać dłużej nie mogąc, powiadam mu z cicha:
„Dajże ty mi spokój! Nie za późno jeszcze... Niech tylko mignie na brzegu jakie światło, zaraz tam popłynę i powiem komukolwiek o Jimie”.
Od razu mi jakoś ulżyło, czułem się szczęśliwy i lekki jak piórko, pierzchły wszystkie moje zgryzoty. Siadłem spokojnie i upatruję, przyśpiewując coś sobie pod nosem. Po chwili zabłysło gdzieś światełko, a Jim woła na całe gardło:
— Bezpieczni jesteśmy, Huck, bezpieczni! Podskocz raz i drugi, uderz piętami! Cairo! Poczciwe, stare Cairo! Zaraz je poznałem!
A ja na to:
— Popłynę łódką i przekonam się, czy to Cairo. Może to tylko jakaś wioseczka?
Jim zerwał się i w mgnieniu oka przygotował łódkę, położył na dnie swoje stare palto, abym miał na czym siedzieć, dał mi wiosło do ręki, a gdy już się nieco oddaliłem, zawołał za mną na pożegnanie:
— Za chwilę będę krzyczał z radości: „Jestem wolny, wolny!”. A jeżelim wolny, to z łaski Hucka. Gdyby nie Huck, nigdy bym nie odzyskał wolności! Jim nigdy ci tego nie zapomni, kochanku. Jim nigdy nie miał lepszego przyjaciela na całym świecie!
Szybko robiłem wiosłami, bo pilnie mi było uciszyć sumienie, ale gdy to usłyszałem, jakby mi kto ręce przetrącił! Zwolniłem więc i rozmyślam, bo nie byłem już pewien, czy mam być rad z powziętego postanowienia. Z daleka słyszałem jeszcze głos Jima:
— Z Bogiem, z Bogiem, kochany i wierny chłopcze. Dobry Huck! Jedyny biały, który staremu Jimowi słowa dotrzymał.
Teraz już mi się naprawdę zrobiło bardzo niedobrze, lecz mówię sobie: „Powinienem tak postąpić, nie mogę zrobić inaczej”. Wtem prosto na mnie płynie łódź, a w niej dwóch ludzi ze strzelbami. Zatrzymali się i ja także. Jeden z nich mówi:
— Co to takiego, tam na rzece?
— Ano... tratwa — ja na to.
— Ty stamtąd?
— Stamtąd.
— Ilu na niej mężczyzn?
— Jeden tylko.
— Słuchaj, dziś w nocy zbiegło pięciu Czarnych. Czy ten jeden na tratwie jest biały czy czarny?
Nie odpowiedziałem od razu. Chciałem odpowiedzieć, a nie mogłem, słowa nie wychodziły mi z gardła. Próbowałem zebrać się na odwagę i powiedzieć prawdę, ale nie mogłem. Czułem, żem nie mężczyzna, lecz królik. Widząc, że mi nie starczy sił, dałem za wygraną i rąbię prosto z mostu:
— Biały.
— Ja sądzę, że my jednak zajrzymy na tratwę, żeby przekonać się o tym na własne oczy.
— Ja też bym chciał, i bardzo, żeby panowie zajrzeli, bo tam na tratwie jest tatuś, to może by nam panowie pomogli przyholować tratwę do brzegu. Tatuś jest chory i mama chora, i Maria-Anna...
— Tam do licha! Pilno nam bardzo, chłopcze... No, ale ja sądzę, że pomożemy twemu ojcu. Bywaj tymczasem zdrów.
Wzięli się do wioseł i ja także. Oddaliliśmy się od siebie na kilka łokci, gdy znów powiadam:
— Tatuś strasznie będzie panom wdzięczny, daję słowo. Jak tylko kogoś poproszę, żeby nam dopomógł tratwę przyciągnąć do brzegu, zaraz ode mnie ucieka. Ja przecież sam nie mogę temu poradzić!
