Rozdział XXXIV
Buda przy dole na popiół. — Wstyd i hańba! — Do roboty! — W mocy czarów.
Zaprzestawszy rozmowy, zaczęliśmy się namyślać. Po niejakiej chwili odzywa się Tomek:
— A wiesz, Huck, głupcy jesteśmy, że nam to najpierw na myśl nie przyszło. Założyłbym się, że wiem, gdzie jest Jim!
— Nie! Gdzie?
— A w tej budzie, tuż obok dołu na popiół. Czy nie zauważyłeś podczas obiadu Czarnego idącego w tamtą stronę z misą pełną różnego jedzenia?
— Tak, zauważyłem.
— Jak ci się zdaje, dla kogo było to jedzenie?
— Albo ja wiem! Dla psa zapewne.
— Aha! Dla psa. A ja ci powiadam, że nie dla psa.
— Dlaczego?
— Bo między innymi rzeczami był tam i kawałek kawona.
— Był, był! Sam widziałem. Prawda, nie przyszło mi do głowy, że psy kawona nie jadają! Jak to człowiek czasem patrzy i nie widzi...
— I tego nie widziałeś, że wchodząc do budki, Czarny otworzył kłódkę, a wyszedłszy, znów zamknął drzwi. I kiedy wstawaliśmy od stołu, to oddał wujaszkowi do rąk własnych jakiś klucz... Pewien jestem, że od tej kłódki. Kawon to dowód, że tam jest człowiek; kłódka, że ten człowiek jest więźniem, a nieprawdopodobne jest, aby mogło być dwóch więźniów na takiej małej plantacji, gdzie wszyscy zresztą są tacy dobrzy i serdeczni. Więźniem tym jest nie kto inny, tylko Jim! Doskonale! Bardzo się cieszę, że to wyśledziliśmy tak dowcipnie, za nic bym nie chciał dowiedzieć się prawdy inną drogą. Teraz łam sobie głowę i wymyśl plan wykradzenia Jima, a ja wymyślę drugi; po porównaniu wykonamy ten, który okaże się lepszy.
Jaka to głowa u tego chłopca! Gdybym ja miał taką, to już bym nie chciał być żadnym księciem ani kapitanem wielkiego parowca, ani klaunem w cyrku, ani niczym. Zacząłem więc układać plan, ale jedynie dlatego, żeby nie tracić czasu. Wiedziałem doskonale, skąd wyjdzie plan lepszy od mojego. Niebawem też Tomek pyta:
— Masz plan?
— Mam.
— Dawaj go tu.
— Mój plan jest taki: łatwo nam będzie przekonać się, czy w owej budzie znajduje się Jim, czy kto inny; i łódź moja, i tratwa są dobrze ukryte, mam pod ręką na zawołanie. Czekać tylko pierwszej ciemnej nocy i gdy wujaszek spać się położy, wykraść mu klucz z kieszeni: wtedy w nogi, w stronę rzeki. Dopadniemy łódki, łódką do tratwy, z Jimem, ma się rozumieć, i popłyniemy w dół rzeki, ukrywając się we dnie, a płynąc w nocy, jak to najpierw z Jimem czyniliśmy. Cóż, zły plan? Nie uda się może?
— Udać się, uda, dlaczego nie? Całe zło w tym, że za prosty, za łatwy. Co mi to za plan, który da się wykonać bez kłopotu. Ani tu zabiegów, ani ryzyka. Uda się, ale nikogo nie zadziwi, będzie to tak proste, jak złapanie myszy przez kota albo przekrajanie mydła ostrym nożem. Dobry plan, ani słowa, ale ja mam co innego w głowie...
Nic na to nie odrzekłem, pewny, że jego plan będzie bez zarzutu.
I tak też było. Gdy mi opowiedział swój plan, od razu poznałem, że jest wart moich piętnastu, bo daleko trudniejszy był do wykonania i niezwyczajny. Jim zostanie wolny, jak by nim został, gdybyśmy się trzymali mego planu, ale przy tym wszyscy trzej możemy przypłacić tryumf życiem. Nie mam potrzeby opowiadać tu wszystkich szczegółów tego planu, bo wiedziałem, że przy wprowadzeniu go w wykonanie zajdą zmiany, które uczynią go zupełnie innym i wprowadzą do niego tyle zawiłości, na ile tylko znajdzie się miejsca. No i nie omyliłem się, jak się państwo o tym przekonacie.
