Rozdział XVII

Późna wizyta. — Folwark w Arkansas. — Wewnętrzne przyozdobienia. — Stefan Dowling Bots. — Dusza poetyczna. — Klawikord175.

Chwilę potem ktoś, nie wychylając się z okna, woła:

— Prędzej, chłopcy! Kto tam?

— Ja — powiadam.

— Co za ja?

— Jerzy Jackson, proszę pana.

— Czego chcesz?

— Ja nic nie chcę, proszę pana... Ja chciałem tylko przejść sobie tędy, ale psy mnie nie chciały puścić.

— A czego się włóczysz o tej porze? Co?

— Ja się nie włóczę, proszę pana, ja tylko spadłem z pokładu parowca.

— Co? Naprawdę spadłeś? Zapalcie no tu światło. Więc jak się zowiesz?

— Jerzy Jackson, proszę pana. Nieduży jeszcze jestem.

— Słuchaj, jeżeli prawdę mówisz, nie potrzebujesz się bać, nikt ci nic złego nie zrobi. Nie próbuj jednak ruszać się z miejsca, stój tam, gdzie stoisz. Ruszcie no się, Bob i Tom, i przynieście fuzje. Jerzy Jacksonie, czy jest jeszcze kto z tobą?

— Nie, proszę pana, sam jestem.

Słyszę ruch w domu i koło domu, widzę światło. Ten sam głos krzyczy:

— Zabierz stąd świecę, głupia stara! Czyś już do reszty rozum straciła? Postaw ją na podłodze. Bob, jeżeliście obaj z Tomem gotowi, to na miejsca!

— Gotowi.

— Odpowiadaj, Jerzy Jacksonie. Czy znasz Shepherdsonów?

— Nie znam, proszę pana. Nigdy nawet o nich nie słyszałem.

— Hm! Może to prawda, a może i nieprawda... Gotowi? Idź naprzód, Jerzy Jacksonie. Pamiętaj, nie śpiesz się, idź powolutku. Jeżeli ktokolwiek jest z tobą, niech się nie pokazuje; jeżeli się pokaże, zastrzelę go. Chodź tu ku nam. Wolno idź. Otwórz sobie drzwi... sam... na tyle tylko, żebyś się nimi mógł wcisnąć... Słyszysz?

Nie śpieszyłem się; nie mogłem, choćbym nawet chciał. Postępowałem powolusieńku, krok za krokiem, prawie słysząc bicie swego serca. Psy zachowywały się równie cicho jak ludzie, szły tylko tuż za mną. Gdy doszedłem do trzech drewnianych schodów wiodących do drzwi, usłyszałem, że ktoś je odmyka, odsuwa rygle i zasuwy. Położyłem rękę na drzwiach i lekkim pchnięciem otwierałem je po trochu, dopóki ktoś nie rzekł:

— Dosyć już, wsadź teraz głowę.

Wsadziłem, ale nie byłem pewny, czy mi jej natychmiast nie zdejmą176!

Na podłodze stała świeca, którą wszyscy otaczali, patrząc na mnie z widocznym zaciekawieniem. Było tam trzech dorosłych mężczyzn z wymierzonymi ku mnie strzelbami, co wcale nie jest przyjemne! Najstarszy, siwy, mógł mieć ze sześćdziesiąt lat, dwaj inni po trzydzieści albo i więcej — wszyscy trzej przystojni i okazali — a za nimi siwa, milutka staruszka z dwiema pannami, których nie mogłem widzieć dokładnie. Stary jegomość powiada:

— No, wszystko dobrze. Wejdź.

Zaledwie wszedłem, natychmiast stary jegomość zamknął drzwi na klucz, pozasuwał rygle, żelazną sztabą założył drzwi, polecając młodym ludziom iść za nim ze strzelbami. Gdy wszyscy weszliśmy do dużego pokoju bawialnego, którego podłoga była zasłana nowiutkim dywanem pozszywanym z gałganków, mężczyźni zaraz się skupili w rogu najbardziej oddalonym od okien, które były tylko w ścianie frontowej. Jeden z nich trzymał w ręku świecę, a wszyscy trzej przyglądali mi się bacznie, mówiąc do siebie nawzajem:

— Nie, to nie żaden Shepherdson... Z pewnością nie Shepherdson... Niepodobny do nich wcale...

Potem stary jegomość w przekonaniu, że mi to zapewne nie zaszkodzi, postanowił zbadać, czy nie mam przy sobie broni. Nie szukając nawet po kieszeniach, obmacał mnie rękami po wierzchu i powiedział, że teraz jest już spokojny. Oświadczył mi też, że mam się rozgościć i czuć się jak u siebie w domu, chciał nawet, żebym zaraz wszystko o sobie opowiedział. Na to milutka staruszka:

— Bóg z tobą, Saulu, biedny chłopak mokrzusieńki, a ty mu każesz opowiadać! Głodny przecież być musi. Tobie to ani w głowie!