— To dziwne! A powiedz no prawdę, chłopcze, na co chory twój ojciec?
— Ojciec chory na... na... To nic wielkiego, tylko chory...
Przestali robić wiosłami, a drugi, który dotąd milczał, odzywa się:
— Kłamiesz, chłopcze. Gadaj mi zaraz, co twemu ojcu? Radzę ci, mów prawdę. Lepiej na tym wyjdziesz.
— Powiem, proszę pana, daję uczciwe słowo, że powiem. Tatuś ma... ma... Proszę panów, niech panowie nie oddalają się od tratwy i dopuszczą mnie do siebie. Linę rzucę... Proszę panów...
— Cofaj się, Janie, cofaj! — woła pierwszy. — A ty, chłopcze, z daleka się trzymaj, pod wiatr. Diabli nadali! Właśnie stamtąd wiatr... Chłopcze, twój ojciec chory na ospę i ty wiesz o tym doskonale. Czemuś nie powiedział prawdy od razu? Czy chcesz roznieść zarazę po całym kraju?
— Kiedy ja... ja... — rzekłem, szlochając — mówiłem najpierw prawdę każdemu, lecz wszyscy ode mnie uciekali.
— Biednyś ty chłopiec! Żal nam ciebie z całego serca, ale... widzisz... my także nie mamy ochoty dostać ospy. Słuchaj, ja ci powiem, co zrobić. Nie próbuj holować tratwy sam: nie dasz rady albo ją rozbijesz na drzazgi. Popłyńcie jeszcze ze dwadzieścia mil w dół rzeki, zobaczycie po lewej stronie miasto. Będzie już wtedy po zachodzie słońca... ciemnawo... Gdy spotkasz kogoś na wybrzeżu, poproś o pomoc... Powiedz, że wszyscy twoi chorzy na febrę. Nie bądźże znów głupi, nie pozwól się nikomu domyślić, że to nie febra, lecz ospa. Za grzeczność, którą ci świadczymy, zróbże i ty nam grzeczność: niech między tobą a nami rozciągnie się dwadzieścia mil. Nie przybijaj do brzegu tam, gdzie widać światło, nic ci z tego nie przyjdzie, bo to tylko składy drzewa. Słuchaj jeszcze: twój ojciec pewno ubogi? Jakbym widział, że kuso173 koło was. Patrz, tu na tej desce kładę dwudziestodolarową sztukę złota... Deskę niesie do ciebie woda, weź sobie pieniądze. Mnie samemu wstyd, że tak od ciebie uciekamy, ale doprawdy, z ospą nie ma żartów. Sam przecież wiesz.
— Poczekaj, Parker — odezwał się drugi. — Masz tu drugą sztukę złota, połóż ją także na desce: to ode mnie. Bóg z tobą, chłopaczku, Bóg z tobą. Zrób, jak ci radzi pan Parker, a dobrze wyjdziesz na tym.
— Tak, tak, chłopcze. Bądź zdrów, bądź zdrów! A jeżeli gdzieś zobaczysz zbiegłych Czarnych, to wezwij pomocy i złap ich. Zarobisz przy tym.
— Bywajcie, panowie, zdrowi — odpowiedziałem. — Postaram się nie przepuścić koło siebie Czarnych.
Oddalili się, a ja powróciłem na tratwę, upokorzony i nieswój, wiedząc, że źle postąpiłem. Przekonałem się przy tym, że już się nie nauczę być dobry. Taki, którego nie nauczą chodzić prosto, kiedy jest mały, nigdy nie wyjdzie na człowieka: raz zepchnięty z drogi, nie znajdzie już w sobie siły do panowania nad sobą i naturalnie poślizgnąć się musi. Myśląc nad tym przez chwilkę, rzekłem sobie: „Słuchaj, Huck, przypuśćmy, że postąpiłeś, jak należało, i wydałeś Jima, czy czułbyś się bardziej zadowolony, spokojniejszy, niż się teraz czujesz?”. „Nie — odpowiedziałem sobie — nic a nic lepiej”. No, skoro tak, to po co ja mam uczyć się czynienia dobrze, kiedy czynić dobrze trudno i przykro, a czynić źle ani trudno, ani przykro, a nagroda zaś jedna i ta sama: czy tak, czy owak nie czujesz zadowolenia. Odpowiedzi na to nie znalazłszy, postanowiłem nie suszyć sobie tym głowy, ale odtąd tak postępować, jak mi w tej chwili będzie wygodniej i łatwiej.