Tymczasem tego tylko byłem pewien, że Tomek naprawdę zamierza wziąć udział w wykradzeniu zbiegłego niewolnika. Tego żadną miarą nie mogłem zrozumieć. Jakże to? Chłopiec z porządnej rodziny, wychowywany jak się należy, mający dobre imię do stracenia, chłopiec z dobrą głową, nie ciemny, jak tylu innych, ale uczony na książce, nie żaden nikczemnik i ladaco285, ale szlachetny i dobry... I oto taki chłopiec pozbywa się ambicji, wstydu i uczciwości, żeby przyłożyć rękę do takiej sprawy, która go wobec wszystkich okryje hańbą! Już otwierałem usta, żeby mu to powiedzieć, gdy Tomek, jakby odgadując moje myśli, uprzedził mnie:
— A może ci się zdaje, że ja nie wiem, co czynię? Gadaj zaraz: wiesz czy nie wiesz, że ja zawsze wiem, co robię?
— Wiem.
— Czy nie powiedziałem, że wraz z tobą wykradnę Jima?
— Powiedziałeś.
— A widzisz! Powiedziałem.
I na tym koniec, bo gdy Tomek raz powie, że coś zrobi, już się nie cofnie.
Po powrocie, gdy w całym domu było już cicho i ciemno, pobiegliśmy do budki obok dołu z popiołem, żeby jej się dobrze przypatrzeć. Szliśmy przez cały dziedziniec, trochę niespokojni, jak się z nami obejdą psy podwórzowe, ale te, znając nas, poszczekiwały tylko z lekka, żeby dać dowód swej czujności. Obejrzawszy budkę dokładnie, ujrzeliśmy w ścianie północnej, która przypierała do ogrodzenia, niewielkie, kwadratowe okienko, dość wysoko umieszczone i zabite w poprzek położoną grubą deszczułką, przymocowaną do futryny bretnalami286.
Powiadam więc:
— Doskonale! Przez ten otwór Jim wyjdzie, trzeba tylko oderwać deskę...
Tomek zaś na to:
— I zjeść chleba z masłem, i popić ciepłym mlekiem, i pójść z nianią na spacer, i tak dalej. Moim zdaniem potrafimy znaleźć nieco trudniejszy sposób wydobycia więźnia z niewoli.
— No, to może wypiłować deskę, jak to ja uczyniłem, zanim mnie zamordowano?
— To już bardziej uchodzi. Ale ja bym chciał coś jeszcze lepszego... Żeby to nie tak prędko i nie tak łatwo... Zresztą pośpiech zbyteczny, można się rozejrzeć, namyślić...
Pomiędzy tą budą a ogrodzeniem, pod jej tylną ścianą, była jakaś przybudówka z desek, niezbyt wysoka, tak prawie długa jak buda, ale wąska, mająca niziutkie drzwiczki, zamknięte na kłódkę łańcuchem. Tomek poszedł do dołu z popiołem, obok którego, jak to zwykle bywa, stał kocioł do warzenia mydła. Znalazłszy tam dość szybko zakrzywiony pręt żelazny, którym unosi się pokrywę kotła, usunął nim jedno ogniwo łańcucha, który też się rozpadł, umożliwiając nam przejście do przybudówki. Przy świetle zapałki przekonaliśmy się, że przybudówka dotyka budy, nie mając z nią żadnego połączenia, że jest bez podłogi i pusta. Na ziemi leżało kilka stępionych motyk, rydel, zepsute grabie i tym podobne nieużyteczne graty. Po tych oględzinach wyszliśmy, założywszy ogniwo nie najgorzej.
Okrutnie uradowany Tomek mówi do mnie:
— No, teraz wszystko w porządku! Zrobimy podkop, przez który Jim wyjdzie. Tydzień na to wystarczy!
Nazajutrz o świcie pobiegliśmy do chatek zamieszkanych przez Czarnych, żeby poigrać z psami i wejść w zażyłość z przydzielonym do Jima Czarnym, który właśnie napełniwszy blaszankę mięsem, jarzynami i chlebem, szedł do budy.