— Masz słuszność, Rachelo, zapomniałem!

— Betsy — rzecze wtedy staruszka do Czarnej — biegnij no do spiżarni i przynieś temu biedactwu coś do jedzenia tak szybko, jak to możliwe. A wy, dziewczęta, niech jedna obudzi Bucka i powie mu... A! Otóż i Buck... Buck, weź ze sobą tego chłopaczka, zdejmij z niego mokrą odzież i ubierz w swoją... Przeziębić się gotów, nieborak...

Buck wyglądał na mego rówieśnika, mógł mieć ze trzynaście albo czternaście lat, chociaż był nieco wyższy ode mnie. Nie miał na sobie nic prócz koszuli i okropnie rozczochranej czupryny. Wszedł, ziewając i przecierając sobie oczy kułakiem jednej ręki, w drugiej zaś trzymał strzelbę, którą ciągnął za sobą.

— Więc nie ma Shepherdsonów? — pyta Buck.

— Nie ma — powiadają mu — to tylko fałszywy alarm.

— To dobrze. Gdyby się choć jeden z nich pokazał, miałby do czynienia ze mną.

Zaśmiali się wszyscy, a wielki Bob mówi:

— A tymczasem mogli oskalpować nas wszystkich, tak długo się guzdrałeś.

— Bo nikt po mnie nie przyszedł, a to niesprawiedliwość. Zawsze mnie wysyłają spać... Dla mnie nigdy nie ma roboty.

— Nie martw się, nie martw, chłopcze — rzekł stary jegomość. — Będzie jeszcze i dla ciebie robota. Doczekaj swojej pory, a robota się znajdzie. A teraz ruszaj stąd i zrób tak, jak ci matka kazała.

Gdy poszliśmy na górę do jego pokoju, Buck wyjął grubą koszulę, kurtkę i spodnie, ja zaś włożyłem to wszystko na siebie. Gdy wciągałem ubranie, zapytał mnie, jak się nazywam, lecz zanim zdołałem odpowiedzieć, on sam zaczął już mi mówić o jakimś osobliwym dzięciole i o małym króliku, którego złowił kiedyś w lesie, a potem spytał, gdzie był Mojżesz, gdy zgasła świeca. Odpowiedziałem, że nie wiem, i nie wiedziałem naprawdę. Nikt mi nigdy o tym nie mówił.

— Zgaduj — mówi Buck.

— Jakże mogę zgadnąć, kiedy nigdy o tym nie słyszałem?

— Zawsze przecież możesz zgadywać. Bardzo łatwo zgadnąć.

— Jaka to świeca zgasła?

— No, świeca. Taka sobie zwyczajna.

— Skądże ja mogę wiedzieć, gdzie się Mojżesz wtedy znajdował!?

— Ach, jakiżeś ty! W ciemności!

— No, to skoro wiesz, gdzie się znajdował, dlaczego pytasz?

— Nie rozumiesz, że to zagadka? Słuchaj, długo ty będziesz u nas? Wiesz, co ci powiem: zostań na zawsze. Będziemy używać, lekcji teraz nie ma, wakacje. Masz ty psa? Ja mam własnego, wskakuje do wody i aportuje kawałki drzewa, które mu rzucam... Czy lubisz czesać się w niedzielę i różne świąteczne ceremonie? Ja ich nie lubię, ale się czeszę: mama każe... Niech licho porwie te spodnie, muszę je kłaść, a tu okropnie gorąco... Jużeś gotów? No, to dobrze... Chodźże teraz za mną, stara szkapo.

Zimne podpłomyki, zimna pieczeń wołowa, masło i maślanka, wszystko to zastawili dla mnie jednego, a wszystko było wyborne i tak mi smakowało, jak nigdy w życiu. Buck, jego matka i wszyscy palili krótkie fajeczki, oprócz obu panien i Czarnej, która zresztą zaraz wyszła z pokoju. Palili wszyscy i rozmawiali, a ja także jadłem i rozmawiałem. Panny owinięte były w kołdry, a rozpuszczone włosy sięgały im aż do pasa.