Poszedłem do naszej budki: nie ma tam Jima. Oglądam się naokoło: nigdzie go nie ma. Wołam więc:
— Jim!
— Tu jestem, Huck. Czy już ich nie widać? Nie mów tak głośno...
Stał w wodzie po samą szyję, nos tylko widać mu było zza krawędzi tratwy.
— Słyszałem wszystko, co mówiliście — powiada. — Zsunąłem się więc do rzeki i gotów już byłem płynąć na brzeg, gdyby tu zajrzeli, a potem znów bym powrócił. Ależ udało ci się z nimi, Huck! Wyprowadziłeś ich w pole aż miło! Złotko ty moje, ocaliłeś starego Jima i stary Jim nigdy ci tego nie zapomni, nigdy...
Potem zaczęliśmy rozmawiać o pieniądzach. Dobrze nam się dostało, po dwadzieścia dolarów na każdego. Jim był zdania, że możemy teraz zakupić sobie miejsce na pokładzie parowca i że tych pieniędzy wystarczy na najdłuższą podróż po wolnych stanach. Dodał wreszcie, że płynąć jeszcze dwadzieścia mil to nic, ale chciałby już mieć je za sobą.
Nad ranem zatrzymaliśmy się, a Jim usiłował ukryć tratwę jak najlepiej i przez cały dzień zajęty był wiązaniem rzeczy.
Następnej nocy, około dziesiątej, ujrzeliśmy światła dużego, jak się zdawało, miasta na lewym wybrzeżu rzeki, tworzącej w tym miejscu zatokę.
Popłynąłem łódką dowiedzieć się od ludzi, jakie to miasto.
Niedaleko od brzegu spotykam jakiegoś człowieka w małym czółenku, gdy właśnie więcierz174 ustawiał. Pytam go więc:
— Proszę pana, czy to Cairo?
— Cairo? Nie. Co to, głupi czy co, że o to pytasz?
— Więc jakie to miasto, proszę pana?
— Jeżeli chcesz wiedzieć, to pójdź tam i spytaj ludzi. A jeżeli pół minuty będziesz się tu koło mnie kręcił, to dostaniesz coś, czego nie chcesz.
— I ja wiedziałem, ale zapomniałem.
Przed świtem, gdy ukryliśmy się pomiędzy lewym brzegiem a gęsto zakrzewioną wysepką, żeby spędzić tam dzień, domyślając się czegoś, rzekłem do Jima:
— A może minęliśmy Cairo podczas owej nocnej mgły?
— E! Nie warto już o tym mówić, Huck — odrzecze Jim. — Czy to biedny Czarny może być szczęśliwy? Wiedziałem, że to nie koniec zgryzot, które nam przyniosła skóra grzechotnika.
— Bodajbym nigdy nie był widział tej skóry!
— To nie twoja wina, Huck, złotko moje, nie twoja. Ty nie wiedziałeś, że ona sprowadza nieszczęście. Niepotrzebnie czynisz sobie wyrzuty.
Gdy się rozwidniło, patrzymy: po lewej stronie czyste, jasne wody Ohio, po prawej nasza stara Missisipi. A zatem Cairo za nami.
Trzeba było coś obmyślić: płynąć tratwą pod prąd nie można, wysiąść na brzeg nie ma po co. Nie było innej rady, tylko doczekać nocy i dopiero wtedy próbować szczęścia łódką. Przespaliśmy więc cały dzień w bawełnianych zaroślach, aby nabrać sił do czekającej nas pracy, ale gdy wróciliśmy o zmroku do naszej tratwy, okazało się, że łódź przepadła.