Miał on bardzo poczciwą twarz, o wyszczerzonych w uśmiechu zębach, zaś jego wełniste włosy powiązane były w pęczki nićmi i sznureczkami. To go miało chronić od czarów. Opowiedział nam zaraz, że jest prześladowany przez czarownice, że po nocach straszą go różne widziadła, słyszy głosy i nadzwyczajne hałasy.
— Dla kogo to jadło? — pyta go Tomek. — Idziesz karmić psy?
Twarz Czarnego tak się spłaszczyła w uśmiechu, jak grudka zgęstniałego błota pod uciskiem dłoni.
— Tak, paniczu, psa, ale nie takiego jak inne. A może panicze ciekawi go zobaczyć?
— I owszem — rzekł Tomek.
— Jakże to? W biały dzień tam pójdziemy? Inny plan miałeś — szepnąłem z cicha Tomkowi.
— Teraz mam taki.
Cóż było robić? Ustąpiłem, chociaż niechętnie, i poszliśmy. Wszedłszy do środka, początkowo nic nie widzieliśmy, tak było ciemno, ale Jim — bo to był naprawdę Jim, zobaczywszy nas, zawołał:
— Co? Huck i panicz Tomek! Wiedziałem, że tak będzie!
Zdumiony Czarny wytrzeszczył oczy i mówi:
— Co? To on zna paniczów?
Myślałem, że wszystko przepadnie. Ale Tomek spogląda na Czarnego obojętnie i zdziwiony pyta:
— Kto? Skądże ci przyszło do głowy, że on nas zna?
— Skąd przyszło? A przecież on wykrzyknął, że zna paniczów.
Wtedy Tomek, jeszcze więcej zdziwiony, rzecze, jakby do siebie:
— A to rzecz ciekawa! Kto wykrzyknął i kiedy?
Potem, zwróciwszy się do mnie, z zimną krwią pyta:
— A ty, czy słyszałeś cokolwiek?
Ma się rozumieć, że na takie pytanie mogła być tylko jedna odpowiedź:
— Nie, nic nie słyszałem.
Zwraca się więc Tomek do Jima i patrząc na niego tak, jakby go nigdy w życiu nie widział, zapytuje:
— A może to ty się odzywałeś?
— Nie, paniczu — odpowiada Jim — to nie ja. Głosu nie wydałem.
— Ani jednego słowa nie mówiłeś?
— Ani jednego.
— Widziałeś nas kiedy przedtem?
— Nie, paniczu.
Wówczas Tomek, zwracając się do Czarnego, który patrzył na to wszystko przerażony, surowym głosem zawołał:
— Wytłumacz mi, co ci strzeliło do głowy? Dlaczego powiedziałeś, że Czarny, który nas nigdy nie widział, mówi do nas po imieniu?
— Ech, proszę panicza — odrzecze Czarny z desperacją — to z pewnością znów czary... Już bym wolał nie żyć! I to tak zawsze! Wciąż dokuczają człowiekowi, że mi już życie obrzydło! Niech panicz nikomu o tym nie mówi, bo pani znów mnie wyłaje... Pani nie wierzy... twierdząc, że nie ma czarów... A ja bym chciał, żeby pani teraz tu była... Ciekaw jestem, co by powiedziała. Gadaj, co chcesz, a wszyscy swoje: nieprawda i nieprawda!
Tomek przyrzekł mu, że nic nie powie, i dał mu drobną monetę, żeby miał za co kupić sobie nici do związania włosów w pęczki. Potem, patrząc na Jima, rzekł ostro:
— Ciekawy też jestem, czy wuj Silas powiesi tego Czarnego? Bo gdybym ja schwytał takiego niewdzięcznika, co od swoich państwa ucieka, zaraz bym go powiesił.
Gdy zaś Czarny podszedł do drzwi, żeby obejrzeć pieniążek i spróbować zębami, czy dobry, szepnął Jimowi do ucha:
— Udawaj, że nas nie znasz. A jeżeli w nocy usłyszysz, że ktoś kopie, siedź cicho, bo to my. Zrobimy podkop i będziesz wolny.
Po tych słowach wyszliśmy z budy.