Wszyscy zadawali mi pytania, a ja odpowiadałem, że mój tatko posiadał mały folwarczek w głębi Arkansas, w tym właśnie kącie, który leży najdalej od rzeki, gdzie żyliśmy spokojnie i wygodnie. Moja siostra, Maria-Anna, wykradła się z domu, poszła za mąż i od tej pory nic już o niej nie słyszeliśmy. Starszy brat, Bill, wyprawił się na poszukiwanie zbiegłej i także przepadł gdzieś bez wieści. Mali braciszkowie, Tom i Mort, pomarli, a po ich śmierci zostaliśmy tylko we dwóch: tatko i ja. Tatka jakby nie było wcale, bo udręczony zgryzotą niezadługo umarł, ja zaś po jego śmierci zabrałem wszystko, co było, i zakupiłem sobie miejsce na parostatku płynącym w górę rzeki. Gdy jednak przechyliłem się nieostrożnie, wpadłem w wodę i takim sposobem dostałem się tu. Odpowiedzieli mi na to, że mogę siedzieć u nich dopóki zechcę, jak we własnym domu.

Tymczasem rozedniało177 już na dobre, wszyscy poszli spać, a i ja, położywszy się razem z Buckiem, zasnąłem jak kamień. Gdy się obudziłem przed południem, przeszło mnie mrowie, bo diabli nadali, że zapomniałem, jak się nazywam. Leżę więc z godzinę i przypominam sobie, a gdy Buck się obudził, pytam go:

— Umiesz czytać?

— Umiem — odpowiada.

— Założyłbym się, że nie potrafisz przeliterować mego nazwiska!

— A ja się założę, o co chcesz, że potrafię!

— No, skoro tak, to zaczynaj.

— J-e-r-z-y J-a-c-k-s-o-n. A co?

— Prawda — powiadam — przeliterowałeś. Myślałem, że nie potrafisz. No, ale nazwisko moje jest łatwe i bez uczenia się można dokazać takiej sztuki.

Dobrze jednak zapamiętałem sobie każdą głoskę, bo a nuż ktoś zażąda ode mnie, abym przeliterował własne nazwisko? Trzeba się mieć na baczności i wyrecytować głoskę po głosce, jakbym to już czynił po raz setny.

Była to rodzina bardzo porządna i dom zamożny co się zowie. Nawet nigdy w życiu nie widziałem tak wytwornego wiejskiego domu.

Na ścianach wisiało pełno obrazów — przeważnie Washingtonowie, Lafayette’owie178, różne bitwy, a był też i jeden obraz, który się nazywał: Podpisywanie deklaracji179. Były także i inne obrazy, jak oni mówili, „robione kredką” przez jedną z córek, już nieżyjącą. Robiła je, mając zaledwie piętnaście lat. Różniły się one zupełnie od wszystkich obrazów, jakie dotychczas widziałem, czarnością. Jeden przedstawiał kobietę w wąskiej, czarnej sukni, przepiętej pod pachami wąskim paskiem. Rękawy tej sukni odstawały nad łokciami tak, jakby w nie włożył po głowie kapusty; miała zaś czarny kapelusz, trochę podobny do szaflika180, a trochę do łopaty, i czarną woalkę; białe i cienkie łydki, przewiązane na krzyż czarną wstążeczką, i malusieńkie, czarne pantofelki, spiczaste jak dłuto. Stała, bardzo czegoś zamyślona, pod brzozą płaczącą, obok nagrobka; prawym łokciem wsparta była na nagrobku, prawą ręką podpierała zwieszoną głowę, ale za to w lewej ręce, spadającej na suknię, trzymała białą chustkę do nosa i woreczek. Pod malowidłem stało napisane drobnymi literami: „Ach! Ach! Niestety! Czy Już Cię Nigdy Nie Zobaczę!”. Drugi obraz przedstawiał młodą osobę z włosami podczesanymi wysoko i zebranymi na samym czubku głowy, naokoło grzebienia, który wyglądał jak tylna poręcz krzesła. Płakała rzewnie, kryjąc całą twarz i oczy w chustkę, którą trzymała w jednej ręce. Na drugiej leżał na wznak, z nóżkami wyciągniętymi do góry, nieżywy ptaszek, a pod obrazem napis: „Ach! Ach! Niestety! Nigdy Już Nie Usłyszę Twego Wdzięcznego Świergotu!”.