Przez dość długą chwilę obaj milczeliśmy. Cóż było mówić? Wiedzieliśmy doskonale, że to jeszcze dalszy ciąg skutków działania wężowej skóry, więc na cóż by się zdało gadanie?
Należało zrobić jakieś postanowienie. Okazało się, że nie ma innego sposobu, tylko dalej płynąć tratwą, dopóki nie zdarzy się sposobność kupienia łodzi, aby powrócić do Cairo.
Z nadejściem nocy siedliśmy znów na tratwę.
Każdy, kto do tej pory jeszcze nie uwierzył w przekleństwo skóry węża, uwierzy i przekona się, gdy usłyszy, co dalej zaszło.
Płynęliśmy już ze trzy godziny. Noc z czarnej przechodziła w szarą i tak jakby gęstniała, co jest zawsze bardzo złą rzeczą, prawie równie niebezpieczną jak mgła. Nie widać brzegów rzeki, wszędzie szaro i chmurno.
Wtem słyszymy: płynie parowiec. Zapaliwszy latarnię, słuchamy, jak dyszy, jak rozbija wodę, choć nie widzimy go wcale. Dopiero gdy był już bliziutko, patrzymy: płynie wprost na nas. Robią to parowce niekiedy dla poznania, o ile mogą się zbliżyć bez uderzenia statku, czasami koło parowca zaczepi o łódź lub tratwę, uderzy ją, uszkodzi, a sternik śmieje się, myśląc, że zrobił coś arcymądrego.
Płynie więc, nadpływa, widzimy już, że nam nie daruje, że ani myśli nas minąć. Był to ogromny parowiec i bardzo się śpieszył; wyglądał jak wielka, czarna chmura, wysadzana rzędami świecących robaczków świętojańskich. Zanim się opatrzyliśmy, wisiał już prawie nad nami, wyszczerzając na nas szeroko otwarte drzwi pieców, jakby szereg zębów rozpalonych do czerwoności. Nagle dał się słyszeć krzyk, wołanie mnóstwa głosów naraz, dzwonienie dzwonków sygnałowych, komenda zatrzymania maszyny, syk, szum, gwizd raptownie wypuszczanej pary — i podczas gdy Jim, niespodzianie w górę podrzucony, wpadał do wody z jednej strony, a ja z drugiej, parowiec, zdruzgotawszy tratwę, przepływał środkiem jej szczątków.
Dawszy nurka, umyślnie poszedłem na dno, wiedząc, że trzydziestostopowe koło przejdzie nade mną, chciałem więc, aby nie zabrakło mu miejsca. Zawsze mogę wytrzymać pod wodą minutę, ale tym razem zdaje mi się, że chyba dłużej wysiedziałem. Śpieszno mi jednak było wydostać się na powierzchnię, bo myślałem, że się uduszę. A tymczasem parowiec, zatrzymawszy maszynę na jakieś dziesięć sekund, znów ją puścił w ruch, bo parowce niewiele sobie robią z tratew i z ludzi. Płynąc dalej, znikał mi z oczu w szarym i gęstym powietrzu, choć jeszcze mogłem go słyszeć.
Przynajmniej ze dwanaście razy wołałem Jima, ale na próżno: nie było odpowiedzi. Schwyciłem się deski i wypłynąwszy na powierzchnię, zacząłem dążyć do brzegu.
Wdrapawszy się na dość wysokie wybrzeże, niewiele mogłem widzieć, ale idąc po omacku z ćwierć mili, trafiłem niespodzianie na staroświecki, wielki dom drewniany, który chciałem wyminąć i pójść dalej. Gdy jednakże wyskoczyła na mnie cała psiarnia i zawzięcie zaczęła ujadać, nie byłem tak głupi, żeby uciekać przed psami.