Był jeszcze jeden obraz: młoda osoba stała w oknie i patrzyła na księżyc, po jej twarzy płynęły rzęsiste łzy, w jednej ręce trzymała otwarty list, z przełamaną na pół czarną pieczęcią, drugą zaś przyciskała do ust medalion na łańcuszku. Napis brzmiał: „Ach! Ach! Niestety! Odszedłeśże? Tak!!! Odszedłeś!!!”. Sądzę, że to były śliczne obrazy, ale nie umiałem poznać się na nich, bo gdy byłem nieswój, a spojrzałem na nie, zaraz mnie mdliło. Wszyscy żałowali, że umarła przed ukończeniem wielu innych obrazów takiejże treści, ale i z tego, co już zrobiła, mógł każdy osądzić, jaką stratę poniosła rodzina przez śmierć panienki z takim talentem. Mnie się zdaje, że przy takim usposobieniu powinna być w grobie weselsza. Właśnie podczas pracy nad największym, jak mówili, obrazem, nagle zachorowawszy, co rano i wieczór prosiła Boga „o życie, dopóki nie skończy obrazu”. Pan Bóg wszakże nie chciał na to pozwolić. Obraz ów miał wyobrażać młodą osobę w długiej, białej sukni, stojącą na poręczy mostu i gotową do skoku. Rozpuszczone włosy spadają niżej pasa, a ona patrzy na księżyc, łzy jej płyną po twarzy, dwoje ramion skrzyżowała desperacko na piersi, drugie dwoje wyciąga przed siebie, a trzecich dwoje wznosi do księżyca. Dlatego zaś narysowała aż trzy pary, że chciała naprzód zobaczyć, z którą z trzech najwięcej pannie do twarzy, a potem tamte wyskrobać. Ale, jak już mówiłem, umarła, zanim się zdążyła zdecydować, rodzina zaś schowała obraz na pamiątkę. Powiesili go w jej pokoju, w głowach łóżka, i co rok w dzień jej urodzin wieńczyli go kwiatami. W dni powszednie był zasłonięty firanką. Młoda osoba z obrazu wyglądała zupełnie niczego sobie, tylko, według mnie, za wielka liczba ramion czyniła ją trochę podobną do pająka.

Panienka ta, mając ładnie oprawną książkę, na jej stronicach naklejała różne nekrologi, pośmiertne wspomnienia o takich, którzy cierpliwie znosili długą chorobę. Wycinała to wszystko z miejscowej gazety „Presbyterian Observer” i potem do tego pisała wiersze — z własnej głowy.

Buck opowiadał, że mówiła wierszami, jakby jadła chleb z masłem. Nie potrzebowała nawet myśleć. Mówił, że tak: siadła i machnęła wiersz, a jeżeli nie mogła dobrać do niego rymu, to niewiele myśląc, zaraz go przekreśliła i w tej chwili machnąwszy drugi, jechała dalej. Nie wybredzała181; pisać mogła o wszystkim, o czym kto chciał, żeby pisała, byle tylko było coś smutnego. Ile razy umarł mężczyzna albo kobieta, albo dziecko, to jeszcze nie ostygli, a ona już była gotowa ze swoją „daniną”. Nazywała takie wiersze daniną. W sąsiedztwie mówiono, że najpierwszy wie o umarłym doktor, potem Emelina, a ostatni dopiero przedsiębiorca pogrzebowy. Raz tylko tak się zdarzyło, że wyprzedził Emelinę przedsiębiorca, a to dlatego, że nie mogła dobrać rymu do nazwiska nieboszczyka: Whistler. Nigdy już potem nie doszła do siebie: nie mówiła nic, nie skarżyła się, ale gasła w oczach i niezadługo potem skonała.

Biedne dziewczę! Nieraz pozwalałem sobie iść do tego pokoju, w którym mieszkała za życia, i wydostawszy jej książkę z wycinkami, czytałem wszystko, co tam było — najczęściej wtedy, kiedy mi jej obrazy tak do żywego dopiekły, że się trochę na nią pozłościłem.

Polubiłem całą tę rodzinę, i żywych, i umarłych, nie chciałem więc dopuścić do nieporozumienia pomiędzy nami. Biedna Emelina pisała za życia wiersze o każdym, kto umarł, a teraz, kiedy sama umarła, to nie było nikogo, kto by co o niej napisał. Jakże można! To przecież niesprawiedliwość! Starałem się więc wydusić z siebie jeden albo dwa wiersze, ale ani rusz — nie mogłem.

Pokój Emeliny utrzymywano bardzo czysto i wszystko było w takim samym porządku, jaki ona u siebie zaprowadziła. Nie sypiał nikt w tym pokoju, a matka staruszka, choć w domu było pełno Czarnych, sama go zawsze sprzątała, żeby tylko całymi godzinami tam siedzieć lub czytać Biblię tuż obok łóżeczka zmarłej córki.

Mówiąc o bawialnym pokoju, zapomniałem dodać, że w oknach były przecudowne białe rolety z malowidłami pałaców, strumyków i bydła. Był także stary klawikordzik, o klawiszach jak gdyby z żółtej blachy. Gdy panienki, przygrywając na nim, śpiewały „Ostatnie pękło ogniwo” albo kiedy zagrały „Bitwę pod Pragą”, to mogłem słuchać i słuchać... bez końca!

Dom składał się właściwie z dwóch budynków, zupełnie do siebie podobnych. Odstęp między nimi pokryty był dachem, wyłożony podłogą, a podczas upałów służył za jadalnię. A co to było za jedzenie! I obfite, i dobre!